Rogaland i Lysefjord, czyli kraina świetlistego fiordu - dzień III

(PREIKESTOLEN - SKOGAVATNET - BRATELLI)
Pora wracać po dalsze przygody do Norwegii ;) Noc pod Preikestolen była dosyć krótka, bo już o 3 wstawałem, by zobaczyć norweski brzask i wschód słońca. Wschodu nie było, ale klimacik fajny był: temperatura oscylująca koło zera i chłodny wiaterek ;)
Stałem tak obejmując statyw i wsłuchiwałem się w bezimienną ciszę... Była ona tak przejmująca że dobiegający z namiotu odgłos kaszlnięcia, zabrzmiał w tym momencie jak wystrzał pocisku artyleryjskiego.. Patrzyłem w świecące w oddali światełko portu w Lysebotn i byłem zwyczajnie szczęśliwy...
Widząc że spektakularnego wschodu nie będzie, martwiąc się pogodą na kolejne godziny, wlazłem z powrotem do namiotu. Jednak o poranku obudziła nas piękna pogoda i niemal czyste niebo, co spowodowało automatyczne przyspieszenie naszych działań ;p Dzień ładnie się zapowiadał trzeba go więc było wykorzystać na maksa.
Poranne widoki na Lysefjord ;)
Po śniadaniu zwijamy obóz i ruszamy w dalszą drogę. Na początek jednak musimy się kawałek wrócić, najpierw do jeziorek po drugiej stronie Preikestolen, a następnie do rozstajów, które wczoraj mijaliśmy.
Poznajecie ten widok? ;) Wczoraj było troszkę bardziej pochmurno :)
Szlak okrążający Lysefjord zbiega z owej przełęczy w dół, w kierunku dna doliny potoku wypływającego z jeziora Troppevatnet. Schodząc, przechodzimy przez gęsty las pełen okazów, które zostawił po sobie lodowiec, dziś porośniętych bardzo bujnym mchem.
Gdy dochodzimy na wypłaszczenie terenu, krajobraz lekko się zmienia. Pojawiają się karłowate iglaki, znikają drzewa liściaste, pojawiające się wyżej.
Ale wszystko wkrótce zostaje przyćmione poprzez głośne dudnienie wodospadu... 
Przechodzimy przez potok, z którego nabieramy wody, następnie kawałek pokonujemy dnem doliny, gdzie oczywiście znajdowały się mokradła i najbliższe podejście robimy już z przemoczonymi butami. Wspinaczka choć krótka to rzeczowa i wymagała zjedzenia dwóch batonów musli, bo plecak ściągał wyjątkowo w dół ;D
Tą dolinkę zostawiamy za sobą - generalnie przebieg szlaku jest prosty: grzbiet, dolinka, grzbiet, dolinka... grzbiet, dolinka. I tu wyjaśniam jeden z faktów i mitów dotyczących Norwegii - w ten sposób pokonujemy w kilka godzin zaledwie parę kilometrów. 
Na szlaku jest pusto.. Mijamy zupełnie pojedynczych ludzi.. Gdzieś jedna para, gdzieś ktoś.. Po zniknięciu z "Preikestolen Area" wkracza się w zupełnie inny świat. Polecam taką Norwegię - taką w której jesteśmy tylko my, góry i fiordy ;)
Pniemy się zboczami Troppeknuten (616 m.n.p.m) na niewielki płaskowyż, pokryty w górnej części mikroskopijnymi jeziorkami (bardziej by pasowało kałużami ;) i mokradłami. 
Z owego płaskowyżu schodzimy po płytach skalnych w kolejną dolinę, w której leży, tym razem duże, jezioro Skogavatnet. Jest tu miejsce na biwak i ognisko, jest zdaje się chyba nawet prymitywna chatka. Miejsce urokliwe, nawet jest jak wygodnie wejść do wody, ale o dziwo, woda wydała się mniej zachęcająca aniżeli w jeziorkach poniżej Preikestolen. Sprawiała wrażenie.. niezbyt czystej, szczególnie przy brzegu.
Jezioro ciągnie się na przestrzeni dobrego kilometra, jak nie więcej. Szlak jest poprowadzony jego lewym brzegiem, po czym w końcowej partii zaczyna podchodzić stromo, na skałkę, której ściany opadają wprost do jeziora (co widać na powyższym zdjęciu), a następnie odbija nieco bardziej na północny wschód. Tam idąc wąskim i dość głębokim jarem gubimy szlak, przez co marnotrawimy kilkadziesiąt minut na ogarnięcie się. 

