piątek, 30 października 2015

Rogaland i Lysefjord, czyli kraina świetlistego fiordu - dzień IV i V

(BRATELLI - SKURVEDALEN - SONGESANDSTOLEN - SKURVEDALEN - BAKKEN)



Poranek czwartego dnia był mówiąc krótko... fantastyczny ;) Powitało nas bezchmurne, błękitne niebo i mocno grzejące słońce, które bardziej niż do dłuższej wędrówki zachęcało do poleniuchowania na trawie ;P No więc trochę się rano poobijaliśmy :D i wyszliśmy późno, zdecydowanie później niż zakładaliśmy :D
Pewnie się zastanawiacie, dlaczego z samego rana nie lecieliśmy na prom. Otóż, już Wam wyjaśniam, że wczoraj dowiedzieliśmy się również bardzo przykrej w pewnym stopniu rzeczy, a więc tego że droga pod Kjerag jest zamknięta ze względu na zalegający w dużych ilościach śnieg. Co prawda można tam też dotrzeć z osady Flørli leżącej po zachodniej stronie góry, ale nie byliśmy wyposażeni w na tyle dobre buty by podchodzić po oblodzonych skałach.
Bezchmurny poranek w Bratelli...
Poranne pakowanie nam się przedłużyło, ale w znakomitych nastrojach ruszaliśmy w dalszą drogę. W zasadzie to nawet nie wiedzieliśmy gdzie idziemy, bo mieliśmy o tej porze buszować po Kjeragu, a tymczasem błąkaliśmy się po północnym brzegu Lysefjord ;) Czy taka wersja była zła? Żałowaliśmy owszem, że z przyczyn technicznych ta opcja nie wypaliła, ale koniec końców, żyliśmy bez planów i bez określonego celu. Podejmowaliśmy decyzje na bieżąco: zachciało się przerwy - była przerwa; spodobała się nam jakaś ścieżka - szliśmy nią.
Generalnie taka opcja podróżowania jest nie tylko ciekawa, ale również bardzo nieprzewidywalna i to jest w niej niezwykle atrakcyjne :)
Doczłapaliśmy do szlaku z Preikestolen do Lysebotn i ruszyliśmy tą magistralą, bo w sumie można chyba tak powiedzieć ;) dalej. Przekraczamy kolejny potok gdzie napełniamy butelki.
Dalej ścieżka trochę podchodzi, wyprowadzając na rozległą polanę, z fenomenalnymi widokami na Lysefjord. Pejzaż chwytający za gardło :) 
Nic tylko stanąć i tak patrzeć przed siebie bez końca...
Na malowniczo położonej polance ktoś sobie wybudował chałupę. Ech.. Mieć z werandy takie widoki...
Za zabudowaniami wkraczamy w las. Gdzieś przed nami wyrastają kolejne wzniesienia u stóp których jest położona osada Bakken.
Po przejściu mniej więcej połowy odcinka z Bratelli do Bakken trafiamy znów na odsłonięte skalne tereny...
Trasa jest różnorodna także i na tym odcinku ;) W jednym miejscu znów musimy użyć rąk podczas schodzenia, potem maszerujemy przez bardzo ładny las. Przeszkodą było bardzo podmokłe podłoże w niektórych miejscach...
W jednym ze strumieni zanurzam włosy w potoku, korzystając z tego że dzień był ciepły. Nie ma nic lepszego niż taka chłodna kąpiel w ciepły dzień :D
Doganiam resztę podczas przejścia przez jakiś parszywy podmokły młodniak. Od tego momentu do końca naszej wyprawy mieliśmy przemoczone buty ;) 
Dogadując sobie żartobliwie nawzajem po zabawnych wypadkach podczas przejścia przez brzeziny i docieramy do rozstajów położonych u wylotu doliny Skurvedalen :D
W tym miejscu magistrala biegnąca do Bakken i dalej do Songesand skręca na południe i wzdłuż potoku zbliża się do fiordu. My jednak zostawiamy to sobie na później i wkraczamy, a jakże, w "Krętą Dolinę" czyli Skurvedalen.
Trasa w zasadzie cały czas biegnie wzdłuż gigantycznego potoku. Krajobrazy? Przypominały mi te z filmów o Alasce, tyle że nie było nigdzie niedźwiedzi grizzly...
Dziko, pusto.. Tak, gdzieś już to pisałem... Ale wędrówką tą doliną była zgoła odmienna, ścieżka w niektórych miejscach nie istniała, czasem jej stan wołał o pomstę do nieba, ale nieustannie kusiła, zdawała nas ciągnąć po niewidzialnej smyczy... Coś tam było takiego, że czuliśmy się jak odkrywcy... Bez mapy, bez ognia... Tak, to było to!
Masyw Holmaknuten...
Po bardzo długiej wędrówce lasem, po mniej więcej 1,5 godziny wędrówki z rozstajów, wyszliśmy ponad górną granicę lasu...
Zoom na Preikestolen - widoczne po prawej i Lysefjord.

