22 kwietnia 2016

Ucieczka przed sesją, czyli Beskid i Kasprowy Wierch zimą

(KUŹNICE - BOCZAŃ - PRZEŁĘCZ MIĘDZY KOPAMI - KRÓLOWA RÓWIEŃ - HALA GĄSIENICOWA - DOLINA ZIELONA GĄSIENICOWA - SUCHA PRZEŁĘCZ - BESKID - SUCHA PRZEŁĘCZ - KASPROWY WIERCH - MYŚLENICKIE TURNIE - KUŹNICE)
Jest 17 stycznia 2016 roku. Trwa okres zaliczeń, za dwa tygodnie rozpoczyna się sesja. Mój umysł wyraźnie mówił "nie" kolejnym godzinom poświęcanym na próby zrozumienia przemian eutektycznych i zniechęcony wyraźnie, postanowiłem rzucić książkami i pojechać w góry ;P Wprawdzie wszyscy na wieść o tym pukali się w czoło i prorokowali mi drugie terminy, to postawiłem na swoim i zdecydowałem się spakować plecak.
Tydzień się skończył, nastał weekend, lecz w sobotę pogoda była mocno średnia - postanowiłem przełożyć wyjazd i wyjechać z rana w niedzielę. Tak zrobiłem, ale w skutek zmęczenia nie mogłem się przemóc by zwlec się z łóżka i dopiero o 6:30 znalazłem się na krakowskim dworcu.
Niestety, po przyjeździe pod Giewont, robię jeszcze zakupy w delikatesach przy dworcu PKP/PKS, bo w plecaku poza herbatą nic nie mam. Przez to, ucieka mi bus do Kuźnic, a ponieważ następny jest za niecałe 25 minut, decyduję się łapać busa jadącego do Moka, który wysadza mnie przy Rondzie Kuźnickim. Stamtąd zaczynam maszerować pieszo w kierunku Kuźnic, ale po przejściu kilkunastu metrów, słyszę jak ktoś trąbi. Na drodze przystanął Subaru Legacy w wersji kombi, w którym przez uchylone okno, ukazała mi się twarz faceta w średnim wieku. Zaproponował podwózkę do Kuźnic, więc ucieszony skorzystałem, oszczędzając sobie 10 minut marszu.
Rozstajemy się pod budynkiem stacji, gdzie mimo dość późnej pory (9:30) jest jeszcze wyjątkowo pusto. W podskokach podbiegam sobie do kasy TPNu, której pracownik pyta się:
- A co Panu tak wesoło?
- A wie Pan, w góry moje przyjechałem, nareszcie...
Pozostawiam 2,5 zeta, poprawiam komin i staję przed odwiecznym problemem jaki czyha na turystę idącego z Kuźnic do Murowańca. Jaworzynka czy Boczań? Tym razem decyduję się na Boczań, choć wolę chyba wariant jaworzynkowy. Wyciągam z plecaka aparat aby sobie go zawiesić na szyi i ruszam w drogę.
Śniegu, nawet na tej wysokości, jest sporo, więc las wygląda naprawdę bajecznie. Podchodzę sobie spokojnie najpierw do rozstajów pod Nosalem, a potem pnę się na Boczań (1208 m.n.p.m.)
Na chwilkę zatrzymuję się przy "Boczaniowym Okienku" ;P
Doskonale widać stąd Kalatówki i Kalackie Koryto, które na polanę opada spod Kalackiej Kopy (1592 m.n.p.m.).
Obok spotykam turystów z Radomia, z którymi przez chwilę rozmawiam, na temat pogody, tego dlaczego przyjechałem itd. Życzymy sobie udanego dnia i ruszam dalej przyspieszając kroku.
Wracając jeszcze na moment do obu wariantów łączących Kuźnice z Karczmiskiem - nie ulega wątpliwości że trasa przez Boczań to trasa łatwiejsza - podejście jest rozłożone na niemal całej długości odcinka. Zaletą są też bardziej zróżnicowane widoki niż w przypadku podejścia przez Jaworzynkę.
Niemniej jednak, nie wiem jak Wy, ja wolę nieco trudniejszy żółty szlak, gdyż jak już kiedyś pisałem, wolę "robić podejście na raz". 
Ze Skupniów Upłazu cykam parę fotek Kopieńcom i Dolinie Olczyskiej.
