15 września 2013

Alpy Julijskie - urok wapieniem pisany, czyli wąwóz, wodospad i I Wojna Światowa

Alpy! Tu się oddycha!

(VELIKI KOZJAK - TOLMINSKA KORITA - TWIERDZA KLUŻE)

I zanim się człowiek obejrzał, minęło już pięć pierwszych dni naszego wypoczynku w słoweńskich Julijcach. Zgodnie ze ściśle urządzonym harmonogramem, przeprowadziliśmy trzy wysokogórskie wycieczki, a kiedy następny dzień nadszedł, przyszedł czas na rozprostowanie nóg i mówiąc krótko luzik, choć nie oznaczało to leżenie przed telewizorem w Bovcu z brzuchem do góry (osobiście nic do tego nie mam), a spędzony czas w dolinie Soczy i jej górskich dopływów, gdzie liczyliśmy na schronienie przed nadchodzącym upałem...
Plan na ten dzień był prosty, choć zapowiadał męczące jeżdżenie po krętych, słoweńskich drogach, dlatego podchodziłem do tej wycieczki z nieco mniejszym entuzjazmem, lecz ku mojemu zaskoczeniu okazał się być naprawdę bardzo przyjemnym..
No, ale wracając do sedna sprawy dzisiejsza marszruta obejmuje zwiedzanie dwóch malowniczych wąwozików, jednego wodospadu, oraz poznanie ciekawostek pierwszej wojny światowej..
     Pierwszą atrakcją, którą zdecydowaliśmy się odwiedzić jest położony 3 kilometry na północ od Kobaridu wodospad Kozjak (sł. Veliki Kozjak), do którego, aby się dostać wyruszamy około ósmej drogą w kierunku Mostu nad Soczą. Mijamy kolejno: Żagę (sl. Žaga), Srpenicę i Trnovo ob Soči. Po lewej stronie mamy płynącą wartko Soczę, po prawej zaś masywny, rozłożysty, przypominający trochę Królową Beskidów i Pilsko, masyw Kobarišski Stol (1673 m.n.p.m). Po 40-minutowej jeździe, spowodowanej licznymi ograniczeniami docieramy do pierwszych domów Kobaridu. Odnajdujemy drogę na Dreżnicę i chwilę później parkujemy samochód. Stąd czeka nas niedługi około 30-minutowy spacer do wodospadu Kozjak... 
Pierwszą atrakcją dzisiejszego dnia jest rozpięty ponad wąskim kanionem, a wręcz kanionikiem Most Napoleona (zdj. powyżej). Skąd ta nazwa? Należy cofnąć się do wieku XVIII, a konkretnie do roku 1750. Wtedy to powstała ta kamienna budowla, a swoją "cesarską" nazwę zyskała w 1809 roku, kiedy maszerowała przez nią armia napoleońska, której celem było uderzenie na Austrię...
Wojska napoleońskie maszerowały odpowiednio od strony Kobaridu, a następnie w górę Soczy, przez Bovec, aż na przełęcz Predel, gdzie przedostawały się na drugą stronę granicy. Ale to takim tytułem wstępu, bo do tego tematu wrócimy... Dalej szlak najpierw przechodzi obok campingu Koren (piękne położenie i świetna infrastruktura), a następnie wchodzi w dosyć głęboki jar Soczy...
Jadąc z Bovca w dół Soczy zjechaliśmy z czterystu na zaledwie 250 m.n.p.m. Do Adriatyku jest stąd w linii prostej zaledwie 60 kilometrów i to wszystko sprawia, że w Kobaridzie panuje upał jeszcze większy niż w kotlinie Bovca. Dlatego tak przyjemnie maszerowało się nam po ocienionej stronie jaru Soczy, czując jak leciuśki wiatr muska nasze czoła... 
Po niedługim (może 10-minutowym) spacerze w górę rzeki widzimy uroczy, wiszący mostek. Jak wynika z mapy, umożliwia on dotarcie do wodospadu bezpośrednio od strony szosy...
Z mostku ładnie prezentuje się grzbiet Krasjego Vrhu (Krasji Vrh (1773 m.n.p.m)...
Ale również i sama Socza...
 Socza (sl. Soča, wl. Isonzo) to rzeka przepływająca przez Włochy i Słowenię o długości 138 kilometrów. Swoje źródła ma w dolinie Zadnjej Trenty powyżej schroniska Koca pri Izvoru Sočy (dosł. Dom przy źródle Soczy). Uchodzi niedaleko Wenecji (okolice Monfalcone) do Zatoki Weneckiej. Przepływa m.in. przez Bovec, Most na Soči, Gorizię i Monfalcone. Jest jedną z najpopularniejszych raftingowo rzek w Alpach, niezwykle dziką i o bardzo wartkim nurcie. 
Obok mostku szlak odchodzi od Soczy i po chwili dochodzimy do jej lewego dopływu, potoku Kozjak. To właśnie on tworzy dwa malownicze wodospady...
Ścieżka robi literę "S" i po pokonaniu pierwszego brzuszka docieramy do pierwszego wodospadziku. Mali Kozjak - tak brzmi nazwa tego nie wysokiego, ale malowniczego progu.. 
Woda z ogromnym hukiem spada do głębokiego na kilka metrów kotła...
Tak to wygląda na jednym zdjęciu...

