O złotej jesieni na Bałkanach, czyli listopadowym objazdem po Czarnogórze

Listopad to dobry miesiąc na podróże. Choć w Polsce jedenasty miesiąc roku kojarzy się raczej ze słotą, długimi wieczorami i nieustanną walką z czyhającymi wszędzie wirusami, to w tym samym czasie w innych krajach, wcale nie tak odległych od naszego, aura staje się wyjątkowo przyjazna człowiekowi. Nie jest przesadnie ciepło, ale wystarczająco by porzucić wszelkie kurtki, ponadto odejście kolorowej jesieni jest przesunięte o kilkanaście dni względem ojczystego, nadwiślańskiego kraju. Dlatego, gdy u nas liście już opadają, gdzie indziej utrzymują się jeszcze wysoko ponad naszymi głowami.

W sumie, to cała idea wyjazdu do Czarnogóry narodziła się (jak to często bywa) przypadkiem. Był okres bodajże wakacyjny (albo nawet jeszcze wiosenny!), natknąłem się gdzieś na śmiesznie tanie bilety z Berlina do Podgoricy, które rzecz jasna kupiłem. Wprawdzie obawiałem się trochę tego, co będzie w listopadzie, ale ostatecznie podjąłem ryzyko, będąc świadomym, że najwyżej stracę osiemdziesiąt złotych, które wydałem na bilety 😜

No risk, no fun 😎



Dzień I

W podróż, która rozpoczynała się na lotnisku w Krakowie, udałem się z Łukaszem - moim przyjacielem ze studiów i jego siostrą Kasią. Pierwotnie miał też z nami lecieć Bartek (znany Wam być może z wyjazdów m.in. do Norwegii), ale ostatecznie zrezygnował.

W każdym razie ze stolicy Małopolski wczesnym porankiem udaliśmy się do Berlina, w którym mieliśmy cały dzień wolnego - z uwagi na fakt, że lot z Schonefeld do Podgoricy czekał nas dopiero nazajutrz. Nie chcę robić z tego posta relacji z Berlina, dlatego tylko kilka zdjęć dla wzbogacenia 😉

Berlin Hauptbahnhof - dla fanów kolei, ale też i architektury XXI wieku obowiązkowy punkt programu.


Pomnik Pomordowanych Żydów Europy nieopodal Bramy Brandenburskiej.


Charakterystyczna kopuła przy Placu Poczdamskim.


Dzień II

Ponieważ samolot mieliśmy o 6:30, to hostel opuściliśmy krótko po czwartej, jadąc jedną z pierwszych s-bahnek na lotnisko. Jeśli ktoś z Was nie miał okazji lecieć z Schonefeld, a takowy lot mu wypada - polecam przybyć z zapasem czasowym, bo port jest mały, ciasny i totalnie nieprzystosowany do ruchu jaki obsługuje. Do czasu otwarcia budowanego wciąż w sąsiedztwie portu Berlin-Brandenburg, warto mieć to na uwadze 😉


Szybko wzbiliśmy się ponad chmury, mogąc podziwiać wschód słońca...


Północno-wschodni skraj Alp widzianych z pokładu...


Krótko po godzinie 9 maszyna zatoczyła koło ponad Podgoricą i podchodząc do lądowania nad Jeziorem Szkoderskim przyziemiła na największym lotnisku w kraju.

Podgorica, czyli obecna stolica Czarnogóry, jeszcze w latach 90' ubiegłego wieku zwana była Titogradem. Nazwa została zmieniona, ale jej ślad pozostał - kod IATA - jeden z najważniejszych kodów stosowanych w lotnictwie, nadawany portom i liniom lotniczym, w przypadku Podgoricy to TGD - właśnie od Titogradu. Taka ciekawostka 😊


Po przejściu przez kontrolę paszportową udaliśmy się prosto do biura Sixta, w którym mieliśmy zarezerwowany samochód (o wypożyczaniu w Czarnogórze przeczytaj więcej na końcu posta) i po kompleksowym jego sprawdzeniu oraz podpisaniu papierów, wyruszyliśmy przed siebie.

Z lotniska udaliśmy się do Podgoricy - samego miasta nie zamierzaliśmy zwiedzać (nie warto) - chcieliśmy natomiast zatrzymać się i zrobić zakupy na pobyt. A akurat stolica jest dobrym miejscem by to zrobić - na jej obrzeżach znajduje się kilka dużych sklepów, w których znajduje się szeroki wybór produktów w niewygórowanych cenach. Ponadto nieopodal dworca kolejowego, znajduje się centrum handlowe o dumnej nazwie Mall of Montenegro, sąsiadujące z targiem o nazwie Gintaś. Można tam się zaopatrzyć we wszystko czego potrzebujemy, a przy okazji zjeść w znajdującym się niedaleko lokalnym fast-foodzie, co i my zrobiliśmy.

Po zakupach i posiłku opuściliśmy mało interesującą, brzydką wręcz, Podgoricę, udając się w górę Moraczy.


Ledwie kilkanaście kilometrów na północ od stolicy kraju, główna magistrala kraju wybiegająca w kierunku Belgradu, przechodzi przez imponujący Kanion Moraczy, którego dno znajduje się około 1000 metrów poniżej otaczających go wierzchołków. Najwęższa część nosi nazwę Platije i jest na tyle wąska, że nie bardzo jest się gdzie tam zatrzymać.




