22 lipca 2017

W pogoni za wiosną, czyli trekking granią Tatr Orawskich przez Skrzyniarki, Banówkę i Trzy Kopy

Tegoroczna wiosna nie stała pod znakiem licznych wyjazdów w góry. Majowy weekend, spędziliśmy  w dużej mierze w objęciach zimy, bowiem przez większość pobytu w Alpach Julijskich przebywaliśmy na wysokościach gwarantujących wtedy dostatek białego puchu, z kolei kolejny dłuższy wyjazd w maju spędziłem na Morawach - w wyjątkowo malowniczym, choć ledwie pagórkowatym terenie. Po powrocie do Krakowa różne obowiązki zmusiły mnie do zaprzestania podróży na pewien czas i kolejna szansa na wyjazd odezwała się dopiero w Boże Ciało, kiedy zdecydowałem, że czas najwyższy ruszyć tyłek i wybrać się w góry, tym bardziej że nadchodził ostatni tydzień kalendarzowej wiosny.
Tradycyjnie przed wyjazdem skontaktowałem się z Mosiem, licząc po cichu, że da się namówić na wyjazd i jak to zwykle bywa, nie zawiodłem się, bo doszło między nami do porozumienia. Pozostała więc jedynie do podjęcia decyzja gdzie jedziemy, ale z uwagi na pierwszy dzień otwarcia szlaków po stronie słowackiej, od razu stwierdziliśmy, że wyjazd tam będzie najlepszym wyborem. I jakoś tak się złożyło, że wybraliśmy Skrzyniarki i pokonywaną przeze mnie już wcześniej, grań Banówki oraz grań Trzech Kop. Dlaczego? Chyba z powodu szybkiego dojazdu do Zuberca...
źródło: mapa-turystyczna.pl
Żeby tradycji stało się zadość, Moś jak zwykle przyjechał do Krakowa po swojej pracy, wieczorem w przededniu wyjazdu. Zrobiliśmy zakupy na kolejny dzień, chwilę się zdrzemnęliśmy i o w pół do trzeciej wyruszyliśmy w kierunku Chyżnego. W Dolinie Rohackiej wylądowaliśmy o 5:30 i oprócz nas na całym tym wielkim parkingu, stał zaledwie jeden samochód. Zapowiadała się więc samotna wędrówka 😊
  Przebraliśmy się i po chwili ruszyliśmy niebieskim szlakiem w kierunku Brestowej. To moim zdaniem jedna z najlepszych znakowanych ścieżek w Tatrach - zero dreptania doliną, z parkingu od razu hop! do góry 😊
 Mimo tego dogodnego faktu, szlak ten nie cieszy się specjalną popularnością, podobnie jak zdecydowana większość szlaków w słowackich Tatrach Zachodnich. Przepaść jaka dzieli polską stronę od słowackiej jest naprawdę niewiarygodna...
 Po pokonaniu pierwszych 250 metrów podejścia, czekało nas, a przede wszystkim mnie, ogromne zaskoczenie. Tabliczka z rozpoczynającym się szlakiem zielonym, o którym nic wcześniej nie słyszałem, naprawdę mnie zszokowała, pierwotnie zresztą myślałem, że nowy szlak to nic innego jak przedłużenie istniejącego szlaku zielonego na Salatyn z Doliny Parzychwost. Ale nic bardziej mylnego, nowy szlak okazał się być alternatywą dla obecnie istniejącego szlaku niebieskiego, który prowadzi summa summarum dokładnie w to samo miejsce. Ponieważ jednak, "stary" szlak miałem okazję już przedreptać, to zmieniliśmy plany i wybraliśmy zupełnie nieznany wariant.
 Początek nowego szlaku wiedzie łagodnym płajem...
 ...Który wyprowadza na szeroką wycinkę trasy narciarskiej należącej do ośrodka Rohacze-Spalona.
 Delikatny laserek...
Spod górnej stacji kolejki szlak ruszył w kierunku zachodnim, przechodząc pośród coraz rzadszych świerków i jarzębin. Jednocześnie w pobliżu ścieżki przybywało krzaków dorodnej kosówki...
Podejście, podobnie zresztą jak to poprowadzone wzdłuż Spalonego Żlebu, jest całkiem strome i potrafi wymęczyć człowieka 😉
Północny wierzchołek Spalonej (2080 m.n.p.m.) i grań Skrzyniarek opadająca w kierunku Zadniej Salatyńskiej Przełęczy. Na pierwszym planie łagodny garb Zadniego Salatyna.
