poniedziałek, 23 września 2013

Alpy Julijskie - urok wapieniem pisany, czyli objazdówka wokół pasma...

Alpy! Tu się oddycha!

(LAGO PREDIL - PLANICA - KRANJSKA GORA - SREDNJA VAS V BOHINJU)

No i masz... Kolejne dni naszego zeszłorocznego wakacyjnego pobytu minęły bezpowrotnie... Tak szybko jak na Krk przyjechaliśmy, tak szybko musieliśmy się z nim żegnać. Sam pobyt na tej chorwackiej wyspie absolutnie przypadł nam do gustu, aczkolwiek liczba Polaków przekraczała wszelkie możliwe wyobrażenia. Leżąc na plaży w malowniczym Vrbniku, słyszeliśmy częściej polską mowę, aniżeli język jakiejkolwiek innej nacji. Popłynęliśmy również na przepiękny Rab z niezwykle interesującym miasteczkiem o tej samej nazwie... i tak właśnie minęło te 5 dni. Nastał czas powrotu do Słowenii i w Alpy Julijskie, ale teraz na ich drugą stronę do tzw. Bohinja, z tym że założyliśmy sobie trasę okrężną by poznać tą część Alp z różnej strony. Dlatego najpierw wracamy ponownie do Bovca i na przełęcz Predel, a następnie przekraczamy granicę Italii. Naszym celem jest wspaniałe jezioro Lago del Predil, położone u podnóży Jerebicy (2166 m.n.p.m)...
 Jezioro Predil (it. Lago del Predil, sl. Rabeljsko Jezero) to największe polodowcowe jezioro we włoskich Alpach Julijskich, oraz po Bohinjskim Jeziorze oraz Jeziorze Bledskim, największe jezioro tych gór. Jego powierzchnia wynosi niespełna 1 kilometr kwadratowy. Jest zatem znacznie większe od Morskiego Oka (35ha), ale myślę, że urokiem wcale nie odbiega od polskiego kolegi ;) Wracając do Lago del Predil... Tafla jeziora położona jest na wysokości 959 m.n.p.m., a zasila je Rio del Lago. Maksymalna głębokość jeziora wynosi 35 metrów, jego wymiary 1400x400 metrów. Jezioro to jest używane rekreacyjnie, znajduje się tu przystań gdzie można wypożyczyć kajak, bądź małą żaglówkę, oraz oczywiście można się kąpać...
A że upał lał się z nieba, nie mogłem się powstrzymać by nie wskoczyć do nieziemsko fantastycznej wody :D
Jezioro to też fenomenalny punkt widokowy. Położone 1200-1300 metrów poniżej otaczających szczytów dostarcza wspaniałych doznań emocjonalnych... 
Z prawej strony jeziora zaczyna się natomiast już pasmo Jofa Fuarta, leżące w całości na terytorium Włoch...
Nad Lago del Predil nie bawimy zbyt długo. Na słońcu wysycham bardzo szybko, następnie zjadam jakąś kanapkę i już wraz z rodzicami wsiadam do samochodu. Jedziemy dalej, przez Cave del Predil, a następnie do znanego nam już z pierwszego dnia Tarvisio. Tu odbijamy na prawo w stronę granicy ze Słowenią i mając po prawej wspaniały masyw Mangartu docieramy aż do miejscowości Ratece, leżącej tuż przy granicy. Zaraz dalej znajduje się drogowskaz do słynnej każdemu amatorowi skoków narciarskich w Planicy...
Skręcamy w wąską drogę i wkrótce jesteśmy już przy kompleksie skoczni. Znajdują się one tak jak nazwa sugeruje, w Planicy, w pięknej dolinie wcinającej się głęboko po masyw Jałowca, ograniczonej od wschodu masywem Mojstrovek, od zachodu natomiast masywem Visokiej Poncy, o której wspominałem podczas marszruty z Mangartu. W górnej części doliny znajduje  się schronisko "Dom v Tamarju" w dolnej (tuż obok skoczni, za zakrętem drogi) schronisko "Dom v Planici". Ale wracając i do samej skoczni... Kompleks składa się z trzech skoczni: normalnej, dużej i oczywiście mamuciej. A oto krótka historia tych obiektów:
