Majówka na zachodnim Szaryszu, czyli bezludzie na wyciągnięcie ręki - Branisko i Bachureń

To jest druga część relacji z tegorocznej majówki. Opis przygód z pasma Czarnej Góry - m.in. wejścia na Sivec - znajdziesz tutaj - zapraszam 😊


W Rużinie czekało nas dość długie oczekiwanie na pociąg, bo mimo, że przystanek osobowy znajduje się na głównej magistrali kolejowej kraju, to 1 maja składy, które się tam zatrzymywały kursowały nawet co 1,5 godziny. Czas minął nam z Krystianem głównie na podjadaniu i obserwacji przejeżdżających pociągów pospiesznych i towarowych, których dźwięk co kilkanaście minut wypełniał okolicę.

Gdy do odjazdu naszego pociągu zostało kilkanaście minut, na peronie pojawiła się młoda parka, która nie przyciągała specjalnie sobą uwagi, do momentu gdy między partnerami doszło do pewnego nieporozumienia, w wyniku którego młodzieniec chyba poczuł zrezygnowanie i zdecydował się pozostawić swoją kobietę, a samemu ruszyć przed siebie 😝😝


Ziomek się jednak opamiętał i po kilku minutach buntu powrócił do swojej panny, oczywiście nim nadjechał pociąg 😉 Nasz pociąg.

Z pomocą osobowego składu przejechaliśmy do niewielkiej wsi Richnava, położonej na granicy trzech pasm: Czarnej Góry, którą przemierzaliśmy w poprzedniej relacji z tegorocznej majówki, Gór Wołowskich oraz Braniska.

Ostatnie z wymienionych było powodem, dla którego tego pięknego dnia tam w dolinie Hornadu się znaleźliśmy 😊


Richnava, podobnie jak sąsiednie: Kluknava, Krompachy czy Margecany są miejscowościami pospolicie zamieszkanymi przez Romów, co w pewnym stopniu wpływa na negatywne pierwsze wrażenie z tą częścią Słowacji, zwłaszcza że prymitywne budy należące do nich znajdują się bardzo często bezpośrednio przy torach kolejowych.

Widok małych dzieci grzebiących w kontenerach nieopodal stacji, czy walające się po rowach śmieci były rzecz jasna mocno przygnębiające, ale wrażenie nędzy i rozpaczy jeszcze wzrosło.

Ponieważ pora była wczesna, to zaproponowałem Krystianowi piwo, bo i tak panujące warunki można było określić lekkim skwarem. W Richnawie znaleźliśmy taki typowy lokalny bar, jakich wiele powstało na prowincji za czasu minionej epoki, który mimo święta służył miejscowej społeczności.

We wnętrzu przy automatach do gier siedziało kilku, może kilkunastu Romów, a za barem krzątała się barmanka, taka po pięćdziesiątce, która na nasz widok niemal podskoczyła z radości. Zamiast dwóch piw, dała nam trzy, co jednak wynikało chyba z mojego zbędnego popisywania się słowackim, ale koniec końców nie narzekałem specjalnie, bo kurczę ceny jakie miała były śmiesznie niskie, nawet pomimo faktu, że były w euro.

I gdy tak siedzieliśmy z Krystianem spokojnie delektując się sarisem, nagle zjawiła się przy naszym stoliku młoda Cyganka, a ja gdzieś z tyłu głowy poczułem, że o to nadciąga nasza kolejna przygoda.

Dziewczyna zapytała o papierosa, a że te leżały na naszym stoliku, tuż przy moim towarzyszu, to chłopak siłą rzeczy nie potrafił odmówić. I nie odmówił, ale całe zajście nie spodobało się butnej barmance, która zjechała dziewczynę z góry na dół za to, że nagabuje gości i nie daje im wypić w spokoju piwa.

Skracając trochę całą historię, dochodzimy do sytuacji, w której babka zaczęła wypraszać wpierw samą dziewczynę z baru, a gdy ta do swojej obrony zaczęła wołać tkwiących w drugim kącie pomieszczenia swoich koleżków, to barmanka zdecydowała się wywalić - dzielnie 😀 - całą ferajnę za drzwi. Gdy to zrobiła zamknęła wejściowe drzwi na kłódkę i uśmiechając się do nas przeprosiła za sytuację i mruknęła byśmy sobie w spokoju pili 😀

Nie minęło pięć minut, a od strony okien usłyszeliśmy huk - i co się okazało? Wyobraźcie sobie, że to w ramach zemsty, w szyby i drzwi poleciały kamienie, co wyjaśniło czemu miały służyć zamontowane kraty.

Barmanka klnąc coś pod nosem wzięła miotłę i wychynęła z nią za drzwi, a my siedzieliśmy tylko w niemej ciszy obserwując ostrzał artyleryjski i zadając sobie pytanie: "Co tu się właściwie od*****la?"


W sumie to trochę obawialiśmy się, że barmanka barmanką, ale że jak my wyjdziemy, to nas tam na miejscu zjedzą, niemniej jednak troskliwa gospodyni monitorowała na bieżąco sytuację i gdy atak ustał nas wypuściła 😁 I dobrze, że byliśmy po tym piwie, bo przynajmniej można było na całość spojrzeć z pewnym dystansem 😁

W góry ponownie wyruszyliśmy, gdy było już po czwartej. Mieliśmy wciąż kupę czasu by dojść tam gdzie chcieliśmy, ale decyzja by wyruszyć względnie wcześnie była dobrą, ponieważ tego dnia czekały nas jeszcze wariacje ze szlakiem.


Zgodnie z tym co na mapie, szlak zboczył z szosy do wsi Hrisovce w dobrym miejscu - za jedną z linii wysokiego napięcia - a następnie rozpoczął dość strome podejście. Gdy jednak dotarliśmy na skraj lasku, ścieżka się rozpłynęła i wokół własnej osi nie widzieliśmy żadnych żółtych pasków.

Zrezygnowani wybraliśmy teoretycznie najbardziej logiczną drogę, która szybko okazała się być tą złą, choć przynajmniej nie kończyła się przepaścią ani chaszczami, co wcale by mnie nie zdziwiło 😛 Po krótkim marszu przez las wyszliśmy na łąkę, która w dolnych partiach zarastała młodnikiem. Szybki rzut okiem wokół własnej osi pozwolił stwierdzić, że nasze położenie jest niewłaściwe i czekała nas przeprawa w poprzek zboczy, tak by wrócić na właściwe tory 😑😑


Tymczasem, za naszymi plecami rozciągał się uroczy widok na północno-zachodnie krańce Ciernej Hory i północno-wschodnie części Gór Wołowskich, które od Braniska rozdzielone są doliną Hornadu.


