20 czerwca 2016

Z plecakiem i śpiworem w... krainę beskidzkich wysp - Beskid Wyspowy cz. III

DZIEŃ III
Trasa: Mogielica -> Hala Stumorgowa -> Przełęcz Przysłopek -> Mały Krzystonów -> Krzystonów -> Kutrzyca -> Polana Skalne -> Jasień -> Polana Łąki -> Łętowe -> Ostra -> Ogorzała -> Mszana Dolna -> Adamczykowa -> Potaczkowa -> Chabówka -> Olszówka -> Olszówka Dział
Długość: 30 km
Czas: 7 3/4 h
Inaczej niż w przypadku pierwszej nocy spędzonej nad Skrzętlą-Rojówką - na Mogielicy nic nie zakłóciło mego snu. Budzi mnie - a w zasadzie nas - gdyż spałem tuż obok namiotów Łukasza i Rafała, budzik, który obwieszcza zbliżający się wschód.
Rozpinając śpiwór błyskawicznie ocucił mnie chłód poranka. Nawet śpiąc u stóp wieży - w terenie zalesionym - pizgało niemiłosiernie, co pozwalało wyobrazić sobie, warunki na górze, gdzie pierwotnie chciałem spać :D Zagotowałem szybko wodę na herbatę, wrzuciłem "coś na ruszt" i wraz z nowymi znajomymi udałem się na szczyt wieży aby podziwiać nadchodzący wschód słońca :)
 Tatry dzisiaj dobrze widoczne :) To fantastyczna wiadomość w kontekście całego dnia ;)
Słońce pokazuje się nam parę minut przed 5:30. I od razu maluje niebo na przepiękne kolory.
Tu w dużym zbliżeniu ;)
Tarcza słoneczna pokazuje się między grzbietami Pogórza Wiśnicko-Lipnickiego, a Pasmem Łososińskim.
O to i widok ten na zbliżeniu. W dole Słopnice.
Kiedy słońce pojawia się trochę wyżej, obracamy się na drugą stronę wieży. Teraz przypatrujemy się Tatrom nad którymi pojawia się delikatna różowa łuna.
Masyw Łopienia (951 m.n.p.m.)
A skoro już o nim mowa, to nie może zabraknąć pewnej legendy...
***
Z Mogielicą jak również Łopieniem jest związana pewna legenda tłumacząca początki tych miejsc. Otóż dawno, dawno temu w okolicy Dobrej, żyli ludzie zwani wielkoludami. Ich Panem był niejaki Łopień, zwany Złotopieniem - człowiek o złotym sercu, a zarazem świetny gospodarz. Łopień miał żonę, której na imię było Mogielica. W przeciwieństwie do niego, była to osoba wredna i niedobra.
Jak to w takich bajkach bywa, małżeństwo miało śliczną córkę, Śnieżniczkę, o której rękę ubiegało się wiele mężczyzn. Mogielica jednak jak powiada legenda: "zasłaniała Śnieżniczkę mgłą przed ich wzrokiem". Pewnego dnia do małżeństwa przybył uroczy i bardzo przystojny młodzieniec, imieniem Ćwilin, i poprosił ich o rękę Śnieżniczki.
Złotopieniowi chłopak bardzo się spodobał, więc zgodził się na ślub, ale Mogielica wybuchła dziką nienawiścią do Ćwilina i mimo prób przekonywania ze strony Łopienia, ani próśb córki, na ślub nie chciała się zgodzić.
Smucony Ćwilin odszedł więc siną w dal, a za nim biegła zapłakana Śnieżniczka. Ponieważ byli w sobie bardzo zakochani, gdy ostatni raz spojrzeli na siebie, ich serca pękły jednocześnie, a ich mogiły, wysokie jak góry, spoczęły obok siebie. 
Całemu temu wydarzeniu przypatrywali się niedoszli rywale Ćwilina: Jasień, Turbacz, Ciecień, Luboń i inni. A Łopień, widząc śmierć ukochanej córki i niedoszłego zięcia, którego polubił, począł przesiadywać nad ich grobami. Nie odzywając się przez ten cały czas do Mogielicy, popadł w ciężką depresję, aż pewnego dnia, położył się zmęczony obok grobu Ćwilina i Śnieżniczki i tam zakończył swój żywot.
Wredna Mogielica została sama na tym świecie i wtem zaczęły chwytać ją wyrzuty sumienia. Zżerana od wewnątrz przez zgryzoty, umarła w rozpaczy, a jej mogiła spoczęła na przeciw swego męża.
Tak o to powstały: Mogielica, Ćwilin, Śnieżnica i Łopień.
Gdy na zegarku robi się 6, schodzimy z wieży aby przygotować śniadanie i ogrzać się (na wieży strasznie wiało). Chwilę dyskutujemy, oczekując na podgrzanie się wody, potem jeszcze zjadając jako takie śniadanie. Koło siódmej zaczynam pakować bambetle, chcąc ruszyć jak najwcześniej na szlak. Z prognoz wiem że upał ma z każdym kolejnym dniem rosnąć, a już w ten dzień ma przekraczać 30 stopni Celsjusza. Wchodzę więc po raz ostatni jeszcze na szczyt wieży, aby pożegnać się z Mogielicą i wykonuję parę fotek.
"Wyspy" Beskidu Wyspowego widziane z wieży widokowej. Na pierwszym planie Ćwilin, za nim Śnieżnica. Między nimi Lubomir, a na lewo od niego masyw Lubogoszcza, Szczebel i Luboń Wielki. Na ostatnim planie, całkiem z lewej masyw Policy i Babia Góra.
Długie, wschodnie ramię Mogielicy opadające do Wyrębisk Szczawskich, skąd wczoraj na najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego podchodziłem. Z lewej potężny wał Modyni, z prawej natomiast, wydatny grzbiet Lubania w Gorcach. Na ostatnim planie Beskid Sądecki.
Pola w okolicach Słopnic i Tymbarku.
Rozglądam się jeszcze przez chwilę i wolno schodzę w dół. Sprawdziwszy czy wszystko zabrałem, wkładam plecak na grzbiet i żegnam Łukasza oraz Rafała za miło spędzony wspólnie czas. Rozdzielamy się - chłopaki idą dalej do Dobrej przez Łopień, ja zaczynam szybkim krokiem schodzić z Mogielicy w kierunku Mszany.
Szczyt opuszczam, schodząc bardzo kamienistą ścieżką, która wyprowadza mnie na przepięknej urody, Halę Stumorgową. Uważam, że jest to jedna z najwspanialszych hal w całych Beskidach.
Tatry w całej okazałości :)
Oświetlona porannym słońcem hala, pokryta soczystą zielenią i udekorowana kwitnącymi drzewkami, nakazywała aby zatrzymać się choć na chwilę. I rzeczywiście, mimo że dzień czekał mnie długi, to nie wyobrażam sobie, przejść tamtędy obojętnie.
W oddali grzbiety Koziarza oraz Dzwonkówki i nieco wyższe, pasmo ze Skałką, Złomistym Wierchem i Radziejową w Beskidzie Sądeckim.
Cykam sobie pamiątkową foteczkę, a potem jeszcze przez parę minut krążę z włączonym aparatem, przystając co chwilę, aby uwiecznić jakiś kadr.
Uroki Hali Stumorgowej.
Zbliżenie na pasmo Lubania.
I pełna panorama Tatr, złożona z 4 osobnych klatek.
Tu z opisem najważniejszych tatrzańskich wierzchołków.
Zmieniłem obiektyw i przypatrzyłem się świetnie widocznej stąd, grupie Łomnicy i Durnego oraz piramidzie Lodowego.
Zaraz za Gorcem widoczne oczywiście Tatry Bielskie, z których można wyróżnić kulminacje Zadnich Jatek (2020 m.n.p.m.), Szalonego Wierchu (2061 m.n.p.m.), Płaczliwej Skały (2142 m.n.p.m.) i Hawrania (2152 m.n.p.m.).
Cóż by tu o samej hali napisać? Hala Stumorgowa, zwana czasem Halą Stumorgi, to największa polana w Beskidzie Wyspowym. Znajduje się w grzbiecie opadającym z Mogielicy do Przełęczy Przysłopek na wysokości 1020 - 1110 m.n.p.m. Jak większość beskidzkich polan, powstanie zawdzięcza pasterskiej działalności Wołochów. 
Babia Góra, masyw Policy i Luboń Wielki.
Przed samym krańcem Hali Stumorgowej zatrzymuję się jeszcze dosłownie na dwie minutki, by przypatrzeć się Tatrom. Wzdycham nostalgicznie i opuszczam przepięknej maści halę, wkraczając w las.
Szlak sprowadza mnie na niewielką Przełęcz Przysłopek, gdzie niebieskie paski odłączają się od żółtych, schodząc do Szczawy. Przechodzę zalesione siodło, mijając altanę i zaczynam wspinaczkę na przeciwległy grzbiet.