Jakieś 200 metrów dalej wchodzimy w ogromną pieczarę. To znak, że wodospad Kozjak już blisko. I faktycznie chwilę później słyszymy huk spadającej wody...
Kozjak to wysoki na 15 metrów wodospad, który pomimo przeciętnej jak na warunki alpejskie, wysokości jest bardzo popularny przez turystów. Wszystko przez to, że jest niezwykle atrakcyjnie położony, w tajemniczej, ciemnej pieczarze, gdzie nie dociera słońce i panuje półmrok. Tak, oglądanie tego widowiska wywołuje zachwyt nie tyle wysokością, co jakąś dziką tajemnicą, która otacza to miejsce...
Z wodospadu wracamy tą samą drogą, z tym że zatrzymujemy się przy jednym z tuneli zlokalizowanych w okolicach Kobaridu. Należy on do sieci umocnień frontu nad Soczą z czasów I wojny światowej. Cały system korytarzy jest niezwykle długi, w wielu miejscach można też znaleźć zasypane, czy częściowo zasypane wejścia do tychże tuneli.
To dobry moment aby cofnąć się o niespełna wiek... Posłuchajcie więc...
Położony u podnóża imponującego szczytu Krn (2245 m.n.p.m), Kobarid to niewielkie, stare miasteczko. Jego początki sięgają czasów rzymskich (już wtedy istniał trakt na przełęcz Predel), ale największą sławę osiągnął dopiero w dwudziestym stuleciu, podczas trwania I Wojny Światowej. 
W latach 1915-17 okolice miasteczka były polem wielu straszliwych bitew toczonych w wysokich górach pomiędzy armią włoską, która zajęła Kobarid i armią Austro-Węgier. Aby podkreślić ich skalę wystarczy przytoczyć czas trwania walk: 29 miesięcy. Włosi po pierwszym udanym ataku zajęli miasteczko, ale pomimo ponawianych 10 razy uderzeń, nie zdołali przebrnąć silnej obrony wojsk Habsburskich i zdobyć kolejne tereny. Przewagą Austriaków było mocne poparcie ze strony Niemiec i nowatorski plan działania, przygotowany przez pułkownika Erwina Rommla nazwanego później "lisem pustyni". Natarcie zostało nazwane dwunastą bitwą nad Isonzo (inaczej bitwa pod Caporetto) i było pierwszym przykładem operacji typu Blitzkrieg, który w czasie II Wojny Światowej był wykorzystywany przez wojska hitlerowskie. Ale choć Włosi zostali położeni na łopatki to jak wiadomo z historii, wkrótce nastąpił koniec Austro-Węgier i ziemie te powróciły w granice Italii. Co ciekawe przez pewien czas istniała na tych terenach maleńka Republika Kobaridu utworzona przez wojska partyzantów. Cała dolina Soczy znalazła się w rękach Jugosławii dopiero w 1947 roku.
z przewodnika Słowenia wydawnictwa Bezdroża
Oprócz tego można znaleźć w tunelach tych niewielkie pomieszczenia, a w nich doskonale zachowane prycze. Niestety zdjęcia stamtąd nie mam, bo było zbyt ciemne, więc dodaje tylko poniższe...
Po powrocie na parking wsiadamy do auta i mkniemy jeszcze niżej - do podnóża Alp Bohinjskich, a konkretniej do miasteczka Tolmin. Teraz byliśmy na 200 m.n.p.m, a więc niżej niż nasze rodzinne Gliwice. Aż się nie chce wierzyć! Ale wracając do kolejnego celu dzisiejszego dnia - jedziemy za granicę tego 3,5 tysięcznego, gminnego miasteczka, do wylotu doliny Tolminki. Tam właśnie znajduje się wspaniały wąwóz "Tolminska Korita"... 
Auto pozostawiamy na dużym parkingu wśród dziesiątek innych wozów. Zaraz kawałek dalej ustawiamy się w kolejce do kasy i po niecałym kwadransie czekania wkraczamy na teren wąwozu...