Wyjeżdżając na drugą stronę kanionu, trudno nie zauważyć Monastyru Moracza, którego zabudowania wznoszą się tuż przy drodze. Jako że klasztor uważany jest wraz z Monastyrem Ostrog i Monastyrem Cetyńskim za jedno z trzech głównych centrów pielgrzymkowych w kraju, to zdecydowaliśmy się zatrzymać i wstąpić do środka.

W cerkiewnych wnętrzach odnaleźć można charakterystyczne znamiona stylu raszkańskiego, w którym została wybudowana świątynia. Owa szkoła nawiązywała do architektury bizantyjskiej, łącząc ją z romańską, swoją nazwę przyjmując od Raszki, czyli innymi słowy średniowiecznego państwa położonego między innymi na terytoriach dzisiejszej Serbii i Czarnogóry.

Do środka monastyru warto bez wątpienia zajrzeć choćby ze względu na imponujące freski i ikonostas.


Po wizycie w klasztorze wyruszyliśmy w dalszą drogę. Początkowo drogą na Kolaśin, by kilka kilometrów dalej skręcić z głównej drogi (oznaczonej jako M2) na lokalną drogę oznaczoną jako R18, która wiodła dnem doliny górnej Moraczy, rozdzielającej w tym miejscu dwa bardzo słabo znane pasma Gór Dynarskich - Góry Morackie (Moraćke Planine) i Sinjajevina (Sinjajevina Planina).


Przejazd doliną górnej Moraczy był dla mnie jednym z największych, pozytywnych zaskoczeń tego wyjazdu. Na górskich zboczach panowała wciąż tak nieprawdopodobnie kolorowa jesień, że ciężko było nie zatrzymywać się co chwilę na pamiątkowe zdjęcia.


Góry Morackie zajmujące środkową część kraju są niższe od Durmitoru i Gór Przeklętych, bowiem najwyższy szczyt, Kapa Moraćka, wznosi się na wysokość 2226 m.n.p.m. Pasmo to jednak należy do jednych z najrzadziej odwiedzanych w całej Czarnogórze - jest też bardzo słabo zaludnione.

Równie nieodkryta wydaje się też być Sinjajevina, położona na północ od Gór Morackich, bezpośrednio granicząca z Durmitorem i Bjelaśicą. Tam wysokości są podobne, bowiem najwyższy Babji Zub liczy 2277 m.n.p.m.

Jak więc widzicie, Czarnogórcy gór mają bez liku 😏



W okolicach wsi Ljeviśta, gdzie szosa wspina się serpentynami na pobliską przełęcz, minęliśmy w kilku miejscach parę prymitywnych zatoczek, które można było wykorzystać w celu wykonania zdjęć, co też zrobiliśmy 😉

Sama droga, oznaczona jako R18, jest utrzymana w przyzwoitych warunkach, także śmiało możecie jechać, nawet i niewielkim samochodzikiem 😊


Okolice wsi Ljeviśta.


I krajobraz wznoszących się wokół Gór Morackich.



Droga R18 doprowadza do wsi Tuśina, z której możemy kontynuować podróż w kierunku Śavnika bądź Żabljaka. Choć wariant przez Śavnik wydaje się być lepiej utrzymany, to polecam wybrać drugą z opcji, która pozwala z okolic wsi Gornja Bukovica podziwiać roztaczające się stamtąd, przepiękne widoki na południowo-wschodnie rubieże Durmitoru (masyw Sljeme, Savin Kuk).

Tylko sami popatrzcie.


Tu wspominane szczyty na zbliżeniu. Savin Kuk (2313 m.n.p.m.) widoczny z prawej, pośrodku wielowierzchołkowy masyw Sljeme, ze szczytami: Sljeme, Istocni Vrh Sljemena, Milosev Tok.


Ten delikatnie pofałdowany teren, stanowiący przedgórze Durmitoru, przypominał trochę step. Warto było się w okolicy zatrzymać, niemniej jednak trzeba przyznać, że o zachodzie słońca panował tam niewyobrażalny chłód.

Nawiasem mówiąc, to dla mnie kolejny powód, który przekonuje mnie o niezwykłości Czarnogóry. Maleńki kraj, ale pozwalający w ciągu ledwie dwóch godzin przenieść się z ciepłego wybrzeża, gdzie temperatura o tej porze roku oscyluje wokół kilkanastu stopni Celsjusza, w pokryte śniegiem pasma górskie 😋


I dla odmiany już nie Durmitor, a okolice Kanionu Tary. Z Żabljaka do najgłębszego kanionu Europy jest zaledwie kilka kilometrów drogi 😊


Tego dnia było już jednak za późno aby wybrać się w okolice Mostu Djurdjevicia, z którego słynie ta część Czarnogóry, dlatego skierowaliśmy się wprost do Żabljaka, który powoli zaczął tonąć w nastającym mroku. Przez chwilę szukaliśmy naszego noclegu, bo choć znaliśmy adres, to tutejsza numeracja nie szła w parze z szeroko rozumianą przez nas logiką. Kiedy natomiast już się poddałem i zadzwoniłem do właścicielki, która zaoferowała nam, że może przyjechać i zawieźć we właściwe miejsce, to nagle pośród rozrzuconych po okolicznych łąkach wypatrzyłem właściwe domostwo.

Bingo.

