Säntis - z widokiem na sześć krajów Europy

Łańcuch górski: Alpy (Alpy Zachodnie)

Sektor: Szwajcarskie Prealpy

Pasmo górskie: Alpy Appenzell

Podgrupa: Alpstein

Wspaniała, ale wymagająca kondycyjnie całodzienna tura poprowadzona w poprzek masywu Alpstein, zahaczająca o jego najwyższy szczyt oraz imponującą grań Lisengrat. Kapitalne widoki na wszystkie strony świata, trudności techniczne niewielkie, miejscami duża ekspozycja. W sezonie możliwe zatory w pobliżu szczytu.


Oczywiście głównym powodem dla którego przyjechałem do Szwajcarii nie było pobyczenie się na kempingu, bo to mogłem robić w Kleinwalsertal (do tego za znacznie niższą cenę 😁), a zorganizowanie sobie jakiegoś trekkingu. Długo nie musiałem się zastanawiać co obrać za swój cel - zaledwie kilkadziesiąt kilometrów w linii prostej od najwyższych szczytów Alp Algawskich wznosi się niewielki powierzchniowo wapienny masyw Alpstein, a w nim Säntis, najbardziej na północ wysunięty szczyt Alp położony między Lazurowym Wybrzeżem i doliną górnego Renu, przekraczający 2000 m n.p.m., co automatycznie czyni zeń także najbardziej na północ wysunięty szczyt Szwajcarii w tej samej kategorii.

Jakby tych tytułów było Wam mało, to dodam również, że Säntis, to najwybitniejszy szczyt Europy, na wierzchołku którego znajduje się ogólnodostępny taras widokowy i prawdopodobnie jeden z nielicznych szczytów w Europie, z którego widać terytoria należące do sześciu krajów (Szwajcarii, Niemiec, Austrii, Liechtensteinu, Francji i Włoch).

Czy muszę coś jeszcze dodawać? Chodźmy na szlak.

Droga z kempingu do dworca kolejowego
Jeśli po przydługawym wstępie zdążyliście sobie wyobrazić, że Säntis musi być popularną górą, to nie będę Was wyprowadzał z błędu. Tak, ta góra jest cholernie popularna, natomiast w samym masywie da się poczuć trochę swobody - oczywiście nie tak jak w Alpach Algawskich, ale z pewnością osaczeni czuć się nie będziecie. Sposób jest prosty - wybrać męczącą i dość długą pieszą wędrówkę z dołu na szczyt, a następnie maksymalnie skracać czas spędzony na wierzchołku 😊

Jeśli chodzi o piesze szlaki, to wariantów jest kilka. Najprostszy i najdłuższy wiedzie od strony północno-wschodniej z osady Wasserauen, przez jezioro Seealpsee, a następnie wschodnimi zboczami na szczyt. Średni - od południa - z osady Laui, a najkrótszy - z północnego-zachodu - z płaskowyżu Schwägalp. Oczywiście opcji jest więcej, bo i szlaków w tym rejonie jest sporo, ale większość z nich jest już naprawdę długa, dlatego nie będę ich tu wszystkich wymieniał.

Ja na wejście wybrałem ostatni z przedstawionych wariantów - najkrótszy, niestety jak to często bywa, poprowadzony w stromym i dość zjadliwym terenie. Schodziłem do Wasserauen i wydaje mi się że jest to rozsądne rozwiązanie, co postaram się uzasadnić w dalszej części relacji.

Oba te punkty z Jakobsbad są bardzo dobrze połączone transportem zbiorowym, dlatego krótko po 7.30 pomaszerowałem na pociąg jadący w stronę Gossau.


Ten przejazd był jednak bardzo krótki - wysiadłem po przejechaniu kilku kilometrów w miejscowości Urnasch, gdzie przesiadłem się na czekający przy lokalnym dworcu, czy raczej dworczyku, autobus linii 791, podjeżdżający pod ścianę Säntisa wyrastającą z płaskowyżu Schwägalp, gdzie znajduje się też dolna stacja kolei linowej.

Po kilkunastu minutach jazdy byłem już na miejscu.


Tak na oko około 95 proc. pasażerów szczelnie wypełnionego autobusu (to były czasy przedcovidowe 😜) pognało ustawić się w kolejce do kolejki, tymczasem ja po zrobieniu dwóch kroków w bok, czułem się już w zasadzie odizolowany od reszty społeczeństwa, choć stwierdzenie, że byłem sam na sam z górą, wciąż byłoby nieprawdziwe. 

Säntis, czy raczej jego północna ściana, prezentuje się z płaskowyżu imponująco, niemniej jednak trudno jest oddać jego majestat, bo z oczywistych względów fotki w tym rejonie o poranku będą robione pod słońce. To chyba największa wada, jeśli zaczynamy wycieczkę właśnie przy dolnej stacji kolejki.


Pierwsze metry to lajt - należy się skierować bowem na zachód a nie bezpośrednio pod ścianę. Generalnie jeśli będzie mieli taką możliwość - ja nie miałem, bo byłem przyblokowany innymi ludźmi w autobusie i nie chciałem się pchać - to możecie wysiąść na przedostatnim przystanku, spod którego jest nieco krócej. Ci co zostawią samochód na parkingu muszą z automatu pokonywać identyczną drogę co ja.