Początki skoków narciarskich w Słowenii datują się na 1921 r., kiedy to odbyły się pierwsze mistrzostwa Jugosławii w Bohinju. Były niezwykle skromne: ówczesny rekord wyniósł... 9 m. Skoki stały się jednak dyscypliną na tyle popularną wśród miejscowej młodzieży, iż działacze czołowych organizacji narciarskich: Jugosłowiańskiego Związku Sportów Zimowych, Klubu Narciarskiego »Ilirija« oraz Turystycznego Klubu »Skala« postawili sobie za cel budowę obiektu, na którym będzie możliwe osiąganie rekordowych odległości. W 1932 r. inżynier Stanko Bloudek zaprojektował pierwszą na świecie skocznię mamucią, która teoretycznie umożliwiała pokonanie 100 m. Obiekt wybudowano w Planicy i już w 1934 r. rozegrano na nim pierwsze międzynarodowe zawody. W następnym roku na skoczni pięciokrotnie pobito rekord świata. Zwycięzcą zawodów został legendarny zakopiańczyk Stanisław Marusarz – »Dziadek«, który 17 marca 1935 r. jako pierwszy Polak pobił rekord świata osiągając 95 m. Tego samego dnia w seriach treningowych Norweg Reidar Andersen ustanowił odległości 98 i 99 m. Pokonanie 100 m na »bloudkovej velikance« było już tylko kwestią czasu: w 1936 roku Austriak Sepp Bradl jako pierwszy człowiek na świecie przeskoczył magiczny dystans uzyskując odległość 101,5 m.
Do 1950 r. na skoczni Bloudka rekord świata pobito jeszcze ośmiokrotnie. Poźniej na dwie dekady pogoń za odległością przeniosła się do zachodnioniemieckiego Oberstdorfu i Kulmu oraz do norweskiego Vikersundu. Zawody pucharu świata na »bloudkovej velikance« odbywały się do 1998 roku. Trzy lata później leciwa konstrukcja nie wytrzmała naporu śniegu – zniszczeniu uległa podniesiona część rozbiegu. Obecnie trwają szeroko zakrojone prace rewitalizacyjne, dzięki którym pierwsze skoki na historycznej skoczni oddano w styczniu 2012 r.
Strata prymatu słoweńskiej skoczni w długości lotów była krótkotrwała: w 1969 r. otwarto w Planicy gigantyczny obiekt projektu braci Vlada i Janeza Gorišków, który wraz z rozwojem sprzętu i techniki skoków umożliwił przekroczenie kolejnej magicznej bariery – dwustu metrów. Dla zobrazowania skali przedsięwzięcia wspomnieć należy, iż budowa skoczni wiązała się z usunięciem 15 tysięcy metrów sześciennych materiału skalnego. Pierwsze zawody w 1969 r. przyciągnęły 90 tysięcy widzów, obserwujących loty podczas których pięciokrotnie pobito ówczesny rekord świata. Konstrukcja »letalnicy braci Gorišek« umożliwiała dalsze przebudowy wydłużające loty, dzięki którym 29 razy wyrównywano tu lub bito rekordy rekordy. Także Polacy zapisali piękną kartę w historii obiektu. W 1987 r. Piotr Fijas osiągnął wynik 194 m, wyrównany w 1992 r. w Harrachowie, a pobity dopiero w 1994 r. Właśnie w 1994 r. bracia Gorišek przygotowali skocznię do przekroczenia dwustu metrów, czego po raz pierwszy na świecie dokonał Fin Toni Nieminen (203 m). Podczas zawodów w 2003 r. Adam Małysz wyrównał tu rekordowy lot Andreasa Goldbergera z 2000 roku (225 m). W lutym 2011 r. słoweńska Planica oddała prymat w długości lotów narciarskich norweskiej skoczni mamuciej w Vikersundzie. Czas pokaże na jak długo. 
W statystykach obu skoczni w Planicy Polacy zapisali się fenomenalnie. Nasi zawodnicy trzykrotnie pobili tu rekord świata w długości lotów i pięciokrotnie wygrali zawody. Adam Małysz odebrał tu cztery razy Kryształową Kulę, zwyciężając w klasyfikacji generalnej pucharu świata Miedzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS). Nic więc dziwnego, iż „Orzeł z Wisły” zakończył swą niezwykłą karierę właśnie tu, stając na trzecim miejscu podium i symbolicznie przekazując pałeczkę mistrza w ręce Kamila Stocha - zwycięzcy zawodów w 2011 r.
 Tekst ze strony visitslovenia.pl
Wracamy do samochodu i opuszczamy Planicę. Jedziemy do największego zimowego ośrodka po północnej stronie Julianów - Kranjskiej Gory. Miasteczko liczące 1,5 tysiąca stałych mieszkańców rozłożyło się u ujścia Pisnicy do Sawy. To właśnie tu ma źródło Sawa Dolinka, która w okolicach Radovljicy łączy się z Sawą Bohinjką, tworząc długą na 940 kilometrów Sawę - jeden z najdłuższych dopływów Dunaju, płynący aż do stolicy Serbii - Belgradu. Sama Kranjska Gora wydała mi się trochę uśpiona, może dlatego, że był środek ładnego dnia, turyści więc pewnie chodzili po alpejskich szczytach, albo spędzali czas w klimatyzowanych apartamentach, bowiem termometr pod sklepem wskazywał 33 stopnie Celsjusza. 
