30 października 2015

Rogaland i Lysefjord, czyli kraina świetlistego fiordu - dzień IV i V

(BRATELLI - SKURVEDALEN - SONGESANDSTOLEN - SKURVEDALEN - BAKKEN)



Poranek czwartego dnia był mówiąc krótko... fantastyczny ;) Powitało nas bezchmurne, błękitne niebo i mocno grzejące słońce, które bardziej niż do dłuższej wędrówki zachęcało do poleniuchowania na trawie ;P No więc trochę się rano poobijaliśmy :D i wyszliśmy późno, zdecydowanie później niż zakładaliśmy :D
Pewnie się zastanawiacie, dlaczego z samego rana nie lecieliśmy na prom. Otóż, już Wam wyjaśniam, że wczoraj dowiedzieliśmy się również bardzo przykrej w pewnym stopniu rzeczy, a więc tego że droga pod Kjerag jest zamknięta ze względu na zalegający w dużych ilościach śnieg. Co prawda można tam też dotrzeć z osady Flørli leżącej po zachodniej stronie góry, ale nie byliśmy wyposażeni w na tyle dobre buty by podchodzić po oblodzonych skałach.
Bezchmurny poranek w Bratelli...
Poranne pakowanie nam się przedłużyło, ale w znakomitych nastrojach ruszaliśmy w dalszą drogę. W zasadzie to nawet nie wiedzieliśmy gdzie idziemy, bo mieliśmy o tej porze buszować po Kjeragu, a tymczasem błąkaliśmy się po północnym brzegu Lysefjord ;) Czy taka wersja była zła? Żałowaliśmy owszem, że z przyczyn technicznych ta opcja nie wypaliła, ale koniec końców, żyliśmy bez planów i bez określonego celu. Podejmowaliśmy decyzje na bieżąco: zachciało się przerwy - była przerwa; spodobała się nam jakaś ścieżka - szliśmy nią.
Generalnie taka opcja podróżowania jest nie tylko ciekawa, ale również bardzo nieprzewidywalna i to jest w niej niezwykle atrakcyjne :)
Doczłapaliśmy do szlaku z Preikestolen do Lysebotn i ruszyliśmy tą magistralą, bo w sumie można chyba tak powiedzieć ;) dalej. Przekraczamy kolejny potok gdzie napełniamy butelki.
Dalej ścieżka trochę podchodzi, wyprowadzając na rozległą polanę, z fenomenalnymi widokami na Lysefjord. Pejzaż chwytający za gardło :) 
Nic tylko stanąć i tak patrzeć przed siebie bez końca...
Na malowniczo położonej polance ktoś sobie wybudował chałupę. Ech.. Mieć z werandy takie widoki...
Za zabudowaniami wkraczamy w las. Gdzieś przed nami wyrastają kolejne wzniesienia u stóp których jest położona osada Bakken.
Po przejściu mniej więcej połowy odcinka z Bratelli do Bakken trafiamy znów na odsłonięte skalne tereny...
Trasa jest różnorodna także i na tym odcinku ;) W jednym miejscu znów musimy użyć rąk podczas schodzenia, potem maszerujemy przez bardzo ładny las. Przeszkodą było bardzo podmokłe podłoże w niektórych miejscach...
W jednym ze strumieni zanurzam włosy w potoku, korzystając z tego że dzień był ciepły. Nie ma nic lepszego niż taka chłodna kąpiel w ciepły dzień :D
Doganiam resztę podczas przejścia przez jakiś parszywy podmokły młodniak. Od tego momentu do końca naszej wyprawy mieliśmy przemoczone buty ;) 
Dogadując sobie żartobliwie nawzajem po zabawnych wypadkach podczas przejścia przez brzeziny i docieramy do rozstajów położonych u wylotu doliny Skurvedalen :D
W tym miejscu magistrala biegnąca do Bakken i dalej do Songesand skręca na południe i wzdłuż potoku zbliża się do fiordu. My jednak zostawiamy to sobie na później i wkraczamy, a jakże, w "Krętą Dolinę" czyli Skurvedalen.
Trasa w zasadzie cały czas biegnie wzdłuż gigantycznego potoku. Krajobrazy? Przypominały mi te z filmów o Alasce, tyle że nie było nigdzie niedźwiedzi grizzly...