Żółty szlak z Przełęczy Przysłopek prowadzi mnie teraz stromo pod górę, zalesionym zboczem Małego Krzystonowa (984 m.n.p.m.). Stamtąd idę dalej (cały czas lasem) przez Krzystonów (1012 m.n.p.m.), docierając w pobliże bazy namiotowej SKPB Katowice na Polanie Wały, gdzie mijam kolejne rozstaje.
Nie zatrzymując się na dłużej, ruszam na niedaleką już Kutrzycę. Idzie mi się przyjemnie - w lesie panuje delikatny chłodek, a poranne słońce nadaje buczynie soczystej, bardzo przyjemnej dla oka, zieleni.
Kilka minut później docieram do miejsca w którym szlak robi łuk, wspinając się na wyraźny garb Kutrzycy (1051 m.n.p.m.). Tam gdzie las nie zasłania w 100% widoków, udaje mi się dojrzeć Babią Górę, z płatem śniegu na południowym zboczu.
I niektóre ze szczytów Beskidu Wyspowego - w centralnej części wieś Łostówka i leżący nieco dalej masyw Lubogoszcza.
Słabo wznoszący się grzbiecik, którym poprowadzono szlak, wyprowadza mnie na Polanę Skalne, na której jestem o 8.15. Jest tu ławka, jest miejsce na ognisko, no i przede wszystkim - rewelacyjny widok na Tatry.
Polana w całej swej krasie, w oddali szczyt Jasienia (1062 m.n.p.m.), a na horyzoncie - Tatry.
Cykam jeszcze grupę tatrzańskich gigantów i usadawiam się wygodnie na hali. Plan jest taki aby odpocząć tu, napić się i uzupełnić spalone kalorie.
W tym niezwykle ustronnym i zacisznym miejscu spędzam pół godziny błogo sobie leżąc. Do powstania zmusza mnie nadciągająca grupa ludzi, która swoimi rozmowami, wybija mnie ze snu na jawie. 
Widoki z polany w kierunku pasma Ostrej i Modyni, a także doliny Kamienicy i Beskidu Sądeckiego.
Polana Skalne podchodząca pod wierzchołek Kutrzycy i widoczna po prawej stronie Mogielica, skąd zaczynałem wędrówkę.
Z niewielkiego obniżenia leżącego za Kutrzycą, podchodzę na zalesiony, niestety, wierzchołek Jasienia, będący po Mogielicy i Ćwilinie, trzecim szczytem Beskidu Wyspowego. Tu mały edit przy okazji, bo w poprzedniej relacji napisałem tak w stosunku do Modyni - co było jakimś paskudnym chochlikiem ;P
Ale wracając do bieżącej trasy - nieopodal rozstajów na Jasieniu, gdzie szlak żółty zaczyna schodzić w kierunku Rzek i dalej Gorców, natrafiam jeszcze na widokowe okno, skąd, a jakże by inaczej ;) widzę Tatry :P
Przypatruję się przez moment szlakowskazom - do Mszany Dolnej wskazujących 3,5 godziny drogi - i ruszam zielonym szlakiem na zachód. Znaki sprowadzają mnie na kolejną, bardzo urodziwą polankę, z której w oczy od razu rzuca się Ćwilin z charakterystyczną Polaną Michurową na szczycie.
Na mapach polana ta nie jest nazywana, w przewodniku pojawia się nazwa - Polana Łąki.
Widok na Jurków i Dobrą.
Wszystko byłoby ładnie, gdyby nie nieco makabryczny obrazek jaki zastaję obok miejsca na ognisko: wbity w ziemię pal, a na niego nadziana żmija zygzakowata, dodatkowo jeszcze nożem rozcięta na pół. Nieco zaskoczony przystaję na moment, by z obrzydzeniem po chwili odejść parę metrów dalej. Kiedy siadałem, na wszelki wypadek sprawdziłem czy w trawie nic nie ma.
Odpoczywając na polanie, przypatruję się swojej dalszej trasie którą idealnie stąd widać. Na początek przejście przez łagodny grzbiecik zalesionej Kiczory, a następnie przeprawa przez powalone drzewa pod niewybitną Ostrą, dalej przejście do Mszany przez Ogorzałą i końcówka, czyli dotarcie w okolicy Potaczkowej, leżącej już na granicy Beskidu Wyspowego i Gorców.
