17 sierpnia 2017

Fotoobraz od Saal Digital Polska - recenzja

Jakiś czas temu miałem przyjemność współpracować z Saal Digital Polska w zakresie wydania fotoksiążki z własnymi zdjęciami. Ponieważ byłem z tej współpracy bardzo zadowolony toteż postanowiłem wypróbować kolejny produkt z ich bogatej oferty i zdecydowałem się przetestować tym razem fotoobraz.
Przez pewien czas zastanawiałem się jak wybrać najbardziej odpowiednie do tego testu, zdjęcie. Czy bardziej nada się zdjęcie nocne, a może jednak zdjęcie ze wschodu słońca? W końcu podjąłem decyzję, że do druku wyślę zdjęcie wykonane w maju br. w Alpach Julijskich podczas niezwykłego zachodu słońca. Oto to zdjęcie:
W przypadku fotoobrazu zamawiający ma dużo mniej do zrobienia niż w przypadku fotoksiążki. Kwestia zamówienia produktu, gdy wybraliśmy już które zdjęcie sobie wydrukujemy, jest do załatwienia w ciągu kilku minut. Wpierw, za pomocą specjalnej aplikacji, wybieramy na jakim materiale chcemy je otrzymać - i jak widać na załączonym screenie poniżej, mamy 6 możliwości:
Ja wybrałem alu-dibond, ponieważ stwierdziłem że będzie najlepiej się nadawał do mojego pokoju 😊
W kolejnym kroku wybieramy rozmiar naszego fotoobrazu. Saal Digital pozwala wybierać spośród kilkudziesięciu formatów - od 10 x 15 do 110 x 240 [cm]. Gdy już dokonamy wyboru, przechodzimy do samego edytora, w którym musimy zrzucamy z dysku wybrane zdjęcie, a gdy już to zrobimy pozostanie jedynie zamówić projekt.
Dostarczenie przesyłki odbyło się szybko bowiem kurier zjawił się u mnie po 6 dniach.
Jeśli chodzi o wrażenia po tym co zobaczyłem:
Podobnie jak w przypadku fotoksiążki, tak i w przypadku fotoobrazu muszę przyznać, że czuję się usatysfakcjonowany tym, co otrzymałem. Obawiałem się trochę, że kolory będą odbiegać od tych, wyświetlanych na ekranie laptopa, niemniej jednak były to obawy nieuzasadnione. Jakość obrazu jest naprawdę dobra - jedyny zarzut, który mogę skierować akurat tylko do siebie jest taki, że zdjęcie, które wysłałem do druku mogłem bardziej wyostrzyć. Jednak żeby dojść do takiego przekonania, trzeba przypatrzeć się szczegółom, w innym przypadku trudno to dostrzec.
Co jeszcze?
Alu-dibond to genialna sprawa. Fotoobraz wykonany w formacie 40 x 60, jest dzięki temu zaskakująco lekki, poza tym w przeciwieństwie do np. pleksi - nie odbija promieni słonecznych, co w kontekście mojego widnego pokoju, oświetlonego przez większą część dnia ostrym światłem, ma niebagatelne znaczenie.
Dodatkowym atutem jest szeroki wybór mocowań - a nawet najtańsze, aluminiowe, sprawia że fotoobraz powieszony na ścianie wydaje się być "zawieszony" w powietrzu. Drobnym minusem jest gromadzenie się kurzu na alu-dibondowej płycie i konieczność dokładnego umycia rąk przed jej dotknięciem, bo łatwo jest tam pozostawić ślady. 
Podsumowując - współpracę z Saal Digital Polska w zakresie fotoobrazu oceniam z przyjemnością na piątkę. Było to jak najbardziej pozytywne doświadczenie. 😊

10 sierpnia 2017

Majówka w Masywie Polany i Rudawach Weporskich, czyli historia o tym jak w długi weekend uniknąć tłumów cz. III