W końcu jednak udało nam się odnaleźć niewyraźną ścieżkę, która zapewne powinna być szlakiem. Zapewne, dlatego że początkowo potwierdzenia w postaci namalowanego znaczka nie znaleźliśmy i dopiero po kilku minutach rozglądania się, na jednym z drzew dostrzegłem wyblakły żółty pasek.

Ot, karpackie klimaty 😊


Przeszliśmy przez zalesiony Gavart i szlak wyprowadził nas - zgodnie z tym co zapowiadała mapa - na rozległą polanę rozciągającą się na zboczach wspomnianego Gavarta i sąsiedniego Svibika. Miejsce mieliśmy wytypowane pod biwak i rzeczywiście absolutnie nas nie zawiodło!



Namiot rozłożyliśmy na skraju lasu, od strony Gavarta na niewielkim wypłaszczeniu. Do szlakowej ścieżki mieliśmy niedaleko; może nawet zbyt blisko, ale uznaliśmy, że nic nie zapowiada niechcianych wizyt, a biorąc pod uwagę wygodne podłoże, pozbawione korzeni, kamieni i kłujących krzaków, stwierdziliśmy, że jest git.

Jedynym, drobnym mankamentem była odległość od wody - ta wypływała ze 200 może 250 metrów od nas, no i jej jakość - rura była poprowadzona wprost do wanny, z której korzystały owce wypasane na polanie. To co nas przekonało do skorzystania z niej, był fakt, że woda na szczęście tam nie stała - spływała do kolejnej wanny, tym razem niżej położonej, dzięki czemu mogliśmy nabrać trochę wody do celów żywieniowych, a przy okazji się umyć.




Pora była wczesna i można rzec idealna by się polenić. Popołudnie było ciepłe, toteż po "prysznicu" elegancko pobyczyliśmy się na karimatach wyciągniętych przed namiot, korzystając z fantastycznej aury.



Niespiesznie przygotowaliśmy sobie obiadokolację, w zasadzie ucztę wręcz. Krystian jak zwykle w swoim plecaku miał kilogramy żarcia, a ponieważ chciał się ich jak najszybciej pozbyć, to na stół, tzn. jakąś szmatę, wjeżdżały raz po raz: kabanosy, chorizo, klasyczne salami, które przegryzaliśmy w oczekiwaniu na gotującą się kaszę.

Zajadaliśmy się w najlepsze, aż nadszedł wieczór, a nad Królewską Halą zatańczyły róże...


DZIEŃ III

Poranek nadszedł słoneczny i ciepły, ale przejrzystość była mocno przeciętna, co nie wróżyło dalekim widokom.

Po śniadaniu i krótkiej porannej toalecie, gdy już złożyliśmy namiot i byliśmy gotowi do drogi, ze swojej przyczepy wyszedł pasterz aby wypasać owce. Zauważył Krystiana i tak wytworzyła się krótka poranna rozmowa, o tym gdzie i kiedy idziemy 😊



Krystian rozmawiał, a ja postanowiłem wykorzystać czas na zdjęcia okolicy, która przy porannym świetle i delikatnej mgiełce prezentowała się inaczej niż poprzedniego dnia...


Okoliczne widoki przywodziły mi na myśl... Beskid Wyspowy. Konkretnie to panoramę roztaczającą się z rozległej polany pod szczytem Czarnego Działu w zachodniej części masywu Ćwilina.



Przechodząc na przeciwległe zbocze Svibika, mogłem przyjrzeć się położonym w dole Krompachom i otaczającym miasto grzbietom Białej Skały, Ostrego Wierchu i Bukowca, które należą do Gór Wołowskich.


I muszę Wam powiedzieć, że choć odwiedzając rozległą halną przełęcz dopiero przywitaliśmy się z Braniskiem, to w głębi duszy już wiedziałem, że mi się tam spodoba. Przekonał mnie do tego już sam zgubiony pod wieczór, szlak 😉



Krystian dołączył do mnie dopiero pod Svibikiem, bo rozmowa z pasterzem zajęła mu kilka minut. Kolejne dni uświadamiały nam, że choć jesteśmy tak blisko polskiej granicy, to nasza obecność dla miejscowych jest prawdziwą atrakcją...


Kilka metrów dalej, spod granicy lasu, spojrzeliśmy po raz ostatni za siebie - na rozległą panoramę - i z ciekawością ruszyliśmy przed siebie. Przed nami było podejście na Słubicę - najwyższy szczyt południowej części Braniska, słynący z bardzo stromych zboczy.


Jednak jeszcze pierwsza część podejścia pod bezimienny, zalesiony wierzchołek, wznoszący się na 775 m.n.p.m. nie należy do specjalnie trudnych - problemem okazało się być znowu oznakowanie, ponieważ szlak w pewnym momencie skręcił na drogę stokową, którą pewnie przecięliśmy. Na szczęście nieco wyżej do szlakowej ścieżki i tak się dochodzi, a z miejsca, gdzie przechodzi się pod liniami wysokiego napięcia roztacza się całkiem przyjemny widok.


Kolejne wątpliwości dotyczące przebiegu szlaku są zaraz za wspomnianym przeze mnie wierzchołkiem. Ścieżka dociera na rozległe skrzyżowanie leśnych duktów, gdzie mamy do wyboru co najmniej kilka możliwości dalszej wędrówki, ale znaków brak. Od razu mówię, że idąc od strony Richnavy należy skręcić na lewo, na drogę stokową, która trawersuje pobliskie zbocze - niemniej jednak, żeby się przekonać czy podjęliśmy dobrą decyzję, należy przejść z dobre kilkaset metrów, ponieważ dopiero wtedy pokażą się na drzewach żółte paski.

I ten odcinek - jest też najnudniejszym. Długo idzie się po płaskim, cały czas jednostajnie przez las, a dziać się dopiero coś zaczyna w okolicach rozstajów pod Sedlem Predky, gdzie witają nas oryginalne drewniane szlakowskazy.


Z rozstajów "Pod Predkami" na Predky są max dwie-trzy minuty drogi. Wprawdzie przełęcz także nie pozwala na podziwianie widoków, to warto wspomnieć, że obok znajduje się dość przestronna wiata, z miejscem na ognisko...


...I spotykanym gdzieniegdzie na Słowacji motywem w postaci przystanku autobusowego 😉


Zaraz za wiatą zaczyna się wyjątkowo mozolne podejście, w ramach którego na odcinku mniej więcej kilometra pokonujemy blisko 250 metrów w pionie.

Sam widok ze szczytu Słubicy (Sl'ubica - 1126 m.n.p.m.) potrafi być naprawdę rewelacyjny, no chyba że tak jak my, traficie na średnią przejrzystość - to wtedy zamiast Tatr na horyzoncie zobaczycie figę z makiem. Ale będziecie mieli więcej czasu żeby przyjrzeć się Spiszowi, który rozciągać się będzie pod Waszymi nogami.