Miasteczko położone pięknie - 1700 metrów poniżej Prisojnika i Razora, których pionowe ściany przypominały mury jakiejś potężnej twierdzy, niczym Bastylii (no może trochę przesadzam :D), do tego dochodziła wspaniała sylwetka Szpika (2472 m.n.p.m.) i leciutko schowana Królowa Skrlatica (2740 m.n.p.m). Bazę turystyczną tworzyło pełno zadbanych pokojów gościnnych i apartamentów...
Wpadamy do restauracji by przekąsić coś mięsnego, uświadamiając sobie, że ostatnio jedliśmy mięso ponad tydzień temu, bowiem w Chorwacji staraliśmy się jak najwięcej jeść owoców morza. Czekaliśmy, więc na stek z grilla z wypiekami na twarzy :)
Po najedzeniu się wyszliśmy rozprostować nogi i pochodzić po uliczkach Kranjskiej Gory. Nie zdecydowaliśmy się wejść w głąb doliny Pisnicy w kierunku kościoła, przeszliśmy na malutki placyk, by raz jeszcze spojrzeć na cudowne alpejskie szczyty...
  Myślę że nie potrzeba żadnego opisu, by wyrazić piękno tego widoku...
Zbliżenie na Prisojnika (2547 m.n.p.m.) i widocznego po lewej Zadnjego Prisojnika (2392 m.n.p.m.)..
Zbliżenie na trójkątny wierzchołek Razora, który ze swoimi pionowymi ścianami prezentuje się naprawdę efektownie...
Masyw Szpika, ale widziany wierzchołek nie jest tym głównym liczącym (2472 m.n.p.m)...
Gdy dochodzi trzecia, opuszczamy wspaniale usytuowaną Kranjską Górę. Jedziemy dalej do miejsca naszego przeznaczenia, a więc do Bohinja. Ale ponieważ północna strona Alp jest przepiękna to z samochodu zamieszczam jeszcze kilka zdjęć...
Przedstawiona na powyższym zdjęciu dolina, to dolina potoku Martuljek, który tworzy w jej górnej części swa bardzo ładne wodospady, do których wiedzie szlak. Widoczne powyżej szczyty należą do masywu Skrlaticy, która jednak jest nie widoczna. Natomiast przypominających trochę literę M szczytów Velikej i Malej Poncy nie należy mylić z leżącą na granicy włosko-słoweńskiej Visoką Poncą...
Kawałek dalej otwiera się nowa dolina zamknięta charakterystycznym szczytem Kukovej Spicy... 
I wkrótce docieramy do Mojstrany położonej ujścia słynnej doliny Vrata, wcinającej się pomiędzy dwa najwyższe szczyty tych gór - Skrlaticę i Triglav.
Triglav stąd jest nieco przysłonięty bliższym Cmirem (Cmir - 2393 m.n.p.m.), oraz sprawiającą potężne wrażenie Rjaviną (Rjavina - 2532 m.n.p.m.). Pierwotnie liczyliśmy, że uda nam się jeszcze skoczyć do Aljażev Domu, skąd zaczynają się słynne ferraty na Triglav, ale czas na to nie pozwolił...
Kiedy po prawej stronie przedstawienie się kończy, przesiadam się na drugą stronę, by popatrzeć na długi, graniczny łańcuch Karawanek, który opiszę w następnej relacji...
Zaraz kawałek dalej mijamy rogatki Jesenic, największego miasta po północnej stronie Alp Julijskich liczącego 15 tysięcy mieszkańców, co jak na warunki słoweńskie jest sporą liczbą. Zaraz za miastem odbijamy na znany powszechnie Bled, w którym panował jakiś ogromny piknik nad Jeziorem Bledzkim. Zanim wydostaliśmy się z Bledu na zegarkach zrobiło się w pół do piątej. Z wyczekiwaniem szukamy tabliczki informującej o przekroczeniu granic Bohinjskiej Bistricy, ale wcześniej jedziemy w nieskończoność doliną Sawy Bohinjki, drugiej z źródłowych rzek Sawy. Wreszcie dojeżdżamy do tabliczki z napisem "Srednja Vas v Bohinju - 6 km". Wskakujemy na wąską asfaltówkę i kawałek dalej wjeżdżamy we wspaniałe miejsce. Zobaczyłem przed oczyma krajobraz przypominający słynne wioski w Tyrolu, które jakże często przedstawiane są w puzzlach. Po kilku minutach intensywnego szukania naszej "chałupy" odnajdujemy ją pod lasem.
Gdy tylko wykąpaliśmy się i przebraliśmy w świeże ciuchy, wyszliśmy razem na krótki spacer. Chcieliśmy w ten sposób przywitać się z Alpami Bohinjskimi i samym Bohinjem...
Pierwsze co zwraca uwagę to wspaniały widok na grzbiet Alp Bohinjskich z Rodicą (1966 m.n.p.m. - na zdjęciu najwyższa po lewej), Siją (1880 m.n.p.m.), stacją kolejki na Vogel (1540 m.n.p.m.), oraz widoczną po prawej Meją (Meja - 1996 m.n.p.m)..

