Alpy Julijskie - urok wapieniem pisany, czyli na Mangart cz. I

Alpy! Tu się oddycha!

CZ. I (MANGARTSKO SEDLO - MANGART)

Pierwsze promienie słońca oświetliły mój niewielki pokój, w którym spałem. Gdy spojrzałem na zegarek dochodziła 6:30. Wstałem i podszedłem do okna by powitać pierwszy alpejski dzionek, podczas naszego pobytu w Julianach.. Za oknem Rombon i Loska Stena zostały oświetlone przez promienie letniego słonka. Podumałem przez chwilę i zacząłem szukać ubrania. Ponieważ umówiłem się z rodzicami na późniejsze wstawanie (7:00), aby choć trochę odpocząć po długiej podróży, ubrałem się i otworzyłem okno by zaciągnąć się mocniej alpejskim powietrzem, chcąc sprawdzić czy słowa Kramera znajdą potwierdzenie... Ech to jest to :) Posiedziałem tak pół godziny po czym z błogiego nastroju wyrwały mnie nawoływania...
Tak przebiegały pierwsze godziny naszego pobytu w Alpach Julijskich. Zdołaliśmy szybko przebrnąć przez poranną toaletę, zjeść śniadanie i wsadzić plecak do bagażnika. O ósmej już wyjeżdżaliśmy. 
Dzisiejszym celem był Mangart, którego potężna piramida góruje nad okolicznymi wsiami. Jego wierzchołek sięga 2679 m.n.p.m, a więc 24 metrów wyżej niż wierzchołek "Garłucha", czyli Gerlacha. Mangart jest stosunkowo łatwo dostępny, dzięki asfaltowej drodze prowadzącej na Mangartsko Sedlo położone na wysokości 2055 m.n.p.m. To naprawdę wysoko, wyobraźmy szosę prowadzącą np. na Świnicką Przełęcz... Przejazd zresztą dla każdego jest przeżyciem niezapomnianym, droga prowadzi nad przepaścią, z niewielkim poboczem, z milionem zakrętów i kilkoma tunelami. Ciągle trzeba jechać z maksymalną uwagą, ale wkoło rozciągają się fenomenalne widoki...
Wkrótce ukazuje się potężna piramida Mangarta, która z każdą chwilą rośnie i rośnie...
Gdy w sumie trochę przypadkowo odwracam głowę na prawo, widzę piękny wierzchołek Jałowca, oraz grzbiet Loskiej Steny...
Gdy pokonaliśmy kolejny zakręt po lewej pokazał się graniczny grzbiecik...
A przed nami stado owiec.. Nie należy się dziwić, gdy spotkacie na tej drodze owce, gdyż na Mangartskim Sedlu i nie tylko prowadzony jest wypas...

Gdy zaparkowaliśmy nasz samochód na Mangartskim Sedle i przebraliśmy buty była już, niestety dziewiąta. No ale w pierwszy dzień można sobie pozwolić na trochę lenistwa ;) 
Tak natomiast prezentuje się Mangart spod parkingu na Mangartskim Sedle - gigantyczna wapienna piramida wyrastająca nagle z trawiastej przełęczy, u stóp której znajduje się potężne piarżysko... 
Z parkingu, aby dotrzeć na gran potrzeba około pięciu minut. Tu dochodzi również szlak z włoskiej strony...  
I po raz pierwszy mamy do czynienia ze słoweńskimi oznakowaniami. Wszystkie szlaki mają kolor czerwony, nie ma więc podziału na żółte, niebieskie itd. Oznakowania są dobre, trudno jest się zgubić, natomiast takich jak ta poniżej, tabliczek jest stosunkowo mało...
I jeszcze szkic drogi na Mangart...
Do pokonania mamy około 650 metrów przewyższenia, cała wycieczka powinna nam zająć do czterech godzin samego marszu...
Podchodzimy kawałeczek do góry, po czym odwracamy głowy do tyły... Jest cudownie, a dookoła nas góry, górki... no pagórki to za mocno powiedziane ;)... Taka mikrosesja z Mangartskiego Siodła...
Na prawo od masywu Rombona, znajduje się potężne pasmo graniczne, kulminujące się w szczycie Wysokiego Kanina (2587 m.n.p.m), górujące tu 1600 metrów ponad doliną Rio del Lago...
Patrząc na zachód pojawia się cały masyw Alp Karnickich, a w oddali majaczy potężna grupa Dolomitów...

Zoom na Alpy Karnickie oraz wschodnią część Dolomitów z majaczącymi w głębi po lewej Monte Antelao (3263 m.n.p.m) i Gruppo delle Marmarole ze szczytami Cimon del Froppa (2932 m.n.p.m) i Sorapis (3206 m.n.p.m). Na pierwszym planie stacja wyciągu na Monte Santo pod wysokim na 2071 m.n.p.m masywem Cima del Cacciatore...
Przesuwając głowę ku północy widać austriacką część Alp Karnickich i Alpy Gailltalskie...
Pięknie prezentował się masyw Dobratsch (2166 m.n.p.m) zwany również Villacher Alpe... Są to już Alpy Gailtalskie...
Zbliżenie na ten liczący 2166 m.n.p.m., szczyt z charakterystyczną wieżą telewizyjną...
I na koniec zamykając koło, szczyt Mangarta...
Ruszam do góry, ale po chwili znów się zatrzymuję... Dochodzę do włoskich rozstajów.. Odchodzi tutaj szlak prowadzący do jeziorek di Fusine (Laghi di Fusine), oraz droga na Mangart, prowadząca vią ferratą..
I skoro już jesteśmy przy tym temacie to warto rozwinąć ten wątek..
Via Ferrata (dosł. droga żelazna) - to rodzaj wysokogórskiego szlaku, ubezpieczonego w stalową linę, klamry czy drabinki. Powstał w czasie I wojny światowej w celu pomocy przemieszczania się żołnierzy. Jest bardzo popularny w krajach alpejskich (Słowenia, Austria, Włochy, Niemcy, Szwajcaria, Francja), ale także na francuskiej Korsyce, w Pirenejach, w Norwegii, czy w Wielkiej Brytanii. Dla wybierających ten sposób wspinaczki, zaleca się noszenie uprząży, lonży i kasku.
W Polsce nie istnieją żadne Via Ferraty, choć był okres kiedy chciano Orlą Perć przemianować na "żelazną drogę", ale jak wszyscy pamiętamy, obroniła ją wtedy siła historii ;) Z tego co słyszałem ma powstać jednak Ferrata w słowackich Tatrach, prowadząca z Czerwonej Ławki na Lodową Przełęcz, przez Mały Lodowy (Siroka Veza)...
Jeszcze jedna fotka "za siebie" w kierunku Italii i Mangartskego Sedla...
Gdzieś tam czeka grzecznie nasz pojazd...
Nad pasmem granicznym widnieje potężne pasmo włoskich Julianów z najwyższymi Jof Fuartem (2666 m.n.p.m) i Jof di Montasio (2753 m.n.p.m) - na zdjęciu po prawej w chmurach...  
Podchodzę do trawiastej grani Monte Traunig, zwanego Travnikiem, by ujrzeć włosko-słoweńskie Granaty, czyli masyw Ponz...
Patrząc w kierunku masywu Dobratscha, widać leżącą na wysokości ~ 1000 m.n.p.m, dolinę potoku Rio del Lago z dwoma jeziorkami, tworząc Laghi di Fusine. Ich powierzchnia wynosi 9ha i 13,5 ha - są więc mniejsze od Morskiego Oka. Ale są bardzo urocze, a widok z nich na grań Mangarta jest wyborny...
I raz jeszcze panorama pięknego pasma Kanina...
No cóż..Trzeba ruszać dalej, a przed nami pierwsza mini trudność - pokonanie niewielkiego około 10 metrowego progu...