Dziko, pusto.. Tak, gdzieś już to pisałem... Ale wędrówką tą doliną była zgoła odmienna, ścieżka w niektórych miejscach nie istniała, czasem jej stan wołał o pomstę do nieba, ale nieustannie kusiła, zdawała nas ciągnąć po niewidzialnej smyczy... Coś tam było takiego, że czuliśmy się jak odkrywcy... Bez mapy, bez ognia... Tak, to było to!
Masyw Holmaknuten...
Po bardzo długiej wędrówce lasem, po mniej więcej 1,5 godziny wędrówki z rozstajów, wyszliśmy ponad górną granicę lasu...
Zoom na Preikestolen - widoczne po prawej i Lysefjord.

Górne partie Skurvedalen.
Krajobrazów owej doliny ciąg dalszy...
W górnej partii doliny jest dużo malowniczych jeziorek, takich jak to...
A do końca szlaku pozostaje pokonać jeszcze ów próg skalny ;)
Szlak kończy się w miejscu zwanym Songesandstølen. Niezwykle malownicze pustkowia...
Songesandstølen i jezioro - Stolatjørna.
W tym miejscu szlak się kończy i trzeba wracać tą samą drogą... Warto tu przyjść? Warto, choćby tylko po to by usłyszeć bicie własnego serca... Tam naprawdę panuje niesamowita atmosfera...
Powrót jest zdecydowanie szybszy, robimy w zasadzie tylko jedną krótką przerwę i opuszczamy dolinę Skurvedalen.
Wracamy się na "starą" ścieżkę i ładujemy się do Bakken, czyli kolejnej mikroosady rozrzuconej na stromych górskich zboczach...
Także i Bakken leży wysoko ponad fiordem. Aby dotrzeć do przystani znów musimy więc wytracić wysokość...
Na wysokości około 50 m.n.p.m od magistrali podążającej w kierunku Songesand odchodzi krótki łącznik, schodzący na nabrzeże.
Na przystani zjadamy szybki posiłek w oczekiwaniu na prom, którym wracamy do cywilizacji, czyli do Lauvvik. Podczas podróży kosztującej nas 61 NOK, mamy okazję podziwiać brzegi fiordu z pokładu, a także Preikestolen, ale tym razem od dołu ;)
Preikestolen z perspektywy fiordu :)
Dwaj majtkowie ;p
I otoczenie Lysefjordu raz jeszcze...
Prom bardzo szybko zbliża się do wylotu Lysefjordu i wkrótce mijamy okazały most wybudowany na drodze nr 13 z Jørpeland do Forsand.
Także i w tym miejscu góry otaczające fiord przekraczają powyżej 600 metrów, między innymi poniższy Vikastakken.
Dobijamy do przystani w Lauvvik i zaczynamy powoli rozglądać się za miejscem na nocleg. Niestety tu już zabudowa jest bardziej gęsta i musimy uzbroić się w cierpliwość...
Uwaga jagnię na drodze!
Malownicza zatoczka Trodalsvagen i wysepka Vedholmen połączona ze stałym lądem miedzą.
Gdy tylko kończą się zabudowania, skręcamy w lewo, w las i rozbijamy namiot na zarastającej leśnej ścieżce. Tam spędzamy ostatnią noc na norweskiej ziemi.
(LAUVVIK - SANDNES - PORT LOTNICZY STAVANGER-SOLA)
zielony krzyżyk - miejsce ostatniego noclegu, czerwony krzyżyk - lotnisko Stavanger Sola
Kolejny dzień rozpoczynamy, już nie tak w znakomitych humorach jak poprzednie ;D Po pierwsze to dlatego, że chciało nam się wreszcie dobrze zjeść ;P a po drugie, dlatego że pogoda powróciła do tego stanu, z którym kojarzyłem zawsze Norwegię.