W domu jak się okazało, oczekiwał nas ojciec właścicielki, który w międzyczasie rozpalił w piecu, oszczędzając nam dodatkowej roboty. Wydawał się bardzo miły, niemniej jednak nie potrafiliśmy się dogadać, bo rzecz jasna jedynym językiem obcym, którym się posługiwał był rosyjski - ja znam ledwie parę słów, Łukasz i Kasia może jeszcze kilka dodatkowych - niemniej jednak dużo za mało aby wypytać o wszystko. Na szczęście, wspomniana właścicielka angielski znała i rozmawiając przez telefon, zdołaliśmy uzgodnić najistotniejsze kwestie.

Wieczorem zrobiliśmy sobie spaghetti na kolację, posiedzieliśmy trochę przy kominku i szybko położyliśmy się spać.

DZIEŃ III

Nazajutrz przywitał nas piękny, bezchmurny poranek. Po śniadaniu wrzuciliśmy plecaki do bagażnika i wyruszyliśmy samochodem w stronę przełęczy Sedlo. Naszym planem było wejście na Prutaś, który jest uważany za najlepszy punkt widokowy w całym Durmitorze.


Savin Kuk (2313 m.n.p.m.), schowana w głębi grań Sljeme i piramida Medjeda (2287 m.n.p.m.) - widziane spod naszego domu.


Aby dotrzeć na przełęcz Sedlo (1907 m.n.p.m.) należy wyjechać z miasteczka w kierunku Śavnika i zaraz za jego opłotkami skręcić na Trsę i Plużine. Wąska droga początkowo prowadzi przez łagodne tereny niewielkiej doliny, zwanej Pośćenska Do, której dno wypełnia kilka jezior leżących u podnóża Ranisavy (2081 m.n.p.m).


Sedlena Greda (2227 m.n.p.m.) i Stożina (1905 m.n.p.m.).


Durmitor widziany z drogi Żabljak - Trsa.


Rzut oka na drugą stronę przełęczy.


Ładnie, prawda? ;]


Sama przełęcz jest dobrym punktem wyjściowym na szlaki południowej i centralnej części Durmitoru. Można stąd wyruszyć na Sedleną Gredę (2227 m.n.p.m.), jednak w tym przypadku czeka nas wtedy powrót tą samą drogą, a sama trasa jest dość krótka (4 km w dwie strony, to dobry pomysł np. na zachód słońca), Bandijernę (2409 m.n.p.m.) - 3 km w jedną stronę i rzecz jasna Bobotov Kuk (2523 m.n.p.m.) - oddalony stąd o 5 km drogi. W przypadku Bandijerny i Bobotov Kuka istnieje opcja aby wracać ze szczytu prosto do Żabljaka.



Z Sedla zjechaliśmy samochodem na dno Dobri Do, w której panowała jeszcze późna jesień. Zaparkowaliśmy na jakimś dzikim parkingu, odszukaliśmy znaki i ruszyliśmy ścieżką w górę. Z tego samego miejsca można zresztą ruszać nie tylko na Prutaś, ale także na Bobotov Kuk przez jezioro Zeleni Vir (ok. 4 km w jedną stronę), jak również na Śtit (2248 m.n.p.m.).


Sedlena Greda i jej dwa, a w zasadzie trzy (jeden jest schowany) wierzchołki.


Ze szlaku na przełęcz Śkrcko Zdrijelo roztaczają się widoki między innymi na długi grzbiet Sljeme, podziwiany poprzedniego dnia z pól w okolicach Żabljaka. I tym razem, przykryty delikatną warstwą puchu, prezentował się on wybornie.


Potężny masyw Śtitu.


Sljeme - główny wierzchołek (2455 m.n.p.m.).


Droga na przełęcz Skrcko Zdrijelo początkowo była prosta - ścieżka była widoczna i szło się naprawdę nieźle. Nieco później, gdy zaczął się odcinek poprowadzony pośród rumoszu skalnego, straciliśmy z oczu białoczerwoną farbę i zaczęliśmy podążać nieco po omacku. Trochę to trwało, ale w końcu udało nam się szlakową ścieżkę odnaleźć, której już aż do przełęczy - nie straciliśmy.

Trudności? Niewielkie, nawet pomimo śniegu. Polecam więc 😉

Prutaś (z lewej, w głębi) z przełęczy Śkrcko Zdrijelo (2114 m.n.p.m.).


Charakterystyczny rozbudowany masyw Śareni Pasovi ze szczytem Śtit (2248 m.n.p.m.).


Z przełęczy postanowiłem udać się kilkadziesiąt metrów wyżej. Ponieważ nie posiadaliśmy raków, to odradziłem swoim towarzyszom podążanie za mną, a sam powoli zacząłem stawiać kroki, pnąc się do góry. Ponieważ nic nie zapowiadało rychłą zmianę pogody na lepsze, to odpuściłem dalszą drogę i poprzestałem na jednym z przedwierzchołków, znajdujących się jeszcze pod dolną granicą chmur...




Stanowiące jeden z symboli Durmitoru warstwy skalne Śareni Pasovi i ukryte w chmurach ściany szczytów: Djevojka (2440 m.n.p.m.) i Minin Bogaz (2387 m.n.p.m.).


Masyw Planinicy i niewidoczna w dole (zasłonięta) Dolina Skrka.