Trasa zwiedzania przypomina kształtem literę "y". Przy kasie znajduje się rozdroże, prosto prowadzi droga asfaltowa, natomiast w dół schodzi ścieżka z zaznaczonym kierunkiem marszu. Osłaniającym przed drażniącym słońcem lasem schodzimy do poziomu Tolminki...
Już wkrótce słyszymy odgłosy górskiego potoku...
I wkrótce 10 min od momentu wyruszenia z parkingu dochodzimy do ujścia potoku Zadlašcica do Tolminki...
W tym miejscu szlak przechodzi przez Tolminkę i wiedzie nad potokiem Zadlašcica, ale istnieje również tzw. ślepa uliczka prowadząca kawałek w górę Tolminki. Na ulotce, którą dostaliśmy w kasie jest zaznaczona tam jakaś atrakcja. Podchodzimy, więc zainteresowani...
Przekraczamy most na Tolmince...


I rzeczywiście coś zaczyna się dziać :p Przede wszystkim widzimy Hudicev Most (Czarci Most) zawieszony 60 metrów nad dnem wąwozu. To właśnie nim będziemy wracać...
Lewym brzegiem strumienia zaciekawieni podążamy w górę, a przy okazji podziwiamy niezwykle czystą i piękną zarazem wodę w Tolmince. To że Socza, a także wszystkie inne potoki wypływające ze zboczy Julijców są konsekwencją budowy geologicznej tych gór. I dlatego też w Polsce nie możemy spotkać się z taką barwą górskiej wody...
 Kawałek dalej wchodzimy w wykuty w wapiennej skale, niewysoki tunel. Schylamy głowy...
I widzimy prawdziwe oblicze wąwozu Tolminki. Fenomenalne miejsce, aczkolwiek można dostać klaustrofobii :) Tu kończy się owa ślepa uliczka i znajduje się jakby coś w rodzaju ganku, gdzie można na chwilę zatrzymać się i podumać. A że parę sekund przed wejściem tu minęliśmy głośną grupę Azjatów z ogromnymi aparatami i kamerami, to teraz mieliśmy święty spokój...

Tak jak wspomniałem wracać ten kawałek trzeba tą samą drogą. Parę minutek i oto jesteśmy przy rozstajach i mostku. Jak widać na zdjęciu spora grupa osób zrobiła sobie tu pocziwkę połączoną z opalaniem i moczeniem stóp. Zresztą woda w górskich potokach zazwyczaj w lecie oscyluje koło 20 stopni Celsjusza, czyli niewiele mniej niż temperatura Bałtyku...
Teraz udajemy się w górę potoku Zadlašcica. Tam czeka na nas kolejna porcja atrakcji, a pierwszą z nich jest Medvedia Hlava (Niedźwiedzia Głowa)...
Ale żeby tam dojść najpierw trzeba wdrapać się kilkadziesiąt metrów do góry co o środku upalnego dnia (była dwunasta) wyciskało z nas siódme poty...
 Od czasu do czasy można "luknąć" również i poza sam wąwóz...
Godzinę od momentu wyruszenia z parkingu u wylotu doliny Tolminki docieramy do Niedźwiedziej Głowy...
 