I pewnie też z tego powodu, mimo że samolot mieliśmy o 21, zdecydowaliśmy się wcześniej wracać do Stavanger, nie wiedząc dokładnie ile czasu zajmie nam dojazd na lotnisko. Oczywiście spanikowaliśmy, bo wyruszyliśmy wcześnie z rana, zamiast ogarnąć jeszcze jakieś myszkowanie po okolicy. Wlekliśmy się więc wzdłuż ruchliwej szosy nr 13 nie mogąc złapać stopa, aż dotarliśmy do niewielkiej wioski, gdzie ze znużenia klapnęliśmy na ławkę przystanku autobusowego.
Czułem narastające zniechęcenie głodem, siąpiącym deszczem i monotonnym marszem. Sprawę pogarszał fakt, że brakowało wody, a wyjątkowo nie było skąd jej wziąć. Magda z Borysem łapali stopa, ja siedziałem i dumałem czy przełknę po raz n-ty tę samą konserwę. Po jakiś 15 minutach, gdy Borys poszedł w poszukiwaniu wody, Magda złapała stopa i zniknęła nam z pola widzenia. Dopiero po kolejnym kwadransie udało i nam się złapać okazję.
Naszą "szoferką" była bardzo ładna Norweżka, o długich blond włosach i intensywnie niebieskich oczach. Droga zeszła na rozmowie o podróżach i na zachęcie przyjazdu do Polski ;)
Rozstaliśmy się w samym centrum Sandnes na placu między dworcem kolejowym, a autobusowym. 
Sandnes w którym wylądowaliśmy jest siódmym co do wielkości miastem Norwegii, liczącym około 80 tysięcy mieszkańców, które wraz z niedalekim Stavanger, tworzy tak zwane Wielkie Stavanger. Do aglomeracji tej należy również Sola, a także kilka mniejszych miejscowości.
Sandnes w przeciwieństwie do Stavanger jest miastem bardzo młodym, spełniającym funkcje ośrodka handlowego i portowego. Stare Miasto niemal tu nie istnieje, jedynym kwartałem który charakteryzuje się starszą zabudową, jest otoczenie ulicy Langgate, ciągnącej się po zachodniej stronie torów kolejowych. Na wschód od stacji kolejowej Sandnes-Sentrum, rozciąga się przestrzeń zaaranżowana jako gigantyczne centrum handlowo-usługowo-biznesowe. Tam też poszliśmy na szamę, a jakże by inaczej, do Mc Donald's ;)
Który to Mc Donald's oferuje ceny typowo norweskie :D Big Mac to wydatek 50 NOK czyli około 26-27 złotych. Gdy weźmiemy do tego frytki i colę, wydamy około 80 NOK czyli niecałe 45 złotych.
Ponieważ jednak żyliśmy przez wyjazd wyjątkowo oszczędnie, to postanowiliśmy "zaszaleć" i wreszcie zjeść cokolwiek innego niż konserwa albo kabanos. Byłem zresztą pewny że to ostatni wydatek ponoszony na norweskiej ziemi, poza biletem na lotnisko, ale jak się okazało byłem w błędzie. Kilkanaście minut później znalazłem obok nadgarstka kleszcza i zaniepokojony tym jak długo siedzi, poszedłem do apteki po pęsetę.
Czy wiecie ile kosztowała?
70 NOK... Metalowe barachło którego na lotnisku nie pozwolono mi przewieźć :((
Szczęście w nieszczęściu że apteka była samoobsługowa, bo starszy jegomość po angielsku nie rozumiał za bardzo, zresztą gdy bym miał mu wytłumaczyć że potrzebuję pęsety, też bym pewnie nie umiał :D
Na lotnisko wyruszamy autobusem linii 9, który jest najtańszą formą dojazdu tamże. Autobus wyrusza z dworca w Sandnes i jedzie aż do Stavanger, wcześniej objeżdżając całą aglomerację. Czas dojazdu pod terminal wyniósł nas wprawdzie niecałą godzinę, choć wiadomo, coś za coś, na droższą podróż ekspresowym autokarem już nas nie było stać. 
Mimo długiej podróży na lotnisku lądujemy zupełnie niepotrzebnie na 7 godzin przed odlotem. Oczywiście, jak to bywa w takich przypadkach, bardzo szybko głodniejemy i by zabić czas, co chwilę kupujemy coś w terminalu, przez co szybko niwelujemy budżet ;)
Przez cały ten czas zdążyliśmy się również przespać i trzy razy przejrzeć zdjęcia. Samolot na szczęście nie był opóźniony i w Katowicach jesteśmy tuż przed czasem, gdzieś koło 23.50.
