30 września 2015

Pocztówka z... Fogaraszy

RUMUNIA 2015
W zasadzie to nie powinienem tytułować wpisu w ten sposób, bo jednak nie samymi Fogaraszami człowiek żył ;) Ale ponieważ były one naszym głównym celem, niech już tak pozostanie...
16-dniowa wyprawa w której oprócz mnie udział brali Krystek, Mosiu i Oski dobiegła wczoraj końca. Tak jak się spodziewaliśmy, była pełna przygód, nowych doświadczeń, fantastycznych widoków i przede wszystkim - pozwalała odizolować się od codziennego życia i problemów które zostały wraz z opuszczeniem polskiej granicy.
Rumunia, o której wspomnę szerzej gdy nadejdzie czas relacji, to kraj nadal niestety postrzegany przez wiele osób jako brudny, zacofany, pełen Romów chcących w każdej chwili napaść bezbronnego turystę czy aroganckich Rumunów. Tymczasem (a była to moja druga wizyta tamże) jest to kraj, który naprawdę szybko dźwiga się z ogromnego gospodarczego dołka, w który wciągnęła go niezwykle smutna i dojmująca historia. Dziwi też fakt, że tak dużo Polaków wypowiada się wobec Rumunii z tak wielką wyższością, podczas gdy to właśnie my powinniśmy ich problemy dobrze rozumieć...
Na refleksje przyjdzie jeszcze czas, na razie warto tylko głośno zachęcać do odwiedzania tego wspaniałego kraju, który jako jeden z niewielu w Europie, nie wpadł w szpony dzikiej komercji. Transylwania, stanowiąca najbogatszy punkt na turystycznej mapie tego kraju oferuje tysiące kilometrów szlaków przemierzających dzikie góry, pełne różnej flory i fauny, świetnie zakonserwowane miasteczka pełne życzliwych mieszkańców i coraz lepsze warunki do eksploracji tych miejsc - naprawdę warto się tam wybrać :)
A teraz przechodząc do meritum - zapowiedź tego co będzie na blogu;)
***
 Pierwszy przystanek tak jak relacjonowałem na fanpejdżu bloga na fb to Budapeszt, w którym mieliśmy 10 godzin na zwiedzanie miasta. Miasto wzbudziło we mnie mieszane uczucia, bo na pierwszy rzut oka jest pełne wspaniałych zabytków: dostojnych pałaców arystokratycznych, uroczych zaułków, rewelacyjnych mostów, uporządkowanych bulwarów - tak, to wszystko prawda. Ale szkopuł tkwi w detalach, gdy się przyjrzymy dokładniej zobaczymy jak wiele z tych pałaców jest opuszczonych, zamkniętych. Bogate kilkupiętrowe kamienice, których historia pozbawiła Warszawę, w wielu miejscach wymagają remontów elewacji - to taki paradoks, zachwycam się często odrapanymi kamienicami w miastach i miasteczkach Transylwanii - tyle że tam pomalowane na błysk często nie pasują i zabijają autentyk i unikalny klimat po który tam się przyjeżdża, a w bogatej węgierskiej stolicy, pełnej turystów i dostojnych gmachów, owe zaniedbanie sprawia przykre wrażenie.
Choć oczywiście to takie moje spostrzeżenie - nie zmieniające faktu że Budapeszt trzeba odwiedzić, zwłaszcza Budę, która jest fantastyczna :)
 Następnym przystankiem było Sibiu - moim zdaniem najpiękniejsze rumuńskie miasto. To taka wizytówka Rumunii, która dzięki temu że została europejską stolicą kultury, wyprzedziła o kilka lat pozostałe rumuńskie miasta, patrząc pod kątem rozwoju turystycznego. Jednocześnie co trzeba podkreślić, nadal zachowuje ono swoją dawną atmosferę. Must see! :)
  Potem były już tylko góry. W zasadzie można tylko dziękować niebiosom, za niezwykle udaną pogodę. Poszczęściło nam się nie ma co. A góry? Moim zdaniem Rumunia ma najwspanialsze zasoby górskie ze wszystkich krajów europejskich. Żadna Hiszpania. Żaden kraj alpejski. Właśnie Rumunia. Karpaty w Rumunii przyjmują tak różnorodną formę, tak nieporównywalną do żadnej innej w Europie. Racja, nie znajdziemy lodowców i tak spektakularnych efektów jego działalności jak w Alpach. Ale to co daje przewagę Rumunii to fakt że Karpaty Południowe oddzielają w pewnym sensie dwa światy - na południe od nich docierają już nuty bałkańskiego krajobrazu, na północ od nich ciągnie się bliższa nam, zielona sceneria, spowodowana chłodniejszym klimatem. I to wszystko w 90% dzikie, puste. 
Przejście grani Fogaraszy jest zadaniem trudnym. I muszę na wstępie zaznaczyć: nie dokonaliśmy jego całkowitego przejścia, mimo że planowaliśmy pierwotnie przejść za jednym razem i Piatra Craiului. Powodów było co najmniej kilka, nie będę ich teraz wymieniał ;) ale co istotne - nie zawierzajcie mapom, przewodnikom że na przejście całej grani wystarczy 6-7 dni. Otóż wędrówka samą granią wykluczającą zejścia w doliny, do schronisk, wymaga noszenia potwornych ciężarów. Nasze plecaki ważyły po 30 kg i mocno spowalniały, nawet nie tylko ze względu na sam ciężar, ale przede wszystkim ze względu na rozmiary, które przeszkadzały na trudniejszych odcinkach. Optymalny czas przejścia to 8-9 dni. Dlaczego? Otóż po wkroczeniu w wyższe partie gór, bardzo szybko okazuje się że dystans na mapie bardzo różni się od tego co zastaniemy w rzeczywistości. A już pułapką samą w sobie jest odcinek Custura Saratii między Serbotą a Negoiu, który z plecakiem pokonywany, spowalnia i męczy bardzo mocno.
Ale góry są bardzo piękne...
Zejście z Budislavu (2343 m.n.p.m)...
 Zachód słońca pod Serbotą (2331 m.n.p.m) i widok na potężne gniazdo Ciortea...
 To samo miejsce o poranku ;)
 Widok ze szczytu Negoiu na wschód w kierunku Moldoveanu.
 Na eksponowanym odcinku grani między Laitelem (2390 m.n.p.m) a Laitą (2397 m.n.p.m).
 Były momenty grozy, czyli burza na grani w okolicach Arpasu Mic (2462 m.n.p.m) i Mircii (2480 m.n.p.m). Historia która nam się wtedy przytrafiła, sprawiła że czułem pierwszy raz w życiu, najprawdziwszy człowieczy strach o swoje i przyjaciół życie.
Nie, nie była to pierwsza przeżyta w górach burza.
  Ale jak śpiewa Budka Suflera w jednej z moich ulubionych piosenek: "A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój". Tak było i tym razem - na Moldoveanu stawaliśmy dwukrotnie, za drugim razem w przepięknej pogodzie...
Ze względu jednak na ostrzeżenia które dostawaliśmy zewsząd o pogorszeniu znacznym pogody, musieliśmy przed Urleą (2473 m.n.p.m) opuścić grań. I rzeczywiście dwa dni później w górach nastały burze i ulewy...
 ... A my mogliśmy poznać Rumunię taką jaka jest w dolinach...
 Na koniec oprócz Branu, był jeszcze Braszów który jest obok Sibiu jednym z moich ulubionych miejsc w Transylwanii. To miasto jest jednak od Sybina zupełnie inne i choć może wydawać się na pierwszy rzut oka trochę zaniedbane, to tak naprawdę uwodzi swoim urokiem. Plus znakomite położenie (bliskość do Sighisoary, Sinai, Mediasu i innych miasteczek warownych Siedmiogrodu) 
 Wracaliśmy z powrotem do Polski znów przez Budapeszt, ale tym razem sił na zwiedzanie nie mieliśmy ;) Podróż powrotna była bardzo męcząca.
