wtorek, 22 listopada 2016

Wakacje z trollami cz. II - Trekking na Trolltungę

DZIEŃ III

Ten dzień pozostanie w pamięci na długo... :)

Druga noc minęła spokojnie, ale już o piątej nad ranem przebudziłem się i nie mogłem dalej zasnąć. Starając się leżeć w miarę spokojnie, zacząłem odczuwać narastającą ekscytację zbliżającym się dniem i w sumie z ulgą odetchnąłem gdy dźwięk budzika wypełnił wnętrze namiotu.
Poranek minął jak zawsze za szybko i ani się nie obejrzeliśmy, a na parkingu pojawiło się sporo samochodów. Kiedy złożyliśmy namiot i opuściliśmy miejsce naszego biwaku zrobiła się prawie ósma. 
Aby dojść do punktu w którym rozpoczyna się szlak, musieliśmy cofnąć się o jakieś 100 metrów. Na początku zresztą sytuacja nas nieco skonfundowała, bo mapa pokazywała, że szlak biegnie po orograficznie lewej stronie potoku, na miejscu okazało się jednak, że jest odwrotnie.
Szybko przekonaliśmy się, że wyszukane w necie i zasłyszane również na miejscu od Norwegów informacje na temat morderczego początku, sprawdziły się ;) W przypadku trekkingu na Trolltungę, na dzień dobry trzeba się zmierzyć z nie lada wyzwaniem jakim jest pokonanie 400 metrów różnicy wysokości na długości ledwie 1 kilometra. Szlak został poprowadzony po specjalnych kamiennych stopniach, które jednak po opadach deszczu stają się dość śliskie i zwłaszcza schodzenie wymaga tam zdwojonej uwagi.

Początkowy odcinek charakteryzuje się również dość sporą odległością między niektórymi stopniami, co osobom z dużym ciężarem na plecach, może sprawiać dodatkowy trud. Nieco łatwiej było po pokonaniu pierwszych 250-300 metrów, kiedy teren trochę złagodniał, a ścieżka wiła się wśród licznych głazów.

***

Po przejściu najbardziej karkołomnego, pierwszego kilometra, udało nam się wydostać również ponad chmury. Czyżby szczęście rzeczywiście akurat tak dopisało, że w dzień trekkingu na Trolltungę, zaświeciłoby słońce? :D

Zadowolony z takiego obrotu sprawy, zatrzymywałem się co kilka kroków, aby rozejrzeć się wokół siebie. Nie sposób było również przejść obojętnie obok bujnej roślinności, która w Norwegii sprawia niezwykłe wrażenie. Naprawdę czasem kolory są nie do opisania!

Wrzosy o poranku.

"Widzę Cię jak przez mgłę" :D

Po pokonaniu owych 400 metrów, szlak zaprowadził nas na skraj dużej kotlinki, ukazując szereg malowniczych kaskad na potoku Mogelielvi, który niżej tworzył kilkusetmetrowy wodospad.

Do samej kotlinki, otoczonej przez łagodne wzniesienia, dotarliśmy kilkanaście minut później.

Krajobraz kotlinki polodowcowej. Po drugiej stronie masyw Moyfallsnuten (1450 m.n.p.m.),

Co istotne, między 1, a 3 kilometrem szlaku, czyli w okolicach torfowisk, nie wolno się rozbijać. Jest to rzadkość w Norwegii, ale władze gminy Odda, niedawno wydały stosowny zakaz, chroniąc pokrytą torfowiskami, okolicę. Warto o tym pamiętać ;)

Po pokonaniu dna kotliny, ścieżka zaczyna wspinać się na przełęcz Trombeskar, znajdującą się między szczytami Grytenuten i Hattanuten. W oddali pokazuje się nam potężny lodowiec Folgefonna.

Przerwa w okolicy przełęczy.

Hattanuten (1304 m.n.p.m.).

Okolica była malownicza, ale moją uwagę pochłonął widoczny w oddali lodowiec Folgefonna. Jak ja dawno nie spoglądałem na lodowce ^^

Po drugiej stronie grzbietu, spotkaliśmy kilka niewielkich i płytkich zarazem, jeziorek. Gdy poziom wody jest niski, to tworzą one osobne zbiorniki. Z kolei po opadach zaczynają się ze sobą łączyć, co sprawia, że w kilku miejscach przejście po suchym terenie, staje się niemożliwym ;>

***

Jeziorka w dolinie Store Floren.