Zbliżenie: z prawej zalesiona Kiczora, dalej w środku grupa Ogorzałej. Za nią Lubogoszcz, na lewo od niego szpiczasty Szczebel.
Podumałem przez chwilę, ale nękany wzrastającym z minuty na minutę, upałem, ruszyłem dalej. Miałem szczęście, że kolejny odcinek pozwalał schować się przed słońcem, choć wysoka wilgotność wyzwalała inny problem: meszki i inne g***o wpadające do oczu, uszu i ust. Kiczorę przetrawersowałem tempem Roberta Korzeniowskiego, wychodząc na kolejną łąkę - na której zastaję... huśtawkę.
Widok na wieś Łętowe. Nad nią wzgórza Bucznika i Janie, a na ostatnim planie Luboń Wielki.
Kolejny odcinek pokonuję idąc przez las. Nieco bliżej wsi, docieram do skrzyżowania bitych dróg, gdzie znajduję dogodne źródło. Uzupełniam płyny i natychmiastowo decyduję o szybkim myciu - wyciągam ręcznik, zdejmuję koszulkę i z gigantyczną ulgą oblewam się zimniuśką wodą. Odświeżony i zadowolony, opuszczam las, wychodząc na rozległe pola leżące ponad Łętowem, z uroczymi widokami na Ćwilin, Ogorzałą i Lubogoszcz.
O to właśnie mój najbliższy cel.
Widoki były palce lizać, ale ponieważ zbliżało się południe - to czułem się jak na rozgrzanej patelni. Należało stąd czmychać jak najprędzej.
Ukwiecone pola w Beskidzie Wyspowym.
Przechodzę przez asfaltową drogę wzdłuż której rozłożyło się Łętowe i podążając skrajem pola i lasu, mijam niewielki garbik. Mam stąd widoki na Dziurczak (797 m.n.p.m.) i widoczne w oddali, Gorce.
Oto zresztą i one.
Przy okazji taka rada, miejcie przy sobie cały czas mapę, jeśli ten odcinek będziecie chcieli pokonywać. Oznakowanie jest kiepskie, praktycznie cały czas szedłem "na czuja", wspomagając się mapą.
Kilka metrów wyżej spotykam na środku ścieżki krówkę i... byczka, leniwie odpoczywających. Lekko niezadowolony omijam ich, idąc przez trawy, czując ukłucia ostów i innego dziadostwa. 
Ścieżka doprowadziła mnie na skraj największego toru przeszkód, z jakim miałem do czynienia podczas tego wyjazdu - martwego lasu na zboczach Ostrej. Łukasz z Rafałem mnie przestrzegali, że będzie ciężko i że zostawię tu litry potu, ale nie przypuszczałem że skończy się to takim dramatem. W ponad 30-stopniowym upale, przedzierałem się przez pół godziny, aby pokonać ledwie kilkusetmetrowy odcinek.
Gubiąc kilkakrotnie szlak, pokiereszowany przez ostre gałęzie, niemożebnie zmęczony na Ostrą (780 m.n.p.m.) docieram równo w południe.
Mijając po drodze jeszcze znienawidzonych motocrossowców, na luzie już trawersuję kulminację Ogorzałej (806 m.n.p.m.). Na jej południowym zboczu, natrafiam na wspaniałe miejsce na odpoczynek - zacienione, z rewelacyjnym widokiem na wał Gorców.
Siedzę tam kilkanaście minut podziwiając widoki i wypijając znów konkretną dawkę płynów. O 12:40 ruszam z powrotem na szlak, z założeniem, że porę największego skwaru przesiedzę gdzieś w Mszanie, przy zimnym piwie, w klimatyzowanym lokalu.
Droga przez pola w kierunku Mszany Dolnej.
Schodzę znów fenomenalnym odcinkiem, który pozwala na podziwianie dalekich panoram.
Majacząca Babia Góra, ścięty Luboń Wielki, szpiczasty Szczebel, łąkowy Grunwald i zalesione Zapadliska. Niemal w centrum fotki Mszana Dolna.
W górnej części przysiółka Niedospały spotykam pracujących w pocie czoła rolników. Wymieniam się z nimi pozdrowieniem i schodzę w dolinę potoku Łostówka, gdzie pod mostem robię sobie jeszcze jedną szybką kąpiel.
Szybko wysycham i asfaltem schodzę do centrum Mszany, będącej największym centrum turystycznym w tej części Beskidu Wyspowego. Przeskakuję przez Mszankę i docieram na skraj parku miejskiego, gdzie z przyjemnością chowam się w cieniu.
W parku spędzam dłuższą chwilę, potem czując narastający głód, ruszam w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Z daleka dostrzegam napis "kebab" przy głównej ulicy miasta i zadowolony wchodzę do środka. Dwie godziny spędzam wewnątrz, na jedzeniu całkiem znośnej tortilli i doładowaniu komórki.
Przed 16 wychodzę, zamierzając jeszcze wstąpić do sklepu, po parę rzeczy, w tym kartusz gazowy. Takowy znajduję w sklepie sportowym obok mszańskiego dworca autobusowego. Wyposażam się jeszcze w artykuły spożywcze i wlekąc się po nagrzanym asfalcie wąskich uliczek, ruszam na czarny szlak. Domostwa szybko zaczynają ustępować terenom rolnym, aż w końcu ustępują całkowicie. 
Łąki nad Mszaną Dolną.
Jak to w takich miejscach - bywa ciężko ze znakami, dlatego trzeba je uważnie śledzić.
Przed Adamczykową szlak gwałtownie zakręca na zarośniętą ścieżkę. Przystaję na moment, wpatrując się w wysokie trawy i nie chcąc ryzykować, decyduję się przypiąć sobie nogawki.
Za Adamczykową jest już jednak lepiej i na nowo, robię sobie krótkie spodenki. Do przysiółka Piwowary, schodzę wygodną polną drogą, obserwując obłe wzniesienie Potaczkowej, z wyraźnie widocznym krzyżem na szczycie.
W niewielkim przysiółku pod Potaczkową przychodzi mi jeszcze zamienić kilka słów z mieszkańcami, co urywa parę minut. Nie ma jednak gwałtownego pośpiechu, upał powoli zaczyna odpuszczać i dzięki temu wejście na Potaczkowej nie jest obarczone takim wysiłkiem :>
Krzyż na Potaczkowej (746 m.n.p.m.). W zasadzie szczyt ten zaliczany jest już do Gorców, ale w ramach jutrzejszej wyrypy na Luboń Wielki postanowiłem odwiedzić i to, rzadko odwiedzane miejsce, które prawdopodobnie samo w sobie celem by długo nie zostało.
Korzystając z popołudniowej pory i ładnych kolorków, decyduję się chwilę posiedzieć. Z minuty na minutę robi się coraz ładniej.
wzniesienie Chabówki (704 m.n.p.m.) i w oddali Gorce ze Starymi Wierchami.
Przy zejściu z Potaczkowej znów gubię szlak. Plan był taki aby idąc czarnym szlakiem zejść do Olszówki, ale odejście musiałem minąć. Schodzę więc znów na czuja, przedzierając się przez pola. Plusem takiego "pozaszlakowego łażenia" jest to, że zupełnie niespodziewanie staję tuż przed dwoma sarnami. Chwila konsternacji i po chwili dwie smukłe sarenki, figlarnie przeskakując przez wysokie trawy, uciekają mi z pola widzenia.
Malowane światłem łąki ponad Olszówką.
Po przeciwległej stronie Szczebel i Lubogoszcz.
Docieram do Olszówki, gdzie znajduję szlak koloru żółtego. Wprawdzie to nie nim miałem podążać, ale trudno, trzeba być elastycznym ;P Podchodzę pośród zabudowań na niewielkie wzgórze rozdzielające Olszówkę od Rabki-Skalisnego. Mam stąd świetny widok na Potaczkową i Chabówkę.
Gdy słońce chowa sie za zboczem Lubonia Wielkiego, ja szukam odpowiedniego miejsca na nocleg. Przez dłuższy czas, mam problem, bo okoliczne pola otoczone są elektrycznymi pastuchami. Na szczęście, na skraju niewielkiego zagajnika, w dużym oddaleniu od domostw znajduję trochę bezpiecznego terenu. Czekam do zachodu i rozkładam śpiwór. Gotuję na szybkości wodę, robię sobie herbaty, dwie kanapki i zmęczony całodziennym marszem szybko zasypiam.
Zanim Morfeusz porywa mnie w swoje ramiona, zakutany w śpiworze, dumam przez chwilę nad jutrzejszym planem. O poranku wyruszam na Luboń Wielki, a dzień skończyć zamierzam na Ćwilinie. Jak będzie? Odpowiedź na to pytanie miał przynieść nadchodzący, kolejny upalny dzień.
DO ZOBACZENIA :)