Tu jeszcze raz podobny kadr - z tyłu rzucają się jeszcze dwie, regularne kulminacje Pachoła - warto się im dobrze przypatrzeć, bo Pachoł na większości kadrów figuruje jako pojedynczy wierzchołek 😉
Słońce trochę praży, a my jak zwykle kremu do opalania nie braliśmy więc trzeba się jakoś było inaczej ubezpieczyć 😜
Wraz z kolejnymi nabranymi metrami, widok na otoczenie Doliny Salatyńskiej czy też Doliny Przedniej Salatyńskiej (sł. Salatinska dolina; Predná Spálená dolina) robi coraz większe wrażenie. Zresztą muszę Wam się przyznać, że wędrując szlakami po stronie słowackiej mam wrażenie jakbym przebywał w zupełnie innych górach - rzadko spotykane kadry, mało ludzi i trochę więcej przestrzeni - zazwyczaj takie wnioski wysnuwam podczas marszu.
Spalona, Pachoł, Salatyńska Kopa i Salatyny.
Dolinę Przednią Salatyńską od wschodu od Doliny Zadniej Salatyńskiej (sł. Zadná Spálená dolina) oddziela widoczny na zdjęciu poniżej długi garb Zadniego Salatyna (sł. Zadni Salatin - 1768 m.n.p.m.). Nad nim, w głębi dojrzycie między innymi wspomnianą już Spaloną czy Pachoła (z prawej), ale także Hrubą Kopę, Trzy Kopy, Zielony Wierch Rohacki, Rohacze i Wołowca. 
Ten sam widok w nieco szerszym kącie.
Jak się okazało, chwilę dalej czekał mnie ostatni zakos do pokonania i o 7:20, po niecałych 2 godzinach drogi, znalazłem się na grzbiecie Skrajnego Salatyna...
To teraz słucham, gdzie w Tatrach można jeszcze w czasie krótszym niż 2 godziny wdrapać się na dość znaczącą wysokość 😏 W sumie poza zielonym szlakiem na Kasprowy, ciężko mi znaleźć podobną sytuację - ewentualnie szybko nabiera wysokości też szlak czerwony z Huciańskiej Przełęczy na Siwy Wierch. 
Na bezimiennej kulminacji należącej do grzbietu Skrajnego Salatyna, szlak zielony ponownie łączy się ze szlakiem niebieskim. Który wariant ciekawszy? Wydaje mi się że zielony, choć z pewnością będzie to nieobiektywne bowiem szlakiem niebieskim szedłem przy znacznie gorszej pogodzie 😉
Panorama Salatynów i Brestowej z okolicy rozstajów.
Ponieważ już wcześniej z Mosiem umówiliśmy się, że dłuższą przerwę zrobimy na Brestowej, to po wykonaniu kilku fotek, spokojnie ruszyłem dalej. Byłem zachwycony pogodą, która nam się przytrafiła, bo szło się znakomicie - lekki, chłodny wiaterek przyjemnie łagodził ostre słońce.
Muszę Wam powiedzieć, że Skrajny Salatyn, zwany również Przednim Salatynem, oferuje atrakcyjne widoki. Sam grzbiet cechuje dość nieregularne ułożenie, bowiem jest on wygięty i wraz z sąsiednimi Cielęciarkami przypomina trochę magnes dwubiegunowy albo jak kto woli - rogi. Skrajny Salatyn rozdziela Dolinę Przednią Salatyńską i Salatyński Żleb (sł. Salatínský žlab) i posiada kilka kulminacji - najczęściej na mapach pojawia się tylko północna, której wysokość zmierzono na 1624 m.n.p.m., natomiast ta część grzbietu, gdzie znajdują się rozstaje zielonego i niebieskiego szlaku znajduje się na wysokości 1806 m.n.p.m.
  Tuż przed szczytem Brestowej znajduje się jeszcze jedna kulminacja, nieco wprowadzająca w błąd we mgle 😉 Doskonale z niej prezentuje się panorama na wschód ku Rohaczom i polskiej części Tatr. Oczywiście widać stąd też Lodowy Szczyt, zdecydowanie najłatwiej rozpoznawalny szczyt w Tatrach.
Sama Brestowa (sł. Brestová - 1934 m.n.p.m.), podobnie jak podczas mojej wcześniejszej wizyty, była dość nieprzyjaznym miejscem - wiało na niej tak mocno, że czym prędzej czmychnęliśmy w dół w poszukiwaniu bezwietrznego miejsca do schronienia...
Podczas zejścia w kierunku Skrajnej Salatyńskiej Przełęczy rzucił się w oczy charakterystyczny, połogi grzbiet, podcięty od północy licznymi rysami. To Czerwony Wierch, czyli długie ramię opadające spod Salatyna na zachód, ku Jałowieckiej Dolinie.