W osadzie Gmeinenwisen (1352 m n.p.m.) skręciłem pod kątem ostrym w lewo, od tej pory nabierając wysokości. Początkowo, podczas przechodzenia pośród pastwisk i późniejszych piargów jeszcze stosunkowo powoli i bez większych niespodzianek. Te zaczynają się w zasadzie dopiero powyżej 1600 m n.p.m, ale nim na dobre rozpocznie się wspinaczkę, warto zatrzymać się i spojrzeć za siebie.


Sygnałem potwierdzającym, że znalazłem się powyżej 1600 m n.p.m. była gwałtowna zmiana kierunku szlaku. Chwilę później po krótkim trawersie natrafiłem na pierwszy "grubszy" fragment, czyli podejście po skalisto-trawiastym filarze sąsiadującym z jednym z wielu żlebów w tej okolicy.




Filar, którego nachylenie wraz z nabieraniem wysokości stopniowo się zmniejszało, wyprowadził mnie na skraj rozległego trawiastego zbocza. Rzut oka na mapę pozwolił mi się przekonać, że o to trafiłem na 1800 m n.p.m. i do grani pozostało mi już niespełna 300 metrów podejścia.


Z tego poziomu widoki na północ robiły też już spore wrażenie. Jak na dłoni widać było cały płaskowyż, z którego startowałem oraz ograniczający go od północnego-wschodu masyw Kronbergu (1663 m n.p.m.), za którym znajduje się niewidoczne Appenzell czy Jakobsbad z kempingiem.



Kilkanaście minut później, dający trochę wytchnienia, długi trawers skończył się, a wraz z nim w oddali pokazała się grań z budynkiem schroniska i powiewającą na wietrze szwajcarską flagą. W tym momencie czułem już głód, ale postanowiłem zacisnąć zęby i spróbować pokonać jeszcze te pozostałe 150 metrów w pionie, zwłaszcza, że jedyną opcją było usiąść na ścieżce, a tą przemykali co jakiś czas inni turyści.




Na grani, przy gasthausie Tierwies (2084 m n.p.m.), zameldowałem się o 9:10, co oznaczało, że drogę z dolnej stacji kolejki pokonałem w godzinę i piętnaście minut. Był to naprawdę satysfakcjonujący czas, gdyż internet zapowiadał wcześniej, że być może na pokonanie tego odcinka będę potrzebował nawet do dwóch godzin.


Nie należało jednak popadać w nadmierne zadowolenie - do szczytu było wciąż daleko, w dodatku przede mną pozostawał odcinek wspólny dla dwóch innych popularnych szlaków, które poprowadzone są po południowej stronie grani, a co za tym idzie musiałem się liczyć z wolniejszym marszem.


Po wrzuceniu w siebie jakichś słodyczy ruszyłem w stronę widocznego z przełęczy Säntisa, zatrzymując się jednak po przejściu niewielkiej odległości aby sfotografować wciśnięty w niewielkie siodło budynek gasthausu.

Samo siodło rozdzielało zaś Grenzchopf (2193 m n.p.m. - na zdjęciu) oraz Grauchopf (2215 m n.p.m.) i znajdowało się w najdłuższym z kilku grzbietów tworzących Alpstein. Nie będę tym razem wnikał szczegółowo w kwestie topografii, bo i bez tego ta relacja jest dosyć długa, natomiast ten krótki opis mam nadzieję w razie czego pozwoli Wam zlokalizować punkt na mapie 😉


Przy okazji spieszę zaznaczyć, że okolice przełęczy widokowo bardzo mi przypadły do gustu - widok na południowy-zachód robił wrażenie i przede wszystkim pozwalał na żywo zrozumieć to co wcześniej wyobrażałem sobie na podstawie mapy. Nie ukrywam, że nie spodziewałem się, że grań, którą obserwowałem i której fragmentem podążałem, okaże się taka długa i że położone w niej szczyty okażą się takie charakterne - tymczasem na przykład pierwszy szczyt na lewo od widocznego najbliżej mnie Grenzchopfu nawet nie nosił nazwy! 😁

Z takich ciekawostek jeszcze, to z kolei sąsiad "bezimiennego wyrchu", ten na lewo od niego, pięknie okazał się korespondować ze swoją nazwą - Silberplatten (2156 m n.p.m.).

Cóż, nie da się ukryć, że srebrna płyta była stąd doskonale widoczna.

Od lewej: Stoss (2111 m n.p.m.), dwie nienazwane turnie (2098 m n.p.m. i 2103 m n.p.m.), Silberplatten (2156 m n.p.m.), kolejny bezimienny wierch (2140 m n.p.m.) oraz Grenzchopf (2193 m n.p.m.)
Jeśli zastanawialiście się dlaczego do tej pory nie pokazywałem Wam bohatera dzisiejszej relacji, choć cały czas był doskonale widoczny, to odpowiedź jest jedna: słońce! Cały czas całkowicie uniemożliwiało zrobienie jakiejś dokładnej i dobrej fotki Säntisowi, a jakby tego było mało, powyżej 2150 m n.p.m. w krajobrazie zaczęła dominować, oślepiająca w tych warunkach, wapienna skała. Zatem pamiętajcie też koniecznie o okularach przeciwsłonecznych!

Girenspitz (2446 m n.p.m.) i Säntis (2502 m n.p.m.)
Poruszając się czymś na kształt wapiennego tarasu, zacząłem się zbliżać do zacienionych górnych partii żlebu na dnie którego znajdował się płat śniegu o całkiej sporej powierzchni. Prawdopodobnie zalega on cały rok, a całkiem spory fragment przyszło mi pokonać (zalegający śnieg widać też na zdjęciu powyżej), natomiast do jego pokonania powinny wystarczyć kijki.

Przy okazji warto też wspomnieć, że po drugiej stronie grzbietu, można znaleźć jedyny w Alpsteinie, lodowiec, choć ze względu na jego rozmiary (mierzony po raz ostatni w 2010 roku liczył 0,026 km kwadratowego) bardziej pasuje określenie lodowczyk. Nie wnikając jednak w dyskusję, trudną do rozstrzygnięcia nawet dla ekspertów, chciałem Wam inną ciekawostkę z nim związaną zaserwować - mianowicie wyobraźcie sobie, że ów lodowiec mimo tego, że jest położony, podobnie jak Schwarzmilzferner w Alpach Algawskich, na stosunkowo niskiej wysokości, topnieje wolniej niż większe (co nieznaczy, że duże; żaden z nich nie przekracza 0,5 km kwadratowego) i wyżej położone lodowce we wschodniej Szwajcarii. Szacuje się, że zniknie całkowicie dopiero w 2045 roku, tj. później niż lodowiec Pizol i Sardona (znikną do 2030 roku), Chligletscher (2035 r.) oraz Glasergletscher (2040 r.). Ta nietypowa na pierwszy rzut oka zależność wynika z jednej strony z dogodnego ukształtowania terenu (podobnie jak Schwarzmilzferner tak i Blau Schnee wypełnia szczelnie osłonięte zagłębienie po północnej stronie szczytu), a z drugiej z faktu, że lód jest mocno przykryty piargami, które zdaniem glacjologów spowalniają topnienie. Z pomiarów przeprowadzonych w 2011 roku wynika, że grubość lodu wynosi 20 metrów.

Lodowca Blau Schnee Wam niestety nie pokażę, musi wystarczyć płat śniegu po zachodniej stronie szczytu i koziczka w bonusie 😋
Po przejściu przez płat śniegu zalegający w stosunkowo łagodnie nachylonym terenie, rozpoczęła się krótka przeprawa na grań między Girenspitz (2440 m n.p.m.) a Säntisem. Tu krótkie wyjaśnienie - Girenspitz jest jednym z ważniejszych szczytów zwornikowych w masywie, bo od północnej, skrajnej grani Alpsteinu odchodzi tu poprzecznie ułożona do niego grań łącząca go z Säntisem i drugim w kolejności Altmannem.


Niemalże ostrzem grani poprowadzony został dalszy odcinek szlaku. Tu już jednak lubią tworzyć się zatory, a cały ten odcinek przypominał mi nieco grań pod Triglavem. 





Największym zaskoczeniem okazało się jednak przejście... tunelem wykutym wewnątrz wierzchołka, powstałym wraz z pracami przy budowie tutejszej stacji meteorologicznej w XIX wieku. Tunel sam w sobie był dla mnie zaskoczeniem, do tego był długi i o dziwo - miałem go na wyłączność (być może jeszcze były jakieś tajemne przejścia, dzięki którym tłum rozpłynął się w powietrzu 😉) 

Tunel pod wierzchołkiem
Wizytę na wierzchołku zacząłem nietypowo, bowiem zamiast podreptać od razu na taras widokowy, poszedłem najpierw do restauracji szczytowej na kawę. Poniekąd wynikało to z tego, że taras okupowały dziesiątki osób, więc dałem sobie szansę przeczekać 😀

Po wypiciu białej kawki z nadzieją spojrzałem w górę i kiedy dostrzegłem trochę wolnej przestrzeni, błyskawicznie wystzeliłem, żeby dorwać dla siebie trochę tych widokowych kąsków i porozkoszować się rozreklamowaną panoramą terenów przypadających na aż sześć krajów.

Alpy Lechtalskie i Lechquellengebirge były naprawdę dobrze widoczne (na zdjęciu na ostatnim planie z prawej strony), Alpy Algawskie znacznie słabiej (były lekko zamglone). Las Bregencki, którego szczyty zajmują większość ostatniego planu, za to pięknie się wdzięczy

No dobrze, te sześć krajów to jest oczywiście delikatny chwyt marketingowy, bo to co należy do Włoch i jest widoczne z Säntisa, to Berninagruppe czy też jak kto woli Masyw Piz Bernina. W linii prostej to ok. 100 km i oprócz bezchmurnej pogody do ich zobaczenia potrzeba doskonałej przejrzystości, której tego dnia mi brakowało.