Trasa na pierwszą część dnia:
źródło: www.mapy-hiking.sk
DZIEŃ IV (02.05.2016)
Poranek wstał pogodny, co nas pozytywnie zaskoczyło, biorąc pod uwagę gwałtownie zmieniającą się pogodę poprzedniego dnia. Wstaliśmy niespiesznie - spokojnie przyrządziliśmy śniadanie, posprzątaliśmy po obozowisku i zrelaksowani ruszyliśmy w nieznane, powracając na grzbiet Czerteża.
Przez wysoko zawieszone chmury przeświecało słońce, które ubierało okoliczne trawy w delikatne, seledynowe kolory. Wiał do tego lekki wietrzyk, a nas czekało długie zejście - słowem żyć nie umierać.
Masyw Polany o poranku - tam dziś powrócimy 😁
Ten nieplanowany wyskok w Sihłański Płaskowyż (sł. Sihlanska Planina) bardzo nam przypadł do gustu. Pisałem o nim w poprzedniej relacji podczas wizyty w Łomie nad Rymawicą, teraz przy okazji relacji z okolicznych wzgórz, znów nadarza się okazja by pochwalić się "odkryciem" malowniczego fragmentu Słowacji 😋
Na Czerteż warto podejść jeszcze z jednego powodu. Znajduje się tam pomnik upamiętniający katastrofę wojskowego samolotu Douglas C47, należącego do CSLA (Ceskoslovenska Armada), który rozbił się 3 lipca 1956 roku. Maszyna leciała z Pragi przez Pardubice do Preszowa, ale nie podołała ciężkim warunkom meteorologicznym (mocna burza, ulewne deszcze i silny wiatr) jakie panowały wtedy w tej części Słowacji i runęła na ziemię. W katastrofie zginęło 21 osób.
Pomnik ofiar katastrofy...
W pobliżu pomnika, szlak skręcił pod kątem 90 stopni na południe i zanurzył się w okolicznym lesie. Po niedługim okresie marszu dotarliśmy do rozstajów informujących nas o znajdującym się nieopodal źródle Ipoli, a ponieważ potrzebowaliśmy uzupełnić zasoby wody, to wraz z Mosiem postanowiliśmy podejść tam zabierając wszystkie nasze butelki i manierki.
Źródło rzeczywiście było tuż obok szlaku i było kolejnym elementem zaskoczenia w tej nieplanowanej wędrówce. Na przyjaciołach ta informacja nie wywarła specjalnego wrażenia, ale ja naprawdę byłem zdziwiony widząc źródło Ipoli właśnie w tym miejscu - dlaczego już spieszę z wyjaśnieniem.
Otóż Ipola (sł. Ipel, węg. Ipoly) - to jedna z najdłuższych słowackich rzek i podobnie jak dwa główne cieki wodne tego kraju, czyli Wag i Hron, jest lewym dopływem Dunaju. Pomimo tego, że należy do najdłuższych rzek u naszych sąsiadów, to trzeba się naprawdę zainteresować hydrografią Słowacji, żeby ją odkryć 😀 Ipola płynie bowiem przez bardzo słabo zaludnione obszary m.in. powiatu łuczenieckiego czy powiatu lewickiego, leżące geograficznie na terytorium mało popularnej turystycznie Kotliny Południowosłowackiej. Rzeka na długim odcinku pełni funkcję naturalnej granicę między Słowacją, a Węgrami, opływając jednocześnie od północy pasmo węgierskich gór Borzsony należących do Średniogórza Węgierskiego (dokładnie tak samo jak góry Matra czy Góry Bukowe). Uchodzi w pobliżu węgierskiego miasta Szob, podobnie jak Hron, którego ujście znajduje się zaledwie kilka kilometrów w górę Dunaju. Długość Ipoli wynosi 232 km, co sytuuje ją na czwartym miejscu na Słowacji, bo oprócz wcześniej wymienianych Wagu i Hronu, przegrywa jeszcze z Hornadem (tak to ta rzeka, która tworzy Przełom Hornadu w Słowackim Raju), choć gdyby przyjmować nie długość całkowitą, a długość na terenie Słowacji, to Ipola wskoczyłaby na trzecie miejsce, a sam Hornad spadł również i za Nitrę.
Samo źródło Ipoli jest specjalnie obudowane, a okolica nieźle zagospodarowana - mamy tu tablice informacyjne, a także wiatę turystyczną.
Jeszcze większe zaskoczenie czekało na nas, gdy wróciliśmy z butelkami i ruszyliśmy dalej 😂 Uwierzcie, bardziej spodziewałbym się spotkać niedźwiedzia niż pozostawionego pośrodku gór tzw. ogórka, czy raczej jego przyczepy...
Kojarzycie Into the wild? 😉
Przyczepa okazała się być niczym innym jak... prymitywną chatą, w której znajdowały się stoły, łóżka, a nawet piec! 
Żałowaliśmy strasznie, że nie możemy tam spędzić nocy, bo było to prześwietne miejsce. Milion razy wolę nocleg w górach w czymś takim, niż w choćby najlepszej klasy hotelu! Rewelacja 😀
Niestety trzeba było się zbierać... 😭

Dalsze zejście było dość długie i w pewnym momencie mieliśmy już dosyć marszu przez las. Warto było jednak wyczekać do końca, bo wraz z wyjściem na łąki znajdujące się powyżej przysiółka Bratkowica, powrócił w nas zachwyt.
Te tereny nieco przypomniały mi natychmiast okolice Koniakowa - wysoko podchodzące, rozrzucone domostwa, łagodne pagóreczki i mnóstwo kwitnących drzewek.
***
A to widoczny w oddali Masyw Polany.