Tak z kolei prezentują się widoki spod Brestowej na południowy-wschód. Moim zdaniem ten niewybitny szczyt, nieprzekraczający nawet 2000 m.n.p.m., przebija panoramą nie jeden wyższy szczyt w Tatrach, a wszystko to dzięki wysunięciu na północ w porównaniu do pozostałych szczytów umiejscowionych na grani głównej Tatr Zachodnich. Wyobraźcie sobie, że gdyby prześledzić położenie pozostałych, ważniejszych wierzchołków, to dopiero Ciemniak, oddalony stąd o dobrych, kilkanaście kilometrów, byłby położony bardziej na północ względem Brestowej. Naprawdę warto się tu pofatygować 😉
Dłuższy odpoczynek zrobiliśmy w niewielkiej jamie w pobliżu czerwonego szlaku. Zjedliśmy tam po batonie, jak również wypiliśmy po kubeczku kawy z termosu, która jednak miała dziwaczny smak, bo smakowała jak Irish Coffee, tyle że no ja żadnej whisky do niej nie dolewałem ;P Stwierdziliśmy zgodnie, że z uwagi na obawy przed rozstrojem żołądka, poprzestaniemy na izotonikach tylko jak na złość ja miałem tylko 0,75 l a Moś ledwie 0,5 l. I to była czysta złośliwość losu, bo zawsze, naprawdę zawsze jak wezmę za dużo wody, to tylko się ona marnuje. Ale oczywiście, tego dnia musiało nam się obu chcieć pić jak cholera.
Ponad grzbietem Zabratów, Rakoniem i Ornakiem - Świnica. Z kolei na prawo od niej - a jakże - Lodowy Szczyt.
Zejście na Skrajną Salatyńską Przełęcz (1870 m.n.p.m.) nie jest długie, ale z uwagi na drobne kamyczki, trudno je pokonywać w biegu. Sama przełęcz oferuje bardzo dobry wgląd w Skrajną Salatyńską Dolinę, którą pokonywaliśmy wczesnym porankiem.
Co ciekawe, przełęcz ta przez Słowaków nazywana jest dwojako - albo Salatinske sedlo albo sedlo Parichvost. Jak się zapewne domyślacie, nie mówiłbym Wam tego bez powodu :D Mianowicie druga nazwa jest pewnego rodzaju mylna, bowiem Parzychwostem nazywa się jedna z dwóch podstawowych odnóg systemu Jałowieckiej Doliny, która jednak podchodzi pod szczyt... Pachoła i to od przeciwnej strony. Taka to drobna nieścisłość topograficzna tu zachodzi, ale jak wiadomo, nie jedyna w Tatrach, a zwłaszcza w tej części tzw. Tatr Orawskich... Spójrzcie bowiem jak wygląda nazewnictwo dolin położonych po północnej stronie grzbietu - nie dość że nie ma jednej Doliny Salatyńskiej, tylko są dwie - Skrajna i Zadnia, to do tego jeszcze ich słowackie nazwy to Spálena Doliná - albo Predná albo Zadná - z czego Predná Spálená Doliná ma również inną nazwę... Salatinska dolina, czyli polska Skrajna Dolina Salatyńska 😛
Ze Skrajnej Salatyńskiej Przełęczy szlakowa ścieżka zaczyna wspinać się na pobliski Salatyn, najwyższy z grupy Salatynów, do którego należy sześć szczytów. Widokowo ten odcinek znów, bardzo pozytywnie zaskakuje, gdyż prowadzi w pobliżu naprawdę widowiskowych zerw skalnych, opadających do Skrajnej Salatyńskiej Doliny.
  Spójrzcie jak tu pięknie 😊
Pomimo sporej różnicy wysokości między przełęczą, a wierzchołkiem (prawie 200 metrów do podejścia), podejście minęło nam gładko, szybko i przyjemnie. Z niecierpliwością wyczekiwałem szczytowej panoramy, bo słyszałem o niej wiele dobrego, ale uważam, że nie bije specjalnie tej, która roztacza się z niższej Brestowej. Zaraz Wam wyjaśnię dlaczego.
Salatyn (sł. Salatin - 2050 m.n.p.m.) to najbardziej na zachód wysunięty tatrzański szczyt, przekraczający 2000 m.n.p.m. Należy do wspominanej już wcześniej grupy Salatynów, do której należy także Mały Salatyn, Salatyńska Kopa, Mała Brestowa, Brestowa i Zuberski Wierch. Jego charakterystyczny, wybitny kształt, tworzony przez sąsiedni, minimalnie niższy Mały Salatyn i płaski, główny wierzchołek, sprawia, że Salatyna łatwo rozpoznać nawet z odległego Szpiglasowego Wierchu.
Największe wrażenie w panoramie roztaczającej się z wierzchołka robi widok na... Tatry Wysokie. Oprócz najbardziej wyróżniających się Świnicy i Lodowego, widać stąd doskonale Miedziane, Mięgusze, Rysy, czy Wysoką. Drobnym mankamentem tutejszych widoków jest fakt, że nieco wyższa Spalona, choć buduje ciekawy pierwszy plan, to zasłania część Rohaczy, przez co widać jedynie same czubki Płaczliwego, Trzech Kop czy Hrubej Kopy.
  Z Salatyna zszedłem na Pośrednią Salatyńską Przełęcz (2012 m.n.p.m.) by udać się na pobliski Mały Salatyn. Co ciekawe, sporo publikacji łączy Mały Salatyn z Salatynem, definiując go jako jeden z wierzchołków Salatyna, a nie osobny szczyt.
Miedziane, Szpiglas i górujący nad nimi Lodowy oraz Mały Lodowy ze szczytu Małego Salatyna.
Na Małym Salatynie (2048 m.n.p.m.) spotkałem Mosia rozmawiającego z Polakami, którzy zwijali swój biwak, szykując się do wyruszenia w dalszą drogę. Jak się okazało, po krótkiej wymianie zdań, na Salatyn przyszli od strony Huciańskiej Przełęczy przez Siwy Wierch.
Gdy pożegnaliśmy rozmownych Polaków, zabraliśmy się do drugiego śniadania i wbiliśmy zęby w przytachane kanapki. Posiłek z wglądem na górne partie Doliny Głębokiej, zwane Głębokim Workiem, bądź Kieszenią (sł. Vrece), podchodzącej pod grań łączącą Spaloną z Pachołem, smakował naprawdę doskonale. W dodatku okolica przywodziła nam na myśl widoki znane z Fogaraszy - jakby ktoś się pytał do czego porównać Fogarasze - ano właśnie do takich szczytów jak Pachoł, Spalona, Banówka, może także Baraniec czy Bystra. Tylko wciąż są to za małe różnice wysokości między dnem dolin, a granią.
  Po drugim śniadaniu rozpoczęliśmy zejście w kierunku Salatyńskiej Kopy (sł. Salatinska kopa - 1925 m.n.p.m.), niewybitnego szczytu znajdującego się tuż przed Zadnią Salatyńską Przełęczą, która de facto jest początkiem, bądź też końcem, dla grani Skrzyniarek.
Grań ta rozciąga się między Zadnią Salatyńską Przełęczą, zwaną inaczej Przełęczą pod Dzwonem (sł. Sedlo u Zvonu; sedlo Skriniarok - 1855 m.n.p.m.), a szczytem Spalonej i cechuje ją nieco skalisty krajobraz. Choć bardzo dużo jej brakuje do choćby łatwiejszych odcinków na grani Banówki bądź grani Rohaczy, to odcinek czerwonego szlaku poprowadzonego po Skrzyniarkach uważany jest za jeden z trudniejszych w Tatrach Zachodnich. W mojej opinii dużo w tym przesady i prawdopodobnie, gdyby znajdował się na terenie Tatr Wysokich, nikt by go jakoś specjalnie nie wyróżniał. 
***
Czy warto zatem przejść Skrzyniarki? Zdecydowanie tak, gdyż gwarantują one ciekawe widoki i przyjemny trekking w skalistym, ale zarazem dość łatwym terenie. Ważne jest natomiast aby przed wyjściem na szlak zaopatrzyć się w dobre buty, bo łatwo tam o skręcenie kostki.
Sasanki alpejskie też cieszą oko...
Charakterystyczna turnia na Skrzyniarkach...
...Obok której znajduje się "najtrudniejszy" fragment na grani Skrzyniarek. Znajduje się tu ciąg łańcuchów za pomocą których najpierw trzeba wspiąć się parę metrów, a następnie pokonać eksponowany trawers ponad Zadnia Doliną Salatyńską. 
  Nie jest to jednak nic specjalnie trudnego, a przynajmniej nie powinno być dla osób pozbawionych lęku wysokości. Teren jest stabilny, a fragment dosyć krótki.
Nieco bliżej wierzchołka Spalonej teren nabiera łagodniejszego charakteru, co jednak paradoksalnie wcale nie było dla nas takie fajne, gdyż wiązało się z mozolnym podejściem w pełnym słońcu, po bardzo kamienistym podłożu. Warto tam też zachować uwagę, bo łatwo się poślizgnąć.
Na niższym, północnym wierzchołku Spalonej zameldowaliśmy się kilka minut po 10. Było naprawdę wcześnie, biorąc pod uwagę że zrobiliśmy połowę zaplanowanej trasy 😅 Postanowiliśmy więc błogo poleniuchować i w sumie spędziliśmy tam godzinę czasu.
Spalona (sł. Spálená - 2083; 2080 m.n.p.m.) jest charakterystycznym szczytem o trapezowatym kształcie, położonym na grani głównej Tatr Zachodnich. Góra stanowi zwornik dla bocznego grzbietu Przedniej Spalonej (sł. Predná Spálená - 1789 m.n.p.m.), który rozdziela Dolinę Zadnią Salatyńską od Małej Spalonej Doliny (sł. Tmavá Spálená) oraz dla Zadniej Spalonej (sł. Zadná Spálená), której niewybitny garb rozdziela Małą Spaloną Dolinę od Spalonej Doliny (sł. Spálená dolina).
Pachoł z perspektywy Spalonej.
I widok na wschód. Spalona oferuje naprawdę ciekawy wzgląd w Dolinę Rohacką i jej poszczególne odgałęzienia. Interesująco wyglądają stąd także Stawy Rohackie.
I wszystko to na jednej panoramie. Moim zdaniem Spalona może się bić z Salatynem o najciekawszą panoramę spośród wszystkich szczytów leżących na grani głównej Tatr Zachodnich na zachód od Wołowca, a nawet z nim wygrywa...
No i ten widok na zerwy Banówki. Bezdyskusyjnie z tej perspektywy prezentuje się ona rewelacyjnie...
A tak dla porównania prezentuje się Pachoł, który jest kolejnym naszym celem...
Spaloną od sąsiedniego Pachoła rozdziela płytka Spalona Przełęcz (sł. Spálene sedlo - 2055 m.n.p.m.). Zejście do niej odbywa się po skalistej, ale dość łatwej grani, którą momentami szlak opuszcza schodząc na stronę Doliny Jałowieckiej. 
Po przejściu przez przełęcz zaczyna się kolejny, krótki ale atrakcyjny odcinek. Podejście od północnej strony na Pachoła jest naprawdę urozmaicone i moim zdaniem ciekawsze nawet od samej grani Skrzyniarek - rzekłbym nawet że też trudniejsze. Najbardziej interesującym fragmentem wydaje się być zdecydowanie, ubezpieczony łańcuchem, uskok skalny znajdujący się w pobliżu wierzchołka. 
 Niestety akurat w tamtym momencie słońce idealnie świeciło ponad mną, także lepszej fotki z tego miejsca niestety nie mam.
Chwilę później byłem już na szczycie o którym warto powiedzieć parę słów...
Pachoł (sł. Pachol'a - 2167 m.n.p.m.) jest szóstym najwyższym szczytem Tatr Zachodnich, przypominającym nieco kształtem regularną piramidę, wznoszącą się ponad trzema dolinami - dziką Doliną Parzychwost, jej odnogą - Doliną Głęboką oraz zawaloną rumowiskami skalnymi - Doliną Spaloną. Pachoł na zachód wysyła krótkie ramię opadające do Doliny Głębokiej z kulminacją Płaczliwego bądź też Patrii (sł. Plačlivé nad Vrecom - 2130 m.n.p.m.), którą pokazywałem Wam wcześniej podczas marszu granią Skrzyniarkami.
Jeśli chodzi o widoki ze szczytu - moim zdaniem jak na znaczną wysokość - mogłyby być lepsze. Położenie w jednej linii z Rohaczami nie sprzyja za bardzo, choć warto zwrócić uwagę na szpiczastego Krywania, idealnie wpisującego się w przerwę między Hrubą Kopą, a Banówką.
Panorama ze szczytu w kierunku zachodnim i północnym.
I komentowany przeze mnie wyżej widok na wschód.
Ponieważ byliśmy wypoczęci i najedzeni, to stwierdziliśmy zgodnie, że ruszamy dalej. Zejście w kierunku Banikowskiej Przełęczy (sł. Banikovské sedlo - 2040 m.n.p.m.) okazało się być zgodnie z przewidywaniami mocno nieprzyjemne, bo raz po raz osuwaliśmy się wraz z drobnymi kamyczkami 😔 Z samego gwarnego siodła (dociera tam popularny żółty szlak z Doliny Rohackiej), też od razu uciekliśmy w popłochu.
Pod szczytem Banówki zatrzymałem się na chwilę oddechu, przyglądając się klocowatemu Pachołowi... Droga od Banikowskiej Przełęczy na ten szczyt charakterem przypomniała mi nieco podobne (podobnie mozolne) podejście na Jarząbczy od Niskiej Przełęczy. Z tymże Pachoł jest paradoksalnie mniej wybitny od niższego Jarząbczego Wierchu (2167 vs 2137).
Na samą Banówkę wdrapałem się o 11.50. Ukazał mi się tam znajomy rogacz i charakterystyczny widok na pełne kontrastu zbocza Przysłopu Jałowieckiego (sł. Prislop - 2145 m.n.p.m.) leżącego w bocznej Grani Rosoch, dla której zwornikiem jest właśnie Banówka. Tamtędy miałem przyjemność maszerować kilka lat wcześniej podczas podejścia od strony Żarskiego Schroniska.
Z ciekawostek warto przypomnieć, że Banówka (sł. Banikov - 2178 m.n.p.m.) to najwyższy szczyt Tatr Orawskich, czyli tej części Tatr Zachodnich, które leżą formalnie na terytorium Orawy - obszaru dla którego południową granicę stanowi grań główna Tatr na odcinku od Siwego Wierchu po Wołowiec, natomiast wschodnią granicę tworzy długi grzbiet opadający z Wołowca przez Rakoń, Grzesia, Bobrowca aż po Furkaskę i Siwiańskie Turnie.
W ogólnej klasyfikacji Tatr Zachodnich, Banówka zajmuje dopiero czwarte miejsce (po Bystrej, Raczkowej Czubie i Barańcu).
Dodam jeszcze słówko o widokach - te są naprawdę różnorodne i zwłaszcza podczas pierwszej wizyty robią duże wrażenie.
Baraniec (sł. Baranec) i Szczerbawy (sł. Štrbavy - 2149 m.n.p.m.).
Po wypiciu ostatnich kropli izotoników, ruszyliśmy na wschód, rozpoczynając przejście grani Banówki, która to grań nie jest bardzo trudna technicznie (w kilku miejscach trzeba pogłówkować którędy, gdzie się złapać i gdzie dać stopę) ale jest wysoce eksponowana.
Ale jak wiadomo - są skały to wszyscy są zadowoleni 😈
Czasem niektórzy porównują szlak poprowadzony granią Banówki, a w zasadzie cały odcinek między Banikowską Przełęczą, a Jamnicką Przełęczą do Orlej Perci. Szczerze mówiąc więcej dzieli te dwa szlaki aniżeli łączy. Bo choć oba są mocno lufiaste, to trzeba pamiętać, że na przykład, na bardzo dużym odcinku grani Banówki, skalistej wprawdzie i podciętej pionowymi ścianami, istnieje jednak możliwość ominięcia najtrudniejszego fragmentu wydeptaną ścieżką, wiodącą kilkanaście metrów poniżej grani, po stronie południowej. W teorii więc, jeśli lęk wysokości da o sobie znać, to newralgiczny moment możemy pokonać niemal zupełnie bezproblemowo. Ale jest i druga strona medalu, bo choć trudności pod Banówką można ominąć, to akurat na Trzech Kopach, jest już o podobne rozwiązanie trudniej i warto być tego świadomym przed podjęciem dalszej wędrówki granią.
Kto natomiast jest fanem takich powietrznych wędrówek, ten będzie z pewnością usatysfakcjonowany.
Ja też jestem happy 😉
Fragment grani Banówki. Z tyłu łagodna Hruba Kopa i dalej Rohacze, a także m.in. Jarząbczy, Starorobociański, Raczkowa Czuba i Bystra, na ostatnim planie Tatry Wysokie.
To co czyni wędrówkę granią Banówki przyjemnym, są "przyjaźnie" wyprofilowane skały. Zazwyczaj nie ma więc problemu ze znalezieniem dobrych chwytów, czy pewnych miejsc gdzie można postawić nogę.
I typowy kadr z tego odcinka - szlak poprowadzony ostrzem grani i lufa ziejąca od północnej strony, tj. od strony Doliny Rohackiej.
Rzut oka za siebie.
To kolejna różnica między Orlą, a w zasadzie całymi Rohaczami - szlak trzyma się ściśle grani i jedyną ważniejszą kulminacją na którą nie wchodzi, jest Igła w Banówce (sł. Banikovská Ihlá).
Chwila odpoczynku na grani Banówki.
***
Oto właśnie zresztą i ona - szlak tuż przed nią opuszcza się poniżej grani, wiodąc w poprzek pofałdowanej ściany skalnej.
Po przetrawersowaniu łatwo rozpoznawalnej turni wyszliśmy na Przełęcz nad Zawratami, oddzielającą Banówkę od niepasującej zbytnio do otoczenia, Hrubej Kopy (2166 m.n.p.m.). Na szczyt ten wiedzie szeroka ceprostrada i warto zapamiętać, że jest to jeden z nielicznych bezproblemowych momentów między Banówką, a Smutną Przełęczą.
Gdy dogoniłem Mosia odpoczywającego na Hrubej Kopie, znów nieco się zachmurzyło i nad Banówką zrobiło się ponuro 😉
Moje wyczulenie na burze prawdopodobnie w tym momencie już by dało o sobie znać, gdyby nie fakt, że na szczęście po drugiej stronie było całkiem jasno 😆
Właśnie! Mało było widoków na południową stronę - czas to nadrobić, więc wrzucam fotkę potężnego cielska Smreka (2072 m.n.p.m.) i Barańca (2184 m.n.p.m), które górują ponad Żarską Doliną. A w dole, co warto podkreślić - Wielkie Zawraty, czyli górne piętra wspomnianej doliny, od których wzięła się nazwa przełęczy rozdzielającej Banówkę od Hrubej Kopy 😊
Przeszedłem przez Hrubą Kopę i bez większych trudności wdrapałem się na Szeroką Kopę (sł. Tretia Kopa - 2090 m.n.p.m.). Na zejściu z niej pojawiły już się pierwsze łańcuchy, jednak, w porównaniu z kominkiem pod środkową, Drobną Kopą, stanowiły one tylko przekąskę 😉
 Moś w kominie pod Drobną Kopą.
***
Gdy okolice kominka opustoszały, zszedłem ze zboczy Szerokiej Kopy na przełączkę rozdzielającą ją od Drobnej Kopy i ubezpieczając się łańcuchami, dotarłem w pobliże kominka.
 Kominek pod Drobną Kopą jest efektowny i dość ciasny, ale wygodnie się go pokonuje, bo nietrudno tam znaleźć dobre stopnie. W każdym razie, w porównaniu do mniejszych kominków skalnych na grani Custura Saratii w Fogaraszach, jest on znacznie łatwiejszy.
 Widok z góry.
Na wierzchołku Drobnej Kopy (sł. Druhá Kopa - 2090 m.n.p.m.) zatrzymałem się tradycyjnie na parę fotek - widok na sąsiednią Przednią Kopę robi wrażenie, a czerwony szlak, poprowadzony wśród zerw skalnych, na niemożliwy do przejścia.
Tak Przednia Kopa prezentuje się w pełnej krasie.
"Mrówki" szykujące się do zejścia ze szczytu.
Sam powoli zacząłem schodzić. Odcinek między Drobną, a Przednią Kopą, to moim zdaniem najciekawszy i najtrudniejszy fragment znakowanego szlaku w Tatrach Zachodnich, dla mnie zasługujący bardziej na uwagę aniżeli kominek pod Drobną Kopą czy nawet Rohacki Koń. Ponieważ nikt mnie nie poganiał ani z góry, ani z dołu, to spokojnie przemierzyłem sobie tą eksponowaną półkę skalną, z wolna opuszczając się w kierunku niewielkiej przełączki, za pomocą ciągu łańcuchów.
Na przełączce minąłem się z dwoma Polakami w kaskach wyposażonych w GoPro (nie, nie byli to panowie z lufy 😜) i rozpocząłem kolejną wspinaczkę, tym razem po zboczach Przedniej Kopy. Stamtąd widok na wschodnie ściany Drobnej Kopy prezentują się niezwykle efektownie. 
Na szczycie Przedniej Kopy (sł. Prvá Kopa - 2136 m.n.p.m.), najwyższej ze wszystkich Trzech Kop, zdecydowaliśmy się na ostatni odpoczynek na grani tego dnia. Widoczki z tego miejsca są prima sort, zwłaszcza bardzo ciekawie prezentują się pobliskie Rohacze.
Za Przednią Kopą czekało nas standardowo nieszczęsne zejście do Smutnej Przełęczy - bardzo nie lubię tego odcinka. Jest zdradliwy ze względu na tony ruchomych głazów i łatwo tam o upadek w prostym teoretycznie terenie. Dlatego po wymagającej grani Trzech Kop, nie wolno się tu rozluźniać i należy zachować koniecznie ostrożność.
Na Smutnej Przełęczy skręciliśmy w kierunku Smutnej Doliny. Choć czas pozwalał aby wyruszyć dalej na Rohacze i przez Wołowiec i Rakoń zejść do Rohackiej Doliny, to wiszące nad nami obowiązki, zmuszały do wcześniejszego wyjazdu z gór 😩
Za Smutną Doliną nie przepadałem nigdy i po tym wypadzie to się specjalnie nie zmieniło. Wprawdzie nie była tak "smutna" jak zawsze, bo kwitło w niej sporo sasanek, ale skalne pustkowie rozciągające się w jej górnych partiach, jest dla mnie tak czy siak naprawdę przytłaczające. Pięknie zrobiło się wraz z wejściem w strefę kosówki.
Mogę podpowiedzieć, że ten odcinek warto przejść także jesienią, kiedy na tutejszych jarzębinach pełno jest już owoców 😉
Ostry Rohacz (sł. Ostry Rohač
 - 2087 m.n.p.m.) i Rohacz Płaczliwy (sł. Plačlivé - 2126 m.n.p.m.).
I nieco szersza perspektywa. Załapał się tu jeszcze Zielony Wierch Rohacki (sł. Zelené - 2050 m.n.p.m.).
Ponieważ pragnienie nam doskwierało, to Bufetu Rohackiego wyczekiwaliśmy z niecierpliwością. W końcu ukazał Staw Tatliaka, budynek był więc już na wyciągnięcie ręki...
Wraz z pojawieniem się w pobliżu Bufetu Rohackiego wokół nas wyrósł tłum i zrobiło się gwarno. Na szczęście, nie było kolejki do kasy, toteż szybko zjedliśmy coś na szybko, wypiliśmy po kofoli i... uciekliśmy. Niestety, trafiliśmy akurat na wycieczki młodzieży w wieku gimnazjalno-licealnym, którzy zadbali o to żebyśmy za dużo czasu tam nie spędzili. Możecie mówić, że zapomniał wół jak cielęciem był, ale nienawidzę w górach rozwrzeszczanej młodzieży, tzw. pseudodorosłych, którzy jadą tam na wycieczki klasowe, choć bardzo często w dupie mają same góry, a tak naprawdę zależy im głównie na wspólnej integracji (czytaj libacji). Przekonać ich do gór też trudno, bo jak po zakrapianym wieczorze pójdą na szlak, to choćby im pokazać ósmy cud świata, to nie zapamiętają gór jako coś fajnego, a będą tylko zastanawiać się kiedy nadejdzie koniec ich drogi krzyżowej. I potem na najpopularniejszych szlakach z głośników leci bieda-rap albo jakieś łubu-dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu (nie mam nic do ani do rapu, który sobie sam od czasu do czasu puszczę, ale ludzie w górach? serio?) I nawet nie bardzo komu pouczać takich, bo przewodnik idzie z przodu, towarzyszą mu 3-4 najbardziej zaciekawione tematem osoby, a cała reszta rozciąga się na kilka grup, na długości kilkuset metrów. No więc hulaj dusza piekła nie ma. Mówię to jako syn nauczycielki i jednocześnie przewodnika górskiego, ale także jako sam świadek takich zdarzeń. Pamiętam wyjazdy licealne w góry 😛
Na zakończenie dnia Pachoł i Spalona, gdzie byliśmy kilka godzin wcześniej...
Minęliśmy rozstaje na Adamculi i po szybkim marszu przez las znaleźliśmy się na tzw. Szyndlowcu, gdzie znajduje się ogromny parking w Dolinie Rohackiej.
Do samochodu dotarliśmy o 16:30 czyli po 11 godzinach. Wracając do Krakowa, zatrzymaliśmy się tradycyjnie w Twardoszynie, w miejscowym Tesco, nabierając wszystkiego najlepszego co Słowacy dają i tak wyjechaliśmy z wózkiem lokalnych piw (44 centy za Złotego Bażanta to jest to 😈), jak również dwiema 2-litrowymi butelkami kofoli i kilkoma tabliczkami czekolady studenckiej 😆
Jakże wielkie było nasze zadowolenie, gdy po tak pięknym dniu, czekała jeszcze dalsza część programu 😏
***
Dwa słowa na zakończenie jeszcze o samej trasie - naprawdę polecam. Nieco mniej wprawnym piechurom proponuję wariant skrócony - z zejściem do Doliny Rohackiej z Banikowskiej Przełęczy (można też, bo jest wtedy wygodniej, pokonywać trasę w przeciwnym kierunku - zejście ze Skrajnego Salatyna będzie wtedy mniejszym obciążeniem dla kolan niż z Banikowskiej Przełęczy). Dla osób odpornych na wielogodzinny wysiłek i na ekspozycję polecam "nasz" wariant 😊 Tylko w miarę możliwości unikajcie weekendów. Zawsze lepiej jest na cięższe trasy wybierać się o porach, które zapewnią nam warunki do swobodnego poruszania się.
DO ZOBACZENIA😊