Wąską drogą prowadzącą do naszego pensjonatu, wracamy do szosy ze Starej Fuziny do Bohinjskej Bystricy. Pierwsze co mi się spodobało to niesłychana ilość różnego kwiecia, które wspaniale dekorowało okoliczne domy...
Warto przytoczyć, więc coś o miejscu w którym będziemy spędzać następne cztery noce. Srednja Vas v Bohinju, bo tak brzmi pełna nazwa tej malowniczej wsi liczy ok. 400 mieszkańców, rozłożyła się na wysokości 593 m.n.p.m. u stóp potężnego płaskowyżu Pokljuka, 4 kilometry od brzegu Bohinjskiego Jezera. Największym zabytkiem jest usytuowany malowniczo na wzgórzu Kościół św. Marcina, barokowy z XVIII wieku. Wsie słoweńskie podobają mi się bardzo nie tylko dlatego że są kolorowe i zadbane, ale dlatego, iż łączą w sobie dwa wydawać by się mogło, różne światy. Łączą bowiem idealny, niemiecki porządek i harmonię z indywidualizmem i nutką kultury gorącego południa. z tego powodu oglądając słoweńskie miejscowości zobaczymy zadbane, schludne domostwa, ale pozbawione sztywniactwa i  przesadnego porządku. Biorąc pod uwagę te wszystkie argumenty Słowenia jak i Słoweńcy ma u mnie dużego plusa ;)
Zbliżenie na kościół św. Marcina...
Tak jak wspominałem gospodarstwa rozłożyły się na różnych wysokościach. Pierwotnie na wyższą część wsi składał się tylko kościół i plebania, teraz zaś u góry pobudowano wyraźnie nowsze domy...
W centrum wsi znajduje się miejscowa gospoda z tarasem na którym lokalna społeczność gawędzi o przeróżnych sprawach i problemach popijając w kufelkach złote Laško...
Wystarczy odejść od drogi wgłąb by poczuć zapach wiejskiego, naturalnego sera owczego...
W Średniej Wsi (myślę że nikt się nie obrazi) znajduje się nawet coś na kształt ryneczku. Do malutki trójkątny placyk z umieszczoną na środku kapliczką...
Coś cudownego... Dodając do tego sielską ciszę jaka tu panowała, człowiek miał nagle ochotę przestać mieszkać w brudnym, rozkopanym mieście i zbudować sobie dom, gdzieś w polskich górach. Ot, takie marzenie dalekiej przyszłości ;))...
Upał zelżał, słońce powoli chowało się za okoliczne wzgórza. Owce z okolicznych łąk wracały z wypasu pozwalając nam usłyszeć dźwięk ich dzwoneczków...
Na trwałe w pamięci zapisał mi się w pamięci także taki obraz...
No i nie może zabraknąć oczywiście pięknych szop na siano, ozdobionych różnymi rolniczymi przyrządami...