Na wierzchołku znajduje się księga pamiątkowa, w której jednak próżno było szukać polskich wpisów. Przejrzałem wszystkie strony - a zapisanych było z kilkadziesiąt - i polski język odnalazłem zaledwie w dwóch przypadkach...

Osoba, która to napisała chyba miała podobne wątpliwości jak ja 😏



Nie bądźmy jednak tacy okrutni - coś tam było z tej Słubicy widać. Przede wszystkim sąsiednie Góry Wołowskie.


Grzbiet urywał się na skraju Niżnych Tatr - dalej była już tylko mgiełka.


Średnia przejrzystość powietrza i przesadna aktywność brzęczących owadów zniechęciła nas do dłuższego pobytu na szczycie i pewnie rzeczywiście ruszylibyśmy szybko w dół, gdyby nie dwójka leśników, która wjechała swoim pick-upem na wierzchołek i rowerzysta. Cała ta ekipa zatrzymała nas trochę, bo zaczęła wypytywać, co my tutaj robimy, skąd się wzięliśmy i dokąd zmierzamy. Ponieważ kończyła nam się woda, to wykorzystałem sytuację, podpytując gdzie w okolicy można znaleźć źródło, co okazało się być dobrą decyzją, gdyż polecona woda była naprawdę bardzo smaczna.

Po kilkunastu minutach rozmowy pożegnaliśmy ekipę i opuściliśmy wierzchołek, mając przed sobą masyw Smrekowicy na której tego dnia zamierzaliśmy finiszować i widoczny przed nią z prawej masyw Patrii, będący drugim co do wysokości szczytem pasma (1171 m.n.p.m.).


Oto i właśnie Smrekowica z polany rozciągającej się na północnych zboczach Słubicy.


Ze Słubicy zeszliśmy na przełęcz pod Suchym Garbem (Suchy hrb - 1045 m.n.p.m.), gdzie znajduje się dawna polana pokryta dziś pokrzywami i zrujnowany szałas.

Na przełęczy trzeba być czujnym, bo szlak schodzący ze Słubicy skręca najpierw ostro w prawo, a potem, po ledwie kilkunastu, może kilkudziesięciu metrach, w lewo. Jeśli nie skręcicie i pójdziecie drogą stokową prosto, to po około 100-150 metrach dojdziecie do wypływającej wody, którą polecali nam leśnicy.


Po napełnieniu butelek zeszliśmy do przełęczy Humenec (sedlo Humenec - 910 m.n.p.m.). Odcinek ten jest mało interesujący, można więc go w tej historii pominąć, ciekawie natomiast robi się na podejściu na Rajtopiky, które są południowym zakończeniem wąskiego, długiego na około 1,5 km, skalistego grzbietu. Grzbiet ten rozciąga się, jak i prawie całe Branisko, południkowo, ale jego cechą wyróżniającą są bardzo strome zbocza i mnogość formacji skalnych w partiach szczytowych. Jest to jeden z najbardziej atrakcyjnych rejonów pasma decydujących z pewnością o jego różnorodności 😊



Idąc z ciężkim plecakiem trzeba tu z pewnością uważać. Poruszamy się przeważnie na wysokości ca. 1000 m.n.p.m. ale przy odrobinie nieuwagi można napytać sobie dużej biedy.


Jedną z największych atrakcji, wyróżniających Rajtopiki (Rajtopiky - 1036 m.n.p.m.), jest całkiem spora skalna brama, która znajduje się na południe od głównej kulminacji.



Sama wspomniana przeze mnie główna kulminacja jest dopiero za bramą (albo przed, w zależności oczywiście od której strony pójdziecie), i muszę Wam przyznać, że wyjątkowo mi się do niej dłużyło. Cały grzbiet jest bowiem mocno porośnięty - pomimo kilku miejsc widokowych - bujną roślinnością i jeśli idziecie z dużymi plecakami, to możecie być pewni, że czekać Was będzie zarówno przeskakiwanie przez konary drzew, jak i przedzieranie się przez krzaki. Zdarzyć się też może, że tu i ówdzie otrzymacie "placka" w twarz od gałęzi.

Widok z Rajtopików jest bardzo spoko. Perspektywa jest podobna do tej ze Słubicy, ale nie odbierało mi to ani trochę przyjemności z podziwiania panoramy.



Tak to wygląda bez zoomu.


A tak z kolei wygląda marsz w tej części Braniska. Dodam, że akurat ten fragment cieszy się i tak stosunkowo dużą popularnością 😉


Choć arkusz nr 115 VKU tego nie pokazuje, to między Rajtopikami a sąsiednim Rudnikiem znajduje się całkiem głęboka przełęcz 😃 Z Braniskiem rymuje się pewne obraźliwe określenie, którego tutaj nie użyję, ale może się domyślicie 😅

W każdym razie jest w nim trochę górskiego drania, określiłbym go mianem "upierdliwego kurdupla". Zupełnie jak z takim małym psem, co to ledwo od ziemi odstaje, a szczeka i rzuca się najbardziej.

Niby niewysoko, niby przyjaźnie, a ile irytacji i zmęczenia wyciśnie...

Choć dla tych braniskowych widoków, warto wypruć z siebie trochę sił.


Rudnik - drugi ze szczytów w tym wąskim grzbiecie - jest bardziej zarośnięty niż Rajtopiki i o widok z niego trochę trudniej. Niemniej jednak jest takie miejsce, z którego całkiem nieźle widać - uwaga - Pogórze Szaryskie, a więc mówiąc inaczej możemy spojrzeć na wschód, a nie jak dotychczas, na zachód.


Z kolei na północnych zboczach Rudnika znajduje się wieża przekaźnikowa i gdzieniegdzie otwierają się widoki właśnie w kierunku granicy z Polską. No, to może przesadne stwierdzenie, bo Polskę zasłania masyw Smrekowicy i Patrii.

Tu właśnie Patria. Trzeci do wysokości szczyt pasma. Ale chyba o tym już mówiłem...


Bardziej w głębi, po lewej stronie wznosi się szczyt Smrekowicy. W linii prostej to nie tak daleko, ale w rzeczywistości jest trochę dreptania 😄


Do przełęczy Branisko (Priesmyk Branisko - 760 m.n.p.m.) dotrzeć z Rudnika można na dwa sposoby. Możecie zdecydować się na marsz zwykłą drogą, która umożliwia pojazdom silnikowym dostać się do wieży przekaźnikowej pod Rudnikiem albo wybrać ścieżkę szlakową, która sobie osobno podąża. Jak możecie się domyślać drogą jest łatwiej, a to ma niebagatelne znaczenie, bo z Rudnika do przełęczy trzeba zejść ponad 250 metrów ;) Zejście szlakową ścieżką jest dość strome więc można pójść na łatwiznę i schodzić asfaltem.

