30 marca 2016

Mamałyga z bryndzą oraz jak nakarmić niedźwiedzia wbrew własnej woli, czyli Rumunia 2015 - cz. VI

CZ. VI (LACUL CALTUN - LACUL CAPRA)


  • dzień wędrówki przez Fogarasze: 4
  • start: Lacul Caltun (2136 m.n.p.m.)
  • trasa: Lacul Caltun -> Saua Laita -> Vf. Laitel -> Vf. Laita -> Custura Paltinului -> Saua Paltinului -> Curmatura Balei -> Balea Lac -> Saua Capra -> Lacul Capra
  • meta: Lacul Capra (2230 m.n.p.m.)
  • suma wzniesień: 600 m
  • czas: 4 1/4 h

Poprzedni dzień wędrówki zakończyliśmy, rozbijając się nad jeziorem Caltun, malowniczo położonym u stóp potężnych ścian masywu Lespezi-Caltun, tworzącego wraz z sąsiednim Negoiu, najpiękniejsze skalne gniazdo Rumunii. Dziś, ruszamy dalej, jeszcze przed wschodem słońca, mając w świadomości nadchodzący upał i konieczność zrobienia zapasów nad Balea Lac. Marsz w świetle czołówek był bardzo męczący i w zupełnie nieznanym terenie, szliśmy bardzo wolno. Na szczęście, gdy doturlaliśmy się do Saua Laita (2156 m.n.p.m.) nastał świt i strome, poprowadzone w skalnym terenie, podejście na Vf. Laitel (czyt. Lajcel) przychodzi nam pokonywać już w miarę wygodnie i bezpiecznie.
Pokonywanie zachodniej ściany Vf. Laitel, opadającej w kierunku przełęczy Saua Laita, w niższych partiach wymaga uwagi i użycia rąk. Wyżej teren staje się prostszy i w szybkim tempie docieramy na wierzchołek.
O tym jak wspaniale wygląda gniazdo tworzone przez masyw Lespezi-Caltun i Negoiu, najłatwiej przekonać się stojąc właśnie na wierzchołku Vf. Laitel (2391 m.n.p.m.).
Masyw Lespezi-Caltun po lewej, dalej wyraźne obniżenie z przełęczą Strunga Doamnei, niewielka, skalista kulminacja Vf. Dintre Strungi, dalej niewielkie wcięcie Strunga Dracului i w końcu wierzchołek Negoiu i niższego Negoiu Mic.
Po drugiej stronie, między Vf. Arpasu Mic i Vf. Boia, tymczasem wschodzi słońce...
Krajobraz centralnej części Fogaraszy. Uwagę zwraca zdecydowanie leżący mniej więcej pośrodku, wybitny masyw Vf. Vanatorea lui Buteanu (2507 m.n.p.m.) i Vf. Capra (2494 m.n.p.m.).
I spojrzenie na oświetlone pierwszymi promieniami słońca, Negoiu.
Kilka minut po wschodzie, ruszamy dalej. Rankiem temperatura wzrastała bardzo szybko i chcąc uniknąć marszu w upale, żal nam było każdej minuty. 
Najbliższa droga - na pierwszym planie, nieco wyższy Vf. Laita (2397 m.n.p.m.), dalej słynna fogaraska turnia - Turnul Paltinului (2372 w m.n.p.m.), Vf. Pisica (2389 m.n.p.m.), Vf. Paltinu (2399 m.n.p.m.). Na ostatnim planie góruje wspominany Vf. Vanatorea lui Buteanu.
Zejście w kierunku wschodnim jest łatwe technicznie, ale należy się nastawić na walkę z osypującymi się drobnymi kamyczkami. Do pozytywów można zaliczyć fakt, że zejście w kruchym terenie nie należy do długich.
Po wytraceniu około 100 metrów, wąską ścieżką poruszamy się po południowej stronie, skalistej miejscami, grani.
