13 lipca 2016

Z plecakiem i śpiworem w... krainę beskidzkich wysp - Beskid Wyspowy cz. V

DZIEŃ V
Trasa: Ćwilin -> Przełęcz Gruszowiec -> Śnieżnica, na Budaszowie -> Śnieżnica, Wierchy -> Śnieżnica, na Budaszowie -> Śnieżnica, kolejka -> Kasina Wielka -> Dzielec -> Szklarnia -> Przełęcz Wielkie Drogi -> Wierzbanowska Góra -> Przełęcz Jaworzyce -> Lubomir -> Trzy Kopce -> Łysina -> Schronisko PTTK Kudłacze -> Działek -> Pod Śliwnikiem -> Chełm -> Myślenice-Zarabie -> Myślenice
Długość: 35 km
Czas: 8 3/4 h

Ostatni dzień wędrówki rozpoczynam bardzo szybko - już koło piątej. Po porannym posiłku przez chwilę przypatruję się widokom o wschodzie słońca i sprawdzam jeszcze prognozę pogody, korzystając z zasięgu. Wysokie wartości widniejące na meteogramie motywują mnie do szybkiego wyruszenia w trasę.
***
Gorce o poranku.
Mogielica.
Kiedy o 5.40 opuszczam Ćwilin, Halę Michurową oświetlają pięknie pierwsze promienie słońca.
Niebieskim szlakiem, początkowo cofam się na zachód, ale na skraju hali, ścieżka raptownie skręca na północ, wprowadzając w las.

Po kilku minutach schodzenia docieram do skrzyżowania z drogą stokową, z której widzę piramidę Lubogoszczy i widoczne na wprost mnie Pasmo Lubomira i Łysiny.
Chwilę później w ostatnim momencie łapię się wystającej gałęzi, unikając wywrotki. Niebieski szlak wymaga od piechura ciągłej uwagi i patrzenia pod nogi - niestety z tego powodu jest bardzo męczący.
W dolnej części szlak zmienia nieco swój charakter, prowadząc  mnie teraz szeroką drogą, rozjeżdżoną przez pojazdy zwożące drewno.
Szlakową ścieżką obniżam się jeszcze przez parę minut, znienacka wychodząc na rozległe łąki ponad Gruszowcem. Znów pojawia się Lubogoszcz, tym razem w towarzystwie Szczebla i Lubonia Wielkiego.
Jest też oczywiście Śnieżnica, która będzie moim najbliższym celem.
W Gruszowcu pojawiam się o 6.15 - mimo tak wczesnej pory, w powietrzu czuje się już nadchodzący upał.
Sama przełęcz, dziś się specjalnie nie wyróżnia - kilka chałup, no i bar, z charakterystyczną nazwą - "Pod cyckiem". Warto jednak pamiętać, że 1 listopada 1944 roku, Niemcy w odwecie za akcję partyzantów, polegającą na ostrzelaniu samochodów dowożących prowiant dla wojska, spacyfikowali tą miejscowość, zabijając 33 osoby.
Przechodzę w poprzek wsi, mijam ostatnie zabudowania i rozpoczynam kolejne podejście - tym razem na Śnieżnicę. Z łąk, które mijam przed wejściem do lasu, przez chwilę spoglądam na Ćwilin - to jedna z ostatnich okazji by na jego masywne cielsko popatrzeć.
Spojrzenie w kierunku Gorców - przy dobrej przejrzystości powietrza, dostrzeżemy także i stąd fragment Tatr.
Po wejściu w las, rozpoczyna się jednostajne podejście. Jedynymi charakterystycznymi na tym odcinku, punktami, są najpierw: odejście niebieskiego szlaku (zielony omija wierzchołek, przechodząc obok Domu Rekolekcyjnego), a potem charakterystyczne rozdroże, gdzie usytuowana jest stacja drogi krzyżowej. 
Zachodni wierzchołek Śnieżnicy noszący nazwę Na Budaszowie (1007 m.n.p.m.) osiągam o godzinie 8:10, po 40 minutach podejścia z przełęczy. Na zarośniętym wierzchołku spędzam kilka minut, zjadając batona, po czym kieruję swe kroki ku górnej stacji kolejki krzesełkowej.