W okolicy zrobiliśmy przerwę. Za nami było już około 5 kilometrów, znajdowaliśmy się więc mniej więcej w połowie drogi. Tradycyjnie więc, wyciągnęliśmy z plecaka kabanosy, które zasługiwały na osobne foto, z uwagi na fakt, że w piramidzie potrzeb, znajdują się bardzo wysoko ;]

Na nicnierobieniu spędziliśmy dobrych kilkadziesiąt minut. Powiem Wam, że jeśli planujecie spędzić przy Trolltundze noc, to nie ma sensu gnać razem z innymi, bo 90% odwiedzających skałę wraca tego samego dnia na dół, a co za tym idzie ma do pokonania jeszcze 11 km więcej :>

Z okolic jeziorek szlak powrócił w pobliże załamania grzbietu, za którym czaiło się, położone kilkaset metrów niżej, jezioro Ringedalsvatnet.
Ten dość charakterystyczny punkt na trasie, w którym szlak robi łuk o 90 stopni, znajduje się mniej więcej w połowie drogi między parkingiem, a językiem trolla, choć nieco bliżej już samej skały. Samo miejsce przyprawia o pierwszy, widokowy zawrót głowy i jest świetnym miejscem na odpoczynek.

Z kolei kilka miejscówek znajdujących się w pobliżu liczącego 600 metrów urwiska, jest widokowo szczególnie imponujących przez co idealnie nadają się one do pamiątkowych zdjęć - kadry z nich nie są tak oklepane jak te z Trolltungi, a jednocześnie pozwalają na wykonanie bardzo atrakcyjnej, lansiarskiej fotografii :P

Wschodnia część jeziora Ringedalsvatnet...

... I zachodnia ;) W oddali widoczny lodowiec Folgefonna.

Na koniec jeszcze panorama przeciwnego brzegu jeziora.

Po dłuższej chwili spędzonej na fotkach i na zbieraniu szczęki z podłogi, czy też raczej ze ścieżki, wróciliśmy na szlak, którego następny fragment jest nieco monotonny. Przez dłuższy czas idzie się mniej więcej po równym, a ponieważ ścieżka oddala się od krawędzi przepaści, to i widoki stają się nieco mniej spektakularne.

Do Trolltungi jeszcze trochę ;]] Na poniższym zdjęciu jest ona na ostatnim planie, na skraju urwiska pod masywem Reinanuten.
Ciekawie zrobiło się po przejściu kolejnego kilometra z kawałkiem. Ścieżka zaprowadziła nas w kolejne, nieprawdopodobnie widokowe miejsce. My z niecierpliwością przełykaliśmy ślinę w oczekiwaniu na coraz bliższą Trolltungę, a migawki aparatów od licznych grup z Azji, cykały niczym cykady na Cykladach.

Masyw Reinanuten (ok. 1460 m.n.p.m.) wznoszący się w pobliżu Trolltungi.
Pierwszym sygnałem, że dotarliśmy na miejsce są dwa wielkie worki na śmieci, które czekały na zwiezienie je na dół. Następnie, tak jak można było przypuszczać, minęliśmy jeszcze kilka tablic informacyjnych (z czego jedna pokazuje jak nie należy robić zdjęć na Trolltundze, tzn. w dużym uproszczeniu - teoretycznie nie wolno stawać w pobliżu jej krawędzi) by w końcu po przejściu 11 kilometrów, zobaczyć na własne oczy słynną skałę, zawieszoną kilkaset metrów nad przepaścią, fantastycznie komponującą się z okolicznym jeziorem.
Największym zaskoczeniem była jednak kolejka, w której stało dobrych kilkadziesiąt osób, zawzięcie wyczekując mimo niskiej temperatury i silnego wiatru możliwości zrobienia sobie tego historycznego zdjęcia na czubku Trolltungi. Widok jak z Giewontu, niemniej jednak muszę przyznać, że zaimponował mi scenariusz wedle którego ów tłum postępował: brak przepychanek, nikt nikogo nie wyprzedzał, a przede wszystkim co najbardziej budujące - nikt nikomu się pakował w kadr, gdy ten czy ów osobnik miał swą wymarzoną sesję na języku. Wszyscy grzecznie czekali, aż każdy zrobi sobie wymarzone zdjęcie (bądź ktoś mu zrobi) i dziwnym trafem, tak jak mówię, odbywało się to w spokojnej atmosferze, bez krzyków, wymownych fucków czy innych przekleństw. Tak, to było naprawdę bardzo fajne uczucie i przykład tego, że wciąż można obyć się bez chamstwa czy bezczelności.
Po godzinie spędzonej na czekaniu, doczekałem się na swoją kolej. Byłem zziębnięty, ale gdy Trolltunga stanęła dla mnie otworem, to wszystko przestało się liczyć.