Oczywiście i bez najwyższej części Alp Wschodnich w zasięgu wzroku całość i tak robiła bardzo duże wrażenie. W dodatku na panoramę bardzo miło się patrzy także dzięki różnorodnemu pierwszemu planowi, który tworzyły poszczególne grzbiety Alpsteinu. Miło, naprawdę miło!

Na ostatnim planie pośrodku masyw Schesaplany w Silvrettcie.

Na pierwszym planie grzbiet Churfirsten (który planowałem odwiedzić ale zabrakło czasu). Na ostatnim planie, nieco z prawej, masywny, oblepiony lodowcem, Todi (3613 m n.p.m.)

Bez problemu odnalazłem swój kemping (choć przyznam, że namiotu nie dostrzegłem 😛), a oprócz niego także sąsiednią miejscowość Gonten i nieco bardziej odległe: Sankt Gallen oraz Jezioro Bodeńskie



Na szczycie w sumie nie zabawiłem zbyt długo. Kawa i wizyta na tarasie zajęły mi w sumie około 30 minut, to jest mniej niż zakładałem. Niemniej jednak uznałem, że na dłużej zatrzymam się, gdy już odejdę od szczytu - pobyt na Säntisie i w jego bezpośrednim otoczeniu, mimo imponującego widoku był dla mnie męczący i w pewien sposób nawet stresujący, ze względu na harmider - z jednej strony sporo osób i generowany przez nich hałas, z drugiej nagromadzenie budowli przeszkadzające w kontemplacji lokalnych panoram. Kilka lat temu Säntis określiłbym po prostu mianem takiej stereotypowej alpejskiej góry, zaaranżowanej przez człowieka, ogólnodostępnej i niemal całkowicie pozbawionej charakteru. Dziś już pod podobną tezą bym się nie podpisał, mało tego, z wiekiem doceniłem, że są takie miejsca, i to wcale nie pojedyncze, gdzie każdy chętny, niezależnie czy starszy czy młodszy, schorowany czy w pełni sił, może się zjawić aby cieszyć się pięknem gór. Natomiast będąc w całkiej niezłej formie cieszyłem się, że z tego ula mogę uciec i niemalże w dowolnym innym miejscu być sam - bo na tym polega prosty przepis na Alpstein - spedzić jak najmniej czasu na Säntisie, jak najwięcej na sąsiadujących z nim graniach.


Na miejsce przerwy wyznaczyłem sobie południowo-wschodni przedwierzchołek zwany Chalbersäntis. Niestety nie jestem w stanie Wam wytłumaczyć tej nazwy, bo przedrostek "Chalber" nie do końca jest dla mnie jasny, niemniej jednak mam wrażenie, że doszło tu do pewnej ewolucji zapisu słowa "Halber", co znaczy "pół"; "w połowie" i co miałoby pewien sens patrząc po jego usytuowaniu. Wnioskuję to po tym, że choć w Appenzell i północnej części Gryzonii, czyli w kantonach, na granicy których się znajdowałem, językiem urzędowym jest niemiecki, to miejscowi używają dialektu górnoalemańskiego, różniącego się od tradycyjnego niemieckiego. Zapewne z tego samego powodu pokazywane wcześniej przeze mnie Grenzchopf i sąsiedni Grauchopf, byłyby odpowiednikami Grenzkopfu i Graukopfu ("Kopf" to dosłownie głowa, ale tłumaczyłbym to raczej jako "kopa" zatem - "Graniczna Kopa" i "Szara Kopa").

Gdyby ktoś był w stanie potwierdzić bądź zaprzeczyć mojej tezie, niechaj pisze w komentarzu.


Po przerwie na drugie śniadanie byłem pełen zapału do dalszej wędrówki. I tu od razu chciałbym Was poinformować, że jeśli myśleliście, że teraz to już będzie tylko w dół i nudno, to mam Was, zabawa dopiero się zaczyna!

Odcinek grani łączącej Säntis z Altmannem nosi nazwę Lisengrat i da się go pokonać fantastycznym znakowanym szlakiem.

Gotowi?


Zachodni kraniec grani wyznacza Chalbersäntis, niemniej jednak posługując się takimi ramami, trzeba byłoby wskazać, że początek jest bardzo prosty - wiedzie lekkim trawersem kilkanaście metrów poniżej grani, przecinając pokryte w wielu miejscach trawami, zbocza. 



Zabawa zaczyna się dopiero dalej, gdy trawy zanikają, pojawia się goła skała, a trawers zaczyna być mocno eksponowany. Poza ekspozycją nie ma tu jednak żadnych trudności technicznych, choć te na pewno się pojawiają w przypadku oblodzeń.


Ten pierwszy, ciekawy odcinek szlaku przypominał mi trochę końcówkę szlaku na Mięguszowiecką Przełęcz, zarówno pod względem charakteru jak i długości. Oczywiście inny był rodzaj skał.


Jedno nie ulegało natomiast możliwości - ten szlak, pomimo tego, że poprowadzony był w terenie sypkim, mocno eksponowanym, to był doskonale przygotowany. Lina rozpięta na całej długości, stopnie wykute w skale - niby strach, bo przepaść, ale jednak ryzyko ograniczone do minimum.



Prześwietnym miejscem jest przejście z północnej, na południową stronę grani, z którego duże wrażenie robi dalszy przebieg szlaku (jakby wcześniejszy nie robił :D) Poręczówki po obu stronach, kamienna drabina i brak możliwości aby się minąć...



Lisengrat i Säntis w tle
Po wejściu na wierzchołek wznoszący się na 2310 m n.p.m. moim oczom ukazało się wyraźne obniżenie grzbietu z widocznymi rozstajami na przełęczy Rotsteinpass, na której miałem zakończyć przygodę z granią. Widok ten, jakże odmienny od tych obserwowanych przez wcześniejsze kwadranse, zapierał dech w piersiach, przywodząc na myśl wzburzone morze...





Zejście na przełęcz było stosunkowo łagodne, na pewno łagodniejsze niż sobie to wyobrażałem, i nawet nazwałbym je mianem przyjemnego. Jakby tego było mało, lada moment miało nadejść schronisko, a z nim przerwa na obiad.

Ostatnie metry przed przełęczą
Churfirsten z okolic Rotsteinpass
Po dotarciu do schroniska z ogromną przyjemnością usiadłem przy wolnym stoliku z ciekawością wyczekując tego, co będę miał okazję zjeść. Z przykrością jednak po raz kolejny stwierdziłem, że stopień zaawansowania mojego niemieckiego okazał się być niewystarczający do odpowiedzialnego podejmowania decyzji przy stole. W końcu zamówiłem coś mięsnego, licząc na łut szczęścia jak to bywa w tym powiedzeniu z głupim, ale niestety tym razem się chyba nie sprawdziło, dostałem bowiem coś co przypominało smażoną mortadelę (i chyba nią było, natomiast mortadela w zasadzie we wszystkich językach nazywa się podobnie - tam zaś było zupełnie niepowiązane słowo) oczywiście z makaronem. Nie żeby było niesmacznie, nie żebym się nie najadł, ale liczyłem, że trafię na coś nieznanego albo w połowie nieznanego. Jeśli była to mortadela, czego nie jestem w stanie potwierdzić, to z pewnością najdroższa w życiu, bo z kolą zapłaciłem koło 30 (+/-, nie pamiętam dokładnie) CHF.

Wniosek? Kurna, uczcie się języków i nie przestawajcie nawet jeśli wydaje się Wam, że już coś potraficie.

No chyba, że stać Was na rozczarowujące wybory 😁😂

Ale za to papierowa podkładka wspaniała!
Na tarasie spędziłem łącznie 45 minut i w dalszą drogę ruszyłem punkt pierwsza. Nad Altmannem pojawiły się wtedy jakieś chmury i przez chwilę pomyślałem, że zanosi się na deszcz, na szczęście były to zupełnie niesłuszne podejrzenia.


Przed sobą miałem zejście - 1300 metrów - na szczęście rozłożone na kawałki. Oczywiście szkoda było opuszczać grań, ale do górnej granicy lasu miałem jeszcze spory kawał drogi, a w międzyczasie - innych ciekawych widoków miało nie brakować :)


No to zerkamy raz jeszcze na Säntis - kto wie czy nie po raz ostatni

Krowy też raków nie ubierały - skandal!
Pierwszy odcinek zejścia zakończyłem w górnych partiach doliny Oberchallen, która mnie absolutnie zachwyciła. Ten obłędnie zielony skrawek Alpsteinu miałem prawie wyłącznie dla siebie!




I kiedy wydawało mi się że, że już byłem tak zachwycony, że wręcz unosiłem się nad ziemią, po mojej lewicy niespodziewanie ukazał mi się widok... osady pasterskiej. Ale nie takiej byle jakiej, z jedną dwiema chałupami, to była prawdziwa osada, z szałasami, domami, gasthausem i niewielkim kościółkiem!


Przyznam, że nie od razu świadom byłem na co tak naprawdę patrzę. Nieco później, przygotowując tego samego dnia kolację na kempingu, doczytałem w internecie jak niezwykłe miejsce widziałem - wyobraźcie sobie bowiem, że osada istnieje w tym miejscu - na 1517 m n.p.m. - co najmniej od 1074 roku! Co najmniej, ponieważ wtedy po raz pierwszy pojawia się na mapie, stworzonej przez Nortberta, opata słynnego opactwa w Sankt Gallen. W XVII wieku osada się zaczęła rozrastać, w XIX wieku doczekała się własnej karczmy, a na przełomie XIX i XX wieku miała również doczekać się kolei zębatej z Wasserauen.

Do realizacji tej inwestycji jednak nie doszło zabrałko bowiem środków. Za te co były zbudowano kaplicę, a do Meglisalp nadal nie można było dotrzeć w żaden inny sposób jak pieszo. I właśnie bez żadnych "wspomagaczy" dostarczano wszelkie materiały przy okazji budowy nowych budynków i zagród - wszystko noszono na plecach.

Kolej towarowa, której jedna z podpór załapała się na zdjęciu powyżej, powstała dopiero w 1952 r.!, i do dziś jest to jedyne udogodnienie w tej części Alpsteinu. 