Fragment szlaku...
...I górna stacja kolejki funkcjonującej w zimie w ramach ośrodka narciarskiego "Śnieżnica", położona na wysokości 902 m.n.p.m.
Z przecinki niebieskiej trasy narciarskiej rozciąga się jeden z nielicznych w masywie Śnieżnicy, widoków - na Lubomir, Łysinę, Kamiennik, Wierzbanowską Górę i (niewidoczny poniżej) Ciecień.
Schodząc stokiem narciarskim (oznaczenia szlaku się gubią), docieram do dawnej stacji w Kasinie Wielkiej, położonej na linii Karpackiej Linii Transwersalnej.
Karpacka Linia Transwersalna, zwana Galicyjską (niem. Galizische Transversalbahn) to równoleżnikowo poprowadzona linia kolejowa o długości 768 kilometrów, zaczynająca się w słowackiej Czadcy i biegnąca dalej przez m.in. Zwardoń, Żywiec, Suchą Beskidzką, Rabkę-Zdrój, Limanową, Nowy Sącz, Stróże, Jasło, Sanok, (i ukraińskie:) Chyrów, Sambor, Drohobycz, Stryj, Kałusz, Stanisławów, Czortków, aż do leżącego nad Zbruczem, Husiatyna. Trasa ta, wedle zamysłów budowniczych miała być alternatywą dla Kolei Galicyjskiej, czyli linii Kraków - Lwów przez Tarnów, Rzeszów i Przemyśl.
Budowa niemalże 800-kilometrowej linii trwała około dwóch lat. Krótko czy długo? Imponująco krótko. Dla porównania w podobnym czasie zbudowano, otwarty ponad rok temu, niespełna 20-kilometrowy odcinek Pomorskiej Kolei Metropolitarnej.
I żeby nie było - nie jest to żaden hejt, bo doskonale zdaję sobie różnicę jeśli chodzi o różnego rodzaju wymagania, które takie inwestycje muszą dziś spełniać, niemniej jednak ogromny szacun dla austriackich inżynierów ;)
Przy charakterystycznym, dla Galicji, budynku stacyjnym, spotykam szlak czerwony, dochodzący z Lubogoszczy.
Ze stacji w Kasinie Wielkiej nie schodzę w kierunku wsi, ale skręcam na asfaltową drogę poprowadzoną w kierunku Skrzydlnej, na której przyspieszam tempa.
Na skraju osiedla Góry, leżącego na obniżeniu między Śnieżnicą, a niewielkim wzniesieniem Dzielca, mijam rozstaje z nowo utworzonym szlakiem żółtym, łączącym Mały Szlak Beskidzki z dawnym przystankiem kolejowym w Skrzydlnej.
Śnieżnica widoczna z osiedla Góry.
Opuszczam polanę, zagłębiając się w las porastający zbocza Dzielca (648 m.n.p.m.). Wierzchołek mijam beznamiętnie, rzucając tylko wzrokiem na wymiętą kartkę A4 z nazwą szczytu. Schodząc na drugą stronę wzniesienia, mijam dużą łąkę, z której roztacza się interesujący widok na Ciecień (829 m.n.p.m.).
Za Dzielcem przekraczam drogę z Kasiny do Skrzydlnej i przechodzę przez łagodny garb Szklarni (587 m.n.p.m.). Z niej MSB sprowadza mnie na rozległą Przełęcz Wielkie Drogi (576 m.n.p.m.), gdzie czeka na mnie atrakcyjna panorama. Znów więc obiektyw kieruję na pobliski Ciecień - jeden z czterech ważniejszych szczytów Wyspowego (obok Modyni, Łopienia i Lubogoszczy), który moja marszruta pomijała. Na Ciecień jednak planuję prędzej czy później się wybrać, a wtedy relacja na blogu i z niego na pewno się pojawi :) 
Za przełęczą zaczyna się podejście na Wierzbanowską Górę, której trzy wierzchołki oddzielają Węglówkę i Kasinę Wielką od Wiśniowej.
W dole Kasina Wielka, z prawej Lubogoszcz, a w oddali pasmo Gorców.