Szlak doprowadził nas do asfaltowej drogi, która wiodła do "centrum" niewielkiej osady...
Sama Bratkowica (sł. Bratkovica) wydawała się idealnie wpisywać w klimat tego czarującego miejsca. Urocza, drewniana w większości zabudowa, z przytulnymi gankami, zachęcała wręcz aby zasiąść tam z dobrą książką i mocną kawą...
Miejscowych klimatów c.d.
***
W Bratkowicy porzuciliśmy szlak niebieski, który notabene schodził dalej do Hrinowej, na rzecz asfaltowej drogi do wsi Łatki (sł. Latky). Bynajmniej nie było to spowodowane jednak lenistwem, a raczej chęcią uniknięcia burzy na szlaku, która zapowiadana była na drugą część dnia 😛
Z Bratkowicy do Łatek jak się okazało było około dwóch kilometrów drogi. Ponieważ po przyjściu do wsi okazało się, że do autobusu mamy niespełna 40 minut czasu, to postanowiliśmy się rozdzielić i udać się częścią grupy w poszukiwaniu sklepu 😜 Ponieważ padło na mnie i na Mosia, to zostawiliśmy Alę i Daniela z plecakami i udaliśmy się na poszukiwanie "potravin". Sklep znaleźliśmy szybko dzięki nieco podchmielonemu obywatelowi lokalnej społeczności, który ochoczo wskazał nam do niego drogę. Nieco zmieszani wróciliśmy z zakupami ze sklepu na przystanek, bo na ławce przystankowej siedział ten sam Słowak, który pociągając ze swojej flaszeczki zagadywał Alę i Daniela. I w czasie kiedy my z Mosiem radośnie piliśmy w spokoju piwo, Daniel próbował wytłumaczyć jegomościowi, że nie rozumie i że nie chce rozumieć 😈
Od dalszej rozmowy uratował przyjaciół kierowca autobusu, który podjechał wcześniej na przystanek. Tu gwoli wyjaśnienia - do Bratkowicy również można dojechać autobusem jednak połączenia są znacznie rzadsze - pamiętajcie by sprawdzić więc to przed wyruszeniem na dworzec.
Wracając jednak do tamtego dnia - z Łatek zjechaliśmy autobusem do kilkutysięcznej Hrinowej leżącej w dolinie Slatiny, na obrzeżach której wysiedliśmy. Z drogi łączącej Hrinową i Detwę musieliśmy podejść kilka kilometrów do wylotu doliny Bystrego Potoku.
Był środek dnia - duszno i nieprzyjemnie, ale okolica prezentowała się bardzo malowniczo. Jedynym minusem były te nieestetyczne przewody wysokiego napięcia 😒
"A może uda się złapać stopa?"
Stopa nie udało się złapać, ale trafiliśmy na autobus rozwożący dzieci ze szkoły 😀 Z chęcią wskoczyliśmy do środka, czując jednak że na prawo i lewo jesteśmy wytykani przez dzieci 😂
A to jeszcze parę fotek zrobionych w miejscu gdzie złapaliśmy busa...
***
Dzięki tej podwózce udało nam się oszczędzić trochę sił i czasu i zadowoleni wysiedliśmy w miejscu zwanym Bystre-Vratka. Alternatywą do sposobu w jaki się tu dostaliśmy jest jeszcze spacer żółtym szlakiem z Hrinowej - i to był pierwotny plan, ale z racji pogorszenia pogody - został on pogrzebany.
No to czas przedstawić Wam mapkę na drugą część dnia 😊
źródło: www.mapy-hiking.sk
Początek zielonego szlaku...
Asfaltowa droga na "dzień dobry" schodziła do dna potoku, wzdłuż którego mieliśmy wędrować przez najbliższy czas...
***
Gdy znaleźliśmy się u wylotu doliny nastała cisza, przerywana jedynie skrzypieniem żwiru, po którym maszerowaliśmy.
Wkrótce zagłębiliśmy się też w lesie, który wydał mi się tym razem naprawdę bardzo ładny, dorodny i zdrowy 😊
***
Rzecz jasna najatrakcyjniej prezentuje się fragment w górnych partiach doliny, której dno jest tam bardzo wąskie. Okolicę znacznie uatrakcyjnia też sam bohater dnia czyli Bystry Potok, którego wody spływają po malowniczych kaskadach, wydając delikatny szum.
Po około godzinie marszu z przystanku dotarliśmy pod 23-metrowy wodospad Bystrego Potoku, który stał się główną motywacją aby ten szlak przejść 😉 Wodospad jest uznawany za największą atrakcję Masywu Polany, czemu trudno się dziwić, bo robi wrażenie - nie dość że jest on ukryty w gęstym lesie, to na dodatek przy nadmiarze wody składa się z dwóch, osobnych strumieni.


Aby dostać się na górę progu, z którego spada wodospad, należy wspiąć się po zamontowanych równolegle do niego drabinkach. Bardzo fajna sprawa!
Widok z progu Wodospadu Bystrego Potoku.
Powyżej wodospadu ścieżka szlakowa zrobiła dwie serpentynki i wyprowadziła nas na zarastającą polanę, na której zastał nas deszcz. Musieliśmy więc zrobić postój aby przebrać się i zabrało nam tą dłuższą chwilę, ponieważ mimo deszczu było bardzo ciepło i musieliśmy się zastanowić co zrzucić z siebie nim założymy kurtkę 😆
W ciszy i w milczeniu doczłapaliśmy do asfaltowej drogi, którą można dojechać do samego Hotelu Górskiego Polana (niestety nie jeżdżą tam autobusy). W końcu ukazała nam się masywna bryła budynku, który wyglądał na zamknięty na cztery spusty. Na szczęście jednak był otwarty i ku zdziwieniu barmanki miejscowej restauracji ktoś tego pochmurnego, majowego dnia się w ich progach pojawił 😁
Hotel Górski Polana wydał nam się taki sobie, ale miłą odmianą był smażony ser z frytkami. Najciekawsze jednak dopiero ujrzeliśmy przy wyjściu 😝
Poznajcie niedźwiedzie zamieszkujące Masyw Polany 😃 Maximus waży 250-300 kg 😥
<Sorry za jakość, robione telefonem>
Nieco nastroszeni ruszyliśmy na szlak w kierunku przełęczy Przysłopy. Plakat troszkę podziałał na naszą wyobraźnię i schodząc zrobiliśmy hałas 😉
Sama przełęcz Przysłopy (sł. Prislopy) była kolejnym klimatycznym miejscem na naszej trasie. Z daleka usłyszeliśmy głośno wybrzmiewające dźwięki owiec, co nieco nas zaniepokoiło, bo jak wiadomo owce w górach = psy.
Pasterz na szczęście nas zauważył i obyło się bez przykrych niespodzianek. Spokojnie zeszliśmy do drogi przebiegającej przez przęłecz i... stanęliśmy jak wryci, zastanawiając się gdzie też może być ukryta chata, w której mieliśmy spędzić najbliższą noc. Ta okazała się być schowana pośród gęstwiny drzew, ale wspaniale położona (!) na niewielkiej polance. Był sztos!

Szybko uporaliśmy się z rozpaleniem ogniska i wkrótce pośród kamiennego kręgu tańczyły płomienie. To był zdecydowanie najlepszy nasz biwak, nie tylko dlatego że nie trzeba było rozstawiać namiotu, ale dlatego że miejsce było fantastyczne - wyposażone we wszystkie potrzebne przedmioty, z ławkami - naprawdę rewelacja. Zrobiliśmy sobie kolację, ciesząc się ostatnim wieczorem tego wyjazdu i gdy wszystko wydawało się być okej, nagle nawiedziła nas grupa czworonogów strzegących okolicznych owiec. Oj, nie było to przyjemne dla nas spotkanie, bo choć psy wydawały się być pokojowo nastawione, to dwa z nich były może nie wielkości Maximusa przedstawionego na plakacie w schronisku, ale na oko ważyły po 70-80 kg. W każdym razie dwa kłapnięcia szczęką załatwiłyby nas na amen 😱
Wizyta nie trwała na szczęście długo, a najmniejszy psiak z tej ekipy swoim szczeknięciem dał sygnał do odejścia. Obawy, czy wieczorem nieproszeni goście odwiedzą nas po raz drugi na szczęście się nie potwierdziły, a chwilę po całym zajściu byłem świadkiem jeszcze takich zdarzeń:
Tuż przed zmrokiem nieco się rozchmurzyło, dając nadzieję na lepsze jutro, ale niestety były to naiwne przypuszczenia...
DZIEŃ V
czerwonym kółkiem zaznaczono miejsce startu, czerwonymi kropkami pierwszy etap wędrówki nieoznaczoną drogą leśną
źródło: www.mapy-hiking.sk
Ostatni dzień naszego pobytu zaczął się całkiem przyjemnie. Było wprawdzie pochmurno, ale nic nie wskazywało tego, co miało nastąpić. Spokojnie zjedliśmy śniadanie, wpisaliśmy się do księgi gości - (wyobraźcie sobie że byliśmy pierwszymi Polakami w historii tej chatki!) i wyruszyliśmy na spotkanie z przygodami.
W planach mieliśmy spacer pozaszlakowy aż do momentu przecięcia szlaku niebieskiego, którym wspiąć się mieliśmy na Sedlo Priehybina by stamtąd marsz kontynuować w kierunku Polany - najwyższego szczytu całego masywu (sł. Polana - 1458 m.n.p.m.).
Rozstaje na Przysłopach.
Niestety nie udało nam się zdobyć szczytu. Po 40 minutach marszu rozpętała się burza z ulewnymi opadami, która zmusiła nas do rezygnacji z wcześniejszych planów. I zamiast w kierunku Polany, zaczęliśmy schodzić do Kyslinek.
Masyw Polany podczas burzy...
Kyslinky znajdujące się pośrodku kaldery tutejszego wulkanu przywitały nas dźwiękiem silników. Wszystko dlatego, że znajdował się tam tartak do którego dojeżdżały ciężarówki 😉 Poza tym była to dziura zabita dechami, prawdziwy koniec świata 😏
Nieliczne budynki, które mijaliśmy podczas marszu wydawały się opuszczone od wielu lat. O ile nie zdziwiłoby mnie takie miejsce pośrodku Gorganów, Czywczynów czy innych ukraińskich gór, to tutaj - 40 kilometrów w linii prostej od Bańskiej Bystrzycy, było to naprawdę niezwykłe.
Zielony szlakiem, którym szliśmy w kierunku przełęczy Jasieniowa (sł. Sedlo Jasenova) był w wielu miejscach zarośnięty i słabo oznaczony.
***
Gdy dotarliśmy na grzbiet pogoda trochę się poprawiła - burza jakby odeszła w niepamięć, podniosły się też chmury. Smutno nam było że wracamy do domów bez zdobycia najwyższego szczytu tego pasma, ale tego dnia musiały nam wystarczyć widoki znajome z drugiego dnia wędrówki.
***
***
Poznajecie to miejsce? 😊
Tym razem właściwej drogi nie zgubiliśmy, za to po drodze natrafiliśmy na krokusy 😛
Z Lubietowskiej Bukowiny przegoniły nas trochę ponure krajobrazy - ciemne chmury, pozbawione liści drzewa i delikatny wiatr, tworzy mroczną aurę 😉 Zupełnie jakby chciano nam dać znać, że już nas tu nie chcą 😁
***
Do Strzelnik zeszliśmy oczywiście przez Mincę, w międzyczasie zatrzymując się jeszcze pośród łąk, pokrywających pasmo łagodnych wzgórz nad wsią. Pomimo niepogody, było tam urokliwie 😊
Tak naprawdę plus z ostatniego dnia był taki, że dzięki zmianom planów znaleźliśmy się znacznie szybciej przy samochodzie, niż gdybyśmy zrobili założoną trasę. Gdy znaleźliśmy się wszyscy przy samochodzie była 16.30, co oznaczało że w domu znajdziemy się o ludzkiej porze.
I tak skończyła się nasza ubiegłoroczna majówka. Pomimo pogody na jaką trafiliśmy, była jedną z ciekawszych w moim życiu, przyniosła wiele nowych doświadczeń i przygód - zachodnia część Rudaw Słowackich okazała się być niezwykle dzika, ale jednocześnie pełna fantastycznych miejsc na biwak i rzadko odwiedzanych chatek.
Czy warto pojechać w tą część Karpat Zachodnich? Jasne. Pod warunkiem jednak przyjęcia pewnych zasad, w tym tej najważniejszej - spania w terenie. Wsie i miasteczka położone są z reguły w głębokich dolinach i nie słyną z rozbudowanej infrastruktury turystycznej, ale niech nie zniechęca to Was do podjęcia wyprawy w te rejony - Masyw Polany i zachodnia część Rudaw Weporskich gwarantują samotną wędrówkę przez fascynujące, wciąż nieodkryte przez turystów tereny...
***
DO ZOBACZENIA