Z tymże należy pamiętać, że w pewnym momencie (asfalt się ze ścieżką przecina) trzeba wrócić już na ścieżkę, bo droga łączy się z szosą poniżej przełęczy i w przypadku przeoczenia właściwego momentu, trzeba się potem wrócić.

Sama przełęcz - to nic specjalnego. Ma tam pewną historyczną symbolikę, ale z turystycznego punktu widzenia nie stanowi żadnej atrakcji.

Jest tu kamień pamiątkowy, upamiętniający walki między Słowakami a Madziarami, jest też krzyż, skrzyżowanie szlaków... no i to by było na tyle. Ponoć z przełęczy widać Zamek Spiski, ale ja tam same drzewa widziałem 😛 


Z ciekawostek mogę natomiast dodać, że jeśli zjedziecie z głównej drogi, która przebiega przez przełęcz w kierunku właśnie Smrekowicy, to po lewej będziecie mijać ponor, czyli miejsce w którym strumień wpływa pod powierzchnię terenu. Jest tam też wejście do Diablej Jaskini (Diablova diera).

My ponor minęliśmy bez specjalnego zatrzymywania się i przechodząc następnie przez osiedle domków letniskowych, dotarliśmy do miejsca, w którym stoją dwa rozpadające się powoli, budyneczki.


Jak już wspomniałem, budynki są położone powyżej zabudowań, a więc jest tam cisza i spokój, ponadto dolina, którą podchodzi się z przełęczy Branisko, posiada szerokie dno. Miejscowy potok przepływa przez sam środek polany i jeśli mam być szczery, to okolica naprawdę nadaje się na dłuższy postój.


Wnętrze domku było zawalone stertą gruzu i szkła, a ganek porastały ze wszystkich stron pokrzywy, ale ponieważ delikatnie wiało, a żal nam było gazu, to wodę na obiad gotowaliśmy właśnie tam 😊


W sumie na przygotowanie posiłku - mieszanka kasz z sosem - zjedzenie oraz powylegiwanie się pośród traw, zeszło nam dobrze koło godziny.


Gdy opuszczaliśmy piknikowe miejsce, do zachodu pozostała nam około godzina - żaden z nas nie wierzył więc, że zdążymy. Obiad dodał nam jednak prawdziwego powera i sprawił, iż zaczęliśmy pędzić pod górę 😉

Po drodze minęliśmy też wiatę, kolejną mijaną tego dnia. Wbrew pozorom Branisko wcale nie jest ubogo zagospodarowane, a fakt że nie ma tu schronisk turystycznych nie czyni z namiotu obowiązkowego ekwipunku.


Z marszu wyrwał nas niespodziewanie szlakowskaz oznajmiający, że do szczytu pozostało 30 minut. Pozwalało mieć to nadzieję, że jednak może coś uda się zobaczyć i widząc złote kolory wdzierające się między rosnące wkoło świerki, ruszyłem jak szalony, pozostawiając Krystiana nieco z tyłu.



Rzeczywiście, na wierzchołek udało mi się dotrzeć w idealnym momencie, gdy słońce jeszcze oświetlało południowe fragmenty Braniska. Dzięki temu mogłem przyjrzeć się jeszcze pokonanej przez nas drodze - począwszy od widocznej z lewej strony kadru Słubicy, poprzez Suchy Hrb i Rajtopiky.


Widoczność nie była szałowa, ale kolory naprawdę zachwycały 😊


Ze Smrekowicy widać też Tatry oraz Góry Lewockie, niemniej by móc je podziwiać trzeba podejść ze 100 metrów żółtym szlakiem na zachód. Ścieżka w pewnym momencie doprowadza do punktu widokowego, przy którym znajduje się ławeczka.


Zachód tego dnia był naprawdę widowiskowy...



Gdy dzień przechodził do historii, a świat pogrążył się w ciemności, wróciłem do Krystiana, który w międzyczasie zdążył rozpalić ognisko i zrobić sobie herbaty. Dosiadłem się do niego, wyciągnęliśmy prowiant i przy kiełbaskach rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych.

A te przyniosły kolejne przygody. Najpierw, przez góry przetoczył się potężny huk, ale huk tak wielki jak gdyby w okolicy wysadzono bombę o ogromnej sile rażenia. Było to tak niespodziewane i do tego stopnia przerażające, że Krystian postanowił aż zadzwonić domu z pytaniem czy wszystko stoi, tak jak powinno. Jego szwagier w odpowiedzi na pytanie co się stało stwierdził wtedy, że "może Bytom się zawalił", ale uspokoił go, że wszystko jest okej.

Sytuacja była tajemnicza i trochę niepokojąca - nie mieliśmy jednak zasięgu, żeby sprawdzić co się stało. Nieco później dodatkowy problem sprawił nam wzmagający się wiatr. Nie rozstawialiśmy namiotu, spaliśmy w zabudowanej części wiaty, gdzie przechowywano miotły i tym podobne rzeczy, ale drzwi nie dało zamknąć się od środka, co powodowało, że wiatr dostawał się do wewnątrz i tym samym świszczał i buczał przeszkadzając w spokojnym wypoczynku.

Krystian w charakterystyczny dla siebie sposób coś tam opowiadał o wzrastających w siłę wilkołakach, a ja opowiadając mu o tajemniczym światełku, które poruszało się w dolinie, dusiłem się ze śmiechu leżąc w śpiworze. W końcu kazałem mu iść spać i nastawić budzik na piątą, na wschód słońca.

Nie przeżyłbym, gdyby śpiąc na szczycie, zaspał na wschód 😛

DZIEŃ IV

Los zrobił mi jednak psikusa i wschód można było podsumować słowami: "Ot, wzeszło sobie słońce". Ciekawiej się zrobiło dopiero, gdy okoliczne zbocza zostały mocniej oświetlone...







Krótko przed szóstą opuściłem swoją miejscówkę i wróciłem na wierzchołek, gdzie Krystian coś tam sobie przegryzał. Założyliśmy wspólnie, że śniadanie zjemy nieco niżej, bo kończyła nam się woda. Dzień zresztą zapowiadał się słoneczny i bardzo piękny, ciągnęło nas więc w dalszą drogę.


Nim jednak faktycznie ruszyliśmy w drogę, to trochę czasu minęło. Trzeba było po sobie posprzątać, a rzeczy mieliśmy powyjmowanych całkiem sporo. Wreszcie udało się zapiąć plecaki, spojrzeliśmy raz jeszcze na okolicę i pożegnaliśmy wierzchołek Smrekovicy.





Ze szczytu musieliśmy się cofnąć w znajomą stronę, jednak odcinek znany nam z poprzedniego dnia był bardzo krótki. Szlak niebieski, którym wchodziliśmy na najwyższy szczyt pasma szybko skręcił  między krzaki, a my podążaliśmy dalej przez ciągnącą się kopułę szczytową żółtym szlakiem na wschód.


Po kilkunastu minutach pokonywania powalonych pni i przedzierania się przez krzaki jagód, dotarliśmy do miejsca, w którym wzrasta nachylenie zboczy. Akurat tam las jest przerzedzony, toteż widoki są całkiem całkiem.


Kikuty martwych bądź połamanych drzew są jednak dość wysokie i o przyzwoity kadr na tym terenie ciężko, stąd nie mam więcej zdjęć. Perspektywa jest jednak warta zatrzymania się, ponieważ jakiekolwiek widoki na wschód z masywu Smrekowicy to rzadkość.

Stromym zboczem zeszliśmy do podnóża szczytu, gdzie napotkaliśmy, niezaznaczoną na mapach hikingu.sk (na arkuszu wydanym przez VKU jest), wodę, która wypływała z pięknie obudowanego źródełka. Miejsce było bagniste, ale dzięki drewnianej platformie, można było tam swobodnie zostawić plecaki i z butelką udać się do miejsca wypływu wody.

Kilkaset metrów dalej szlak, którym szliśmy dołączył do niebieskiego szlaku z przełęczy Branisko. Nieco zarastającą ścieżką wyszliśmy na polanę pod szczytem Kravcova, gdzie przeżyliśmy niemałe zdziwienie, bo dawny przebieg szlaku był poprowadzony przez teren... ogrodzonej jakąś linką albo taśmą - nie pamiętam - posesji. A nas czekała przeprawa przez trawę 😂 Zmiana musiała być świeża, bo nie widzieliśmy ŻADNYCH śladów marszu po zmienionej trasie.


No i domek - sprawca zamieszania. To zdaje się leśniczówka.


Łąka, którą przyszło nam przemierzyć, i pozbawiona lasu wschodnia część kopuły Smrekovicy.



Po drugiej stronie wierzchołka hala była znacznie rozleglejsza, a my mogliśmy się przyjrzeć masywowi Magury i Bachurni oraz Górom Czerchowskim, które można było dostrzec na ostatnim planie.

Miejsce było widokowe, a co najważniejsze bardzo ciche i spokojne, dlatego szybko zdecydowaliśmy się, że właśnie ono zasługuje na to by stać się miejscem naszego śniadania 😆 W końcu śniadanie, to jak mówią, najważniejszy posiłek dnia i nie może być spożywany byle gdzie 😉



Na posiłku spędziliśmy prawie godzinę. Gdy się zebraliśmy na zegarku wybiła dziewiąta, robiło się więc coraz cieplej i czas najwyższy było ruszać dalej.


Z Krawcowej schodziliśmy na Baldigań, który stanowił najbardziej wysunięty na północ szczyt w masywie Smrekowicy. Po drodze czekała na nas kolejna porcja rewelacyjnych widoków...






Za Baldiganiem rozpoczął się najmniej interesujący odcinek trasy - najpierw dość strome zejście na bezimienną przełęcz (po drodze woda), na którą można dotrzeć ścieżką dydaktyczną z Doliny Kopytowskiej (Kopytovska dolina), a następnie żmudna droga przez płaskie, ale mocno rozczłonkowane tereny, należące już do masywu Magury.

Droga była wtedy mało ciekawa, więc chyba dlatego tak nas zachwyciły okolice Łacznowskiej Przełęczy (Lacnovske sedlo - 860 m.n.p.m.)


Okolica była intensywnie zielono-żółta od młodych traw i mleczy, że oczy bolały od samego wpatrywania się.



Kiedyś, jak już będę kierował się nieco innymi wartościami przy doborze tras, to przyjadę specjalnie do Łacznowa, po to by wdrapać się tu z kocem i zalec wśród tych mleczy z książką w ręku na cały dzień.


Gdzie tak pięknie? Pamiętajcie - Branisko, Słowacja.


Podążając kwiecistym dywanem, dotarliśmy aż na skraj malutkiej wioseczki, a w zasadzie, biorąc pod uwagę obecny podział administracyjny, to przysiółka. Mowa o Łacznowie, który dziś stanowi fragment wsi Lipovce, położonej kilkaset metrów niżej.


Miejsce to jest prawdziwą dziupelką; szaryszowskim końcem świata, zagubionym pośród gór. Znajduje się tu ledwie parę chałup, typowy dla tej części Słowacji, kościół i... tyle. W sumie nic więcej nie trzeba, dla osób niezmotoryzowanych dodam, że dojeżdża tu autobus.


Przysiółek jest istotnym węzłem turystycznym, bo oprócz szlaków, które prowadzą w stronę wznoszących się w okolicach szczytów, znajduje się tu wejście do Wąwozu Łacznowskiego (Lacnovsky kanon), który tworzy Kamienny Potok.

Tam spotkaliśmy pierwszych tego dnia turystów 😜 Całe trzy osoby.


Wąwóz jest niewielki, ale całkiem malowniczy i będąc w okolicy warto o niego zahaczyć, zwłaszcza w upalny dzień.




Niestety, podczas naszej obecności dno kanionu było wyschnięte, co trochę zmniejszało walory estetyczne. Ale obaj nie żałowaliśmy nadłożenia drogi i wizyty tamże.


Wąwóz nie byłby też prawdziwym wąwozem, gdyby nie stupaćki albo drabinki 😉 Uspokajam, że takowe się znajdą.


1,5 godziny później dotarliśmy do Lipowiec (Lipovce), czyli średniej wielkości wsi. Była 13.15, panował wściekły upał i wiedzieliśmy już, że nadszedł czas na schowanie się w jakimś ustronnym miejscu przed słońcem 😉


Przeczucie, które mówiło mi, że jakaś ławeczka będzie znajdowała się przed sklepem, nie myliło mnie.

Ba, oprócz dwóch ław, mieliśmy także stół i parasol, który przyjemnie odgradzał od słońca. Obok Coop jednota, a w ręku kupione w nim, za 50 centów Sarisze tmave (ciemne). No, bardziej po lokalnemu być nie mogło.

Nie minęło też pięć minut, a konsumpcja odbywała się w towarzystwie lokalnych obywateli. Wpierw jednego, potem drugiego i wreszcie trzeciego - wszyscy wypytywali co, gdzie, jak. Było to zabawne, ale przede wszystkim miłe doświadczenie 😉

Gdy jeden z miejscowych usłyszał, że wędrówkę rozpoczęliśmy w Kysaku, to złapał się za głowę i stwierdził, że "on to tam nawet nigdy traktorem nie był". 😄

Pożartowaliśmy więc tradycyjnie z różnic między polskim i słowackim, a na koniec Panowie niemal odprowadzili nas do granic wsi, gdy wyruszaliśmy już dalej na szlak.


Swoją drogą szlak niebieski z Lipowiec, w kierunku utulni na Mindzowej, też swoim wyglądem nie zachęca do wędrówki. Niemniej jednak warto trochę się namęczyć, bo widoki z pól położonych nad wsią na północne części Braniska są wspaniałe.


Z tyłu masyw Buczy (Buce - 1005 m.n.p.m.).


No i jeszcze raz Lipowce z góry i Branisko.


Z postojem warto wstrzymać się jednak aż do momentu osiągnięcia długiego grzbietu, stopniowo opadającego z Mindzowej w kierunku wsi Hendrichovce. Grzbiet jest bardzo łagodny, a widoki są onieśmielające.



To prawda, że Słowacja pod względem górskiego krajobrazu jest bardziej zróżnicowana niż Polska. Nie ma tej przepaści między Tatrami, a kolejnymi pod względem wysokości górami, wreszcie znajdziemy tam prawie każdy rodzaj gór jaki nam się tylko wymarzy. Ale jednak, jest mnóstwo pasm, które wydają się do siebie podobne - zresztą nie ukrywajmy, powyżej 1500 m.n.p.m. wznoszą się oprócz Tatr, tylko Niżne Tatry, Beskidy Orawskie (tak Słowacy nazywają Żywiecki), Mała i Wielka Fatra oraz Góry Choczańskie. Sześć pasm z 56, które wyróżniają na swojej powierzchni Słowacy.

Na chłopski rozum, trudno więc zaprzeczyć, że wśród tych pozostałych 50, krajobrazy muszą się jakoś powtarzać. A jednak, jak jeżdżę każdego roku za południową granicę, by odkrywać kolejne pasma, tak Słowacja za każdym razem mnie zaskakuje. I ciężko byłoby mi wybrać miejsce, w którym w ostatnich latach podobało mi się najbardziej - no dobra, liderem pozostaje Wielka Fatra  - ale z pozostałych? Zwłaszcza wśród tych mniej znanych pasm, wskazać te mniej atrakcyjniejsze jest naprawdę ciężko.



Jestem zresztą przekonany, że dużo zależy od podejścia. Jeśli od danego miejsca za dużo nie oczekujemy, to istnieje duża szansa, że nas ono oczaruje, bo właśnie wtedy niewiele do szczęścia nam potrzeba.

I właśnie takie jest Branisko czy sąsiedni Bachureń, o których można wprawdzie co nieco wyczytać z mapy, ale co więcej? Znaleźć jakieś zdjęcie z tej części Słowacji jest niełatwo, trudno sobie w wyobraźni więc wyrysować jakiś obraz. Obraz miejsca, w które się wybieramy.

W tym chyba widzę przyczynę dla której słowackie, ale także rumuńskie czy bałkańskie góry tak mi się podobają. Coś tam o nich może słyszałem, ale świadomość, że one cały czas czekają na odkrycie jest dla mnie wyjątkowa i pociągająca.


Tymczasem utulnia, do której tego dnia trafiliśmy, przebiła absolutnie moje oczekiwania. Wiedziałem, że jest stosunkowo nowa, ale spodziewałem się skromnej chatki, która będzie jedną z wielu, w jakich nocowałem z przyjaciółmi.

Co więc Mindzową wyróżnia?

Przede wszystkim fakt, że utulnia to nie tylko chatka ze stołem, ławami i kominkiem. To specjalnie zbudowana altana z miejscem na grilla, której nie powstydziłby się z pewnością niejeden podmiejski dom, w dodatku wyposażona we wszystkie potrzebne narzędzia gospodarcze. To choćby huśtawki, gdzie można sobie pozwolić na chwilę zapomnienia i na powrót stać się dzieckiem, wreszcie Mindzova to świetny widok na Góry Czerchowskie, który możecie podziwiać z huśtawki, altany, ale także z przytulnego ganku samej utulni czy z balkoniku na piętrze. Miejsca tam jest sporo.



Po umyciu się i przebraniu - woda jest jakieś 150 metrów od chatki - zjedliśmy obiad, a następnie, ponieważ pora na to pozwalała, każdy oddał się błogiemu lenistwu. Krystian zajął balkonik, gdzie usadowił się z książką, ja zaś poszedłem na pobliski wierzchołek Mindzowej, gdzie położyłem się na trawie i usnąłem.

Obudziłem się po prawie godzinie, a na niebie powitał mnie piękny cumulonimbus incus. 


Późnym popołudniem zaczęło trochę wiać, dlatego postanowiłem zrobić jeszcze parę zdjęć i wrócić do wnętrza chaty.

Tu widok na Preszów i wznoszące się na południowy-zachód od niego Slańskie Wierchy - tak je definiują Słowacy - bądź Góry Tokajsko-Slańskie - jak je definiują polscy geografowie. 

Niezależnie od przyjętego nazewnictwa i granic - to jeszcze bardziej dziki fragment słowackich Karpat. Do tego jeden z najbardziej wysuniętych na wschód - z ważniejszych i podobnie wysokich jest jeszcze rzecz jasna Wyhorlat, no i fragment słowackich Bieszczadów, zwanych Połoninami Bukowskimi.


Wschodnia część Beskidu Sądeckiego - w oddali - i zachodnia część Gór Czerchowskich.



Wieczorem okazało się, że cumulonimbus jednak się rozpłynął i do zachodu siedzieliśmy sobie na zewnątrz, oglądając widoki. Końcówka dnia może nie była szałowa, a już na pewno nie tak jak finał dnia poprzedniego, ale i tak było ładnie 😉


Po zachodzie ruszyliśmy z grillowaniem, które bardzo szybko zakończyliśmy, bo mieliśmy do zjedzenia zaledwie dwie paczki boczku. Nim poszliśmy spać, trochę czasu spędziliśmy grając w karty, ale to już wewnątrz chaty.

DZIEŃ PIĄTY

Następnego dnia obudziła nas mgiełka i różowo-pomarańczowy świat...




Mgiełka okazała się być na swój sposób prorocza, bo przejrzystość powietrza tego dnia była bardzo przeciętna. Pomimo, że było bezchmurne niebo...

Ale nie wyprzedzajmy faktów! Po śniadaniu dokładnie ogarnęliśmy całą chatkę i jej sąsiedztwo, i ruszyliśmy, po raz ostatni na spotkanie z przygodą. Cel był jasny, choć nie taki prosty - dotrzeć do Sabinowa.

Oczywiście można było podążać za niebieskim szlakiem, ale jego przebieg jest tak nudny, że nie wyobrażam sobie nim maszerować. Jeśli pogoda dopisuje to warto liznąć jednak jeszcze trochę górskich krajobrazów 😉

A skoro utulnia leży w zasadzie na samym wierzchołku Mindzowej, to grzechem jest nie wybrać się na pobliską Magurę i Bachureń 😎


Z Mindzowej, z której była wykonana poprzednia fotka, trzeba było całkiem stromo zejść, po niefajnych kamieniach, dlatego apeluję tam o ostrożność.

Po kilku minutach przeskakiwania, trafiliśmy na Przełęcz Bucze (sedlo Buce), które przywitało nas iście urokliwymi klimatami. Czyli polana, widoczki, lekki wiaterek i jak okiem sięgnąć - zero luda 😍


Taki tam pejzażyk.


Polana podchodzi wysoko pod szczyt Bucze, a w jej górnej części znajduje się stacja wyciągu narciarskiego. Aby jednak dotrzeć na wierzchołek trzeba zanurzyć się na parę minut w lesie. Gdy przecierpimy już wrzuconą w tamtejszy krajobraz wieżę przekaźnikową, to otrzymamy uroczy widok na główny grzbiet Braniska z Patrią i Smrekowicą w roli głównej.

Jedna uwaga, że wierzchołek jest dosyć szeroki, a ścieżka biegnie po jego północnej stronie. Aby móc utrafić na podobny kadr, trzeba z niej zejść i podejść kilka metrów na południe 😊


Wygodną ścieżką, po płaskim grzbiecie maszerowaliśmy w stronę coraz bardziej widocznej Magury. Ten odcinek zdecydowanie mogę określić jednym z najpiękniejszych tej wyprawy 😄😍






W obliczu widoków na trzy strony świata droga zleciała nam bardzo szybko. Ponieważ przełęcz pod Magurą było dla nas ostatnim miejscem na tej widokowej grani, to zdecydowaliśmy się jeszcze na krótką, batonikową przerwę.

Pamiętacie Łacznów? Z osady można dotrzeć tu zielonym szlakiem. Również bardzo widokowym.


Po odpoczynku ruszyliśmy na północ, w stronę Bachurni. Po drodze, na wschodnich zboczach Magury mijaliśmy źródło, więc gdyby ktoś poszukiwał informacji, to uspokajam że jest😂


Trawers Magury doprowadził nas pod Bachureń, czyli najwyższy szczyt pasma o tej samej nazwie.

Ale zaraz, jak to najwyższy szczyt pasma o tej samej nazwie?? Przecież jesteśmy cały czas w Branisku...

Otóż nie, nie jesteśmy i już tłumaczę dlaczego - otóż istnieje coś takiego jak "Branisko i Bachureń" - jest to mezoregion wyróżniany przez J. Kondrackiego, no ale właśnie, uwzględniający dwa osobne pasma. Branisko jest zbudowane głównie ze skał krystalicznych, Bachureń pod tym względem jest już bliższy Beskidom, ponieważ jest pasmem fliszowym.

I tak można sobie pisać, bo geologia z igły robi czasem widły. Jedna przełęcz, niczym nie wyróżniająca się, czasem stanowi granicę dwóch pasm górskich, choć nierzadko trzeba poczytać trochę, bo trudno zdać sobie sprawę, że tą granicę się przekroczyło.

Żeby było śmieszniej, Polacy zaliczają zarówno Branisko jak i Bachureń do Rudaw Słowackich, uważają że jest to ich przedłużenie. Tymczasem Słowacy Branisko traktują jako jako fragment Łańcucha Tatrzańskiego - tak samo jak Fatry, Tatry czy Niżne Tatry - natomiast Bachureń przydzielają do Podholno-Magurskiej oblaści, do której należą Skoruszyńskie Wierchy, Rów Podtatrzański, Magura Spiska czy Góry Lewockie. Podholno-Magurska oblast to dosłownie Obniżenie Podhalańsko-Orawskie, które w rzeczy samej istnieje także w polskiej literaturze, ale obejmuje swym zasięgiem jedynie Kotlinę Orawsko-Podhalańską, Pieniny czy Pasmo Gubałowskie. Góry Lewockie na przykład należą już według nas do Obniżenia Liptowsko-Spiskiego, a Bachureń oraz Branisko - jak wspomniałem do Rudaw Słowackich. 

Niby dwa kraje sąsiadujące ze sobą kraje, a Karpaty podzielone zupełnie inaczej 😂

It's fucking crazy!

PS Warto zwrócić uwagę na datę postawienia tabliczek 😉




Za nami wierzchołek (1081 m.n.p.m.) widziany od strony północnej.


Kolejny odcinek, jest wyjątkowo pozbawiony miejsc widokowych, na dodatek spod szczytu Zliebky trzeba dość stromo zejść w dół. Ścieżka należy do tych rzadko uczęszczanych, choć zaskakująco nie mieliśmy problemów tam z orientacją. Po prostu trzeba się uzbroić w cierpliwość i wyczekiwać Długich Działów, pod którymi znajduje się bardzo atrakcyjna polana.

O właśnie ta 😉


Z lewej Mindzowa, a z prawej Bachureń, z którego zeszliśmy robiąc de facto łuk, okrążając dolinę potoku Mala Svinka.

Miejsce idealnie nadaje się na przerwę i oczywiście je Wam polecam 😊


Polana ciągnie się równoleżnikowo na długości dobrego kilometra, zapewnia więc sporo miejsca na podziwianie widoków. Dodam tylko, że w jej wschodniej części znajduje się górna stacja wyciągu narciarskiego z Dubowicy, która ten urok dzikiego, nieznanego miejsca trochę psuje.


Za polaną ścieżka weszła w las i trawersując Stavenec doprowadziła nas do Przełęczy pod Mardunią (Sedlo pod Mardunou - 750 m.n.p.m.), z której trzeba było się wspiąć na Mardunię, która mimo niewielkiej wysokości dała nam w kość.

Na szczycie jest krzyż i szeroki widok na Góry Czerchowskie oraz Obniżenie Spisko-Szaryskie.



Widok był naprawdę atrakcyjny, ale ponieważ zostaliśmy zaatakowani przez muchy, to uciekliśmy  stamtąd czym prędzej. Dalsza droga okazała się być przyjemna, więc strome podejście odreagowaliśmy idąc po płaskim grzbiecie.



Z Marduni przeszliśmy na sąsiednią Kamienną, gdzie znajduje się kolejna polana z rozległym widokiem tym razem na okolicę Preszowa. Jest też szałas, którego nie widziałem na mapie, zarówno mojej papierowej, jak i online.



Warto zdecydować się podejść jeszcze bardziej na wschód, w stronę skrzyżowania z żółtym szlakiem, ponieważ przy zejściu z Kamiennej przechodzi się skrajem kolejnej polany, mniejszej, ale moim zdaniem bardziej urokliwej. Zresztą oceńcie sami.