W końcu jednak udaje nam się powrócić na właściwą ścieżkę, schodzimy szybko do kolejnego jeziora i tu kolejny problem :D Ścieżka bowiem odbijała na lewo, a oznaczenia szlaku podążały nad... brzeg wartkiego i szerokiego potoku wypływającego z kolejnego jeziora:D
 Żadnej łódki nie było coby przepłynąć przez rzekę, patrzyliśmy więc na szumiącą wodę i dumaliśmy nad sposobami jej pokonania:D Kiedy zauważyliśmy wystający z wody płaski kamień, zrozumieliśmy że jedyną możliwością jest przejście w bród :D
Owego przejścia nigdy nie zapomnę. Podciągnęliśmy nogawki, zdjęliśmy buty i skarpetki i trzymając je w rękach, wkroczyliśmy do wody. Cykora miałem strasznego, bo w razie ewentualnego poślizgnięcia się byłby error. Woda nie dość, że była pierońsko zimna, to jeszcze miała duży przepływ, co w połączeniu ze śliskimi kamieniami, upewniało mnie w przekonaniu, że ktoś MUSI stracić równowagę i wpaść do owego potoku, który był całkiem głęboki. Madzia i Borys przeszli bez problemu, Bartek już bardziej niepewnie, a ja objuczony ciężarami nad każdym krokiem zastanawiałem się kilkakrotnie :D Ale na szczęście się udało  i nikt nie wylądował w lodowatej wodzie ;)
Preikestolen widoczne już na ostatnim planie, trochę przeszliśmy :D
Szlak znów wspina się do góry pokonując kilkadziesiąt metrów w pionie i przybliża nas do fiordu.
Bartek i Borys.
Po skośnie ułożonych płytach lecimy dalej... Jesteśmy w tej chwili około 400 metrów powyżej lustra Lysefjordu, który wydaje się w tym momencie strasznie wąski..
Jest i fota na szlaku ;)
Niekiedy co to dużo mówić, szlak jest eksponowany, wiedzie skrajem przepaści i warto patrzeć pod nogi, gdyż jest trochę niestabilnych kamieni. Jednak tą niedogodność wynagradzają świetne panoramy.
Spojrzenie za siebie w kierunku Preikestolen i "małego Preikestolen" czyli zęba skalnego znajdującego się poniżej nas.
Zbliżenie na Kjerag ze szlaku wiodącego zboczami Bratlliknuten, w dole port Songesand.
Gdy ścieżka kończy trawersować zbocza Bratlliknuten otwiera nam się widok na dolinę Skurvedalen.
O tym że szlak nie zawsze bywa łatwy, przypomina kilka miejsc, w których ekspozycja daje o sobie znać, a także trzeba używać wszystkich kończyn. Na szczęście, są łańcuchy, które znacząco ułatwiają pokonywanie takich momentów.
Wkraczamy ponownie do norweskiego lasu, pełnego porośniętych mchem, eratyków.
Docieramy na niewielką polanę położoną na wysokości 120-180 m.n.p.m. Rozłożyła się na niej osada Bratelli, składająca się z kilku chałup, z malowniczymi widokami na Lysefjord. 
Osada Bratelli.
Obok gospodarstwa, a w zasadzie na jego terenie znajdował się malowniczy na oko około 10-metrowy wodospad i muszę przyznać że był to pierwszy raz gdy spotkałem się z wodospadem który znajdował się na czyjejś posesji :) 
Na tej samej łące, gdzie mieściło się gospodarstwo zrobiliśmy sobie przerwę obiadową. Ze względu na nieudolność w poszukiwaniu gazu pierwszego dnia :D wszystkie nasze przerwy wyglądały tak samo, czytaj chleb+gulasz angielski w puszce+woda, niezależnie od pory dnia :D Aha, były też kabanosy, które jednak były przed lotem przekłute, żeby zajmowały mniej miejsca, co spowodowało dość szybkie ich wyschnięcie ;p Od święta były sezamki, albo żelki na deser, bo batony musli jedzone po kilka na dzień dość szybko nam się znudziły :D Tym razem posiłek wyglądał więc tak samo, ale jego otoczka już nie :p Ponieważ popołudnie było ciepłe i słoneczne przebrałem sobie elegancko spodnie na krótkie i tak oto odziany zasiadłem do naszego stołu, czyli folii na chleb. Jedliśmy, rozmawialiśmy i nagle usłyszałem głośne parsknięcie śmiechem ;D Okazało się bowiem że całe pólko było "zaminowane" owczymi czy też kozimi odchodami, a moje świeżo ubrane, jedyne zmienne spodnie, zostały wysmarowane brązową mazią... Do dławiących się ze śmiechu kolegów, szybko dołączyłem gdy zauważyłem że tym samym "czymś" został przyozdobiony worek z chlebem który wylądował przez przypadek w śmierdzącej zasadzce i materiałowy plecak Magdy ;P