Czy Niedźwiedzia Głowa rzeczywiście okazuje się niedźwiedzią głową? No to zależy jaką kto ma wyobraźnie i jak postrzega pewne kształty. Coś chyba jest, bo przynajmniej w moim wypadku jak patrzę na powyższe zdjęcie to widzę nosek i oczka. A powiem nawet więcej! Widzę Misia Uszatka, bo moim zdaniem, to patrząc od strony obserwatora, widać, że jedno uszko ma "klapnięte"...
 Zostawiamy misia w spokoju i idziemy dalej... Kolejnym obowiązkowym punktem na szlaku prowadzącym przez dolinę Tolminki jest Jaskinia Dantego... A skąd nazwisko włoskiego artysty w jednej ze słoweńskich jaskiń? Istnieje hipoteza, choć nie potwierdzona w 100%, iż Dante Aligheri w młodości przebywał właśnie w niej, a ponadto że stała się ona natchnieniem do napisania "Boskiej Komedii"! Aż nie chce mi się w to wierzyć, ale i tak miejscowi zrobili z tego interes i markę, gdyż jedna z kawiarni obok właśnie ma nazwę powiązaną z włoskim poetą. Nie dam sobie ręki uciąć na konkretną nazwę, ale było to coś w rodzaju "U Dantego" czy jakoś tak... Samej groty nie zwiedzaliśmy bo ludzi pełno, a sama nie wyróżnia się spośród tysiąca innych słoweńskich jaskiń...
Ponownie nabieramy wysokości idąc w kierunku ostatniej atrakcji podczas pobytu w "Koritach Tolminki" - Czarciego Mostu. A po drodze możemy spojrzeć jeszcze na masyw Krna...
I wreszcie stajemy na przerzuconym 60 metrów ponad korytem potoku Czarcim Mostem (Hudicev Most). Urok tego ładnego mostu niweluje trochę asfalt, dlatego skupiam się tylko nad tym co w dole...
Teraz już tylko do samochodu...
W nagrzanym do czerwoności samochodziku jesteśmy parę minut przed pierwszą... Dobra pora na obiad tym bardziej, że burczy nam w brzuchach. Tolmin - miasteczko samo w sobie mało ciekawe, no może poza ładną bryłą kościoła stojącego na rynku...
Wybieramy na obiad opcję włoską - pizza. Generalnie w Słowenii nie ma narodowego dania. Miesza się tu kilka kuchni. Niezwykle popularne są dania włoskie. Spaghetti, Pizza, Lasagna te dania są częste i zwykle dosyć tanie. Na północy kraju, z łatwością każdy się natknie na "Wiener Schnitzel" lub coś w tym rodzaju. A na wschodzie nierzadkie bywają potrawy z papryką - gulasze itp, itd. Czyli Węgry. 
Po sycącej i bardzo dobrej pizzy chwilkę odpoczywamy, gdy tymczasem na przeszpiegi przyleciał szanowny kolega...
Jego mina wyraźnie określała zamiary, ale niestety w tym momencie przyszła kelnerka i rozczarowany wróbelek odleciał...
Po obiedzie wróciliśmy do Bovca. Jazda krętymi drogami w upale okazała się męcząca, dlatego jak tylko przyjechaliśmy do domu, wzięliśmy prysznic i zrobiliśmy sobie małą sjestę. Dopiero wieczorem, gdy temperatura wyraźnie spadła, wystawiliśmy czubek nosa za drzwi i podjęliśmy decyzję o wymarszu. Gdzie? Do twierdzy Kluże...
Twierdza Kluże (Flitscher Klause) - to leżąca nad Koritnicą warowna twierdza wzniesiona jeszcze w XV wieku przez Wenecjan. W 1509 roku twierdzę przejęli Habsburgowie, którzy zrobili z niej jeden z najlepszych warownych obiektów, w tej części swojego królestwa. Za ich czasów była ona wielokrotnie przebudowywana i umacniana. Zarządzanie tym obiektem skończyło się dopiero na początku XIX wieku, kiedy zniszczyły ją wojska napoleońskie, co było skutkiem wielu zwycięstw tej armii na terenie dzisiejszej zachodniej Słowenii. 30 lat później twierdza została odbudowana i przystosowana do wymagań artyleryjskich. W czasie I Wojny Światowej pełniła bardzo ważną funkcję w austriackim systemie obronnym. Aktualnie, po częściowej restauracji jest udostępniona do zwiedzania. 
Tak jak wspominałem podczas pobytu w Kobaridzie, w dolinie Soczy odbyło się pełno niezwykle dramatycznych bitew. Łącznie starć tych było dwanaście, a zginęło w nich 700 000 włoskich żołnierzy, austriackich 450 000. Bitwy nad Soczą okazały się niezwykle stratne dla Włochów: nie dość, że stracili ogromną ilość wojska to na dodatek spowodowały wyczerpanie i konieczność zaprzestania walk na dłuższy czas...