Ośnieżone wierzchołki drzew w przedpołudniowym świetle wyglądają bardzo ładnie.
Podchodzę parę metrów, aby móc zbliżyć się do grani Skupniów Upłazu. Dzięki temu widzę doskonale Giewont i jego również uwieczniam ;]
Udekorowane dużą ilością białego puchu Kopa Kondracka i schowany z tyłu Małołączniak, też wyglądają atrakcyjnie.
Czuję głód, więc postanawiam na niedalekim Karczmisku zrobić chwilę przerwy. Niespodziewanie, wokół pojawia się mgła, która na moment odbiera widoki...
Czyniąc z okolicy baśniowy pejzaż...
Na samym Karczmisku jest równie magicznie. W takim otoczeniu jem drugie śniadanie, a przed dalszą drogą zakładam jeszcze raki.
Gdy kończę zapinać paski, chmury opadają, ukazując mi wierzchołki Giewontu, Kopy Kondrackiej i Małołączniaka :)
Dostrzegam również widmo brockenu - moje trzecie :>
Przez chwilę mam okazję jeszcze wytłumaczyć to fascynujące zjawisko optyczne parze z młodym dzieckiem, które radośnie stwierdziło, że czary jednak istnieją, pożegnałem się i ruszyłem dalej.
Mgła przeminęła i podczas przechodzenia przez Królową Rówień mogę cieszyć się wspaniałymi widokami:
Mała Koszysta, Wielka Koszysta, Waksmundzki Wierch, Żółta Turnia, Granaty
I ciąg dalszy czyli widoki od Żółtej Turni, poprzez Granaty, Czarne Ściany, Kozi Wierch, Kozie Czuby, Zamarłą Turnię, Zmarzłe Czuby, Mały Kozi Wierch, Kościelec, trzy Turnie: Zawratową, Niebieską i Gąsienicową, Świnicę, aż po Pośrednią i Skrajną Turnię.
Smukły Kościelec w oparach mgiełki...
Na dłużej zatrzymuje się w moim ulubionym miejscu - przy zejściu na Halę Gąsienicową z Królowej Równi.
Żółta Turnia.
I masyw Koszystej: Mała Koszysta (2014 m.n.p.m.), Wielka Koszysta (2193 m.n.p.m.) i Waksmundzki Wierch (2189 m.n.p.m.).
Zachwycony schodzę niżej, zmierzyć się z tymi czarami :)
Na hali to Kościelec ponownie zawładnął moją uwagą.
Wokół mnie totalnie zero ludzi, coś pięknego. Jestem tylko ja i Tatry, wręcz słyszę ich puls, ich oddech.
To samo w wersji B&W. 
Wyłączam aparat i ruszam dalej. Mijam Betlejemkę i omijając łukiem Murowaniec, docieram do rozstajów. Mrucząc do siebie coś w stylu: "Następnym razem na Zawrat", zaczynam podchodzić wgłąb Zielonej Doliny Gąsienicowej.
Zielona Dolina Gąsienicowa i jej otoczenie zdecydowanie nadają się jeśli myślimy o "zaprzyjaźnieniu się" z poważniejszą turystyką zimową. Zarówno szlak na Suchą Przełęcz, jak i szlaki na Liliowe oraz na Karb, można polecić na rozgrzewkę przed wyższymi partiami Tatr.
Beskid (2012 m.n.p.m.) czyli mój cel na dziś :)
Łagodny profil żółtego szlaku, którym podążam po dnie Zielonej Doliny Gąsienicowej sprzyja podziwianiu Kościelców, a także fragmentu wschodniej grani Świnicy.
Jest równo południe, gdy docieram w pobliżu dolnej stacji wyciągu krzesełkowego. Zagryzając kabanosy, siedzę chwilę, ciesząc się słońcem.
Po kwadransie przerwy opuszczam rozstaje i zaczynam podchodzić, zbliżając się do wyciągu krzesełkowego.
Kilka minut później, mijam odejście szlaku zielonego na Liliowe. Sprawdzam na mapie, którędy powinien przebiegać żółty szlak, zerkam na Kościelce raz jeszcze i zaczynam podchodzić w górę, najpierw obok słupów wyciągowych, potem skrajem świeżo ratrakowanej trasy narciarskiej.
Po kilkunastu minutach podchodzenia za sobą mam już ponownie Żółtą Turnię, Grań Fajek i Granaty.
Z wolna przede mną pojawia się wierzchołek Kasprowego Wierchu z budynkiem stacji meteorologicznej. Plan jest żeby za godzinkę grzać się w środku ;)
Przekraczam trasę narciarską i zaczynam podchodzić teraz zboczem Beskidu.
Nieco zmęczony podchodzeniem postanawiam się napić herbaty i przy okazji strzelić sobie selfie ;P
Uhrocie Kasprowe, Kopa Magury i dalej Pogórze Spisko-Gubałowskie na horyzoncie.
Dolina Gąsienicowa i jej otoczenie.
W zmagającym się wietrze o 13 docieram na Suchą Przełęcz (1950 m.n.p.m.).
Mimo przenikliwego zimna ruszam na nieodległy szczyt Beskidu, od którego dzieli mnie około 10 minut marszu.
Droga na Beskid.
Gdy docieram na szczyt Beskidu, zaczyna zbierać się mgiełka, dlatego szybko naciskam spust migawki i decyduję się schodzić z powrotem pod Kasprowy.
Koszyste, Żółta Turnia, Grań Fajek, Granaty, Kościelce, Kozi Wierch, Zawratowa Turnia, Niebieska Turnia, Gąsienicowa Turnia i Świnica.
Po drugiej stronie Grań Hrubego i Krywań oraz nieco bliżej, z prawej, Kopy Koprowe.
Krywań na zbliżeniu.
I widok z Beskidu na Tatry Zachodnie.
No i jeszcze dwa najpopularniejsze szczyty w polskich Tatrach ;)
Przy okazji fotografowania na szczycie, jak się okazuje potem, doznaję odmrożenia palców lewej ręki, a zwłaszcza małego palca, w którym brak pełnego czucia przypomina mi o tej wycieczce przez kolejne dwa tygodnie. Wracam na Suchą Przełęcz, a następnie wchodzę do restauracji przy górnej stacji kolejki na Kasprowy.
Generalnie, nie odwiedzam takich miejsc, ale tym razem musiałem się trochę ogrzać i kupić sobie herbatę, zwłaszcza że ta w termosie się kończyła, a musiała wystarczyć jeszcze na zejście w dół.
W budynku spędzam pół godziny, przy okazji dowiadując się, że jest -15 stopni Celsjusza (wiało wtedy naprawdę bardzo mocno), a potem na zakończenie przygody z granią wchodzę jeszcze na wierzchołek Kasprowego Wierchu.
Druga strona.
Fotografuję jeszcze najwyżej położony budynek w Polsce i postanawiam ewakuować się w dół.
Na koniec spoglądam jeszcze w kierunku Niżnych Tatr, odnajdując wzrokiem niedawno odwiedzany Dziumbier ;) i schodzę.
Do Kuźnic wracam dla odmiany szlakiem zielonym. Nie szedłem nim nigdy wcześniej, stanowi więc dla mnie jakąś nowość.
Wyciąg krzesełkowy z Doliny Goryczkowej, a ponad nim: Goryczkowa Czuba, dalej Suchy Wierch Kondracki, Kopa Kondracka, Małołączniak z Krzesanicą i na ostatnim planie Bystra, Starorobociański, Raczkowa Czuba z Jarząbczym Wierchem i Rohacze.
Podczas schodzenia, chmury znów zamieszają mieszać ;] Dzięki temu, mam okazję oglądać ponownie fascynujący spektakl.
Giewont.
I jeszcze kilka jego ujęć ;)
Ze smutkiem na ustach wchodzę w gęste chmury i kilkadziesiąt metrów niżej nie widzę już nic. Pocieszeniem może być fakt, że dzięki bogato udekorowanemu lasu, czuję się znów jak w bajce.
A wyłaniający się z mgły wagonik może przestraszyć ;)
Przerzedza się w okolicy Myślenickich Turni. Tu po raz ostatni zatrzymuję się aby spojrzeć na góry.
Kilkadziesiąt minut później jestem już na dole, wsiadam w busa, przegryzam coś na szybko na Krupówkach i wracam do Krakowa. Zachwycony wyjazdem mogę wracać do nauki ;P
Tak kończy się pierwszy zimowy wyjazd tego sezonu w Tatry :)
DO ZOBACZENIA