Droga powrotna minęła bardzo szybko, bowiem nie musieliśmy już szukać drogi 😛 Zatrzymaliśmy się w zasadzie dwa razy - raz przy okazji napotkania stadka kozic, drugi - przy okazji kilkunastominutowej przerwy na jakieś słodkości. W sumie minęła może godzinka i byliśmy z powrotem w Dobri Do.



Posiedzieliśmy chwilę na ławeczce przed samochodem, przebraliśmy się i ruszyliśmy w kierunku Plużine. Droga przemierzała południowe części Durmitoru, by następnie zaprowadzić nas na rozległy płaskowyż, urywający się dość stromymi zboczami do doliny Piwy.


Polecam, a wręcz nakazuję przejechać się tą malowniczą drogą - widoki jakie rozciągają się z okolic Trsy na zachód są naprawdę fantastyczne. Na mnie osobiście największe wrażenie wywołał zwłaszcza widok na graniczne pasmo Maglicia rozciągające się na granicy Bośni i Hercegowiny oraz Czarnogóry.



Rozrzucone po halach domostwa wsi Trsa i wspomniane, widoczne w oddali pasmo Maglicia, wznoszące się na granicy Czarnogóry oraz Bośni i Hercegowiny. To kolejna część Gór Dynarskich warta odwiedzin.


Atrakcją jest też zjazd z samego płaskowyżu na brzeg Jeziora Piwskiego, wypełniającego dno Kanionu Piwy. Droga pokonuje serpentyny nierzadko w wykutych w skałach, tunelach, obniżając się na dystansie kilometra, może dwóch, o kilkaset metrów.



Z lewej widoczne tunele na drodze Żabljak - Trsa - Plużine, dołem przechodzi szosa Podgorica - Niksić - Sarajewo, w głębi po prawej widać zabudowanie, niestety głównie prostopadłościenne, Plużine.


Samo Jezioro Piwskie (Pivsko Jezero) powstało na Piwie (Piva), która kilkanaście kilometrów dalej łączy się z Tarą, tworząc Drinę - prawy, najdłuższy dopływ Sawy. Długość całego zbiornika to 45 kilometrów, powierzchnia - 12,5 km^2, natomiast maksymalna głębokość to aż 188 metrów. Wysokość tamy Mratinje spiętrzającej wody zbiornika to aż 220 metrów - niespełna trzy razy więcej niż w przypadku najwyższej polskiej tamy w Solinie!


Po postoju nad Jeziorem Piwskim wracaliśmy już prosto do Żabljaka. To nie takie proste - chcąc nie wracać tą samą drogą czeka nas blisko 100 km do pokonania! To spory dystans, zwłaszcza że po drodze czekają serpentyny przed Śavnikiem, które - nawet biorąc pod uwagę dobrą jakość drogi - są naprawdę męczące.

Po powrocie do domu było już ciemno. Zostawiliśmy rzeczy, przebraliśmy się i poszliśmy do centrum miasteczka coś zjeść, by późnym wieczorem standardowo posiedzieć przy kominku i przed północą położyć się spać.

Dzień IV

Nastający poranek okazał się być mniej pogodny od poprzedniego, bo góry od rana spowite były mgłą. Mieliśmy wybór - jedziemy nad Tarę albo nad Jezioro Czarne - ale po wizycie w Kanionie Moraczy i w Kanionie Piwy, stwierdziliśmy, że jednak wybierzemy jezioro 😉


Krajobraz nadzwyczaj spokojnego miasteczka jakim jest Żabljak po sezonie.

Aby dotrzeć do Jeziora Czarnego trzeba się kierować za odpowiednimi znakami - samochód można zostawić na specjalnym parkingu zlokalizowanym 1-1,5 km od jego brzegu. Stamtąd nad jezioro pozostaje około dwudziestu minut spokojnego marszu, po przyjemnej leśnej alejce.

Samo jezioro ma powierzchnię 52 hektarów i znajduje się u podnóża masywu Medjeda (dosł. Niedźwiedź 😈). Niestety nie mieliśmy okazji ujrzeć w tym dniu tego charakterystycznego szczytu jak również imponujących urwisk Crvenej Gredy.

Mieliśmy za to przyjemność poznać kilka nadzwyczaj wesołych, lokalnych psów, psów-łasuchów dodam dla ułatwienia 😅


Po powrocie na parking wsiedliśmy w samochód i tym razem już na stałe, opuściliśmy Żabljak. W okolicy Niksicia mijaliśmy tym razem takie widoki 😁

No góry. Góry, góry i jeszcze raz góry 😎😍


Jadąc drogą z Niksicia do Podgoricy przejeżdżaliśmy nieopodal Monastyru Ostrog, który nawet udało się wypatrzeć w skałach. Niestety jednak nie mogliśmy sobie pozwolić na wszystko i popędziliśmy dalej, tak by móc więcej czasu spędzić tego dnia na wybrzeżu.

A na nie, można dojechać z czarnogórskiej stolicy w zasadzie na trzy sposoby. Pierwszy, to droga przez Cetynię (którą opisywałem we wcześniejszej relacji z Czarnogóry), drugi to droga przez tunel pod górami Rumija (płatna, ale najkrótsza), trzeci - to stara droga przez te same góry, kręta, ale zapewniająca bardzo piękne widoki.

My wybraliśmy wariant kombinowany, ale nim opuściliśmy Podgoricę, zatrzymaliśmy się jeszcze na jej opłotkach w niewielkim barze.

Pora była dość wczesna jak na życie miejscowych, toteż serwowano akurat tam posiłki śniadaniowe. W środku - zapach dymu tytoniowego, kilku mężczyzn głośno rozmawiających przy kawie, kolejnych paru czytających gazetę z tostem w ręku, do tego dwie barmanki z mocno umalowanymi ustami, obsługujące spragnionych dobrej, mocnej kawy, klientów.

Widok, który zastałem wchodząc do tego miejsca spodobał mi się od razu. Skoro było tam tylu lokalsów, wiedziałem że zjemy tam tanio i dobrze. Menu składało się głównie z dań barowych, ale błędem byłoby się zniechęcić - naprawdę takie miejsca serwują bardzo smaczne posiłki! Wzięliśmy dwie pizze - jedną dużą, jedną małą - za naprawdę śmieszne pieniądze (duża pizza o średnicy 30 cm kosztowała ok. 5 euro). Muszę Wam przyznać, że w całej Polsce nie zdarzyło mi się zjeść lepszej pizzy - zawsze byłem fanem cienkiego ciasta o mocno wypieczonych, chrupiących brzegach - a takie wtedy dostaliśmy. No i do tego położone na wierzchu plastry njegusiego prsutu - czyli miejscowego prosciutto - tak, to było to. Do tego smakowita, mocna kawka i tak to można żyć 😎

Po posiłku wyruszyliśmy na trasę. Jechaliśmy drogą w kierunku Cetynii, jednakże nie po to by odwiedzić po raz drugi dawną stolicę kraju, ale by trafić do Rijeki Crnojevicy.

Aby dojechać do miasteczka, trzeba z drogi Podgorica-Cetynia zjechać mniej więcej po przejechaniu dziesięciu kilometrów. Zjazd jest dobrze oznakowany, nie powinno być więc żadnych problemów. Lokalna droga wyraźnie obniżając swój poziom, doprowadziła nas do dwóch słynnych punktów widokowych zlokalizowanych ponad znanym szeroko w świecie, zakolem Crnojevicy, uchodzącej kilka kilometrów dalej do Jeziora Szkoderskiego.


W Rijece Crnojevicy można się zatrzymać na posiłek - wieś słynie z doskonałej kuchni opartej na rybach poławianych z jeziora, jak również win, wytwarzanych z lokalnych winogron.

Ponieważ byliśmy po posiłku, toteż ruszyliśmy dalej. W miasteczku skręciliśmy na drogę w kierunku Virpazaru - jest ona bardzo kręta, wąska i jedzie się nią naprawdę długo. Często pozwala jednak podziwiać fenomenalne panoramy na Jezioro Szkoderskie, czyli największy zbiornik wodny Bałkanów, prawdziwy cud natury - dość bowiem powiedzieć, że tutejszy park narodowy zamieszkuje połowa wszystkich gatunków ptaków zamieszkujących Europę.

Jezioro - pochodzenia krasowego - cechują ogromne wahania wód, powodujące, że jego powierzchnia zmienia się od 380 do 550 km kwadratowych. Wyobrażacie to sobie? To tak jakby, w wyniku opadów deszczu, powiększało się ono o kolejny zbiornik, wielkości większej niż nasze Śniardwy 😊


Ponieważ tafla jeziora znajduje się na wysokości 10 m.n.p.m., a głębokość wyliczono na niespełna 40 metrów, to mamy tu do czynienia z kryptodepresją.

Oczywiście jak przystało na tak dużą atrakcję przyrodniczą, Czarnogórcy przygotowali szereg propozycji dla turystów. Jezioro i okolice można eksplorować na kilka sposobów - podziwiając je z brzegów, korzystając z bogatej siatki szlaków pieszych i rowerowych, bądź pływając po nim wypożyczonym kajakiem lub łodzią.


Góry Rumija i leżący w dole Virpazar.


Nie, to nie wilgotne lasy równikowe Ameryki Południowej 😉😜


W Virpazarze skręciliśmy w kierunku Petrovaca na Moru, czyli jednego z kilku głównych ośrodków turystycznych położonych na czarnogórskim wybrzeżu. Wprawdzie droga przez góry jest dłuższa od wariantu przez tunel doprowadzający najszybciej nad morze - bezpośrednio do Sutomore - to jednak nie trzeba za nią płacić 😛


Będąc już nad morzem, zjechaliśmy do równie znanego jak Rijeka Crnojevica (albo nawet jeszcze bardziej) Świętego Stefana (Sveti Stefan). Problem polegał natomiast na tym, że do wyboru mieliśmy same płatne parkingi (i to srogo płatne), dlatego ostatecznie zostawiliśmy na moment nieprzepisowo samochód, zrobiliśmy zdjęcie i pojechaliśmy w kierunku Budwy.


Sama Budwa już kiedy byłem w Czarnogórze z Mosiem, Alą i Danielem wywarła na mnie wrażenie jakby chciała, nieco na siłę, udawać ekskluzywny kurort. Podczas listopadowego wyjazdu mogłem się tylko upewnić w tym przekonaniu, bowiem przez ten rok, który minął od wcześniejszego pobytu, hoteli i apartamentowców tylko się namnożyło - a w budowie są kolejne, często liczące po kilkanaście pięter. Zewsząd dobiega dźwięk muzyki, a w powietrzu wyczuwalny jest zapach... rosyjskich pieniędzy.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że 1/3 powierzchni Czarnogóry należy do Rosjan. Czy aż tak wiele - bardzo w to wątpię, ale zwłaszcza na wybrzeżu (w jej łagodniejszej części czyli od Budwy, poprzez Petrovac na Moru aż po Sutomore) wyrastają charakterystyczne wille i apartamentowce, przypominające swoim stylem foldery reklamowe z Jałty czy Soczi.


Dziś stare miasto w Budwie wydaje się być schowane pośród kasyn, apartamentowców i sklepów. A szkoda, bo choć jest mniejsze niż to w Kotorze, to jednak ma też swój urok.


Uliczka w Starej Budwie.


W Budwie zjedliśmy ostatni posiłek tego dnia - tym razem w moim przypadku padło na risotto z owocami morza - jedno z moich ulubionych dań kuchni śródziemnomorskiej. Smaczne. 😈

Po posiłku wróciliśmy już do samochodu, bo mimo wczesnej pory (było koło 18) czekała nas jeszcze podróż powrotna do Podgoricy, a następnego dnia poranny lot do Berlina.

Aha! Bym zapomniał - sama Budwa jest bardzo popularna wśród kotów 😁 Widzieliśmy tam ich chyba kilkanaście 😉


Koteł pospolity :>


Wracając do Podgoricy, musieliśmy jeszcze zatankować samochód - pełny bak, z którym odebraliśmy samochód na lotnisku, pozwolił nam pokonać w sumie ponad 500 kilometrów.

Na jednej ze stacji znajdujących się na opłotkach Podgoricy, podszedł do nas tamtejszy pracownik aby zatankować nam benzyny. Zagadnął przy okazji o kraj pochodzenia, słysząc obcy język, strzelając przy tym (standardowo 😛) w Rosję. Gdy zaprzeczyliśmy, mówiąc, że jesteśmy z Polski, ów mężczyzna uśmiechnął się szeroko i zaczął opowiadać że jego ojciec posiada czarnogórską restaurację w... Łodzi. Przy ulicy Wólczańskiej 😉

Takie spotkania, wszelkiego rodzaju zabawne sploty zdarzeń, to według mnie jedna z największych przyjemności podróżowania. Przecież ile rzeczy się musiało się złożyć, żebyśmy się tam wtedy o jedenastej wieczorem spotkali...


Piątego dnia po śniadaniu w hotelu, pojechaliśmy na lotnisko, oddaliśmy samochód i wróciliśmy przez Berlin do Krakowa, kończąc ten krótki, ale bardzo intensywny wypad.

Teraz już z przekonaniem mogę powiedzieć, że jeśli komuś nie przeszkadzają niższe temperatury, to niech śmiało uderza do Czarnogóry poza sezonem. Jest pusto i kolorowo, a tutejsza atmosfera nie jest zakłócana przez wakacyjne szaleństwo. Polecam. 😎😎

Jeśli mało Wam czarnogórskich krajobrazów zajrzyjcie TUTAJ. Znajdziecie tam relację z sierpniowej wizyty w Boce Kotorskiej i w górach Lovćenu.

Informacje praktyczne:


WARTO PAMIĘTAĆ

  • Choć Czarnogóra nie należy do Unii Europejskiej, to walutą obowiązującą jest euro. Na wybrzeżu nie ma żadnych problemów ze znalezieniem kantorów, czy bankomatów, w głębi kraju - z racji niewielu większych osad ludzkich - jest z tym większy problem. Warto o tym pamiętać. Nie wszędzie zapłacimy też kartą płatniczą.
  • Położenie poza Wspólnotą nie oznacza, że musimy pamiętać o paszporcie. Sam dowód osobisty wystarczy.
  • Skoro Czarnogóra nie należy do UE, toteż należy unikać rozmów telefonicznych, jak również korzystania z danych internetowych. Koszt u mojego operatora wynosił: 4,94 zł/1 min (odebrane i wychodzące), MMS 4,03/100 kB, transmisja danych 3,63/100 kB. Co to w praktyce oznacza? Jeśli zdjęcie które wykonacie na telefonie, waży 3 mB, to za jego wysłanie zapłacicie ponad 100 złotych. Nie włączajcie też aplikacji typu mapy google, które żrą bardzo dużo bajtów, co w konsekwencji może skończyć się bardzo wysokim rachunkiem. Czy jest rozwiązanie aby tego uniknąć? Jest. Trzeba kupić kartę pre-paid u jednego z operatorów. Jednym z nich jest Telekom czyli odpowiednik T-Mobile - innym - na przykład Telenor. Jej koszt karty oscyluje wokół 5 euro, ale przy kilkudniowym pobycie - a już z pewnością przy dwutygodniowym i dłuższym - warto go ponieść. Jeszcze jedna sprawa - taka karta musi zostać zarejestrowana, co można zrobić na miejscu, w salonie. Aby to zrobić trzeba wysłać odpowiedniego mejla z fotografią dokumentu tożsamości i karty SIM uwzględniającą numer telefonu.


DOJAZD

  • Jest kilka wariantów dojazdów - zdecydowanie najłatwiej jednak dotrzeć tam samolotem. Czarnogóra staje się bardzo popularna wśród turystów - co widzę poprzez zwiększanie oferty przewoźników lotniczych. Jeszcze w 2016 roku z Polski do tego kraju żaden przewoźnik nie oferował lotów regularnych - dopiero w ubiegłoroczne wakacje, sezonowe połączenia do Podgoricy ogłosił LOT. Do dziś nastąpił prawdziwy wysyp kolejnych tras między obydwoma krajami: Wizz Air od połowy czerwca do dawnego Titogradu poleci z Katowic i Warszawy, Ryanair zaś z Wrocławia (choć tu niewiadomą pozostaje data pierwszego startu). Taka moja rada jest jednak następująca: bilety na wymienione połączenia z reguły są dość drogie (przejrzałem system rezerwacyjny), trzeba więc uważnie sprawdzać i liczyć że trafi się fajna promka. Natomiast! Jeśli mieszkacie w zachodniej części naszego kraju - warto zainteresować się Berlinem. Irlandzki low-cost lata stamtąd od dłuższego czasu i bilety, biorąc pod uwagę, że korzysta z tego połączenia nie tylko ruch turystyczny, ale także emigracyjny, są stamtąd sprzedawane po okazjonalnych cenach. Bez większego problemu można je kupić za 10 euro w jedną stronę ;)
  • W przypadku kiedy jedziecie pod namiot, typowo w góry, na przykład na trzy tygodnie (jak planuję to zrobić ja w tym roku), można się zastanowić nad łączonym dojazdem - z Polski do Budapesztu, następnie do Belgradu i wreszcie do Podgoricy czy nawet do Baru. Paradoksalnie najdroższy etap z tego wszystkiego to podróż z Polski do Czech, ale jeśli ktoś zainteresowany - niech wyśle do mnie mejla bądź napisze na fb, wyjaśnię jak można spróbować to obejść. Dokładniej ten sposób opiszę jeśli w tym roku ponownie wrócę do Czarnogóry.

JAK PORUSZAĆ SIĘ NA MIEJSCU

  • Nie łudźmy się. Czarnogóra nie jest krajem, którego poznawanie ułatwia transport publiczny. Oczywiście, biorąc pod uwagę realia bałkańskie, jest całkiem nieźle, ale nie wyobrażam sobie poznawać tego kraju jeżdżąc autobusem (już nie mówię o pociągu, który z punktu widzenia turysty przydatny jest jeśli chcemy przejechać się jedną z najbardziej widowiskowych linii kolejowych na świecie - ewentualnie dla kogoś kto przyjechał na parę dni do Podgoricy, nocuje tam w jakimś hotelu, ma trochę wolnego czasu i decyduje się zrobić sobie wycieczkę jednodniową do Virpazaru, czy nad morze, do Baru bądź Sutomore). Wynika to z tego, że transport autobusowy istnieje głównie między czarnogórskimi miastami - a te położone są w głębokich dolinach, stanowiących kiepski punkt wypadowy w góry. Co więcej, to właśnie nie miasta stanowią najważniejsze atrakcje turystyczne kraju (no, może poza kilkoma przypadkami), a jeśli już to maleńkie, zagubione wioseczki, gdzie na autobusy nie ma co liczyć. W końcu nie znane mi są przypadki, w których kurs (do jakiegoś dość wysoko położonego ośrodka; przełęczy) jest dostosowany stricte pod turystów pieszych czy rowerzystów - jak w krajach alpejskich czy choćby w Czechach. Do czego więc zmierzam?
  • Jeśli przylatujesz do Czarnogóry samolotem, to wybierz się do wypożyczalni na lotnisku i wypożycz samochód! Ten zapewni Ci swobodę działania, będziesz w nim stanie dotrzeć do wszystkich najciekawszych miejsc w kraju, a ponadto umożliwi Ci zatrzymanie się w dowolnym momencie by wykonać pamiątkowe zdjęcia! W dodatku większość dróg w Czarnogórze jest na tyle niezła, że nie potrzeba samochodu z napędem na 4x4, mało tego - mały samochód będzie zaletą, bowiem drogi są wąskie i kręte. Wypożyczalni na lotnisku w Podgoricy jest sporo - od regionalnych, po międzynarodowe. My korzystaliśmy z Sixta - za trzy dni wypożyczenia (jeździliśmy Fiatem 500L) zapłaciliśmy 95 euro. W tym mieliśmy zawarte wszystkie możliwe ubezpieczenia i nielimitowaną ilość kilometrów.
  • No właśnie. Ubezpieczenia. Biorąc pod uwagę, że Czarnogórcy jeżdżą jak szaleni, czasem traktując górskie drogi jak szerokie autostrady, wyprzedzając na trzeciego, traktując często znaki drogowe za niepotrzebne słupki, warto ubezpieczyć się od ewentualnych stłuczek czy kolizji. Jeśli wybieracie się w góry, polecam również wykupienie ubezpieczenia od zarysowań. Nie warto żałować tych paru euro, by potem w czasie urlopu martwić się tym czy spadający albo pryskający spod koła innego samochodu, kamień, nie zniszczy nam szyby, powodując kolejne wydatki.
  • Benzyna jest znacznie tańsza niż w Chorwacji i niewiele droższa niż w Polsce.

Czy to jednak oznacza, że osoby, które nie chcą wypożyczać samochodu, ponieważ na przykład podróżują w pojedynkę nie mają czego szukać w Czarnogórze? Absolutnie nie! Na szczęście gór jest dość sporo i część z nich jest dostępna łatwiej, część trudniej 😉 Dotarcie z Podgoricy do Żabljaka nie jest trudne - kursuje tam sporo busów i autobusów (bilety możecie kupić np. TUTAJ), a Durmitor nadaje się idealnie na jednodniowe wycieczki. Baza noclegowa ponadto jest naprawdę spora i można coś sobie znaleźć bez większego problemu.

NOCLEGI


Tu dwa miejsca, które śmiało mogę polecić w Czarnogórze:

  • Domek "Chalet Hill" w Żabljaku, zlokalizowany w odległości 1-1,5 km od centrum miasteczka, z przepięknym widokiem na Durmitor. Polecam bardzo serdecznie, właścicielka mówi po angielsku, co istotne 😉 - LINK
  • Hotel "Philia" w Podgoricy, położony w spokojnej dzielnicy domków jednorodzinnych, przy wylotówce na Budwę. Pomimo że to hotel czterogwiazdkowy, to po sezonie okazał się być wyjątkowo tani, zaletą są naprawdę smaczne śniadania (duży wybór), bardzo miła obsługa, która klientów z booking.com wita powitalnym talerzem 😋 i bliskość lotniska - LINK
  • W Berlinie przy okazji tranzytu polecam Check In Hotel zlokalizowany przy stacji S-Bahnki kursującej między centrum miasta, a lotniskiem Schonefeld - LINK

JEDZENIE

  • Jak przystało na Bałkany, w Czarnogórze kuchnia jest naprawdę pyszna. W górzystej części kraju furorę robią dania z grilla, zwłaszcza pljeskavica i ćevapi znane na półwyspie także pod nazwą ćevapcici. Oba te dania są z mięsa wołowo-wieprzowego, silnie przyprawianego, smażonego na grillu. Co jeszcze? Oczywiście baranina, czy jagnięcina przyrządzana na różne sposoby, z dodatkiem różnego rodzaju serów 😋 W okolicach Jeziora Szkoderskiego królują ryby - okonie, pstrągi, węgorze, serwowane bardzo często z butelką wina, wytwarzanego z tamtejszych winogron, natomiast, na wybrzeżu - rzecz jasna wszelakie owoce morza. To kolejny argument, potwierdzający tezę o tym, że mały kraj może być bardzo różnorodny 😉
  • Przydrożne bary często nie zachęcają swoim wyglądem, ale za bardzo niewielki pieniądz pozwalają naprawdę nieźle zjeść. Pamiętajcie o tym 😉

KOMENTARZE

10 komentarze:

  1. Piękne widoki, super jesień :)

    Natomiast drobna uwaga do informacji praktycznych: dowód osobisty jak najbardziej wystarczy, nie ma potrzeby posiadania paszportu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprawione. Dzięki za czujność.
      Nawiasem mówiąc, sam jak głupi dwukrotnie byłem na paszporcie, będąc pewnym, że właśnie dowód nie wystarczy :P Byłem pewny, że dotyczy to nie tylko Czarnogóry, ale także Bośni i Albanii, stąd fajnie, że zwróciłeś uwagę, bo prawdopodobnie dalej żyłbym w błędzie :)
      Pozdrowienia :)

      Usuń
    2. Obecnie można jeździć na dowodzie po całych Bałkanach, pomijając Turcję i problematyczne jak Kosowo: tzn. ja kiedyś na dowód wjechałem, ale nie wiadomo, czy było to do końca legalne, choć teraz ponoć przepisy się zmieniły i jak najbardziej można ;)
      Pozdrowienia :)

      Usuń
  2. Jesień w górach i nie tylko, jest piękna zawsze :) Jechałam latem z Budvy do Belgradu widoki nieziemskie .Bardzo ciekawy wpis Pozdrawiam serdecznie :)
    Barbara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda jesień jest piękną porą roku... Ale muszę przyznać, że ta jesień, którą poznałem w Czarnogórze spodobała mi się wyjątkowo. Naprawdę to był niezapomniany festiwal najprzeróżniejszych kolorów!
      Pozdrawiam również :)

      Usuń
  3. Zawsze uważałem, że jesienne wędrówki po górach dostarczają najwięcej przyjemności. Twoja relacja tylko to potwierdza. Niezwykłe krajobrazy.
    pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziś znów rozkminiałam bilety do Czarnogóry i przy okazji przejrzałam kilka blogów. Jednak Twój jesienny wypad przekonuje bardziej niż letnie krajobrazy na większośći zdjęć. Trochę mnie jednak martwi, że bez auta słabo :-/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W większość gór bez samochodu ciężko jest dotrzeć, ale nie we wszystkie ;) Dużo zależy też od sposobu poruszania się - jeśli to mają być jednodniowe trasy "na lekko" to można pojechać do Żabljaka, z którego można zaprojektować sobie co najmniej cztery całodzienne tury, bądź do Plawu - ten jest wprawdzie odległy od Podgoricy jak na warunki czarnogórskie, ale spokojniejszy, ponadto umożliwia zrobienie kilku fajnych tur w Prokletije czy Visitor.

      Usuń
  5. "Berlin Hauptbahnhof - dla fanów kolei, ale też i architektury XXI wieku obowiązkowy punkt programu." - i to wg mnie jest połączenie galerii handlowej z dworcem, a nie to co u nas tworzą i się chwalą dworco-galerią.

    Góry fajnie wyglądają, tylko szkoda, że pogoda nie była najlepsza podczas wycieczki, ale najgorzej tez nie było ;)

    OdpowiedzUsuń

Back
to top