Podsumowując te 5 dni, bo zdaje się napisałem w pierwszej części o 6 dniach podróży, mogę śmiało powiedzieć że byłem bardzo zadowolony, mimo wielu niespodziewanych zdarzeń, wielokrotnej zmiany planów i wyjątkowego okrojenia ostatniego dnia.
Łącznie podliczając wszystkie koszta, wraz z biletem lotniczym wydałem 580 NOK czyli mniej więcej 300 złotych. A byłoby jeszcze mniej gdyby nie pęseta użyta jednorazowo, czy posiłek na lotnisku, który w przypadku innego zagospodarowania piątego dnia w ogóle nie miałby miejsca. Dla przykładu Bartek zmieścił się w 400 NOK, bo jedynym wydatkiem, który poniósł oprócz biletów lotniczych były bilety promowe i Mc Flurry ;)
***
Norwegia od strony krajobrazowej bardzo mi się spodobała, w związku z czym na pewno jeszcze wiele razy się tam wybiorę, pewnie nawet i raz jeszcze nad Lysefjord, na drugi brzeg ;) Kuszą mnie Trolltunga, Geirangerfjord, PN Jotunheimen, Lofoty... Tak, lista jest długa, jest z czego wybierać przez następne lata... Kiedy jednak uda się przełożyć plany na rzeczywistość i dotknąć norweskiej ziemi? Zobaczymy co przyniesie przyszłość, pewne jest to że w krainę skandynawskich fiordów kiedyś powrócę :)

13 października 2015

Rogaland i Lysefjord, czyli kraina świetlistego fiordu - dzień III

(PREIKESTOLEN - SKOGAVATNET - BRATELLI)
Pora wracać po dalsze przygody do Norwegii ;) Noc pod Preikestolen była dosyć krótka, bo już o 3 wstawałem, by zobaczyć norweski brzask i wschód słońca. Wschodu nie było, ale klimacik fajny był: temperatura oscylująca koło zera i chłodny wiaterek ;)
Stałem tak obejmując statyw i wsłuchiwałem się w bezimienną ciszę... Była ona tak przejmująca że dobiegający z namiotu odgłos kaszlnięcia, zabrzmiał w tym momencie jak wystrzał pocisku artyleryjskiego.. Patrzyłem w świecące w oddali światełko portu w Lysebotn i byłem zwyczajnie szczęśliwy...
Widząc że spektakularnego wschodu nie będzie, martwiąc się pogodą na kolejne godziny, wlazłem z powrotem do namiotu. Jednak o poranku obudziła nas piękna pogoda i niemal czyste niebo, co spowodowało automatyczne przyspieszenie naszych działań ;p Dzień ładnie się zapowiadał trzeba go więc było wykorzystać na maksa.
Poranne widoki na Lysefjord ;)
Po śniadaniu zwijamy obóz i ruszamy w dalszą drogę. Na początek jednak musimy się kawałek wrócić, najpierw do jeziorek po drugiej stronie Preikestolen, a następnie do rozstajów, które wczoraj mijaliśmy.
Poznajecie ten widok? ;) Wczoraj było troszkę bardziej pochmurno :)
Szlak okrążający Lysefjord zbiega z owej przełęczy w dół, w kierunku dna doliny potoku wypływającego z jeziora Troppevatnet. Schodząc, przechodzimy przez gęsty las pełen okazów, które zostawił po sobie lodowiec, dziś porośniętych bardzo bujnym mchem.
Gdy dochodzimy na wypłaszczenie terenu, krajobraz lekko się zmienia. Pojawiają się karłowate iglaki, znikają drzewa liściaste, pojawiające się wyżej.
Ale wszystko wkrótce zostaje przyćmione poprzez głośne dudnienie wodospadu... 