Chciałbym od razu podziękować moim partnerom z wędrówki, za wspaniałą przygodę i towarzystwo, a także kilku osobom którzy może kiedyś to przeczytają - przede wszystkim Panom: Kubie i Wojtkowi spotkanym w Podragu, obsłudze schroniska Podragu, a także ratownikowi Salvamontu za pomoc w Poarta Vistei i wielu wielu innym mijanym na szlaku którzy wspierali nas i życzyli powodzenia. To było bardzo miłe :)
***
A co do relacji, pragnę zapewnić że będzie, niestety z uwagi na natłok innych oczekujący na spisanie wypraw raczej nie w najbliższym miesiącu :D ale obiecuję że dokładna relacja na blogu się pojawi ;)

12 września 2015

Rogaland i Lysefjord, czyli kraina świetlistego fiordu - dzień II

(PREIKESTOLVEGEN - PREIKESTOLEN)
Noc była bardzo chłodna. Temperatura spadła w okolice 5 stopni Celsjusza, wiał wiatr i lał deszcz. Takie okoliczności spowodowały że jeszcze koło północy olaliśmy spanie na dwa namioty i.. spaliśmy w czwórkę ;) Dość ciekawa sprawa nie powiem, sprzedawca w sklepie swego czasu zapewniał mnie, że ten model namiotu pozwala spać wygodnie 3 osobom o średnim wzroście - a tu proszę, nie dość że zmieściły się cztery to, nawet Borys liczący na moje oko ze 190 cm spał, chyba bez problemów :D Śpiąc w czwórkę było o wiele cieplej ;P
Namiot wytrzymał do mniej więcej piątej nad ranem. Potem, po tylu godzinach ciągłej ulewy, tropik zaczął powoli przemakać, co poskutkowało tym, że co jakiś czas na czoło spadały krople deszczu. Do ósmej jednak nie wstawaliśmy, zresztą zmęczenie dniem powszednim dało się na tyle we znaki, że nikt nie miał szczególnej ochoty na wczesne rozpoczynanie dnia. Niespodziankę mieliśmy za to podczas porannego ogarniania się, gdy odkryliśmy po jednej stronie namiotu prawdziwy zbiornik wody opadowej. Usuwanie tej "Hańczy", która powstała z uwagi na fakt, że namiot rozłożony był na nieidealnie równej powierzchni, zajęło nam kilkanaście minut ;D
(iksem zaznaczono miejsca biwaku)
Dziewiczy poranek na norweskiej ziemi ;)
Po porannym zamieszaniu wychodzę aby się przewietrzyć i rozprostować. Udaje mi się po raz pierwszy zlustrować okolicę, spojrzeć między innymi na leżące blisko nas jezioro Revsvatnet. Jezioro jest położone na wysokości 236 m.n.p.m, a nad jego brzegiem położone jest schronisko Preikestolhytte, do którego można dojechać samochodem lub autobusem, asfaltową drogą.
Opisując wydarzenia związane z tegorocznym wyjazdem do Norwegii - muszę wspomnieć o naturze, która wydaje się być bliższa człowiekowi niż w jakimkolwiek innym odwiedzonym do tej pory przeze mnie miejscu. Jeśli powiem, że tam się czuje obecność zwierząt w bliskiej okolicy, może zabrzmi to dosyć, hmm.. dziwnie? :D ale wierzcie mi - naprawdę niewiele szczęścia trzeba by spotkać sarnę czy jelenia. Ponoć często występują tam łosie - tych akurat nie widzieliśmy, ale myślę, że jeszcze będzie szansa się o tym przekonać ;)
Po porannym spacerku wracam do namiotu - a tam, pierwsze śniadanko :) Niezastąpiona mielonka i chleb, ale tu muszę się pochwalić w swoim i towarzyszy imieniu, ów dziwny kształt chleba tostowego nie wynika z "trudów podróży", lecz z pewnego zabiegu który wykonaliśmy przed wylotem. Otóż tajemnica tkwi w tym, że... został on pozbawiony przez nas powietrza (przy okazji można doświadczyć tego jak bardzo w dzisiejszych czasach "pompuje się" żywność). Dzięki temu że zminimalizowaliśmy ilość powietrza w chlebie, zachowywał on przydatność do spożycia przez cały okres który w Norwegii spędziliśmy, a przy okazji, pozwolił zamiast dwóch paczek wziąć trzy, z uwagi na mniejszą ilość miejsca, którą zabierał ;) Co do smaku - to co się zmienia to wyczuwalność drożdży. Po wykonanym zabiegu, było je lekko czuć. Ale nie bójcie się, nikt kłopotów żołądkowych nie dostał, nawet piątego dnia! :D
Poleniuchowaliśmy dość długo. Ale z premedytacją, sprawdziwszy dokładnie wcześniej prognozy. A te mówiły że z każdą godziną ma być coraz lepiej i dlatego opuszczamy miejsce obozowiska dopiero po czternastej. Późno? Późno. Ale pobyt na pochmurnym Preikestolen nie miałby żadnego sensu.
 Wejście na szlak jest oznakowane. Z początku podążamy ostro zakosami pod górę, wspinając się po kamiennych schodach.
Po pokonaniu niecałych 100 metrów różnicy wysokości (na całym odcinku różnica wzniesień wynosi 350 m) dochodzimy do rozdroża, gdzie odchodzi szlak na Moslifjellet - najwyższy szczyt w okolicy Preikestolen - (718 m.n.p.m) i punktu widokowego z którego roztacza się ładny widok. W oddali zobaczymy m.in. Stavanger.
I Stavanger właśnie...
Ruszamy dalej.. Las się przerzedza pojawiają się kolejne widoki na jezioro Revsvatnet.
A te górki tonące we mgle znajdują się już po przeciwnej stronie Lysefjordu ;)
Stavanger i dziesiątki wysepek porozrzucanych na okolicznych fiordach...
Wybrzeże Idsefjordu...
I jeszcze całościowy widok na okolice jeziora Revsvatnet i nieco dalsze tereny...
Następną część trasy do Preikestolen pokonujemy po drewnianych kładkach, które umożliwiają przejście przez torfowisko...
Torfowisko na szlaku na Preikestolen...
Torfowisko jest położone w dolinie potoku wypływającego z niedalekiego jeziora Moslidalstjorna. Kilka kilometrów dalej potok ów wpływa do jeziora Revsvatnet.
Przechodzimy na drugi kraniec torfowiska i tu zaczyna się drugi moment podczas wycieczki na Preikestolen, gdzie ścieżka dość wyraźnie wspina się w górę.
Ostatnie widoki na ocean od tej strony ;)
Szlak dociera na przełęcz między masywami Preikestolen i Lammatoknuten. Stąd widać już w oddali brzegi Lysefjordu, jak i najwyższe górki leżące wokół tego fiordu :)
Owe obniżenie jest dużym węzłem szlaków. Nazajutrz właśnie stąd będziemy ruszać w kierunku Bakken i Lysebotn.
Od rozdroża na Preikestolen jest już bardzo blisko. Widoki też zaczynają chwytać za gardło...
Po pokonaniu niewielkiego podejścia i następnie krótkiego trawersu, docieramy na skraj kotlinki położonej między Preikestolen - widocznym w głębi, i bezimienną górką, którą trawersowaliśmy, o wysokości 582 m.n.p.m. W kotlince znajduje się zespół trzech malowniczych stawków.
Oto największy z nich.
Miejsce to jest przepiękne i nadaje się idealnie do biwakowania - jest staw, wypływający potok, dużo płaskiej powierzchni.
W tym miejscu warto przystanąć na chwilę, bo o ile nie będzie akurat zatrzęsienia turystów wokół, to sceneria chyba każdemu wyda się niezwykle urodziwa, wręcz bajkowa.
Po krótkim odpoczynku ruszamy szlakiem po skalnych płytach dalej. Znad jeziorek to tylko nieco ponad kilometr drogi.
Wypatrujemy przy okazji jeszcze świetną miejscówkę, która jak się okaże, posłuży nam za miejsce pod biwak. 
Taaaaakie widoczki Proszę Państwa!
Wypływający z widocznego w oddali jeziora Troppevatnet, potok pokonujący różnicę poziomów 120 metrów, malowniczymi kaskadami. Z prawej masyw Troppeknuten, z lewej masyw Loknuten
Do klifu można dotrzeć dwoma wariantami - na około albo przez szczyt Preikestolen. Ta druga opcja jest krótsza, ale my wybieramy bardziej malowniczą wersję :)
Obchodzimy skalne ściany i po lekko nachylonej płycie docieramy już bezpośrednio nad fiord. Wierzcie, tych widoków nie da się opisać ;)
Końcówka trasy to efektowne przejście skrajem niespełna 600-metrowej przepaści z widokami, które wywołują niezwykłą euforię...
Lysefjord w całej okazałości. Po prawej widać ośnieżone szczyty wśród których dominują wysokie Bergeheia (989 m.n.p.m) i Hellefjellet (955 m.n.p.m).
Lysefjord ciągnący się aż do Lysebotn oddalonego od nas w linii prostej o około 30 km;)
Pokonujemy końcowe metry i oto jest słynne Preikestolen!! Marzenia się spełniają, już po raz kolejny się o tym przekonuję ^^ Trzeba tylko zawsze o nie walczyć i nie przestawać wierzyć, że prędzej czy później uda się ;)
Lysefjord, którego nazwę dosłownie można przetłumaczyć jako jasny lub trochę bardziej romantycznie - świetlisty ;) fiord, widziany ze słynnego Preikestolen, dosłownie oznaczającego ambonę :)
Kiedy doczekaliśmy się wolnego miejsca w najbardziej fotogenicznej miejscówce, co niestety trochę trwało z uwagi na parę młodych Azjatów, którzy robili zdjęcia w kilkunastu pozach, wkraczamy na scenę aby zrobić małą sesyjkę i samemu przekonać się, co to znaczy usiąść na skraju Preikestolen ;P
Taki wypoczynek to ja lubię ;> (dzięki Bartuś za fotę ;p)
Po niemal godzinie spędzonej na Preikestolen, już gdy słońce zaczyna schodzić dosyć nisko i odzywa się wyraźnie chłodny wiatr, decydujemy się opuścić to przepiękne miejsce. Wracamy powoli, delektując się okolicznymi pejzażami, malowanymi soczyście przez powoli zachodzące słońce..
Rozbijamy obóz w delikatnym obniżeniu na skalnych półkach. Tym razem stawiamy tylko jeden namiot ;) i rozkładanie idzie znacznie szybciej niż poprzedniego, feralnego wieczoru. Gdy namiot udało się już rozbić, nastąpiła słynna norweska kąpiel, której każdy zaznał ;> Otóż obok, w skalnej rozpadlinie znajdowało się niewielkie jeziorko. Temperatura powietrza wynosiła o godzinie 18 wg prognoz około 8 stopni Celsjusza, woda z uwagi na początek maja, wystawę północną i dość wysoko położone lustro wody ;) mogła mieć jakieś 5 stopni Celsjusza.
Kąpieli w tym miejscu nie zapomnę do końca życia. Miejsce czadowe, ale samo zdjęcie polaru powodowało dreszcze. A trzeba było zdjąć jeszcze całą resztę, a następnie zanurzyć się w tej wodzie.
Gdy dygocząc z zimna zamoczyłem prawą nogę, poczułem na przemian falę gorąca i zimna uderzające do mózgu. Chciałem wejść tylko do pasa, ale przez nieuwagę poślizgnąłem się na śliskim kamieniu i wjechałem niemal całym ciałem do tej parszywie lodowatej wody.
Szok spowodował że miałem ochotę wrzeszczeć na całe gardło. Z każdą upływającą sekundą czułem jak adrenalina zaczyna we mnie bulgotać i wydawało mi się, że zaraz ze mnie zacznie się wylewać. Po 20 sekundach spędzonych w wodzie czułem że jeśli spędzę tam choć sekundę więcej, czekać mnie będzie nieuchronne zapalenie płuc. Wyskoczyłem z wody i podskakując jak szaman podczas swoich pogańskich obrzędów, rzuciłem się po ręcznik. Liczyło się tylko to żeby się pozbyć każdej nawet najmniejszej kropli zalegającej na ciele i założyć suche ubranie. Najgorsze było to że po całym tym doświadczeniu nie było gorącej herbaty, nic. Pozostało wejść na 20 min w kurtce do śpiwora i grzać się do momentu aż powróci czucie w kończynach.
Na szczęście czucie wróciło i potem już pozostał tylko genialny zachód słońca :)
Lysefjord wieczorkiem :)
Zakładam teleobiektyw by móc przybliżyć oddalony o ponad 30 kilometrów Kjerag. Fiord, otoczony przez takie kolosy, których ściany wystrzelają 1000 metrów ponad lustro wody, sprawia niesamowite wrażenie...
I w końcu zachód słońca - dziś słońce znika znacznie wcześniej, ponieważ chowa się za okoliczne wzniesienia...
Pozostaję cały czas na straży z aparatem, śledzę chmurki które raz po raz tworzą niesamowity klimat, tworząc z okolicy prawdziwy Mordor.
Drugi wieczór w Norwegii ;) I tyle się działo! :)
Zachód był to i selfie z niego by się też przydało ;]
Masyw Moslifjellet, Loknuten i Kruna (czyli korona - łatwo rozpoznać po kształcie), a także duże jezioro Troppevatnet.
Mały i wielki ;>
Do it yourself! :D W zasadzie po co iść na łatwiznę zabezpieczać namiot szpilkami - Norwegia i tak sprawdzi Twoją kreatywność i pomysłowość, gdyż bardzo często podłoże nie pozwala na wbicie szpilek ;P Pozostaje takie o to zabezpieczanie namiotu ;D
Kamienie były dość solidne, choć na to nie wyglądają ;P
Cykam raz jeszcze zachodzące słońce i wracam do namiotu - pora się wyspać bo jutro, kolejny dzień i kolejne wrażenia - zdradzę że też było ich całkiem dużo :)
DO ZOBACZENIA :)