Ładnie się również prezentuje domek poniżej z kolektorami słonecznymi na dachu, tworzącymi ciekawą mozaikę...
W Średniej Wsi...



Tak jak już wspominałem wspaniale prezentują się stąd Alpy Bohinjskie w które wyruszymy już niedługo...
Gdy na zegarze robi się 18.30 dochodzimy do krańca wsi... Widzimy ładną kapliczkę i oświetlony ostatnimi promieniami słońca sad.. Powoli zawracamy...
Raz jeszcze z zachwytem przyglądamy się okolicznym domostwom..
Aż wracamy na miejscowy "rynek", gdzie oprócz kapliczki znajduje się jedyny przystanek autobusowy we wsi...
Obok gospody odbijamy do tzw. górnej wsi, aby przyjrzeć się jeszcze kościółkowi...
A w niektórych miejscach mijamy naprawdę stare chałupy...
Mieszają się one również z nowymi eleganckimi domami, ale przez jednolitą kolorystykę wszystko tworzy spójną całość...
Wspinając się drogą do kościoła, otwiera się coraz szerszy widok na kończącą pasmo Alp Bohinjskich - Crną Prst (1844 m.n.p.m)...

Wreszcie dochodzimy do kościółka. Wejście, co nas nie zdziwiło, było zamknięte, ale barokowy wygląd mogliśmy sobie darować. Parę fotek zrobiliśmy.. i ruszyliśmy dalej...

patron kościółka - św. Marcin...
Na zakończenie ogólna panorama zachodniej części Alp Bohinjskich (od lewej zaczyna ją Raskovec (1967 m.n.p.m.), a następnie trójkątny Maly Raskovec (1901 m.n.p.m), Suha Rodica (1936 m.n.p.m.), oraz Rodica, której trójkątny wierzchołek (1966 m.n.p.m) jest najistotniejszym szczytem w zachodniej części Alp Bohinjskich, ale nie najwyższym (wyższy jest Raskovec - 1967 m.n.p.m)... 
Dobiega końca ten długi, ale jakże piękny dzień. Słońce już dawno schowało się za piramidę Studora (Studor - 1001 m.n.p.m), pozostawiając przez chwilę delikatną aureolę. Tak zaczyna się nasz pobyt po wschodniej stronie Alp Julijskich, który z każdym dniem będzie nabierał emocji. Jutro jeszcze nie zabiorę Was ponownie w alpejskie szczyty, ale w miejsce piękne no i myślę będące ikoną Słowenii... Co mam na myśli? Oczywiście, że Bled!
Do następnego razu więc, a na zakończenie dnia wieczorny widok z naszego balkonu na Raskovec i Maly Raskovec...
DO ZOBACZENIA...