Górne partie Skurvedalen.
Krajobrazów owej doliny ciąg dalszy...
W górnej partii doliny jest dużo malowniczych jeziorek, takich jak to...
A do końca szlaku pozostaje pokonać jeszcze ów próg skalny ;)
Szlak kończy się w miejscu zwanym Songesandstølen. Niezwykle malownicze pustkowia...
Songesandstølen i jezioro - Stolatjørna.
W tym miejscu szlak się kończy i trzeba wracać tą samą drogą... Warto tu przyjść? Warto, choćby tylko po to by usłyszeć bicie własnego serca... Tam naprawdę panuje niesamowita atmosfera...
Powrót jest zdecydowanie szybszy, robimy w zasadzie tylko jedną krótką przerwę i opuszczamy dolinę Skurvedalen.
Wracamy się na "starą" ścieżkę i ładujemy się do Bakken, czyli kolejnej mikroosady rozrzuconej na stromych górskich zboczach...
Także i Bakken leży wysoko ponad fiordem. Aby dotrzeć do przystani znów musimy więc wytracić wysokość...
Na wysokości około 50 m.n.p.m od magistrali podążającej w kierunku Songesand odchodzi krótki łącznik, schodzący na nabrzeże.
Na przystani zjadamy szybki posiłek w oczekiwaniu na prom, którym wracamy do cywilizacji, czyli do Lauvvik. Podczas podróży kosztującej nas 61 NOK, mamy okazję podziwiać brzegi fiordu z pokładu, a także Preikestolen, ale tym razem od dołu ;)
Preikestolen z perspektywy fiordu :)
Dwaj majtkowie ;p
I otoczenie Lysefjordu raz jeszcze...
Prom bardzo szybko zbliża się do wylotu Lysefjordu i wkrótce mijamy okazały most wybudowany na drodze nr 13 z Jørpeland do Forsand.
Także i w tym miejscu góry otaczające fiord przekraczają powyżej 600 metrów, między innymi poniższy Vikastakken.
Dobijamy do przystani w Lauvvik i zaczynamy powoli rozglądać się za miejscem na nocleg. Niestety tu już zabudowa jest bardziej gęsta i musimy uzbroić się w cierpliwość...
Uwaga jagnię na drodze!
Malownicza zatoczka Trodalsvagen i wysepka Vedholmen połączona ze stałym lądem miedzą.
Gdy tylko kończą się zabudowania, skręcamy w lewo, w las i rozbijamy namiot na zarastającej leśnej ścieżce. Tam spędzamy ostatnią noc na norweskiej ziemi.
(LAUVVIK - SANDNES - PORT LOTNICZY STAVANGER-SOLA)
zielony krzyżyk - miejsce ostatniego noclegu, czerwony krzyżyk - lotnisko Stavanger Sola
Kolejny dzień rozpoczynamy, już nie tak w znakomitych humorach jak poprzednie ;D Po pierwsze to dlatego, że chciało nam się wreszcie dobrze zjeść ;P a po drugie, dlatego że pogoda powróciła do tego stanu, z którym kojarzyłem zawsze Norwegię.
I pewnie też z tego powodu, mimo że samolot mieliśmy o 21, zdecydowaliśmy się wcześniej wracać do Stavanger, nie wiedząc dokładnie ile czasu zajmie nam dojazd na lotnisko. Oczywiście spanikowaliśmy, bo wyruszyliśmy wcześnie z rana, zamiast ogarnąć jeszcze jakieś myszkowanie po okolicy. Wlekliśmy się więc wzdłuż ruchliwej szosy nr 13 nie mogąc złapać stopa, aż dotarliśmy do niewielkiej wioski, gdzie ze znużenia klapnęliśmy na ławkę przystanku autobusowego.
Czułem narastające zniechęcenie głodem, siąpiącym deszczem i monotonnym marszem. Sprawę pogarszał fakt, że brakowało wody, a wyjątkowo nie było skąd jej wziąć. Magda z Borysem łapali stopa, ja siedziałem i dumałem czy przełknę po raz n-ty tę samą konserwę. Po jakiś 15 minutach, gdy Borys poszedł w poszukiwaniu wody, Magda złapała stopa i zniknęła nam z pola widzenia. Dopiero po kolejnym kwadransie udało i nam się złapać okazję.
Naszą "szoferką" była bardzo ładna Norweżka, o długich blond włosach i intensywnie niebieskich oczach. Droga zeszła na rozmowie o podróżach i na zachęcie przyjazdu do Polski ;)
Rozstaliśmy się w samym centrum Sandnes na placu między dworcem kolejowym, a autobusowym. 
Sandnes w którym wylądowaliśmy jest siódmym co do wielkości miastem Norwegii, liczącym około 80 tysięcy mieszkańców, które wraz z niedalekim Stavanger, tworzy tak zwane Wielkie Stavanger. Do aglomeracji tej należy również Sola, a także kilka mniejszych miejscowości.
Sandnes w przeciwieństwie do Stavanger jest miastem bardzo młodym, spełniającym funkcje ośrodka handlowego i portowego. Stare Miasto niemal tu nie istnieje, jedynym kwartałem który charakteryzuje się starszą zabudową, jest otoczenie ulicy Langgate, ciągnącej się po zachodniej stronie torów kolejowych. Na wschód od stacji kolejowej Sandnes-Sentrum, rozciąga się przestrzeń zaaranżowana jako gigantyczne centrum handlowo-usługowo-biznesowe. Tam też poszliśmy na szamę, a jakże by inaczej, do Mc Donald's ;)
Który to Mc Donald's oferuje ceny typowo norweskie :D Big Mac to wydatek 50 NOK czyli około 26-27 złotych. Gdy weźmiemy do tego frytki i colę, wydamy około 80 NOK czyli niecałe 45 złotych.
Ponieważ jednak żyliśmy przez wyjazd wyjątkowo oszczędnie, to postanowiliśmy "zaszaleć" i wreszcie zjeść cokolwiek innego niż konserwa albo kabanos. Byłem zresztą pewny że to ostatni wydatek ponoszony na norweskiej ziemi, poza biletem na lotnisko, ale jak się okazało byłem w błędzie. Kilkanaście minut później znalazłem obok nadgarstka kleszcza i zaniepokojony tym jak długo siedzi, poszedłem do apteki po pęsetę.
Czy wiecie ile kosztowała?
70 NOK... Metalowe barachło którego na lotnisku nie pozwolono mi przewieźć :((
Szczęście w nieszczęściu że apteka była samoobsługowa, bo starszy jegomość po angielsku nie rozumiał za bardzo, zresztą gdy bym miał mu wytłumaczyć że potrzebuję pęsety, też bym pewnie nie umiał :D
Na lotnisko wyruszamy autobusem linii 9, który jest najtańszą formą dojazdu tamże. Autobus wyrusza z dworca w Sandnes i jedzie aż do Stavanger, wcześniej objeżdżając całą aglomerację. Czas dojazdu pod terminal wyniósł nas wprawdzie niecałą godzinę, choć wiadomo, coś za coś, na droższą podróż ekspresowym autokarem już nas nie było stać. 
Mimo długiej podróży na lotnisku lądujemy zupełnie niepotrzebnie na 7 godzin przed odlotem. Oczywiście, jak to bywa w takich przypadkach, bardzo szybko głodniejemy i by zabić czas, co chwilę kupujemy coś w terminalu, przez co szybko niwelujemy budżet ;)
Przez cały ten czas zdążyliśmy się również przespać i trzy razy przejrzeć zdjęcia. Samolot na szczęście nie był opóźniony i w Katowicach jesteśmy tuż przed czasem, gdzieś koło 23.50.
Podsumowując te 5 dni, bo zdaje się napisałem w pierwszej części o 6 dniach podróży, mogę śmiało powiedzieć że byłem bardzo zadowolony, mimo wielu niespodziewanych zdarzeń, wielokrotnej zmiany planów i wyjątkowego okrojenia ostatniego dnia.
Łącznie podliczając wszystkie koszta, wraz z biletem lotniczym wydałem 580 NOK czyli mniej więcej 300 złotych. A byłoby jeszcze mniej gdyby nie pęseta użyta jednorazowo, czy posiłek na lotnisku, który w przypadku innego zagospodarowania piątego dnia w ogóle nie miałby miejsca. Dla przykładu Bartek zmieścił się w 400 NOK, bo jedynym wydatkiem, który poniósł oprócz biletów lotniczych były bilety promowe i Mc Flurry ;)
***
Norwegia od strony krajobrazowej bardzo mi się spodobała, w związku z czym na pewno jeszcze wiele razy się tam wybiorę, pewnie nawet i raz jeszcze nad Lysefjord, na drugi brzeg ;) Kuszą mnie Trolltunga, Geirangerfjord, PN Jotunheimen, Lofoty... Tak, lista jest długa, jest z czego wybierać przez następne lata... Kiedy jednak uda się przełożyć plany na rzeczywistość i dotknąć norweskiej ziemi? Zobaczymy co przyniesie przyszłość, pewne jest to że w krainę skandynawskich fiordów kiedyś powrócę :)

7 komentarzy:

  1. Piękna relacja. Gdy myślę Norwegia, to właśnie takie krajobrazy przychodzą mi do głowy. Fantastyczny i w sumie tani wypad. Oczywiście coś za coś, ale warto było :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co ja mogę powiedzieć... Piękne zdjęcia, świetne kolory. :) Czekałam na Kjerag, wyszło Wam inaczej, ale wcale nie gorzej. :) Szkoda że już koniec relacji z Norwegii... :/

    OdpowiedzUsuń
  3. I że to już koniec? Stanowczo za mało :) Piękne te widoki. Bardzo mnie ciekawi Twoja relacja z Rumunii. Czekam niecierpliwie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widoki rzeczywiście piękne, te fiordy...

    A to podsumowanie kosztu wyjazdu zachęca do sprawdzenia tego osobiście, bo Norwegia kojarzy mi się z drogim wyjazdem, ale widać można inaczej :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Lista planów długa, ale na szczęście lat przed Tobą też spooro, z pewnością uda się powoli wszystko zrealizować. Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki za tą relację, znalazłam tu kilka pomocnych wskazowek dla zorganizowania mojej wyprawy. Będę tam już za kilka tygodni😀😀😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że relacja na coś się przydała :D Miłego wyjazdu! ;)

      Usuń