Główny wierzchołek Wierzbanowskiej Góry (778 m.n.p.m.) jest zarośnięty, warto więc zatrzymać się przy górnej granicy pól, powyżej przysiółka Jaski. Pięknie widać stąd Śnieżnicę i widoczne za nią: Ćwilin (po prawej) i Łopień (po lewej).
Po przejściu przez kulminację Wierzbanowskiej Góry, szlak kieruje się w kierunku Przełęczy Jaworzyce, po drodze przechodząc przez jeszcze jedno wypiętrzenie, zwane Łazami. Za nim rozpoczyna się asfalt, który doprowadza do Przełęczy Jaworzyce (576 m.n.p.m.), istotnej topograficznie przełęczy, według niektórych publikacji, stanowiącej granicę między Beskidami: Wyspowym i Makowskim, zwanym również niezachęcająco, Średnim. Na przełęczy znajduje się parking, jest altana, w której robię sobie drugie śniadanie, jest też widok na południe. O 11.30 wchodzę w pasmo Lubomira i Łysiny, ostatnie na mojej drodze. 
Z Przełęczy Jaworzyce asfalt prowadzi początkowo łagodnie w kierunku osiedli rozłożonych na wschodnim zboczu Lubomira. Wyżej zaczyna się szuter, którym podchodzę w niewyobrażalnym skwarze, na dodatek z kończącym się zapasem wody, który jednak musi mi wystarczyć do Kudłaczy. Z ulgą zatrzymuję się w cieniu aby wykonać fotkę przedreptanego przeze mnie odcinka. Ułożone kolejno: Wierzbanowska Góra, Śnieżnica i Ćwilin prezentują się stąd w interesującej perspektywie.
Tu zbliżenie na Śnieżnicę i Ćwilin. Pomiędzy nimi widać charakterystyczną "kopę" Mogielicy, a na prawo od Ćwilina wznosi się jednostajnie wysoki grzbiet Kutrzycy i Jasienia. Między Jasieniem, a ciemnym zboczem Lubogoszczy, delikatnie majaczy również Gorc.
A tu z kolei Ciecień i Wierzbanowska Góra. Ponad obniżeniem (Przełęczą Wierzbanowską) widać wzniesienie Kostrzy i majaczące pasmo Jaworza i Sałasza.
Szerokim, kamienistym traktem podchodzę na szczyt Lubomira, walcząc przy okazji z atakiem krwiożerczych muszek, meszek czy innego pieroństwa. I tak ze wszystkich górek w Wyspowym, Lubomir najbardziej dał mi się w kość ^^.
O 13.30 melduję się na górze, stając obok obserwatorium im. T. Banachiewicza. 
Historia tego miejsca jest bardzo ciekawa. Skupiając się na niej warto zacząć od samej nazwy szczytu, na którym stoi obserwatorium. Skąd się wziął "Lubomir"? Wyobraźcie sobie, że wśród miejscowych cały masyw przyjmuje jednolitą nazwę: Łysina. Oficjalnie, nazwa ta zresztą funkcjonowała aż do 1932 roku, kiedy to najwyższy wierzchołek (904 m.n.p.m.), nazwano właśnie Lubomirem na cześć księcia Kazimierza Lubomirskiego, który 10 lat wcześniej podarował 10 hektarów, pod budowę obserwatorium astronomicznego - jedynego wtedy w polskich Karpatach, obok słynnego Białego Słonia, zbudowanego na Popie Iwanie Czarnohorskim.
Wojna jak się można domyślać, przyniosła spustoszenie, kolejne lata przyniosły zmianę pełnionej funkcji i dopiero na początku XXI wieku - w 2007 roku, w nowo wybudowanym budynku, udało się otworzyć ponownie obserwatorium.
Z Lubomira łagodnym, ale zalesionym grzbietem, idę w kierunku Łysiny (891 m.n.p.m.), przechodząc po drodze przez kulminacje Trzech Kopców (894 m.n.p.m.).
Po trzech kwadransach drogi z Lubomira słyszę narastający gwar i po chwili wychodzę na charakterystyczną polanę, gdzie ulokowało się niewielkie Schronisko PTTK na Kudłaczach.
W chłodnym wnętrzu, tradycyjnie zamawiam pierogi i piwo, zasiadając na jednej z wolnych ław. 