Przechodzimy przez potok, z którego nabieramy wody, następnie kawałek pokonujemy dnem doliny, gdzie oczywiście znajdowały się mokradła i najbliższe podejście robimy już z przemoczonymi butami. Wspinaczka choć krótka to rzeczowa i wymagała zjedzenia dwóch batonów musli, bo plecak ściągał wyjątkowo w dół ;D
Tą dolinkę zostawiamy za sobą - generalnie przebieg szlaku jest prosty: grzbiet, dolinka, grzbiet, dolinka... grzbiet, dolinka. I tu wyjaśniam jeden z faktów i mitów dotyczących Norwegii - w ten sposób pokonujemy w kilka godzin zaledwie parę kilometrów. 
Na szlaku jest pusto.. Mijamy zupełnie pojedynczych ludzi.. Gdzieś jedna para, gdzieś ktoś.. Po zniknięciu z "Preikestolen Area" wkracza się w zupełnie inny świat. Polecam taką Norwegię - taką w której jesteśmy tylko my, góry i fiordy ;)
Pniemy się zboczami Troppeknuten (616 m.n.p.m) na niewielki płaskowyż, pokryty w górnej części mikroskopijnymi jeziorkami (bardziej by pasowało kałużami ;) i mokradłami. 
Z owego płaskowyżu schodzimy po płytach skalnych w kolejną dolinę, w której leży, tym razem duże, jezioro Skogavatnet. Jest tu miejsce na biwak i ognisko, jest zdaje się chyba nawet prymitywna chatka. Miejsce urokliwe, nawet jest jak wygodnie wejść do wody, ale o dziwo, woda wydała się mniej zachęcająca aniżeli w jeziorkach poniżej Preikestolen. Sprawiała wrażenie.. niezbyt czystej, szczególnie przy brzegu.
Jezioro ciągnie się na przestrzeni dobrego kilometra, jak nie więcej. Szlak jest poprowadzony jego lewym brzegiem, po czym w końcowej partii zaczyna podchodzić stromo, na skałkę, której ściany opadają wprost do jeziora (co widać na powyższym zdjęciu), a następnie odbija nieco bardziej na północny wschód. Tam idąc wąskim i dość głębokim jarem gubimy szlak, przez co marnotrawimy kilkadziesiąt minut na ogarnięcie się. 

W końcu jednak udaje nam się powrócić na właściwą ścieżkę, schodzimy szybko do kolejnego jeziora i tu kolejny problem :D Ścieżka bowiem odbijała na lewo, a oznaczenia szlaku podążały nad... brzeg wartkiego i szerokiego potoku wypływającego z kolejnego jeziora:D
 Żadnej łódki nie było coby przepłynąć przez rzekę, patrzyliśmy więc na szumiącą wodę i dumaliśmy nad sposobami jej pokonania:D Kiedy zauważyliśmy wystający z wody płaski kamień, zrozumieliśmy że jedyną możliwością jest przejście w bród :D
Owego przejścia nigdy nie zapomnę. Podciągnęliśmy nogawki, zdjęliśmy buty i skarpetki i trzymając je w rękach, wkroczyliśmy do wody. Cykora miałem strasznego, bo w razie ewentualnego poślizgnięcia się byłby error. Woda nie dość, że była pierońsko zimna, to jeszcze miała duży przepływ, co w połączeniu ze śliskimi kamieniami, upewniało mnie w przekonaniu, że ktoś MUSI stracić równowagę i wpaść do owego potoku, który był całkiem głęboki. Madzia i Borys przeszli bez problemu, Bartek już bardziej niepewnie, a ja objuczony ciężarami nad każdym krokiem zastanawiałem się kilkakrotnie :D Ale na szczęście się udało  i nikt nie wylądował w lodowatej wodzie ;)
Preikestolen widoczne już na ostatnim planie, trochę przeszliśmy :D
Szlak znów wspina się do góry pokonując kilkadziesiąt metrów w pionie i przybliża nas do fiordu.
Bartek i Borys.
Po skośnie ułożonych płytach lecimy dalej... Jesteśmy w tej chwili około 400 metrów powyżej lustra Lysefjordu, który wydaje się w tym momencie strasznie wąski..
Jest i fota na szlaku ;)
Niekiedy co to dużo mówić, szlak jest eksponowany, wiedzie skrajem przepaści i warto patrzeć pod nogi, gdyż jest trochę niestabilnych kamieni. Jednak tą niedogodność wynagradzają świetne panoramy.