Słowacy mają gdzie uciekać od problemów dnia codziennego, zdecydowanie 😈😂





To urokliwe miejsce jest bardzo łatwo dostępne żółtym szlakiem z Uzowskich Peklan, niewielkiej wsi położonej kilka kilometrów na południe.

To taka informacja w stylu off-topu, bo może ktoś będzie zainteresowany jak najszybszym dotarciem tam, zamiast kilkugodzinnego drałowania z Sabinowa 😉

My do Peklan nie schodziliśmy, zmieniliśmy kierunek i ruszyliśmy w kierunku Przełęczy pod Kogutem, mijając po drodze, w lesie, dwa budynki, obok których natrafiliśmy na wodę. Spędziliśmy tam trochę czasu korzystając z cienia i zrobiliśmy sobie krótkie mycie, bo wilgotność tego dnia była upierdliwa, a nasze ciała cieszyły się żywym zainteresowaniem wśród owadów, niczym karp w lidlu przed Bożym Narodzeniem.

Gdy doprowadziliśmy się do porządku, wyszliśmy na spotkanie z Kogutem, który był ostatnim szczytem na naszej majówkowej drodze.



I choć Kogut do wysokich nie należy, to da się z niego całkiem sporo zobaczyć. 



Zejście do Sabinowa nam się trochę dłużyło, ponieważ grzbiet zdawał się nie kończyć, a spieszyliśmy się na pociąg. No i jeszcze sama końcówka - zejście ze Svablovki to było idealne podsumowanie wyjazdu - "spodziewaj się nieoczekiwanego".


Po prostu stromo było jak jasna cholera. Tak stromo, że się pośliznąłem i zaliczyłem glebę 😜


W Sabinowie szybko przeskoczyliśmy przez tory i zdołaliśmy jeszcze kupić bilety na pociąg w kasie. Udało się, Branisko i Bachureń zostało za naszymi plecami!


Czekał nas jednak jeszcze długi powrót do Polski.

Najpierw pociągiem do Preszowa.



Oczywiście na koniec musi być trochę kolejowych klimatów 😁😁


Przystanek osobowy Preszów Miasto.


W Preszowie mieliśmy czterogodzinną przesiadkę, nadarzyła się więc okazja by zobaczyć trzecie co do wielkości miasto Słowacji. Akurat pod tym względem można znaleźć w tym kraju dużo podobieństw - urbanistycznie większość miast i miasteczek jest identycznych wręcz, z czołówki 10 największych miast mógłbym z pewnością wskazać Koszyce, Preszów, Bańską Bystrzycę, Trenczyn, czy Poprad, gdzie znajdziemy charakterystyczny wrzecionowaty rynek, dwie główne doprowadzającego do niego z przeciwległych stron ulice i kilka mniejszych, które łączą się z nim pod kątem prostym.


Dużo jest w tym klimatu i małomiasteczkowości, która sprawia, że często trudno uwierzyć w to gdzie się faktycznie znajdujemy. No bo weźmy taki Preszów, 90 tys. mieszkańcówa gdyby nie betonowe bloki na jego obrzeżach, trudno byłoby tym danym zawierzyć.


Preszowska starówka okazała się być idealna na spędzenie kilku godzin, bo zdołaliśmy ją przejść w godzinę, a resztę czasu spędziliśmy najpierw na pizzy, a potem na kawie i cieście. Trzeba było w końcu jakoś kalorie odzyskać 😉

Wieczorem udając się na dworzec główny, zrobiliśmy sobie jeszcze tradycyjne zakupy lokalnych produktów i składem Leo Express wróciliśmy do Czeskiego Cieszyna, w którym wylądowaliśmy w środku nocy. Podobnie jak przy okazji powrotu z Małej Fatry, przesiedzieliśmy do mniej więcej czwartej na dworcu by przed piątą znaleźć się po polskiej stronie, przy dworcu, skąd pierwszym autobusem pojechaliśmy do Katowic, a następnie do Gliwic.

Oczywiście to ten gorszy sposób by dostać się na wschód Słowacji. Najbardziej praktycznym, jeśli mówimy o transporcie zbiorowym jest Flix Bus bądź Leo Express - obaj oferują przejazdy z Krakowa do Preszowa, które zajmują 4-4,5 h. Z kolei z Preszowa dostaniecie się już bez problemu w każdy rejon Braniska, pod Bachureń, no i do innych pasm, takich jak Góry Czerchowskie, Góry Slańskie, Pogórze Ondawskie czy Wyhorlat. 

Podsumowanie:

Mam wrażenie, że Polacy czasem myślą, że na wschód od Tatr, to już jakaś czarna dziura jest. Stawiam piwo, że tak z 97 proc. Polaków jadących na Słowację wybiera między Tatrami, Niżnymi Tatrami, Fatrami, Słowackim Rajem, Górami Choczańskimi, czy Górami Sulowskimi, no a właśnie z wyjątkiem Słowackiego Raju i fragmentu Niżnych Tatr - wszystkie z wymienionych znajdują się na zachód od Tatr.

A tymczasem w linii prostej z popularnej Jaworzyny Krynickiej do Smrekowicy jest zaledwie 40 kilometrów. Zaledwie 40 kilometrów dalej znajduje się, jak widzieliście na zdjęciach, puste, zupełnie nieodkryte przez masową turystykę pasmo górskie, które widokami od Beskidu Sądeckiego na pewno nie odstaje.

Więc jeśli spędzacie trochę czasu w Krynicy czy w Piwnicznej, to zastanówcie się nad jednodniowym wypadem w Branisko i Bachureń.

Jeśli spędzacie trochę czasu w Słowackim Raju i chcecie sobie zrobić przerwę od wąwozów, to wsiądźcie w samochód i pojedźcie w pasmo Braniska. To kilkadziesiąt minut jazdy!

Wreszcie, jeśli szukacie pomysłu na kilkudniowy trekking, to Branisko i Bachureń też śmiało bierzcie pod uwagę przy doborze kierunku 😊

Myślę, że każdy kto szuka ciszy, widoków i karpackiej atmosfery, będzie zadowolony.

Z pozdrowieniami!

BM

KOMENTARZE

2 komentarze:

  1. Solidny wpis, piękne rejony :) Jak się człowiek włóczył np. po Górach Wołowskich czy Rudawach Weporskich to też miał wrażenie, że to rejony zapomniane przez turystów. Przyczyna strasznego huku się wyjaśniła??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, i nie mam pojęcia co to było. Natomiast pamiętam, że dawno mnie nic tak nie zestresowało jak ten huk. Ale z drugiej strony po powrocie do domu nie spędziłem kilku godzin na poszukiwaniach, przejrzałem parę stron i dałem sobie spokój.
      Pozdrowienia! :)

      Usuń

Back
to top