Szybkie ruchy i problem za nami :) Tym samym przetrawersowaliśmy samotną turnię zwaną Forcella Mangart. Teraz znów chwila przerwy, bo przed nami najtrudniejszy moment, a ludzi co trzeba przyznać - pełno. Czekamy więc z cierpliwością, aż tłumek ruszy, a my będziemy mogli (w miarę) w spokoju pokonać eksponowany odcinek. Rozglądam się więc i wyszukuję, co tu jeszcze było nie obfotografowane...? Gdy tak wzrokiem penetruję grań Ponz, dostrzegam nad Strugiem (Strug, Strugova Cima - 2265 m.n.p.m) charakterystyczny, szpiczasty wierzchołek Spika (2472 m.n.p.m) i leżącej obok Skrlaticy (2740 m.n.p.m) - drugiego najwyższego szczytu Alp Julijskich...
W dole, u podnóża Mangartu, potężny kocioł Alpe Vecchia, którym notabene biegnie włoski szlak...
Owa smukła turnia - Forcella Mangart...
I wspaniały widok na włoską stronę... Włosi mają mniej więcej taką część powierzchni całych Julianów, jaką my mamy całych Tatr...
Zbliżenie na ich najwyższy szczyt Julijców - Jof di Montasio. Można go zdobyć, ale tylko za pomocą via ferrat...
Tłum powoli się rozwarstwił i mogliśmy ruszyć z miejsca, choć o sprawnej wędrówce nie mogło być mowy. Tak to jest gdy pośpi się trochę dłużej ;)
Ten najbardziej eksponowany moment na trasie to spory wapienny uskok, który może być niebezpieczny po mocnych opadach, gdyż ze względu na erozję ściany są wyślizgane i trzeba bardzo uważnie stawiać stopy...
Tak wygląda stroma ścianka opadająca ku Mangartskiemu Sedlu...
Kolejna przeszkoda za nami, można więc się trochę rozejrzeć. Patrząc w dół z niedowierzaniem stwierdziłem że pokonaliśmy już ponad połowę podejścia. Widoczna po prawej turniczka, osiągała wysokość 2166 m.n.p.m, a byliśmy już dobre 100-150 metrów wyżej. A to informacja, że powinniśmy znajdować się na wysokości około 2300 m.n.p.m...
Spojrzenie na Jof di Montasio, który się ładnie odsłonił, ukazując w całości swe groźne oblicze...
Piramida Mangartu znacznie zmalała, ale droga jeszcze dosyć długa, gdyż szlak obchodzi szczyt, a następnie dopiero żlebem osiąga wierzchołek...
Gdzieś tam w dole leży niewielkie włoskie miasteczko Tarvisio...
Wkrótce ścieżka zaczyna zakręcać ukazując szerokie widoki na Alpy Gailltalskie...
I piękną Visoką Ponzę...
Visoka Ponca (Ponza Grande - 2274 m.n.p.m) - to najwyższy szczyt należący do grupy Ponc, leżąca na pograniczu włosko-słoweńskim. Opada bardzo stromymi ścianami zarówno na tereny Italii jak i Słowenii, choć jest dostępna szlakiem. Od strony włoskiej prowadzi nań żlebem via ferrata, od strony słoweńskiej, trochę prostsza (acz wciąż bardzo trudna) droga z Planicy (schronisko Dom v Tamarju). Prowadzi ona także przez szczyt Srednjej Poncy i Planiską Skrbinę...
Odsłoniła się cała strona słoweńska, ale moją uwagę zwrócił oczywiście Jałowiec (2645 m.n.p.m)...
Pokazały się również wszelkie inne szczyty Alp Julijskich, ale o tym (i nie tylko) w drugiej części wędrówki na Mangart...
DO ZOBACZENIA

KOMENTARZE

1 komentarze:

  1. Świetnie się czytało i oglądało :) Alpy są piękne :)

    Pozdrawiam i do ponownego przeczytania :)

    OdpowiedzUsuń

Back
to top