W osadzie można nocować - w gasthausie działającym od 1898 roku. Koniecznie muszę tu kiedyś wrócić, bo to fantastyczne miejsce!
Z Meglisalp wiąże się też pewna legenda, dość znajomo brzmiąca jak większość tego typu opowieści. Ale w skrócie Wam ją opowiem:

Dawno, dawno temu, dwóch alpejskich pasterzy dzieliło halę położoną wysoko nad jeziorem Seealpsee. Górna część hali, położona w stromo nachylonym terenie i trudniejsza do uprawy, należała do Joshuy, starszego z nich. Dolna część była urodzajna, bo w jej środku lśniło głębokie błękitne jezioro, które służyło bydłu jako źródło wody pitnej. Ten kawałek należał do Meggelina.

Joshua był skrytym, zrzędliwym samotnikiem, podczas gdy Meggelin była wesołym i powszechnie kochanym człowiekiem. Napędzany zazdrością i niechęcią, Joshua czekał na właściwy moment, aby wypędzić Meggelina z hali i przejąć jego kawałek.

Pewnego wieczoru chatkę Joshuy odwiedziła tajemnicza postać i poprosiła o nocleg. W zamian Joshua zażądał, aby nieznajomy pomógł mu wypędzić Meggelina z jego części górskiej hali.

Nieznajomy zgodził się na warunki i rzucił wtedy okropną klątwę na halę Meggelina: strumienie wyschły, a sama hala w efekcie opustoszała, ponieważ pasterz nie był w stanie bydłu zapewnić warunków bytowych. 

W swoim cierpieniu Meggelin zwrócił się do tajemniczych krasnali, mieszkających w jaskini na tyłach jego hali. W czystą noc, przy pełni księżyca, istoty próbowały odczarować ziemię. Ale klątwa rzucona przez nieznajomego była tak silna, że krasnoludki nie zdołały przywrócić starego stanu. Mimo czarów jeziora i spływającego do niego strumienia wciąż brakowało. Niemniej jednak studnie były znów pełne każdego ranka, a to wystarczało dla Meggelina i jego bydła. 

Tymczasem Joshua, ponownie doczekał się wizyty tajemniczego gościa, żądającego tym razem części jego wynagrodzenia. Stary pasterz ani myślał o dzieleniu się pieniędzmi, więc rozeźlony przybysz w odwecie pogrzebał mężczyznę i całą jego chatę. Miejscowi do dziś wskazują ogromny kamień, który przygniótł chałupę Joshuy - zowie się on "Spitzig Stein" to znaczy: Szpiczasty Kamień.

Mimo trudności, Meggelin w ciągu kolejnych lat rozbudował swoją chatę ślubując, że będzie troskliwie opiekował się wszystkimi, którzy odwiedzą jego włości. Czary krasnali są widoczne i dziś, ponieważ hale Meggelina, które obecnie określane są mianem Meglisalp, mimo braku jeziora i wysychającego koryta potoku, wciąż dostarczają mieszkańcom wystarczającą ilość wody by przetrwać.

źródło: meglisalp.ch



Punkt, w którym stoi kapliczka nazywa się Kreuzbohl (1527 m n.p.m.), i pełni ważną orientacyjnie rolę - to tutaj znajdujje się odejście w stronę Meglisalp

Szlak, którym szedłem, okazał się również dalej serwować fenomenalne widoki - tym razem na dolinę Schwendetal, największą dolinę Alpsteinu, ciągnącą się od wsi Schwende aż po - jeśli liczyć doliny zawieszone stanowiące jej przedłużenie - wierzchołek Säntisu.

Być może widok na sześć krajów sprzedaje się świetnie marketingowo, podobnie jak w przypadku Alp Algawskich "widok na 400 szczytów", którym reklamowany jest Nebelhorn, ale z całym szacunkiem, ja wolę takie niespodzianki, gdzie szczękę urywa nie mniej boleśnie, a jednocześnie nie trzeba wyczekiwać nie wiadomo jakich warunków meteorologicznych 😛

Panorama Schwendetal
Podobnie spektakularne i bolesne, jak mój opad szczęki na panoramę Schwendetal, miało być samo zejście nad jezioro Seealpsee. Wprawdzie nie musiałem się na nie decydować, bo można pójść na około i, albo w ogóle o nie nie zahaczać, albo właśnie nadłożyć drogi (sporo nadłożyć), ale zaniechanie wizyty nad Seealpsee to byłby grzech.

Widzicie nitkę szlaku na otwartej przestrzeni? Tamtędy zszedłbym nad jezioro, gdybym poszedł na około (w sumie to ponad 2 kilometry dalej, ale tylko ok. 20 min więcej)
Schodziło mi się niefajnie... Po pierwsze byłem już trochę zmęczony, a po drugie... Popatrzcie na ten widok, wyobraźcie sobie lipcowy upał, a następnie uwzględnijcie, że miałem z tyłu głowy świadomość, iż w Seealpsee, jak w wielu alpejskich jeziorach, można się na legalu kąpać.


Samo Seealpsee to największe jezioro Alpsteinu (11,4 ha) i najsłynniejsze jezioro górskie północnej Szwajcarii - ładnie położone, łatwo dostępne, a zatem i bardzo popularne.

Znajdują się tu dwa gasthausy - oba sytuowane po północnej stronie jeziora. Pierwszy to Gasthaus Seealpsee, drugi to Gasthaus Forele, o których informacje znajdziecie na końcu posta.

Gasthaus Seealpsee usytuowany jest malowniczo na skalistym cyplu
Od północy nad jeziorem góruje masyw Schäflera (1925 m n.p.m.)
Tak jak wspomniałem - w jeziorze można się kąpać. Nie oznacza to wcale, że panuje tu jarmarczny klimat, słychać krzyki albo wycie wydobywające się z przytachanego głośnika - wręcz przeciwnie, potrafi być kameralnie i miło. Jest to też po części zasługa faktu, że tutejszy brzeg jest stosunkowo łagodny i sprzyja zachowywaniu pewnego dystansu a nie tworzeniu się zwartej grupy przebywającej na niewielkiej powierzchni.

Woda w jeziorze - tamtego lata - była niezwykle ciepła, tym bardziej jeśli wziąć pod uwagę fakt, że mowa o górskim stawie. Ale jestem przekonany, że była cieplejsza niż zwykle w lipcu, trafiłem bowiem na okres upałów - w ciągu mojego przeszło 10-dniowego pobytu codziennie temperatury sięgały 30 stopni Celsjusza.

Niemniej jednak nie będę udawać, że było mi to nie w smak 😂 Po całodniowej wycieczce z przyjemnością wskoczyłem do wody.


Znad jeziora widać Säntis, choć szczyt jest widoczny tylko z fragmentu północnego brzegu. Wydaje się tak odległy, że aż nie chce się wierzyć, że niektórzy wchodzą na jego wierzchołek właśnie od tej strony.



Znad jeziora do Wasserauen można dojść na dwa sposoby - pierwszy to droga asfaltową drogą, drugi to spacer przez osadę Gross Hutten i następnie dość strome zejście. Ten ostatni wariant jest na pewno bardziej atrakcyjny, ale ja wykąpany i wyluzowany nie zamierzałem ponownie zdobywać wysokości a dreptać najszybszą drogą w stronę stacji kolejowej i kempingu...

Z tego miejsca do Wasserauen pozostaje około 50 minut drogi


W Wasserauen, czyli osadzie położonej u wylocie Schwendetal, oprócz tradycyjnego parkingu powitała mnie zadbana stacyjka kolei wąskotorowej wraz z kawiarnią utworzoną w odstawionym wagonie. Długo niestety nie zabawiłem na zdjęciach, bo chwilę po tym jak przyszedłem przy peronie zameldował się skład, w który oczywiście wsiadłem.


Droga powrotna do Jakobsbad była idealnym podsumowaniem wspaniałego dnia. Otwarte okno, wpadający do wnętrza podmuch wiatru i fantastyczne widoki na góry. Chciałoby się dłużej tak sunąć wzdłuż i wszerz Szwajcarii - kiedyś zresztą muszę tak zrobić.



Cóż można rzec na koniec - była to wyborna przygoda i jestem strasznie rad, że Alpstein znalazł się na tej krótkiej liście miejsc do odwiedzenia podczas 10-dniowego Eurotrio (dla nieśledzących od początku relacji z Alp Algawskich - tak nazwałem swój pierwszy pobyt na pograniczu Niemiec, Austrii i Szwajcarii). Bez wątpienia poziomem widoków i wartością nowych doświadczeń dorównywał pozostałym wycieczkom realizowanym w tamtym czasie, choć przyznaję, bałem się, że poprzez swoją popularność, ciężko go będzie tak dobrze wspominać.

źródło: alpenvereinaktiv.com

Na koniec - cała wycieczka zajęła mi 8,5 godziny (łącznie z przerwami). Odliczając same postoje na kawę na szczycie, obiad na Rotsteinpass i kąpiel w Seealpsee, można na podstawie poniższej rozpiski zauważyć, że czystego marszu było sześć godzin 😁 A byłoby jeszcze mniej gdyby nie zatory pod Säntisem...

Schwägalp (07:50) -> Berggasthaus Tierwis (09:10/09:20) -> Säntis (10:20/10:45) -> Chalbersantis (10:55/11:30) > Rotsteinpass (12:15/13:00) > Seealpsee (14:50/15:40) -> Wasserauen (16:20)

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Dojazd

- Z Jakobsbad do Schwägalp (przystanek końcowy Schwägalp, Säntis-Schwebebahn)

Pociągiem Appenzeller Bahn do Urnäsch a następnie autobusem linii 791 (autobus stoi bezpośrednio przy dworcu) - ROZKŁAD JAZDY | 3,60 CHF

- Z Jakobsbad do Wasserauen

Pociągiem Appenzeller Bahn bezpośrednio do stacji końcowej Wasserauen (czas jazdy 24-29 min) - ROZKŁAD JAZDY | 3,60 CHF

Parkingi w Wasserauen kosztowały w sezonie 2020 3-5 CHF (w zależności od parkingu) za cały dzień.

Parking przy dolnej stacji kolejki na Säntis jest darmowy.

Kolej linowa Säntis (Säntis-Schwebebahn)

Kolejka kursuje w szczycie sezonu letniego (od 15 maja do 24 października) między 07:30 a 18 (ROZKŁAD JAZDY). Istnieje jednak jeden bardzo ciekawy wyjątek - w święto narodowe (Nationalfeiertag przypadający 1.08) okres kursowania jest znacznie wydłużony w 2020 roku kolejka jeździła między 05:30 a 22!

Szwajcarzy dopuszczają także możliwość zamówienia specjalnego zjazdu o dowolnej porze poza godzinami kursowania kolejki.

Jeśli chodzi o ceny, to w 2020 roku bilet dla osoby dorosłej w jedną stronę (dopuszczalna płatność w CHF i w EUR) kosztował 38 CHF/34,55 EUR, w dwie strony 54CHF/49,10 EUR. Studenci i uczniowie płacili za podróż w jedną stronę odpowiednio 21 CHF/19,10 EUR, a za podróż w dwie strony 30 CHF/27,25 EUR.

STRONA INTERNETOWA

Noclegi

Berggasthaus Tierwis

Malutki, wciśnięty w siodło, klimatyczny gasthaus z 50 miejscami noclegowymi w sześciu pokojach.

- miejsce w pokoju wieloosobowym z półpensją: 50 CHF

- miejsce w pokoju dwuosobowym z półpensją: 60 CHF

STRONA INTERNETOWA

Berggasthaus Säntis 

Tuż pod wierzchołkiem Säntisa znajduje się Berggasthaus Säntis, który oferuje 65 miejsc noclegowych w pokojach wieloosobowych i 24 miejsc noclegowych w pokojach 2-osobowych. W bieżącym roku cennik przedstawiał się następująco:

- miejsce w pokoju wieloosobowym ze śniadaniem: 52 CHF

- miejsce w pokoju wieloosobowym z półpensją: 82 CHF

- miejsce w pokoju dwuosobowym (z umywalką) ze śniadaniem: 75 CHF

- miejsce w pokoju dwuosobowym (z umywalką) z półpensją: 105 CHF

- miejsce w pokoju dwuosobowym (z łazienką) ze śniadaniem: 98 CHF

- miejsce w pokoju dwuosobowym (z łazienką) z półpensją: 128 CHF

STRONA INTERNETOWA

Berggasthaus Rotsteinpass

Gasthaus, w którym jadłem obiad, swoim charakterem bardziej przypomina schroniska, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Dysponuje łącznie 88 miejscami, z czego 80 z nich znajduje się w pokojach wieloosobowych, a pozostałe w dwóch dwójkach i jednej czwórce.

- miejsce w pokoju wieloosobowym ze śniadaniem: 48 CHF

- miejsce w pokoju wieloosobowym z półpensją: 75 CHF

- miejsce w pokoju dwuosobowym (z umywalką) ze śniadaniem: 80 CHF

- miejsce w pokoju dwuosobowym (z umywalką) z półpensją: 108 CHF

STRONA INTERNETOWA

Berggasthaus Seealpsee

Usytuowany na skalistym cyplu charakterystyczny budynek z czterdziestoma miejscami noclegowymi w pokojach jedno-, dwu-, trzy- i czteroosobowych. W nocleg wliczone są śniadania.

- pokój jednoosobowy: 80 CHF

- pokój jednoosobowy (z łazienką): 90 CHF

- miejsce w pokoju dwuosobowym: 75 CHF

- miejsce w pokoju dwuosobowym (z łazienką): 85 CHF

- miejsce w pokoju trzyosobowym: 65 CHF

- miejsce w pokoju czteroosobowym: 60 CHF

Berggasthaus Forele

Drugi z gasthausów nad Seealpsee, dysponujący szesnastoma pokojami dwu-, trzy-, cztero-, pięcio- i sześcioosobowymi, wyposażonymi w prywatne łazienki. W cenę gospodarze wliczali śniadania.

- pokój dwuosobowy: 190/200 CHF

- pokój trzyosobowy: 270 CHF

- pokój czteroosobowy: 280/320 CHF

- pokój pięciooosobowy: 325 CHF

- pokój sześcioosobowy: 420 CHF

KOMENTARZE

2 komentarze:

  1. RE-WE-LA-CJA!!! Przeczytałam z wielkim zainteresowaniem. Widoki i szczyt przepiękne! Bardzo ciekawy odcinek szlaku z tymi schodami. Miło poczytać o alpejskich zakątkach w blogórsferze. W ogóle ta cała Twoja seria jest bardzo inspirująca. Już mam kilka projektów alpejskich zaklepanych na czasy pocovidowe, a tu przez Morgusia będą mi dochodzić kolejne. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lisengrat, krótka aczkolwiek bardzo fajna, no i w zasadzie dostępna nie tylko dla alpinistów - to się ceni :)
      Cieszę się, że seria przypadła Ci do gustu, a co do tych inspiracji, myślę, że wzajemnie się alpejsko inspirujemy ;)

      Pozdrowienia! :)

      Usuń

Back
to top