Po zapraniu spodni zaczęliśmy się zastanawiać nad przystanią promową, ponieważ mieliśmy nadzieję że jeszcze tego dnia uda dostać się do Lysebotn. Wiedziałem że Bratelli ma takową, ale nie miałem pojęcia gdzie mogła się ona znajdować. Stoki na których odpoczywaliśmy, opadały bardzo stromo w kierunku fiordu i w zasadzie trudno nam było wyobrazić sobie, że nawet tak kreatywny naród jak Norwegowie, zmieszczą pośród skał gdzieś jeszcze przystań. Mapy nie mieliśmy, przynajmniej tak dokładnej, żeby rozpoznawać szczegóły topografii Lysefjordu i w końcu zdecydowaliśmy się rozdzielić i poszukać zejścia do domniemanej przystani. Zszedłem wąską ścieżką bardzo stromo w dół, nie wiem pokonując pewnie ze 150 metrów różnicy wysokości, przerywając liczenie serpentyn, gdy dotarłem do 25 i w końcu ni z gruchy ni z pietruchy dotarłem na... dobudowane, przylepione do skał, mikroskopijne nabrzeże o powierzchni może 10 metrów kwadratowych... Zerknąłem na zegarek, wskazujący 17:01, a następnie odwróciłem wzrok na przylepioną kartkę A4 z rozkładem promów. Ogarnięcie rozkładu było dość proste, zwłaszcza że były 4 promy na dzień. Spojrzałem na ostatni wiersz i zamrugałem czterokrotnie, przenosząc po chwili z wolna wzrok z powrotem na zegarek. Tak.. Ostatni prom do Lysebotn odpływa za... 4 minuty :X A moi znajomi właśnie szukają ścieżki rozproszeni, gdzieś 150 metrów nade mną...
Szaleńczo rzuciłem się w pościg do góry, czując że przede mną mniej więcej bieg po schodach na taras widokowy PKiN i zdyszany, ze zdartymi płucami,  dopadłem wszystkich zbitych naraz w kupę po około pięciu minutach... Wrzasnąłem że ostatni prom właśnie wg rozkładu odpływa i rzuciłem się z powrotem w dół. Przede mną biegł jeszcze Bartek który ścianę o nachyleniu co najmniej 45 stopni pokonywał na skróty, ścinając serpentyny. Gdy byliśmy już dość blisko przystani, usłyszeliśmy syrenę promu. Bartka jednak ostatnia skrócona serpentyna pokonała, Magda z Borysem pozostali jakieś 5 serpentyn za nami, a mi pozostało tylko rozpaczliwie wydrzeć się na cały regulator: "STOOOOOP!!!!!" "HALT!!!!!!" Dopadliśmy platformy w chwili gdy prom był jakieś 15 metrów od nabrzeża i mogliśmy tylko popatrzeć na stojących na tarasie promu, ludzi, którzy machali nam wesoło, jak w programie u Karola Strasburgera.
W tym momencie pozostało zacisnąć usta i po dłuższej chwili wypuścić powietrze. Najbardziej bolało, że prom był spóźniony tak jak mieliśmy nadzieję, ale szkoda że o trzy, a nie 5 minut :<
Wprawdzie tragedii nie było, bo planowaliśmy się pod Kjerag dostać następnego dnia, ale zawsze lepiej było kolejny dzień zacząć nie w Bratelli, a w Lysebotn.
Popołudnie spędziliśmy więc na nagrzanych skałach wokół nabrzeża...
Pozostało jeszcze wejść z powrotem do osady, bo pomysł z rozbijaniem namiotu na betonowym nabrzeżu był średni. Gdy poczuliśmy na nowo siłę do wspinu na 150 m.n.p.m, było już dość późno i słońce chyliło się powoli ku zachodowi...
Wdrapaliśmy się powoli na górę i zaczęliśmy rozmyślać nad odpowiednim miejsce na biwak. Znaleźliśmy niewielkie wypłaszczenie terenu jakieś 100 metrów od chałupy i rozgościliśmy się na czyjejś posesji :D Gdy kończyliśmy zabezpieczać namiot, Borys zauważył, że w oknie siedzi ktoś i podpatruje nasze działania, dlatego zdecydowaliśmy się, że na wszelki wypadek się jeszcze zapytamy czy można. Podszedłem z Borysem więc kawałek, do okna i zaraz pomachała nam kobieta w średnim wieku, której Borys wyjaśnił pokrótce nasze działania i spytał czy na pewno nie będziemy przeszkadzać. Zostaliśmy jednak zapewnieni że nie, więc spokojni, że w nocy nikt nie zakradnie się z wiatrówką do namiotu, wróciliśmy do obozowiska aby zjeść standardową obiadokolację i pójść spać. Wieczór był bardzo chłodny i marzyliśmy o gorącej herbacie, więc jeszcze raz, bardzo zdeterminowany, udałem się do gospodarstwa, gotów nawet zapłacić za wrzątek. Znów jednak zostałem miło zaskoczony, bo nie dość że dostałem wrzątek za darmo, to jeszcze udało mi się wypytać o kilka ważnych rzeczy kobiecinę, bo jak się okazało w sprawach topografii okolicy była bardzo dobrze poinformowana.
Wróciłem z gorącą karmelową herbatą, która nigdy jeszcze tak świetnie nie smakowała jak wtedy, olaliśmy tym razem prysznic (prócz Borysa, który dzielnie poszedł pod niedaleki wodospad) i lulaliśmy o 21.
Następny dzień przyniósł bowiem kolejne przygody ;))
DO ZOBACZENIA :) 

KOMENTARZE

6 komentarze:

Back
to top