W kilku bardziej eksponowanych miejscach, szlak ubezpieczono linami i poręczami.
Grań między Vf. Laitel i Vf. Laita. 
Podchodzimy kilkadziesiąt metrów na niewielkie wypłaszczenie grzbietu, w nagrodę otrzymując ładny widok na niedawno odwiedzony Vf. Laitel.
Grań, wąska szczególnie na tym odcinku, z jednej strony opada do doliny Valea Paltinu, położonej po południowej stronie głównego grzbietu Fogaraszy, z drugiej natomiast urywa się przepaścistymi zboczami do kotła Caldarea Pietroasa a Laitelului. Ów kocioł tworzy jedną z dwóch górnych części doliny Valea Laita, rozdzielonych grzbietem Piscul Laitel. Cała dolina Valea Laita należy do doliny walnych i jest jedną z najbardziej dzikich dolin fogaraskich.
Szlak opuszcza mało wybitną kulminację grani i lekko się opuszcza na podszczytowe siodło w masywie Vf. Laita. Tam doganiam przyjaciół, którzy zatrzymali się, aby Oski mógł posmarować maścią, swoją obolałą kostkę.
Negoiu i grzbiet Muchia Tunsului, widziany tym razem od wschodu. Bardzo dobrze widać cel jednego z bardziej wymagających fogaraskich szlaków - przełęcz Strunga Ciobanului (dosł. Pasterski Przechód), czyli maleńkie, dość głębokie wcięcie w grani, spod którego opada sporych rozmiarów, żleb.
Tu natomiast Negoiu zestawiony z Vf. Laitel.
Po zjedzeniu batonika i skończeniu podawania medykamentów, idziemy dalej. Ścieżka pozostawia wierzchołek Vf. Laita (2397 m.n.p.m.) z boku i kieruje się w kierunku przełęczy Custura Paltinului (2302 m.n.p.m.)
Vf. Laitel i masyw Negoiu z większej odległości. Vf. Lespezi i Vf. Caltun są zasłonięte, widać jedynie stromo opadające ramię Picioru Lespezilor i fragment łagodnego grzbietu Muntele Podeanu. 
Zanim jednak dotrzemy na skalistą przełęcz, najpierw meldujemy się na kolejnym, trawiastym wypłaszczeniu, skąd niezwykle ujmująco prezentuje się śmiała turnia Turnul Paltinului.
O to właśnie i ona. Jej widok, wraz z fantastycznie urzeźbionymi formami skalnymi rozłożonymi na jej zboczach, podnosi poziom endorfin każdego górołaza :)
A z tyłu - kopulasty Vf. Paltinu (2399 m.n.p.m.) widoczny z lewej i nieco niższy Vf. Pisica (2389 m.n.p.m.) w prawej części zdjęcia.
Dochodząc w pobliże turni, zwraca uwagę najpierw groźnie wyglądający kocioł Caldarea Pietroasa a Doamnei. Kawałek dalej mamy do czynienia natomiast z wąskim i eksponowanym trawersem potężnego żebra skalnego. Trzeba tu koniecznie zachować ostrożność!
Są na szczęście liny które okazują się być bardzo przydatne.
Po pokonaniu tego miejsca, bez żadnych problemów docieramy w niewielką, podmokłą kotlinkę. Nagle też spotykamy gromady ludzkie, które po wcześniejszym, kilkudniowym odosobnieniu, uderzyły w nas z podwójną siłą. Jak się okazało, rozwrzeszczany tłum był preludium koszmaru, który czekał kilkaset metrów niżej, w pobliżu Balea Lac.
Ale nie wyprzedzając faktów, kotlinka jest dobrym miejscem by uzupełnić wodę, bowiem powyżej rozlewiska, znajdowało się wygodnie umiejscowione źródełko ze smaczną wodą.
Zbliżonko na masyw Lespezi-Caltun i Vf. Laitel.
Z kotlinki zmuszeni jesteśmy podejść zerodowanym zboczem na trawiastą wierzchowinę Saua Paltinului (2350 m.n.p.m.), rozciągającej się między niewyraźną z tej strony turnią Turnul Paltinului, a wierzchołkiem Vf. Paltinu. Oprócz Lespezi zobaczymy stąd także Negoiu, nieco ucięty Vf. Laitel i całość rozległego Vf. Laita. Mijając kolejne grupki rozgadanych turystów, zaczynam żałować, że zdecydowaliśmy się schodzić nad jezioro i tym wnioskiem dzielę się z chłopakami. 
Opuszczamy jednak główny grzbiet i szlakiem niebieskiego paska, powoli zaczynamy schodzić. Z ulgą zauważamy, że gdy tylko przechodzimy na północną stronę grani, zrobiło się znacznie chłodniej. Pomimo wciąż wczesnej pory, słońce bowiem już niemiłosiernie grzało.
Mijamy kocioł Caldarea Lacului położony u stóp Vf. Paltinu z jeziorkiem Lacul Doamnei. Biegnie tamtędy szlak czerwonego krzyżyka, który pozwala zrobić uroczą, jednodniową trasę ze schroniska Cascada Balea wokół grzbietu Muchia Balei.
Po pokonaniu kolejnego zakosu, stajemy na skraju kolejnego kotła, będącego chyba najbardziej popularnym miejscem w rumuńskich górach. Zanim rozpoczynamy bardzo strome zejście, podziwiamy siedząc na kępach nielicznych traw, bynajmniej nie to co się działo u wylotu tunelu na Szosie Transfogaraskiej, ale majestatycznie wznoszącą się ścianę Vf. Vaiuga (2443 m.n.p.m.) zasłaniającego, lekko wystający wierzchołek Vf. Vanatorea lui Buteanu i znacznie niższy, ale także wart uwagi - Vf. Netedu (2351 m.n.p.m.) - szczyt w bocznym grzbiecie Muchia Buteanu.
Od czasu do czasu ulegamy miłym zaczepkom ze strony rumuńskich turystów, odpowiadając wesoło: "salut!". Muszę wyraźnie zaznaczyć, że tak jak u nas, także i tu popularne jest witanie się na szlaku, co bardzo mnie raduje. Niektórzy przystawali, pytającym wzrokiem obdarzając nasze plecaki. Było to dla nich dziwne, że kiedy oni dopiero zaczynają wędrówkę, my już schodzimy. Wielokrotnie też zagadywali, niestety kilkakrotnie byłem zmuszony zasugerować, że nie rozumiem. Powtarzałem więc za każdym razem: "engleza" mając nadzieję że chwilowy rozmówca będzie angielski znał, a kiedy okazywało się że zna, wyjaśnialiśmy pokrótce cel naszej wędrówki, od każdego zresztą słysząc słowa podziwu i powodzenia. Wszystko to było bardzo miłe.
Nieco spokojniej było na przełęczy Curmatura Balei (2176 m.n.p.m.). Doskonale stąd było widać szczyty Vf. Geamanu (2231 m.n.p.m.) i Piscul Balei (2162 m.n.p.m.).
Schodzimy uważnie z Curmatura Balei, mijając kolejnych turystów. Nieszczęśliwie się składa, że jesteśmy tu akurat w sobotę, a więc siłą rzeczy ruch w interesie panuje większy niż zwykle. Dziesiątki autokarów i setki aut, często zaparkowanych gdzie popadnie, krzyki, ryki, wszechobecny harmider klaksonów, dyskotekowa muzyka... To był szok dla organizmu. Maszerowaliśmy asfaltową drogą do schroniska Cabana Balea Lac, czując się jak na Krupówkach, z tą różnicą, że dookoła, w promieniu kilkuset metrów, otaczały nas wysokie góry.
Sama Cabana Balea Lac, to odpowiednik Schroniska nad Morskim Okiem. Z tym że, w taki dzień jak dziś, śmiało można postawić tezę, że klimat tego miejsca - już się skończył. Lepiej już było. Odnosi się to zarówno do aroganckiej i nastawionej na wyzysk obsługi znajdującej się tam restauracji jak i wszechobecnej komercji, która niszczy, choć nie wiem czy już w zasadzie - nie zniszczyła, okolicę tej perły, jaką było Balea Lac, czyli największe jezioro Fogaraszy.
W restauracji w Balea Lac, zamawiamy najpierw po porcji naleśników. Wszystko dlatego, że pora była wczesna i nie serwowano o tej porze jeszcze dań obiadowych. I o ile naleśniki, były zjadliwe, to podczas oczekiwania na danie główne, zamówione już w porze lunchu, najpierw czekaliśmy godzinę od momentu zamówienia, a gdy już je dostaliśmy, to się okazało że w co po niektórych porcjach, kawałki mięsa były... zimne. I to wszystko w cenie zachodnioeuropejskiej.
Przychodząc tu, zdawałem sobie doskonale sprawę, że zapłacimy wygórowaną cenę, za coś co absolutnie nie będzie tego warte. Pamiętałem moją wcześniejszą wizytę w Rumunii, z rodzicami, podczas której również odwiedziliśmy Cabanę Balea Lac, i z której również wynieśliśmy mieszane wspomnienia. Ale teraz, będąc odseparowanym od pełnowartościowych posiłków od kilku dni, z nastawieniem na konieczność przetrwania kolejnych kilku, zgodziłem się na powtórną wizytę tamże. Podobną uległość okazałem w przypadku Branu, który odwiedzaliśmy jakiś czas później.
Kochani, nie warto było! W Polsce gdyby mi ktoś za podobne pieniądze przyniósł zimne jedzenie, prawdopodobnie zawołałbym kelnera i poprosił aby sam je spróbował, tak jak to czyni Magda Gessler. Tu jednak, o dziwo! kelnerzy słabo mówili po angielsku, toteż poza kąśliwą uwagą Please, next time, give me a hot dish, rzuconą przy płaceniu, zdecydowaliśmy się nie wszczynać żadnej dyskusji. Było to jednak niefajne, gdyż rachunek, który wylądował na stole, dalece przekraczał wartość tego, co otrzymaliśmy.
Po obiedzie rozdzieliliśmy się. W czasie kiedy dwie osoby pilnowały plecaków, drugie dwie poszły na zakupy do okolicznych kramów, aby zrobić zapasy na drogę.
Pomaszerowałem więc z Krystianem, po drodze jeszcze wylewając na niego swoje niezadowolenie. Złość rośnie, gdy pomiędzy kramami wędliniarskimi i nabiałem znajdujemy... niewielkie foodtrucki sprzedające mici, czyli walcowate kawałki baraniego mięsa robione na grillu. Śmiesznie tanie, były sprzedawane z lokalnym chlebem.
Tak to jest właśnie, spieszysz się człowieku, podejmujesz pochopną decyzję i dostajesz figę z makiem. Zamiast za grosze najeść się do syta, to za grube pieniądze ledwie uspokoiliśmy głód.
Załatwiamy jednak swoje - olewamy foodtrucka i lustrujemy okoliczne kramy. Lokalesi widząc turystów zagadują, starając się jak najlepiej zachwalić sprzedawane produkty, co chwila wymuszając głośne multumesc z naszej strony. Po doświadczeniach z restauracji, dokładnie przyglądamy się wszystkiemu i porównujemy ceny.
Dogadując się za każdym ręki na migi (przy okazji upewniając się, że w przeciwieństwie do sąsiedniej Bułgarii kiwanie głową oznacza tak, a kręcenie nie ;P) u starszej Pani zaopatrujemy się w kilka rodzajów kiełbasy i kawał sera owczego. Do tego każdy z nas kupuje bochen chleba, na szczęście zwykłego, pszennego (w Rumunii bardzo popularny jest szybko schnący kukurydziany) i niosąc po niespełna kilogramie kiełbas i pół kilo sera na łebka, wracamy do chłopaków, po drodze zahaczając jeszcze o foodtrucka ;p Jemy w tajemnicy przed chłopakami po dwa mici, dopychając się grubo krojonym chlebem. Strasznie dobre!
Jak się później okazało, zeszło nam z Krystkiem na te zakupy wyjątkowo dużo czasu. Gdy wróciliśmy było przed 14, a potem jeszcze trochę czasu minęło zanim się popakowaliśmy i pozałatwialiśmy wszystkie sprawy. Czekając na chłopaków, którzy korzystali z udogodnień w postaci łazienki, przypatrywałem się, lekko już znudzony, wraz z Oskim okolicy, czyniąc chcąc nie chcąc, pewne obserwacje socjologiczne.
Obu nam w oczy rzuciło się zachowanie pewnej pary, starszej o zaledwie kilka lat od nas. Przyjechali sportowym cabrioletem, on typu macho - o śniadej urodzie południowca, lekkim zaroście, ciemnych włosach. Nosił bermudy i biały t-shirt. Ona - wysoka, z długimi ciemnymi włosami i zgrabnymi nogami. Odziana była w jasne, obcisłe spodnie, bluzeczkę i żakiecik, przywodząc mi na myśl typową pracowniczkę jakiegoś korpo. Ładna była, nie da się ukryć, zresztą jak wiele Rumunek. To co jednak przede wszystkim dało do myślenia, to ich zachowanie - zaparkowali kilka metrów od miejsca gdzie siedzieliśmy, nad samym jeziorem, a następnie trzymając telefony w dłoni, przeszli nad brzeg jeziora. Zrobili kilka kroków, dziewczyna zrobiła zdjęcie żabom skaczącym po tafli jeziora, on zadzwonił przez telefon "chwaląc się" gdzie się aktualnie znajdują, po czym sam wykonał epickie zdjęcie swoim iphonem i razem wrócili się, aby wejść do schroniska.
O 14.30 byliśmy wreszcie gotowi aby opuścić to głośne miejsce. Przypatrując się jeszcze przez chwilę obozowisku, rozbitemu w pobliżu Cabany Balea Lac oraz wznoszącemu się nieopodal Vf. Netedu i ruszyliśmy w górę, szlakiem niebieskiego trójkąta.
Zbocze opadające spod Vf. Vaiuga krótko mówiąc nie należy do zbyt łagodnych, ale ma tę zaletę, że szybko zyskuje się na nim wysokość.
Wraz z nabywaniem kolejnych metrów, powoli ucichał rwetes dochodzący z okolic Balea Lac, a my wracaliśmy w karpacką otchłań.
Po niemal 45-minutowym wspinie, lądujemy na Saua Capra (2314 m.n.p.m.), ponownie na grani głównej Fogaraszy. Na południu ukazuje nam się charakterystyczny, nieco przysłonięty w tym momencie Vf. Arpasu Mic...
...A także masyw Vf. Vanatorea lui Buteanu, który wraz z Vf. Capra wznosił się blisko nas. Nawet zastanawialiśmy się czy nie zboczyć i nie podejść na piąty wierzchołek Fogaraszy, odznaczający się znacznymi walorami widokowymi. Zrezygnowaliśmy, bo upał był dramatyczny, a duchota utrzymująca się w powietrzu, kazała oszczędzać siły, wobec perspektywy rychłej zmiany pogody.
Pozostały czas spędzamy siedząc na przełęczy i zastanawiając się nad planem działania. Po chmurach i wilgotności powietrza, podejrzewamy, słusznie zresztą, że następnego dnia pogoda się załamie, co wymusza zmianę pierwotnych planów, które zakładały jutro dojście pod Moldoveanu.
Zastanawiamy się również gdzie biwakować. Była wczesna pora, zatem kusiło nas aby pokonać jeszcze jakiś fragment fogaraskiej grani. Z drugiej jednak strony, poza leżącą poniżej przełęczy, jeziorem Capra, kolejna szansa zrobienia biwaku nad jeziorem, występowała nad jeziorem Podul Giurgiului, co jednak było trudne do zrealizowania z uwagi na około czterogodzinny marsz. Ponieważ nie wyobrażaliśmy sobie by nie móc się przepłukać po wędrówce w tak upalny dzień, zdecydowaliśmy o rozbiciu namiotów nad jeziorem Capra.
Jezioro Capra, jest najwyżej leżącym ze wszystkich stawów górskich Fogaraszy (223o m.n.p.m.). Zajmuje ono dno kotła polodowcowego, ograniczonego szczytami: Vf. Capra (2494 m.n.p.m.), Vf. Vaiuga (2443 m.n.p.m.) i Vf. Iezeru Caprei (2417 m.n.p.m.). Jego powierzchnia to 1,8 ha, głębokość maksymalna 8 m.
Ze względu na mnogość obozowiczów przy jedynym, wygodnym dojściu do brzegu jeziora, zmuszeni jesteśmy je obejść i poszukać czegoś po przeciwległej stronie. W końcu takowe znajdujemy u podnóża wysokiej skarpy, leżącej na zboczach Vf. Iezeru Caprei, z której roztaczał się ładny widok na Vf. Museteica (2448 m.n.p.m.).
Skarpa odgradzała dwie części jeziora - jego właściwą część od niewielkiego, płytkiego stawiku, zwanego Lacul Caprita, które łączył potok Capra. Miejsce idealnie nadawało się aby zasiąść sobie i cieszyć się okolicznymi widokami. Niestety, gdy słońce zaszło za zbocze Vf. Iezeru Caprei, zrobiło się, o ironio! chłodno i to co nam pozostało to zabrać się za kąpiel, póki temperatura nie była drastycznie niska.
Rzut oka na powstające obozowisko i jezioro Capra...
...I wznoszący się nieopodal krywański ;) Vf. Capra (2494 m.n.p.m.) oraz spoglądający na nas ponad obniżeniem niewielkiej przełęczy, skalisty Vf. Vanatorea lui Buteanu (2507 m.n.p.m.). Zacząłem żałować, że nie poszedłem na szczyt, aby oglądać zachód - wtedy byłem zmęczony wizytą nad Balea Lac i dodatkowo niemotywowany przez resztę ekipy, która machnęła ręką, słysząc że to tylko piąty co do wysokości szczyt Fogarów:D, Sam sprawę olałem, tłumacząc sobie moją niechęć tym, że jeszcze sporo przed nami. Znając jednak teraz koleje losu, nawet nie wiecie jak mi tej rezygnacji, żal.
Zszedłem z powrotem do chłopaków, rozstawiliśmy namioty, a następnie zabrawszy ręcznik i mydło, poszedłem szukać wygodnego dostępu do wody. Znalazłem taki po drugiej stronie skarpy i wykąpałem się blisko miejsca wypływu potoku z jeziora Caprita. Woda wydawała się być jeszcze chłodniejsza niż ta wczorajsza, w jeziorze Caltun, ale o niczym tak nie marzyłem jak spłukać z siebie skutki marszu w dzisiejszym upale.
Po powrocie zrobiliśmy sobie kolację, chyba najlepszą jaką jedliśmy podczas całego wyjazdu. Chleb jedliśmy z grubo pokrojonymi plastrami owczego sera, a oprócz tego na maszynce, poświęcając przykrywkę mojej menażki, usmażyliśmy tłustą kiełbasę, której zapach po chwili otoczył obozowisko. Tak, tego wieczora wszyscy poszliśmy spać najedzeni i bardzo zadowoleni.
Skutki nadchodzącej nocy okazały się być jednak bolesne i zaważyły na całej wyprawie.
C.D.N