Po wstępnym rozpoznaniu języka, wzięliśmy plecaki i ruszyliśmy na poszukiwanie odpowiedniego miejsca pod biwak. W okolicy Trolltungi było go sporo, ale w naszym przypadku najlepsze byłoby takie miejsce, które będzie jednocześnie odgradzać od silnego wiatru i gdzie po opadach deszczu nie będzie gromadzić się woda. W okolicy Trolltungi znajduje się sporo niewielkich zagłębień skalnych, w których można rozbić namiot, niemniej jednak problemem jest fakt, że podłoże w takich miejscach ma to do siebie, że po opadach staje się bardzo grząskie (to takie dziwaczne porosty, cholera wie jak je określić ;P)
W końcu jednak, po długiej rozkminie, rozbiliśmy namiot, w takim miejscu, by gromadząca się na dnie mikrokotlinki, woda, nas nie dosięgła. Ponieważ tak jak ostatnio - nie mieliśmy ze sobą śledzi, prowizorycznie zabezpieczyliśmy odciągi kamieniami, dodatkowo obudowując namiot niewielkim murkiem. Przechodzący obok Niemcy skomentowali to jednoznacznie: Gut gemacht! :D
A w międzyczasie trochę się rozpogodziło :)

Po zakończonej misji, wzięliśmy jakieś batony, ja dodatkowo oczywiście sprzęt fotograficzny i wróciliśmy z powrotem na Trolltungę. Wszyscy jednodniowi wycieczkowicze zniknęli, skała była więc tylko dla nas. No, prawie, bo na początku była jeszcze tam młoda Azjatka i jej europejski towarzysz.
Ponieważ ja stałem na języku wcześniej, zrobiłem z Bartkiem małą zamianę i teraz ja zabrałem się za małą sesyjkę ;>

Warunki atmosferyczne zmieniały się nonstop, tak więc Bartkowi udało się złapać parę fotek w różnym anturażu :D

Mieliśmy ogromne szczęście, bo im bliżej było zachodu, tym pogoda stawała się lepsza. Czułem w kościach, że zachód może być zabójczy.

***

***

***

I parę zdjęć samej Trolltungi ;)
***
***
Trolltunga w delikatnej mgiełce...


... I pod zbliżający się wieczór.

Koło godziny 18 Bartek wrócił do namiotu by coś przekąsić, ja natomiast zostałem dalej na posterunku. Zbliżała się złota godzina i w chwili, gdy świat zaczął nabierać soczystych kolorków, poprosiłem znajdujących się obok Polaków, o pamiątkowe foto z Trolltungi - a chęć postawienia nogi na krawędzi tej nieziemsko spektakularnie położonej skały, była jednym z moich największych marzeń, które się pojawiło odkąd zacząłem się interesować górskimi wojażami...

W takich chwilach czasem myślę, że najpiękniejsze w marzeniach jest to, że nikt nam ich nie może odebrać. A za to czy się spełnią, odpowiadamy w dużej mierze my sami. Pamiętacie taki film W pogoni za szczęściem? W jednej ze scen Will Smith rzekł do swego syna: Nie daj sobie nigdy wmówić że czegoś nie potrafisz. Masz jakieś marzenie - spełnij je. Być może to tylko fragment filmowego scenariusza, ale ja głęboko wierzę, że tak właśnie jest i nawet wydające się z pozoru trudne do spełnienia marzenia kiedyś się spełnią. Tylko trzeba w ich realizację głęboko wierzyć i mocno o nie walczyć ^_^

***

Zachód obserwowało wiele osób, ale sam moment opuszczenia tarczy słonecznej z widnokręgu nie był niestety tak spektakularny, jak podejrzewałem...
Gdy wydawało się, że nic ciekawego już mnie nie zastanie, wróciłem z powrotem do namiotu, bo od dłuższego czasu zacząłem odczuwać głód. To był błąd, bo choć kilka chwil po tym jak słońce ukryło się za warstwą chmur, na niebie zaczęły się dziać piękne rzeczy. Miałem farta, że wychyliłem na moment głowę z namiotu, bo gdy zobaczyłem co tam się wyprawia, chwyciłem szybko za aparat i na przełaj pobiegłem z powrotem w okolice Trolltungi :D
Oto i Trolltunga - tym razem tylko dla mnie!

Na zakończenie dnia cyknąłem jeszcze najbardziej klasyczny, z klasycznych kadrów z Trolltungi i wróciłem uszczęśliwiony do namiotu. 

Wspaniały dzień podsumowaliśmy rybką, kabanosami i zupką chińską (ach, do dziś pamiętam ten zapach, który się utrzymał do końca naszego wyjazdu :D) mając nadzieję, że kolejny poranek będzie równie spektakularny, wbrew temu co mówiły prognozy. Niestety, zapowiedzi się spełniły i mieliśmy do czynienia z wycofem w ekstremalnych warunkach... Ale o tym już w kolejnym poście...
DO ZOBACZENIA