Spojrzenie za siebie w kierunku Preikestolen i "małego Preikestolen" czyli zęba skalnego znajdującego się poniżej nas.
Zbliżenie na Kjerag ze szlaku wiodącego zboczami Bratlliknuten, w dole port Songesand.
Gdy ścieżka kończy trawersować zbocza Bratlliknuten otwiera nam się widok na dolinę Skurvedalen.
O tym że szlak nie zawsze bywa łatwy, przypomina kilka miejsc, w których ekspozycja daje o sobie znać, a także trzeba używać wszystkich kończyn. Na szczęście, są łańcuchy, które znacząco ułatwiają pokonywanie takich momentów.
Wkraczamy ponownie do norweskiego lasu, pełnego porośniętych mchem, eratyków.
Docieramy na niewielką polanę położoną na wysokości 120-180 m.n.p.m. Rozłożyła się na niej osada Bratelli, składająca się z kilku chałup, z malowniczymi widokami na Lysefjord. 
Osada Bratelli.
Obok gospodarstwa, a w zasadzie na jego terenie znajdował się malowniczy na oko około 10-metrowy wodospad i muszę przyznać że był to pierwszy raz gdy spotkałem się z wodospadem który znajdował się na czyjejś posesji :) 
Na tej samej łące, gdzie mieściło się gospodarstwo zrobiliśmy sobie przerwę obiadową. Ze względu na nieudolność w poszukiwaniu gazu pierwszego dnia :D wszystkie nasze przerwy wyglądały tak samo, czytaj chleb+gulasz angielski w puszce+woda, niezależnie od pory dnia :D Aha, były też kabanosy, które jednak były przed lotem przekłute, żeby zajmowały mniej miejsca, co spowodowało dość szybkie ich wyschnięcie ;p Od święta były sezamki, albo żelki na deser, bo batony musli jedzone po kilka na dzień dość szybko nam się znudziły :D Tym razem posiłek wyglądał więc tak samo, ale jego otoczka już nie :p Ponieważ popołudnie było ciepłe i słoneczne przebrałem sobie elegancko spodnie na krótkie i tak oto odziany zasiadłem do naszego stołu, czyli folii na chleb. Jedliśmy, rozmawialiśmy i nagle usłyszałem głośne parsknięcie śmiechem ;D Okazało się bowiem że całe pólko było "zaminowane" owczymi czy też kozimi odchodami, a moje świeżo ubrane, jedyne zmienne spodnie, zostały wysmarowane brązową mazią... Do dławiących się ze śmiechu kolegów, szybko dołączyłem gdy zauważyłem że tym samym "czymś" został przyozdobiony worek z chlebem który wylądował przez przypadek w śmierdzącej zasadzce i materiałowy plecak Magdy ;P
Po zapraniu spodni zaczęliśmy się zastanawiać nad przystanią promową, ponieważ mieliśmy nadzieję że jeszcze tego dnia uda dostać się do Lysebotn. Wiedziałem że Bratelli ma takową, ale nie miałem pojęcia gdzie mogła się ona znajdować. Stoki na których odpoczywaliśmy, opadały bardzo stromo w kierunku fiordu i w zasadzie trudno nam było wyobrazić sobie, że nawet tak kreatywny naród jak Norwegowie, zmieszczą pośród skał gdzieś jeszcze przystań. Mapy nie mieliśmy, przynajmniej tak dokładnej, żeby rozpoznawać szczegóły topografii Lysefjordu i w końcu zdecydowaliśmy się rozdzielić i poszukać zejścia do domniemanej przystani. Zszedłem wąską ścieżką bardzo stromo w dół, nie wiem pokonując pewnie ze 150 metrów różnicy wysokości, przerywając liczenie serpentyn, gdy dotarłem do 25 i w końcu ni z gruchy ni z pietruchy dotarłem na... dobudowane, przylepione do skał, mikroskopijne nabrzeże o powierzchni może 10 metrów kwadratowych... Zerknąłem na zegarek, wskazujący 17:01, a następnie odwróciłem wzrok na przylepioną kartkę A4 z rozkładem promów. Ogarnięcie rozkładu było dość proste, zwłaszcza że były 4 promy na dzień. Spojrzałem na ostatni wiersz i zamrugałem czterokrotnie, przenosząc po chwili z wolna wzrok z powrotem na zegarek. Tak.. Ostatni prom do Lysebotn odpływa za... 4 minuty :X A moi znajomi właśnie szukają ścieżki rozproszeni, gdzieś 150 metrów nade mną...
Szaleńczo rzuciłem się w pościg do góry, czując że przede mną mniej więcej bieg po schodach na taras widokowy PKiN i zdyszany, ze zdartymi płucami,  dopadłem wszystkich zbitych naraz w kupę po około pięciu minutach... Wrzasnąłem że ostatni prom właśnie wg rozkładu odpływa i rzuciłem się z powrotem w dół. Przede mną biegł jeszcze Bartek który ścianę o nachyleniu co najmniej 45 stopni pokonywał na skróty, ścinając serpentyny. Gdy byliśmy już dość blisko przystani, usłyszeliśmy syrenę promu. Bartka jednak ostatnia skrócona serpentyna pokonała, Magda z Borysem pozostali jakieś 5 serpentyn za nami, a mi pozostało tylko rozpaczliwie wydrzeć się na cały regulator: "STOOOOOP!!!!!" "HALT!!!!!!" Dopadliśmy platformy w chwili gdy prom był jakieś 15 metrów od nabrzeża i mogliśmy tylko popatrzeć na stojących na tarasie promu, ludzi, którzy machali nam wesoło, jak w programie u Karola Strasburgera.
W tym momencie pozostało zacisnąć usta i po dłuższej chwili wypuścić powietrze. Najbardziej bolało, że prom był spóźniony tak jak mieliśmy nadzieję, ale szkoda że o trzy, a nie 5 minut :<
Wprawdzie tragedii nie było, bo planowaliśmy się pod Kjerag dostać następnego dnia, ale zawsze lepiej było kolejny dzień zacząć nie w Bratelli, a w Lysebotn.
Popołudnie spędziliśmy więc na nagrzanych skałach wokół nabrzeża...
Pozostało jeszcze wejść z powrotem do osady, bo pomysł z rozbijaniem namiotu na betonowym nabrzeżu był średni. Gdy poczuliśmy na nowo siłę do wspinu na 150 m.n.p.m, było już dość późno i słońce chyliło się powoli ku zachodowi...
Wdrapaliśmy się powoli na górę i zaczęliśmy rozmyślać nad odpowiednim miejsce na biwak. Znaleźliśmy niewielkie wypłaszczenie terenu jakieś 100 metrów od chałupy i rozgościliśmy się na czyjejś posesji :D Gdy kończyliśmy zabezpieczać namiot, Borys zauważył, że w oknie siedzi ktoś i podpatruje nasze działania, dlatego zdecydowaliśmy się, że na wszelki wypadek się jeszcze zapytamy czy można. Podszedłem z Borysem więc kawałek, do okna i zaraz pomachała nam kobieta w średnim wieku, której Borys wyjaśnił pokrótce nasze działania i spytał czy na pewno nie będziemy przeszkadzać. Zostaliśmy jednak zapewnieni że nie, więc spokojni, że w nocy nikt nie zakradnie się z wiatrówką do namiotu, wróciliśmy do obozowiska aby zjeść standardową obiadokolację i pójść spać. Wieczór był bardzo chłodny i marzyliśmy o gorącej herbacie, więc jeszcze raz, bardzo zdeterminowany, udałem się do gospodarstwa, gotów nawet zapłacić za wrzątek. Znów jednak zostałem miło zaskoczony, bo nie dość że dostałem wrzątek za darmo, to jeszcze udało mi się wypytać o kilka ważnych rzeczy kobiecinę, bo jak się okazało w sprawach topografii okolicy była bardzo dobrze poinformowana.
Wróciłem z gorącą karmelową herbatą, która nigdy jeszcze tak świetnie nie smakowała jak wtedy, olaliśmy tym razem prysznic (prócz Borysa, który dzielnie poszedł pod niedaleki wodospad) i lulaliśmy o 21.
Następny dzień przyniósł bowiem kolejne przygody ;))
DO ZOBACZENIA :)