wtorek, 3 stycznia 2017

Podsumowanie 2016

Witajcie po raz pierwszy na blogu w 2017 roku! 😀
Przed paroma dniami przywitaliśmy kolejny rok, nastał więc czas noworocznych postanowień i... tradycyjnego podsumowania swoich wędrówek ze wszystkich pożegnanych 12 miesięcy. Muszę się Wam przyznać, że lubię ten moment, gdy siadam na fotelu, puszczając kojące dźwięki mojego ulubionego Coldplaya i przeglądać na spokojnie fotki z całego roku, wracając do tych wszystkich wspomnień... To fantastyczna sprawa 😊😊 
Ale przechodząc już do meritum, zapraszam do krótkiego podsumowania ubiegłego roku i najważniejszych jego wydarzeń 😉
2016 - CZYLI WSPANIAŁA ZIMA
 I ROZCZAROWUJĄCA JESIEŃ
Pierwszym górskim wojażem przeprowadzonym w 2016 roku był samotny wypad na Kasprowy Wierch i Beskid, z którego relację możecie przeczytać na blogu: link. Tamtego dnia warun niesamowicie dopisał - od momentu, gdy wdrapałem się na Karczmisko, byłem świadkiem pięknego efektu halo słonecznego i czwartego w życiu widma Brockenu. Spotkałem się również z bajkowym klimatem Hali Gąsienicowej, przykrytej grubą warstwą puchu, aż w końcu zachwycony przyglądałem się Śpiącemu Rycerzowi, który wspaniale się prezentował wystając z chmur. Tak, to było cudowne rozpoczęcie roku, co prawda przypłacone odmrożeniem palca, dającym się w znaki przez ponad dwa tygodnie, niemniej jednak wracając do wspomnień sprzed niemal roku - bardzo się cieszę, że pojechałem wtedy w Tatry 😊
Giewont widziany z Kasprowego Wierchu.
Kolejny wypad w góry nastąpił niestety dopiero pod koniec lutego, po ponad miesięcznej przerwie, jednak z tym mi trudno walczyć, ze względu na sesję, która na Politechnice Krakowskiej zaczyna się właśnie w lutym. Zdane egzaminy przyszło mi uczcić na Babiej Górze, gdzie wraz ze Świętym oglądałem wschód słońca. Co zapamiętam z tamtego dnia? Na pewno bardzo klimatyczną wędrówkę z Krowiarek i rozświetlone tysiącami gwiazd, niebo. Wschód na Babiej - kto tego nie przeżywał, polecam koniecznie!
Relacja -> link
Wschód słońca na Babiej Górze.
W połowie marca przebywałem przez weekend w Gliwicach i korzystając z tego faktu, zdecydowałem się wyskoczyć na jeden ze szlaków "mojego dzieciństwa", w grupę Rysianki i Lipowskiej. Uwielbiam te rejony, uwielbiam tam wracać i przeżywać za każdym razem ochy i achy podczas wędrówki przez te wszystkie niezwykle malownicze hale.
Panorama z Hali Bieguńskiej w kierunku Pilska.
Tuż po Wielkanocy, z Mosiem wyskoczyliśmy w Tatry na kilkudniową, epicką wyrypę, której efektem były trzy zimowe zdobycze, z których jestem bardzo dumny. Najpierw w formie rozgrzewki zrobiliśmy standardowe przejście Czerwonych Wierchów, by następnego dnia przejść z Kuźnic przez Zawrat do Piątki, gdzie spędziliśmy noc w schronisku, które mimo że pękało w szwach, to zapewniło niezapomnianą atmosferę. I to chyba było najlepsze moje doświadczenie wyniesione ze schroniska zaraz obok nocy spędzonej w fogaraskiej Cabanie Podragu i nocy w Trzaskiej Kocy na Dolicu pod Triglavem, gdzie wielonarodowościowy tłum miłośników gór, tworzył piękny klimat. Wtedy w popularnej "Piątce" schroniskowi goście, mimo że spali wszędzie, nawet na podłodze w toalecie, sprawili, że nie chciało się opuszczać murów schroniska.
Gdy rozpoczynaliśmy ostatnią wędrówkę tamtego wyjazdu, w Tatry przywiało słynny swojego czasu "piasek znad Sahary", który utrzymywał się w powietrzu i zapewniał charakterystyczną mgiełkę. I właśnie wtedy zdobyliśmy Kozi Wierch, który wskoczył na pierwsze miejsce jeśli chodzi o zdobycze zimowe, bo zdobycie Małej Wysokiej trudno jednak jednoznacznie określić 😉
Moś na szczycie Ciemniaka.
Niecałe dwa tygodnie później znów wylądowałem w Tatrach, tym razem z Bartkiem i Adamem, znajomymi z Krakowa. Ponieważ u góry wciąż trwała sroga zima, a zależało mi na w miarę łatwym celu, udaliśmy się do Doliny Kościeliskiej, by wejść na widokowy szczyt Ornaku, co okazało się być naprawdę fenomenalną decyzją. Wraz z chłopakami świetnie się tamtego dnia bawiliśmy, między innymi gubiąc się podczas zejścia z Ornaku, co skutkowało przedzieraniem się przez kosówkę w Dolinie Starorobociańskiej.
Tamten wyjazd zapadł mi jednak w pamięć, gdy w jednej chwili dostałem kilka telefonów, które jak się okazało niosły zapytanie od znajomych czy żyjemy. Tego dnia zeszła lawina spod Kościelców nad Czarny Staw Gąsienicowy, a więc w miejsce, w którym przebywaliśmy dwa tygodnie wcześniej.
Widok z grzbietu Ornaku w kierunku Starorobociańskiego Wierchu i Raczkowej Czuby.
Zazwyczaj kwiecień-maj to czas wzmożonych wyjazdów w góry z mojej strony i tak było w 2016 roku. Minęły znów dwa tygodnie, nadszedł długi weekend majowy i kolejny wypad w góry. W składzie: Ala, Daniel, Moś i ja, mieliśmy podbijać wschodnią część Słowacji, ale ponieważ pogoda nie chciała współpracować, to zmieniliśmy plany i pojechaliśmy w Rudawy Słowackie. To był strzał w dziesiątkę, teren zupełnie nieznany, okazał się być bardzo ciekawy i idealny do wędrówki z namiotem.
Polana pod szczytem Zakl'uky w Rudawach Słowackich.
Po powrocie ze Słowacji minęły niespełna dwa tygodnie i w połowie maja znów udałem się w góry, tym razem jednak po sąsiedzku - w Beskid Wyspowy. Ponieważ to pasmo bardzo mi się spodobało, byłem bardzo szczęśliwy, że nadarza się okazja i wraz z Tomkiem - moim ówczesnym współlokatorem i jego kumplem Marcinem, zrobiliśmy efektowną, niespełna 30-kilometrową "Wielką Pętlę Mszańską" jak ją nazwaliśmy, zdobywając trzy szczyty leżące w pobliżu Mszany Dolnej: Ćwilin, Śnieżnicę i Lubogoszcz.
Gorc widziany ze szlaku na Ćwilin.
Pod koniec maja czas pozwolił na jeszcze jeden wypad w góry - tym razem udałem się w zupełnie nieznany mi rejon Beskidu Makowskiego i samotnie przeszedłem z dawna zaplanowaną trasę z Pcimia do Makowa Podhalańskiego przez Kotoń i Koskową Górę. Opis szlaku i fotki możecie także znaleźć już na blogu -> link
Panorama z okolic Koskowej Góry na zachód w kierunku masywu Babiej Góry.
Kolejny wypad trafił się w połowie czerwca i tym razem zapragnąłem zobaczyć Gorce, które bardzo lubię. Pojechałem więc tradycyjnie na Turbacz, który zdobyłem z zachodniej, stosunkowo nieznanej mi strony.
Okolice Klikuszowej. W dali po lewej Tatry.
Po powrocie z Kotonia nastał znów okres posuchy jeśli chodzi o górskie wyjazdy, ze względu na nadejście sesji letniej, która zresztą tamtego roku zebrała duże żniwo na moim roku. Sam męczyłem się z wieloma rzeczami do połowy lipca, bo wyjątkowo późno miałem egzaminy. W międzyczasie w Radomiu odbywało się pierwsze spotkanie Blogórsfery, czyli grupy ludzi związanych z pisaniem o górach, w którym miałem wielką przyjemność uczestniczyć. Mam nadzieję, że w 2017 uda nam się spotkać kolejny raz, tym razem może nawet w jeszcze większym gronie 😊
Relacja -> link
Na zdjęciu znajdziecie autorów blogów: My Way To Heaven, Wieczna Tułaczka, Zieloni w podróży, Życie me, Góromaniacy, Zabieszczaduj, Ruda z wyboru, Morgusiowe wędrówki, Szukając słońca, Czar Gór, Pionowe Myśli zgromadzonych z taternikiem Andrzejem Marciszem.
Po powrocie z Radomia musiałem jeszcze powalczyć na uczelni, ale 17 lipca nadszedł upragniony początek wakacji, który świętowałem - a jakżeby inaczej - w Tatrach. Ponieważ wszystko miało miejsce na krótko przed ŚDM, to w Tatrach dział się istny armagedon - nie pamiętam takich tłumów na własne oczy i całe szczęście że istnieje coś takiego jak szlak na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem, który pozwala znaleźć względną ciszę 😉
Relacja -> link
Najsłynniejszy widok w Polsce ;) Mięguszowieckie Szczyty wyrastające znad Morskiego Oka.
Na sam koniec lipca wraz z ojcem pojechaliśmy w tajemniczą, odludną i nieco zapomnianą część Sudetów - w rejon Gór Kamiennych. Naszą bazą była Jedlina-Zdrój, w której spędziliśmy pięć dni, podczas których udało mi się zdobyć kilka szczytów należących do KGP - Waligórę, Wielką Sowę i Chełmiec, a także odkryć kilka prawdziwych sudeckich perełek - długo nie zapomnę widoku roztaczającego się ze schroniska Orzeł, nie zapomnę również malowniczych Wzgórz Włodzickich czy zagubionej na krańcu świata Andrzejówki.
Góry Kamienne widziane z okolic Walimia.
Po powrocie z Sudetów wakacje rozkręciły się na dobre - niecałe dwa tygodnie później jechałem do Chorwacji, w tym samym składzie co i w Rudawy. 10 dni z przyjaciółmi spędziłem na Peljesacu, podczas których generalnie błogo leniuchowaliśmy, kąpiąc się w ciepłych wodach Adriatyku i smażąc cztery litery na rozgrzanym, betonowym molo w Orebiczu. Nie byłbym sobą, gdybym nie trafił jednak na górującego ponad miasteczkiem Sveti Iliję i rzeczywiście, całą czwórką wdrapaliśmy się na szczyt, w poszukiwaniu panoramy "lepszej niż ze skały gibraltarskiej". O zachodzie widoki faktycznie odbierały mowę i przyprawiały migawkę aparatu o zawrót głowy.
Relacja -> link
Widok spod Sveti Iliji na wyspę Korczulę.
Z całego tego wyjazdu nie zapomnę jednak całodziennej wycieczki, którą odbyliśmy do niedalekiej Czarnogóry. Przejechaliśmy całą Bokę Kotorską, zapierającą dech w piersiach drogą dojechaliśmy do dawnej stolicy kraju - Cetinje, a na końcu zdążyliśmy idealnie na oszałamiający zachód słońca na Jezerskim Vrhu w masywie Lovcenu, podczas którego mieliśmy okazję zobaczyć całą Czarnogórę i spory fragment Bałkanów z góry.
W sumie przejechaliśmy tamtego dnia samochodem prawie 600 km i wróciliśmy do Orebicia o trzeciej w nocy, ale w czwórkę zgodnie stwierdziliśmy, że było to niezwykłe doświadczenie, a ja osobiście planuję już specjalny wyjazd w tamte rejony 😉
Relacja -> link
Zachód słońca na Jezerskim Vrhu w górach Lovcen.
Trzy dni po powrocie z Chorwacji siedziałem z Bartkiem w pendolino, jadąc o poranku do Gdańska, z którego mieliśmy polecieć po raz drugi do Norwegii. Tym razem głównym celem do zrealizowania było dotarcie na Trolltungę i z radością mogę przyznać, że udało się tego dokonać przy okazji zaliczając jeszcze fantastyczny zachód słońca i pamiętną walkę z wichurą, która nadeszła dnia kolejnego.
Relacja z tego wyjazdu niedawno debiutowała na blogu, możecie ją przeczytać -> link 1 link 2 link 3
Trolltunga "zawieszona" ponad wodami Ringedalsvatnet. To jednak złudzenie ;)
Kiedy wróciliśmy z Norwegii zaczynał się wrzesień, a co za tym idzie sesja poprawkowa. Niestety miałem jeden egzamin 14 września i to oraz inne obowiązki przekreśliło wyjazd podobny do tego, który odbyliśmy w Fogarasze. Trochę tego żałowałem, jak również nie mogłem przeboleć że odkąd skończyła się sesja wrześniowa, do niemal samego końca miesiąca pogoda zupełnie nie dopisywała i nie było sensu się nigdzie wypuszczać. Dopiero 23 września meteorolodzy zapowiedzieli w miarę przyjemne warunki do wędrówek i ucieszony ruszyłem znów w Tatry, tym razem na Krzyżne. Niestety, jak się okazało miałem wtedy za mało gotówki przy sobie i będąc przekonanym że na Palenicy nie będzie bankomatu, musiałem zmienić trasę i wrócić do Zakopanego tą samą trasą 😀
Z tego słynie Krzyżne. Panorama Doliny Pięciu Stawów Polskich i Tatr Wysokich.

Cztery dni później, w szerokim gronie, najszerszym jakie udało się zebrać w tym roku podczas jednego wyjazdu, tj. z Alą, Magdą, Mosiem, Krystianem i jego kolegą z Wrocławia, Danielem, hasaliśmy po Tatrach Zachodnich. Do swoich zdobyczy dorzuciłem m.in. Bystrą - najwyższy szczyt Tatr Zachodnich, którego nie miałem okazji wcześniej odwiedzić.
W drodze na zachód słońca na Jarząbczy Wierch.
Zaraz w pierwszych dniach października, znów wyskoczyłem w góry, żeby móc skorzystać z mojej ulubionej pory roku - jesieni. Cieszyłem się na jej nadejście, ale w tym roku zupełnie mnie zawiodła, a wyjazd w Beskid Śląski, na Czantorię i Cieślar, był ostatnim wyjazdem jesiennym, jaki mi przyszło przeprowadzić. Ogromne rozczarowanie i niedosyt.
Panorama spod szczytu Soszowa Wielkiego.
Kolejny wyjazd przyniósł dopiero początek listopada i Wszystkich Świętych. Ponieważ zazwyczaj groby odwiedzam pod koniec października, tak by okres największego tłoku uniknąć, mogłem z Mosiem wykombinować krótki wyjazd w góry. I tak znów znaleźliśmy się w Piątce, która tym razem w przeciwieństwie do tego co zastaliśmy kilka miesięcy wcześniej, świeciła pustkami.
A oprócz pustego schroniska, oglądaliśmy wtedy jeden z najpiękniejszych zachodów słońca w 2016 roku i zdobyliśmy kolejny szczyt w zimowych warunkach - tym razem był to Szpiglas 😊
Zachód słońca nad Doliną Pięciu Stawów Polskich oglądany ze Świstowej Kopy.

Znajomym z Krakowa obiecywałem wiele razy wspólny wypad w góry, niemniej jednak za każdym razem coś stawało na przeszkodzie. Czasem jeździłem z Bartkiem, byłem z nim dwukrotnie w Norwegii i raz w Tatrach, generalnie jednak na tym moja górska współpraca się kończyła. Choć jednym z moich cichych planów było zebranie większej "kupy" ludzi z krakowskiej polibudy, to skończyło się jedynie na tym, że kilka dni po powrocie ze Szpiglasowego Wierchu wyskoczyłem w Gorce ze swoją koleżanką ze studiów, Anią, co bynajmniej nie było dla mnie powodem do narzekań 😜
Kudłoń widziany z polany Gorc Troszacki.
Na początku grudnia w przeciągu zaledwie jednej nocy pojawił się pomysł wyjazdu w góry - podzwoniłem po znajomych, że jadę z rana w góry, okazało się, że Moś może wziąć wolne i w ciągu dwóch godzin od momentu wykonania telefonu, był u mnie w Krakowie. Następnego dnia pojechaliśmy w Beskid Sądecki by oglądać wschód słońca na Radziejowej. Aura dopisała bardzo, przy okazji po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, byliśmy z Mosiem jedynymi osobami, prócz właściciela, w schronisku 😊
Tatry o wschodzie słońca obserwowane z wieży widokowej na Radziejowej.
W końcu, tuż po Bożym Narodzeniu, przyszedł czas na tradycyjną III edycję już, wyjazdu podsumowującego cały, mijający rok. Wraz z Krystianem i Mosiem pojechaliśmy w Karki, doświadczając po raz pierwszy w życiu w tych górach, wspaniałej, przepięknej pogody, która utrzymywała się przez cały nasz wyjazd.
Wschód słońca ze Śnieżki.
W sumie, po wykonaniu kilku obliczeń, okazało się, że w całym 2016 roku, w wyniku 32 dni spędzonych w górach Polski, Słowacji i Czech, przeszedłem łącznie 569,8 km i pokonując w sumie 29875 metrów sumy wzniesień. Jeśli doliczyłbym do tego łaziorkę w Chorwacji, w Czarnogórze i przede wszystkim w Norwegii, to liczba dni spędzonych w górach wzrasta do 39, liczba kilometrów do około 610 km w skali całego roku i suma wzniesień do ok. 32 tysięcy metrów.
Porównując tegoroczny wynik do ubiegłorocznego, muszę więc odnotować spadek liczby dni spędzonych na szlaku - 42 vs 39, przy jednoczesnym wzroście przedreptanych kilometrów 610 vs 576.
Z ciekawostek mogę dodać, że w ubiegłym roku odwiedziłem również 12 polskich pasm górskich i miałem możliwość pochodzić po górach 5 innych państw.
Jednak nie same statystyki są najważniejsze - osobiście z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że 2016 stał pod znakiem nowych górskich znajomości i był dla mnie rokiem spełnionych marzeń oraz fantastycznych wypraw. Na rozpoczęty rok mam już kilka planów, zdradzić Wam mogę, że jednym z najbliższych jest kolejny zimowy wyjazd w Tatry. Oprócz tego tak jak wspomniałem przy okazji relacji kończącej wyjazd na Trolltungę, jestem na etapie planowania wyjazdu na Islandię, a na wakacje mam już gotowy projekt dość nietypowej wędrówki w polskich Karpatach. Co to będzie? Tego nie mogę na razie zdradzić, jednak jeśli ów plan wypali, będzie ciekawie 😁
Oprócz tego w szufladzie czekają na lepsze czasy wyjazdy do Rumunii, a także na Ukrainę i kilka innych. Czy na któryś z nich nadejdzie czas w 2017 roku? Zobaczymy.
Życie bywa czasem przewrotne i lubi w niespodziewanym momencie krzyżować plany, toteż chciałbym na koniec powiedzieć, że pomijając te wszystkie plany i marzenia, to najbardziej zależy mi na tym, by za rok, podsumowując A.D. 2017, po prostu móc z pełną odpowiedzialnością i przekonaniem napisać: "Tak, to był bardzo udany rok". Takiej satysfakcji ze swoich czynów sobie i Wam wszystkim życzę 😊

2 komentarze:

  1. Czyli bardzo udany rok. Oby obecny był równie udany. Wszystkiego dobrego !

    OdpowiedzUsuń