Ponieważ mamy do zachodu trochę czasu decydujemy się podejść do położonego 250 metrów wyżej fortu Hermann. Ale zanim przystąpimy do zdobywania wysokości, jeszcze parę fotek okolicznego krajobrazu...
Dolina Bavšica zakończona szczytem Bavskiego Grintavca (2347 m.n.p.m.)
Dolina Koritnicy...
 Piękna Jerebica (2126 m.n.p.m.)...
Aby dojść do położonego 250 m wyżej fortu Hermann, wyruszamy szlakiem na Rombon, na który jak głosi tabliczka: 5,5h... Nic dodać nic ująć, a warto podkreślić, że czasy te w przeciwieństwie do polskich nie bywają zawyżone...
Natomiast fajne jest to, że już na początku czeka nas frajda; przejście długim tunelem z czasów I WŚ...
Kawałek za wyjściem z tunelu ścieżka robi zakręt o 180 stopni i wspina się jeszcze bardziej stromo...
Na zakończenie tego pięknego dnia, czeka nas jeszcze parę pięknych widoków...
Dolna część Bavšicy...
Widok w kierunku przełęczy Predel i Logu pod Mangartom; z lewej Jerebica, w środku na ostatnim planie widać trzy ząbki - to masyw Mangartu, z prawej urwiska Loškiej Steny

Zmieniam tryb zdjęć na "zmierzch" i raz jeszcze Jerebica i Dolina Koritnicy...
Mali Grintavec (2282 m.n.p.m.) i jego wyższy brat Bavski Grintavec (2347 m.n.p.m.)...
Masyw Bavskiego Grintavca i centralnie widoczny na zdjęciu poniżej Šmihelovec (2117 m.n.p.m.)...
Briceljk (2346 m.n.p.m.) - najwyższy szczyt Loškiej Steny, fotografowany przeze mnie podczas pobytu w Strmecu na Predelu..
I widok położonej w dole Planiny Bavšicy..
Zbliżenie na Bavskiego Grintavca...
I wreszcie docieramy do górnej części twierdzy Kluże... Fort Hermann został wybudowany podczas rozbudowy całej twierdzy. Jego powstanie datuje się na lata 1897-1900. Podobnie jak dolna część miał chronić dostęp do Tarvisio i Austrii... Aktualnie tą część twierdzy wzięła we władanie natura i wejście do środka odbywa się na własną odpowiedzialność...
Opuszczamy teren fortu, gdy słońce chowa się już za okoliczne szczyty. Schodzimy do samochodu zadowoleni i pełni różnorakich doznań. Tym samym kończy się nasza pierwsza część julijskich wędrówek. Opuszczamy Bovec, który zostaje w naszych sercach i wyskakujemy na 5 dni na chorwacki Krk, aby potaplać się trochę w Adriatyku, ale już wkrótce wrócimy na terytorium Słowenii. Tym razem na drugą stronę Alp Julijskich...
O tym już niedługo...
DO ZOBACZENIA

1 komentarz:

  1. Świetnie tam jest :) byłem w zeszłym roku :) fajnie było powspominać. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń