Przez zapomniane rubieże polskich Sudetów. Cz. I - Jagodna i dolina Dzikiej Orlicy

Jak zapewne pamiętacie, za czasów pandemii wyjazdowa rzeczywistość uległa wyraźnym zmianom. W trakcie jednej z majówek, gdy w pełni aprobowane było już chodzenie do lasów i wychodzenie z domów, zdecydowaliśmy się z okazji skorzystać i po dłuższej przerwie odetchnąć górskim powietrzem. Był tylko jeden szkopuł - prognozy pogody były wtedy fatalne i niemal na całą południową granicę Polski zapowiadały deszcze w mniejszym bądź większym wymiarze. Za granicę ruszyć się nie mogliśmy, bo te były jeszcze wtedy zamknięte, zatem wybór siłą rzeczy był dodatkowo ograniczony.

Ostatecznie namówiłem wtedy Krystiana i Roberta do wyjazdu w Góry Bystrzyckie i Orlickie, choć z wyjazdu zrezygnował Kamil z Patrycją. Plan był prosty - odwiedzić schronisko na Jagodnej, poszwendać się na polsko-czeskim pograniczu i jednocześnie pobyć trochę na odludziu.

Przełęcz Kłodzka. Dla osób przybywających z Górnego Śląska to z reguły pierwszy kontakt z Kotliną Kłodzką

Auto pozostawiliśmy nieopodal dworca Kłodzko Miasto, skąd zrobiliśmy krótki spacer na starówkę, gdzie wpierw wstąpiliśmy na szamę, a następnie odwiedziliśmy jeszcze sklep w celu uzupełnienia wyposażenia plecaków. Dość pospiesznie wróciliśmy na parking, bo czas kurczył się w szybkim tempie - troki plecaka były jeszcze nieodpowiednio napięte a już trzeba było dynamicznym krokiem zmierzać na peron, bo lada moment odjeżdżać miał pociąg. Kolejny cel: Bystrzyca Kłodzka.

Peron w Bystrzycy Kłodzkiej w trakcie przelotnej ulewy

O ile w Kłodzku pogoda była w istocie niezła, to w trakcie 30-minutowej przejażdżki zdążył nadejść prawdziwy deszczowy armagedon, na którego przejście wyczekiwaliśmy stojąc jeszcze pod wiatą dworca w Bystrzycy. Na szczęście ulewa zmierzała ku końcowi i chwilę później spacerowaliśmy już uliczkami miasteczka. 

Wejście na starówkę w Bystrzycy Kłodzkiej

Sama nasza wizyta w Bystrzycy też nie była zupełnie przypadkowa. Wycieczkę dałoby się bez problemu zaplanować z Długopola czy Międzylesia, jednak umówmy się, kto zagląda od czasu do czasu do albumów turystycznych bądź sznupta po blogach krajoznawczych, ten może kojarzyć miasteczko z różnych polecajek. I tak dokładnie było tym razem - Bystrzycę Kłodzką już od dawna planowałem odwiedzić a kiedy tamtego razu pojawiła się taka okazja - nie wahałem się tak ułożyć trasy aby o nią zahaczyć 😉

Uliczki starej Bystrzycy Kłodzkiej

O mojej słabości do dolnośląskich miasteczek już wiele razy pisałem przy okazji wędrówek z plecakiem po Sudetach, więc się nie będę specjalnie rozwodził, zwłaszcza że Bystrzyca jest takim typowym przykładem miejscowości tego regionu, która w jednej chwili zachwyca swoją wielkomiejskością (sic!) a w drugiej potrafi wzbudzić wrażenie, że oddziały armii czerwonej wycofywały się stąd nie dalej niż przedwczoraj. W moich oczach to nie odbiera jej uroku, wręcz przeciwnie, budzi jakieś utopijne pozytywistyczne wizje, że chciałbym doczekać jej pełnego rozkwitu, ale oczywiście nie każdemu muszą się podobne klimaty podobać.

Bystrzycki ryneczek

To co w Bystrzycy rzuca się jednak mocno, to rzecz która poniekąd mnie w to miejsce od zawsze ściągała, czyli świetnie zachowany system fortyfikacji i charakterystyczne wyniesienie najstarszej części miasta, które na żywo, z odległości, naprawdę robi wrażenie. To się w Polsce naprawdę rzadko zdarza i rzekłbym, że samego tylko tego powodu warto rozważyć tu wizytę.

I tyle o samej Bystrzycy - nasza trójka po krótkim zawijasie przez miasto popędziła ulicą Krakowską ku zachodnim jego rubieżom i chwilę później wylądowała już na drzewnej alei, która prowadziła nas w stronę intensywnie zielonych grzbietów. 

Zielony tunel

Szlak został wytrasowany wzdłuż starej asfaltowej drogi, ale na szczęście na większości odcinka równolegle do drogi biegła osobna ścieżka, którą można było oszczędzić sobie marszu po asfalcie. Raz na jakiś czas między drzewami ukazywały się sąsiadujące z aleją łąki, skąd dostrzec można było już Góry Bystrzyckie. Nie tylko dlatego, że były już na wyciągnięcie ręki, ale także dlatego, że zgodnie z prognozami, aura zaczynała się poprawiać.

Chyba jednak pogodowo "wyszło na moje". Ufff 😉

Nad resztą Gór Bystrzyckich też obiecująco

Złe chmury odeszły w stronę Masywu Śnieżnika

Przy okazji pobytu na łąkach zdążyliśmy rozejrzeć się po nieboskłonie, aktualizując sytuację pogodową w okolicy. Wszystko wskazywało na to, że jednak wybór jakiego dokonaliśmy, był dobry 😁


Na skraju łąk i lasu, u wylotu doliny przez którą przepływa rzeczka Toczna, minęliśmy zgrabne miejsce przygotowane pod ognisko, a następnie zanurkowaliśmy w sudeckim lesie, pozostając jednak jeszcze chwilę na mało przyjemnym asfalcie. Po upływie kilku minut zielona strzałka wyraźnie wyznaczyła kierunek dalszej drogi na zarastającą leśną ścieżkę i otworzyła przed nami prawdziwą przygodę.

W oka mgnieniu łąki się ożywiły, wybuchając wiosennym gwarem

Początek "prawdziwej" drogi. Wąską ścieżką przez gęsty las

Szlak szybko nabierał coraz to bardziej dzikiego charakteru, wiodąc przez gęsty i bardzo ładny las. Zabrzmi to naprawdę może mało realnie, ale zdecydowanie był to jeden rzadkich przypadków wędrówki przez las, które utkwiły mi całkiem mocno w pamięci.

Dalsza przeprawa

Zarastająca polanka

Po prawdzie nie mam pojęcia ile w tym było zasługi światła a ile samego lasu - tamtego dnia słońce raz po raz wychodziło zza chmur by chwilę później ponownie się za nie schować, przez co każdą zmianę krajobrazu odczuwało się ze zdwojoną siłą...

Las porastający zbocza Sasina okazał się różnorodny i kolorowy

Topograficznie szlak wiódł zboczami Sasina, kulminacji usytuowanej w północnej części masywu Jagodnej, jednak doprowadzał jedynie do poziomu Autostrady Sudeckiej, tj. kultowej szosy, będącej jedną z najwyżej położonych arterii drogowych w Polsce. 

Drzew liściastych ubywa. Gdzieś na końcówce podejścia

Pojedyncze prześwity złapane w drodze do Jagodnej

Po osiągnięciu "autostrady" dłuższą chwilę maszerowaliśmy po ubogiej jakości asfalcie, który po upływie dobrych 30 minut wyprowadził nas na stałe z lasu, ukazując naszym oczom iście sudecki pejzaż składający się z ciągnącego się po horyzont łagodnych i gęsto porośniętych górzystych wałów ze sporadycznymi oznakami cywilizacji w polu widzenia. Całość tego obrazka dopełniał leniwy charakter późnego popołudnia (czy też zasadniczo już wczesnego wieczora) z bledniejącymi odcieniami pomarańczy na niebie...

Rozleniwiająca atmosfera unosząca się ponad Przełęczą Spaloną

Nie dane nam było jednak tego dnia uczestniczyć dalej w spektaklu. Z uwagi na weekend schronisko nie dysponowało wolnym miejscem, co zmusiło nas do szukania innego noclegu. O tym fancie wiedzieliśmy już jednak wcześniej i - szczęście w nieszczęściu - taki zastępczy lokal znaleźliśmy praktycznie obok. Musieliśmy się tylko "skulać" w stronę tzw. Spalonej Doliny.

Było sennie i... bardzo zimno

Wieczór spędziliśmy wyłącznie we własnym towarzystwie, przy akompaniamencie komentatorów finałowego meczu ligi mistrzów. Scenariusz nieco inny w stosunku do tego przywykliśmy w trakcie wspólnych wyjazdów górskich, ale było za to bardzo... grzecznie.

Dzień II

Drugi dzień zdawał się od ranka kontynuować atmosferę rozleniwienia i senności jaką zastaliśmy w okolicach Spalonej poprzedniego dnia. Słońce bardzo nieśmiało zdawało się przebijać przez chmury, co chwila pohukiwał wiatr, a odczuwalna temperatura nie raczyła zbliżać się do 10 stopni, przez co z pensjonatu wychodziliśmy grubo poubierani. I spragnieni dobrej, mocnej kawy, którą mieliśmy wypić w schronisku.

Plan był bowiem taki, że dzięki rezerwacji, jaką mieliśmy w Jagodnej na kolejną noc, nim wyruszymy w trasę, to przepakujemy się, zostawiając część niepotrzebnych bibelotów.

Pensjonat

Drogą wracamy na Przełęcz Spaloną...

Wieje, jest zimno, ale słońce niekiedy prześwieca...

Czas spędzony na przepakowywaniu i piciu kawy nie zaowocował jednak powtórnemu wychodzeniu na szlak w lepszych warunkach. Wręcz przeciwnie, gdy opuszczaliśmy schronisko wyposażeni w wyłącznie jeden plecak, z nieba kapało nam na głowy. Była w tym wszystkim jednak przynajmniej jedna pozytywna rzecz - grupy turystów, które ubiegłej nocy "zabrały" nam pokoje w schronisku wraz z tymi, którzy tego dnia zdecydowali się po prostu wsiąść w samochód i przyjechać do Spalonej, prawdopodobnie zbliżali się o tej porze już do szczytu Jagodnej. Mieliśmy więc praktycznie szlak wyłącznie dla siebie.


Start drogi na szczyt Jagodnej

Sama droga, niezależnie od tego, że wiodła nas na najwyższy szczyt Gór Bystrzyckich, była absolutnie prosta i wiązała się z zerowym wysiłkiem kondycyjnym, co w sposób naturalny czyni Jagodną dobrym miejscem dla osób np. z małymi dziećmi. Warto było ją zaliczyć, zwłaszcza w tak niecodziennej weekendami ciszy, chociaż nie da się ukryć, że wędrówka staje się w pewnym momencie monotonna przez co, mimo braku włożonego wysiłku, widok wieży wieńczącej rozległy lesisty szczyt mocno nas uradował.

Nieliczne leśne prześwity na grzbiecie Jagodnej

Sąsiedztwo wieży widokowej

Wieża jest wystarczająco wysoka by z odpowiednim zapasem wystawać ponad czubki drzew, niemniej grzbiet Jagodnej jest na tyle szeroki, że część sąsiednich pasm jest po prostu przysłonięta. Trudno ocenić mi dokładnie panoramę. bo warunki naprawdę nie były sprzyjające, choć miałem wrażenie, że to widok w stronę Masywu Śnieżnego prezentuje się najbardziej interesująco z uwagi na charakterystyczne "załamanie" grzbietu na pierwszym planie w stronę Kotliny Kłodzkiej, co w konsekwencji sprawia, że bardziej odległy Masyw Śnieżnika ujawnia się w niemal pełnej okazałości. 

Widok na północny-zachód, szczyt Jagodnej Północnej oraz fragment Gór Orlickich

Ciąg dalszy wału Gór Orlickich - na pierwszym planie szeroka wierzchowina Jagodnej przysłaniająca nieodległą dolinę Orlicy

I chyba najciekawszy w ówczesnych warunkach widok na południowy-wschód, w stronę Masywu Śnieżnika i Przełęczy Międzyleskiej

Masyw Śnieżnika na zbliżeniu


Plan wycieczki zakładał kontynuację wędrówki grzbietem Jagodnej, dlatego po krótkiej przerwie na herbatę, ruszyliśmy na południe. I tu warto odnotować, że wieża nie znajduje się w najwyższym punkcie Gór Bystrzyckich, ba, nie znajduje się nawet w jego bardzo bliskim sąsiedztwie, bowiem wznosi się na jednej z kulminacji Jagodnej, oficjalnie 977 m n.p.m., podczas gdy tzw. Jagodna Północna, osiąga 985 m n.p.m., znajdując się mniej więcej kilometr na północny-zachód od wieży widokowej. Szlak tam nie zagląda, ale nic nie stoi na przeszkodzie aby zboczyć z niego i nieoznakowaną ścieżką o niego zahaczyć.

Ruszając na południe obeszliśmy jeszcze południowy wierzchołek (949 m n.p.m.), za którym rozpoczęło się całkiem strome (łącznie aż 250 metrów wytracamy!), jak na Góry Bystrzyckie, zejście do Przełęczy nad Porębą. Po drodze minęliśmy odejście żółtego szlaku, a końcówkę drogi odbyliśmy maszerując już ponownie Autostradą Sudecką.

Przełęcz nad Porębą i wznoszący się po drugiej stronie Miłoń

Na przełęczy trafiliśmy akurat na okres kiedy słońce przeświecało przez chmury, przez co miejsce wydało nam się w istocie ładne. Ładne do tego stopnia, że tuż za krzyżówką postanowiliśmy zrobić sobie przerwę śniadaniową, która mogła się odbyć, no chyba po raz pierwszy w trakcie tego wyjazdu, w towarzystwie panoram Kotliny Kłodzkiej i sąsiadujących z nią pasm górskich.

Widok z przełęczy na drugą stronę i zbocza Jagodnej

Na ostatnim planie pasmo Gajnika i Kościelnicy, również stanowiących fragment Gór Bystrzyckich

Radość z nadchodzącego słońca musieliśmy jednak najwyraźniej odpokutować, bowiem posileni kanapkami maszerowaliśmy dziurawym odcinkiem Autostrady Sudeckiej wijącej się teraz zboczami Miłonia (772 m n.p.m.), a następnie Jedlnika (747 m n.p.m.). Na tym odcinku bez wątpienia roi się od widoków, droga biegnie bowiem również pośród odsłoniętych terenów, nas jednak spotkał niespodziewanie na nowo zacinający nieprzyjemny deszcz.

Za Miłoniem, nieopodal Jedlnika, dopadł nas krótkotrwały deszcz, który znacząco ograniczył, ładne jak podejrzewam, widoki

Na szczęście opady tak szybko jak nadeszły, tak szybko przeniosły się dalej. Chmury również się podniosły ukazując nieco okolicy, która, gdy tak sam nad rozmyślałem, przypominała mi słowackie Jaworze i Ostróżki. Pusto, gdzieś na skraju wszystkiego, choć z drugiej strony - wcale nie tak daleko od cywilizacji. To jednak Góry Bystrzyckie w mojej opinii trochę różni od Bieszczad czy Beskidu Niskiego - tam w wiele miejsc naprawdę całkiem długo trzeba jechać, tu przecież z Kłodzka jest naprawdę niedaleko. A po drodze jeszcze całkiem niemałe miejscowości pokroju Bystrzycy Kłodzkiej. Zatem ta cywilizacja jest... ale wygląda na to, że nie zapuszcza się w głąb gór.

Łąki między Gniewoszem (850 m n.p.m.) a Jedlnikiem (747 m n.p.m.)

Krystian z Robertem na tle dalszej drogi

Za Jedlnikiem odnaleźliśmy rozstaje "Pod Gniewoszem", przy których pożegnaliśmy się z żółtymi paskami i, tym razem niebieskim szlakiem wytrasowanym tu po polnej drodze, zaczęliśmy schodzić w stronę Poniatowa. Tak, kręciliśmy się trochę w kółko, ale planując trasę łąki znajdujące się w sąsiedztwie Gniewoszowa zapowiadały obiecujące widoki, dla których zdecydowaliśmy się nadłożyć drogi. Oczywiście, drogi można było sobie oszczędzić, schodząc do Poniatowa bezpośrednio z Przełęczy nad Porębą.
 
Miłoń, w głębi Jagodna

Poniatów leżący po południowej stronie Gór Bystrzyckich, wyglądał jakby był zapomniany przez Boga i ludzi. Nie był wsią, którą wygumkowano z map, jak w przypadku nieistniejących wsi Beskidu Niskiego albo bieszczadzkiego pogranicza polsko-ukraińskiego. Po prostu wyglądał jakby starsza społeczność wymarła a w ich miejsce nikt nie przyjechał. Klimatycznie.

A wg Wikipedii w 2011 roku mieszkało tu 9 osób. 

Zapomniany przez Boga i ludzi Poniatów

We wsi, oprócz całkiem pokaźnej liczby domów, na pewno większej niż w niejednej dawnej wsi Beskidu Niskiego, ostał się także kościół. Na tyle duży, że dający świadectwo niegdysiejszej populacji miejscowości. Atmosfery odosobnienia zdecydowanie dodawały także przepływająca obok Dzika Orlica, tamtego dnia zupełnie nieprzekraczalna z uwagi na szczyt pandemii i zamkniętą granicę.

Kościół w Poniatowie

Zamknięte granice na szczęście jednak nie przeszkodziły w dotarciu nad sztuczny zbiornik zlokalizowany na skraju wsi. Co ciekawe, mimo niecodziennych okoliczności działał tu kram z lodami i przekąskami.

Malownicze jezioro/staw (?) w dolinie Orlicy, przy którym doczekaliśmy się przejaśnień

W sąsiedztwie zbiornika chwilę pochillowaliśmy, zdążyliśmy również przywitać ładną pogodę, która wlała w nasze serca nadzieje na pomyślny bieg kolejnych dni i późnym popołudniem ruszyliśmy w stronę schroniska Jagodna. Mając za plecami wał Gór Orlickich oddzielonych od nas doliną Orlicy łagodnie pięliśmy się po pozaszlakowym trakcie, który miał nas doprowadzić do szlaku żółtego... 

Powrót w stronę schroniska

Aż do samego schroniska marsz przebiegał w bardzo spokojnej atmosferze, której mocno wyczekiwaliśmy przyjeżdżając w Góry Bystrzyckie. Z lekką niecierpliwością wyczekiwaliśmy jednak już samego schroniska, którego dobry wizerunek zachęcał nas długo do wizyty, zresztą, wizerunek wizerunkiem, byliśmy już po prostu głodni 😁

I cyk, jesteśmy u bram "Jagodnej"

Po późnym obiedzie i zakwaterowaniu pogoda nadal dopisywała, dlatego postanowiliśmy opuścić schroniskowe mury raz jeszcze i wraz z herbatką zasiąść przy stole w oczekiwaniu na zachód słońca... Było dosyć zimno, ale naprawdę bardzo miło. Góry Bystrzyckie ponownie nie zawodziły 😉

Drugi wieczór zapowiadał się znacznie bardziej obiecująco...

Okolice Spalonej tym razem w objęciach zachodzącego słońca


Mam nadzieję, że spodobały się Wam Góry Bystrzyckie, gdyż w kolejnej części naszej sudeckiej przygody również w nich pozostaniemy 😉 Do zobaczenia!


KOMENTARZE

0 comments:

Prześlij komentarz

Back
to top