A skoro jesteśmy już na Kudłaczach, to przytoczę niedawno zasłyszaną, intrygującą ciekawostkę. Otóż wyobraźcie sobie, ze jest to jedyne schronisko do którego można dojść w ciągu jednego dnia ze stolicy Małopolski. Wedle znaków, trasa ta powinna zająć około 9 godzin ;)
Za kwadrans trzecia opuszczam schronisko i podążając skrajem rozległej polany, rozpoczynam zejście w kierunku Działku.
Okolica zaczyna mi teraz przypominać najbardziej znajome części Beskidów - Beskid Mały i Beskid Śląski. Wysoko podchodzące osiedla, gdzieniegdzie pola, sady, dużo dróg dojazdowych, zazwyczaj asfaltowych. Tak, to był inny klimat niż ten z którym miałem styczność kilka dni wcześniej, podczas pobytu w samym sercu Wyspowego.
Rozstaje na Działku.
Niewielkie osiedle...
...Z malowniczym widokiem na grzbiet Kamiennika (z lewej) i Łysinę (z prawej).
Jest uroczo, ale nie potrafię już się zatrzymywać. Podświadomie czuję już chęć zejścia na dół i nie zależy mi na kolejnych postojach - także i widokami nie potrafię się już tak cieszyć. Przy rozstajach pod Śliwnikiem podejmuję decyzję, żeby do Myślenic schodzić zielonym szlakiem  - głównie z tego powodu by przejść dość znanym grzbietem Chełmu, któremu tak często przypatruję się, przejeżdżając zakopianką.
Panorama na południowy-wschód. Na pierwszym planie zalesiony grzbiet Krzywickiej Góry, za nią charakterystyczny Szczebel i Luboń Wielki. Uwagę zwraca również wyraźny masyw Zembalowej (w głębi, po prawej stronie) leżącej w Beskidzie Makowskim.
Prywatne obserwatorium mijane po drodze.
Asfaltowa droga wiodąca grzbietem, po przejściu przez osiedle Patykowo, doprowadza mnie w pobliże wieży widokowej znajdującej się pod zachodnim wierzchołkiem Chełmu (612 m.n.p.m.). Sezonowo czynna konstrukcja, umożliwia podziwianie rozległych widoków: przy sprzyjającej pogodzie zobaczymy zarówno Tatry jak i Kraków. Jest jeden mankament - wejście jest płatne i kosztuje 6/4 zł (norm./ulg.)
Ja na wieżę nie schodziłem, bo już się spieszyłem do domu :D 
Myślenice widziane z górnej stacji kolejki linowej.
Przechodzę pod słupami jednoosobowej kolejki na Chełm, działającej w sezonie letnim i w ciągu 40 minut jestem w Zarabiu.
Przechodząc przez Zarabie - dzielnicę Myślenic, pełniącą funkcję wypoczynkową, mijam setki osób wypoczywających nad brzegiem Raby. Skala zjawiska nie powinna jednak dziwić o tyle, że popołudnie było nie dość że upalne, to jeszcze niedzielne ;P A i sama Raba należy do jednych z najczystszych dopływów Wisły - kąpać się tam więc teoretycznie można.
Nieco zazdroszcząc, czując jak każdy skrawek mojego ciała domaga się prysznica, udaję się jednak do centrum miasta, aby dopełnić formalności i symbolicznie zakończyć 140-kilometrową trasę na rynku w Myślenicach.
Zdjęcia jednak nie udaje mi się wykonać, z uwagę na rozładowaną baterię ^^.
W KRK ląduję dopiero przed 19. To zasługa studenckich powrotów po długim czerwcowym weekendzie :D Gdy trafiam do swojego ówczesnego mieszkanka na krakowskich Łagiewnikach jestem tak zmęczony, że po wzięciu kąpieli, rzucam się prosto do łóżka.
Dopiero kolejnego dnia udaje mi się podsumować wyprawę - naprawdę udaną, emocjonującą i pełną nowych, ciekawych doświadczeń. Nie żałowałem ani trochę - Wyspowy przez te 4,5 dnia udowodnił, że wart był poniesienia tego wysiłku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz