Wędrując ponad Tannheimer Tal - Rote Flüh i Friedberger Klettersteig


Łańcuch górski: Alpy (Alpy Wschodnie)

Sektor: Północne Alpy Wapienne

Pasmo górskie: Alpy Algawskie

Podgrupa: Tannheimer Berge

Jeden z najpiękniejszych spacerów graniowych jakie można odbyć w obrębie Tannheimer Berge. Znane ze wspaniałych panoram szczyty Schartschrofen i Rote Flüh łączy półkilometrowa widokowa grań, którą poprowadzono średniej trudności ferratę Friedberger Klettersteig (B/C).

Uwaga! Opisana trasa wymaga odpowiedniej kondycji oraz obycia ze skałą i odporności na ekspozycję. Najtrudniejsze fragmenty ferraty można ominąć poprzez obejście szczytu Schartschrofen - w przypadku przejścia całości należy wyposażyć się w sprzęt (lonża, uprząż).

Orientacyjny czas przejścia opisanej trasy - ok. 6 godzin. 1250 metrów podejść i tyle samo zejść. Łączna długość - ok. 11 kilometrów.


To była moja pierwsza przygoda z Tannheimer Berge. Dlatego na wstępie jestem Wam winien małe wprowadzenie...

***

Warunki brzegowe tamtego dnia były cokolwiek mówić, trudne. Rzecz miała się bowiem dzień poprzedzający mój trzeci przyjazd w Alpy Algawskie, wyjątkowy, bo zrealizowany w całości pociągiem. I, niestety, sporo się w tamtym czasie posypało. Rankiem wprawdzie bez problemu dotarłem do Wiednia, zaliczając pierwszy etap podróży całkiem udanym, ale tuż za Wiedniem, w tunelu pod Lasem Wiedeńskim, mój pociąg natrafił na samobójcę, który zdołał wejść i zablokować ów tunel, co przełożyło się na dwugodzinne opóźnienie, stopniowo potem jeszcze rosnące. W efekcie miałem nie zdążyć na przesiadkę na pociąg z Innsbrucka do Reutte, co zawczasu spowodowało reorganizację trasy - wpierw przesiadkę w Salzburgu a potem jeszcze kolejną w Monachium, co dodatkowo wydłużyło podróż i wymusiło wymianę biletów. W każdym razie na miejsce, do leżącego w Tyrolu Reutte (północno-wschodni skraj Alp Algawskich) dotarłem praktycznie w środku nocy, zmuszony zamiast spać na miejscowym kempingu, szukać na ostatnią chwilę hotelu.

Wierzcie mi, że rano wstawałem zatem zmęczony i w lekko ponurym humorze, licząc gorąco na to, że najbliższe godziny mocno mi go poprawią. Niemniej, prawda była taka, że wstałem później niż pierwotnie planowałem, co ograniczyło mi dzień, bowiem musiałem zdążyć w końcu stawić się na kempingu i przede wszystkim, rozbić swój namiot. Za dnia.

Tak, dzień od samego początku był przewidziany pod trekking w Tannheimer Berge i bardziej strategicznych zmian wprowadzać nie zamierzałem, przy śniadaniu biłem się jednak z myślami dokąd powędrować. Z punktu widzenia zwężonych ram czasowych najrozsądniejsza wydawała się wycieczka we wschodnie krańce Tannheimer Berge, np. na Gehrenspitze, która nie wymagała długich dojazdów autobusem. Miała ona jednak pewien mankament - nie pozwalała zobaczyć Tannheimer Tal, dumy tej części Alp Algawskich. I chyba głównie dlatego stanęło na wycieczce na Rote Flüh i Gimpel. Z tego drugiego ostatecznie nic nie wyszło, ale o tym dlaczego, to później, na razie kierunek dworzec autobusowy, marsz!

Poranek na dworcu autobusowym w Reutte

Autobus (linia 120 łącząca Reutte z niemieckim Oberjoch; rozkład sprawdzicie TUTAJ lub TUTAJ) zawiózł mnie do osady Haller, stanowiącej administracyjną część miasteczka Nesselwängle. Nie będę zupełnie bliski prawdzie, jeśli powiem, że leżącego w centralnej części Tannheimer Tal, ale już blisko jej serca, a już na pewno w jednej z jej najbardziej malowniczych części, to znaczy nad jeziorem Haldensee.

🚩Haller (1135 m n.p.m.) - 09:40

Haldensee leży na wysokości 1173 m n.p.m. i liczy 73 ha powierzchni. Jest wykorzystywane w celach rekreacyjnych - na zachodnim jego brzegu znajdziecie kąpielisko

Jezioro było miłym dodatkiem na trasie wycieczki, więc nie poświęciłem mu zbyt wiele uwagi, jednak warto wiedzieć, że jego północnym brzegiem biegnie promenada, zaś południowym - główny szlak rowerowy Tannheimer Tal. Można je podziwiać zatem w trakcie spokojnych spacerów pieszych, można z perspektywy siodełka bądź... ze szczytów Tannheimer Berge, co i ja zamierzałem wkrótce czynić...

W tym celu cofnąłem się znad brzegu jeziora pod kapliczkę, gdzie znajduje się tabliczka wskazująca przebieg szlaku. W przysiółku trudno się zgubić, jest tu dosłownie parę domów mieszkalnych i prawdopodobnie tyle samo hoteli, w tym jeden całkiem duży, zaraz przy brzegu Haldensee. Pomaszerowałem między tyrolskimi domkami i zniknąłem w lesie.

Domy w osadzie Haller

Początek trasy jest męczący. Tak często bywa w Alpach Algawskich, ale południowe zbocza Tannheimer Berge należą do szczególnie wymagających pod tym kątem - są szlaki trochę łatwiejsze - i do takich notabene należy szlak, którym szedłem rano - ale są też takie, które kondycyjnie dają bardzo mocno w kość.

I gdyby fakt ten Was zaskoczył, to na szczęście z pomocą przychodzą niezliczone alpejskie przybytki. Tak jest i w tym wypadku, po pokonaniu pierwszych 200 metrów różnicy wysokości szlak mija Adlerhorst (dosł. Orle Gniazdo - ale oczywiście nie to od niedoszłego malarza), pierwszy tego dnia punkt gastronomiczny na trasie.

🚩Adlerhorst (1350 m n.p.m.) - 10:00

Zimny radlerek? Ciasto i kawa? Skromne progi Adlerhorst są latem otwarte od wczesnych godzin porannych

Powyżej chaty wpierw dwukrotnie odbiłem na rozstajach, a następnie kontynuowałem wspinaczkę przez las, korzystając ze skrótów (obok wiedzie bita droga). Warunki sprzyjały rozważaniom, więc pozwólcie, że podzielę się z Wami paroma refleksjami na temat Tannheimer Tal i Tannheimer Berge...

Zdobywając kolejne metry

Każda z podgrup, na które dzielą się Alpy Algawskie ma w sobie coś wyjątkowego, co na końcu składa się również na wyjątkowy urok całych Alp Algawskich. W przypadku Tannheimer Berge cechą, która decyduje o jej wyjątkowości jest wyraźna odrębność od reszty tego pięknego pasma górskiego. Przy czym - nie chodzi o wyłącznie o krajobraz - Tannheimer Berge to takie "państwo w państwie". Obszar, który posiada za sprawą Tannheimer Tal własną markę i swoje własne silne ośrodki turystyczne.

Skąd jednak ta przestrzeń na budowanie odrębności? Już gdy popatrzymy na mapę to zapewne zauważymy, że Tannheimer Berge stanowią jednocześnie najbardziej wysunięty na północ i wschód fragment Alp Algawskich. Köllenspitze - najwyższy szczyt Tannheimer Berge - od Widdersteina (najwyższego szczytu Walsertaler Berge) dzieli niespełna 45 km w linii prostej, od Diedamskopfu, najbardziej wysuniętego szczytu na zachód w Alpach Algawskich - prawie 50. Dystans jednak to nie wszystko - kluczową dla wspomnianej odrębności jest sama Tannheimer Tal - o ile wszystkie pozostałe podgrupy są ze sobą połączone w jakiś sposób grzbietem, poprzez mniej lub bardziej głębokie przełęcze, to Tannheimer Berge od reszty Alp Algawskich oddziela głęboka Tannheimer Tal i płynąca jej dnem rzeka Vils. Dzieli ona Tannheimer Berge zarówno od leżącej na południe Vilsalpsee Berge (najwyższy szczyt to przypomnę Leilachspitze - 2274 m n.p.m.) jak i od Prealp Algawskich Wschodnich (Grünten - 1738 m n.p.m.).

Oczywiście, sama sytuacja, w której jedna z części pasma górskiego jest oddzielona wyraźnie od drugiej, np. ciekiem, nie jest wielką rzadkością. Z bliższych nam przykładów mamy z nią do czynienia chociażby w Beskidzie Sądeckim, w którym podobnych podziałów dokonuje Poprad, czy w Małej Fatrze, w której Wag dzieli część krywańską od luczańskiej. Coś z tą odrębnością jednak musiało być na rzeczy, bowiem do XX wieku Tannheimer Berge były uznawane za oddzielne pasmo górskie. Określano je wtedy jednak mianem Vilser Alpen.

Pierwsze widoki na sąsiadującą z Tannheimer Berge grupę Vilsalpsee Berge

Moje rozważania na temat topografii Tannheimer Berge w końcu przerwał krajobraz hali Gessewangalpe, z której zobaczyć można już było całkiem sporo. Było to całkiem dobre miejsce na odpoczynek, jednak mapa przekonywała mnie, że do grzbietu miałem jeszcze długi kawałek drogi. Postanowiłem zatem z postojem jeszcze chwilę się wstrzymać.

🚩Gessewangalpe (1560-1600 m n.p.m.) - 10:40

Opustoszała hala pasterska Gessewangalpe

Wspominałem wcześniej, że szlak, którym szedłem był jednym z łatwiejszych szlaków dojściowych do grani Tannheimer Berge, bo rzeczywiście, powyżej Gessewangalpe trudno było mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Szedłem długim ramieniem opadającym spod szczytu Haller Schrofen (1934 m n.p.m.), które miejscami przyjmowało wręcz beskidzki charakter.

Widoki w stronę grani głównej Tannheimer Berge

Dotarcie do grani stałoby się jeszcze prostsze, jeśli zamiast przełęczy Hallergernjoch, moim celem byłoby schronisko Sonnenalm (1818 m n.p.m.) leżące na hali o tej samej nazwie. Wariantem zaś najprostszym - po prostu wjechanie tam gondolką z wsi Grän w Tannheimer Tal - wtedy żal było mi pieniędzy na tego typu rozwiązanie, ale dziś, mając też doświadczenia ze szlaku w pamięci, z pewnością bym je rozważył, gdyby podejmował się powtórnej wycieczki.

Gdyby nie daleki plan, można byłoby się poczuć jak... w Beskidach?


Po minięciu wspomnianych rozstajów ścieżka na Hallergernjoch podprowadziła mnie bliżej skał, po czym odbiła wyraźnie na południe, wyprowadzają pokrótce na malowniczy szczycik, z nową, szeroką panoramą na Vilsalpsee Berge, która skutecznie spowolniła moje dalsze ruchy. Ładnie się zrobiło, nieprawdaż?

Pierwsze szersze widoczki tego dnia

Jeszcze raz, tylko na większym zbliżeniu. Wzrok przykuwa widoczna z prawej strony para Rauheck i Gaishorn, odpowiednio 2. i 3. najwyższy szczyt Vilsalpsee Berge

Na tym zdjęciu możecie także rozpoznać pewnego "starego" znajomego, którego sylwetki nie da się pomylić. To szpiczasty Hochvogel widoczny za trawiastym Sulzspitze, wznoszącym się mniej więcej pośrodku kadru

W tamtą stronę zmierzam: widać przebieg ścieżki podążającej na Hallergernjoch, samą przełęcz oraz pierwszy szczyt na mojej trasie, skalisty Schartschrofen

A to już widok w stronę Lechtal. Dalekie plany tworzy zatem północno-wschodnia część Alp Lechtalskich

Krzyż na zboczach masywu Schartschrofen. W tle na drugim planie Litnisschrofen (2068 m n.p.m.) i za nim, po lewej stronie, Leilachspitze (2274 m n.p.m.), najwyższy szczyt Vilsalpsee Berge

Chwilę później przyjemny trawers się skończył a ścieżka zawinęła ostro pod górę, jakby chciała na koniec pozostawić w pamięci wędrowcy trwały ślad po sobie. Tak znalazłem się na grani głównej Tannheimer Berge, a dokładniej na przełęczy Hallergernjoch.

🚩Hallergernjoch (1851 m n.p.m.) - 11:20

Pierwszy tego dnia widok na północną stronę grani. 

Przełęcz wydawała się bardzo niepozorna, ale pełniła istotne znaczenie turystyczne i topograficzne. Z jednej strony prócz szlaku grzbietowego zbiegały się tu dwa szlaki doprowadzające z północy i południa, co gwarantowało spory ruch, z drugiej, choć może należałoby od tego zacząć, stanowiła ważną granicę w Tannheimer Berge.

Nie będę już Was raczyć rozwlekłymi topograficznymi opisami, więc dopowiem tylko, zamykając wcześniejsze rozważania, że zasadnicza część Tannheimer Berge przybierający charakter grzbietu ciągnącego się z północnego-zachodu na południowy-wschód, składa się z dwóch części.

Część zachodnia określa się mianem Vilser Gruppe (nie mylić ze starą nazwą Vilser Alpen), a jej najwyższym szczytem jest Grosse Schlicke (2059 m n.p.m.). Część ta jest nie tylko niższa, ale także nie posiada wyraźnego lidera bądź liderów, większość szczytów osiąga tam podobne wysokości po 1800-2000 m n.p.m. Tutejsze szczyty przybierają także znacznie bardziej łagodny charakter (choć oczywiście zdarzają się skaliste szczyty, takie jak Aggenstein), jak również bardziej zawiła topograficznie za sprawą kilku długich bocznych grani.

Część wschodnia, zwana Tannheimer Gruppe, jest wyraźnie wyższa i bardzo zwarta. Szczyty przybierają kształty wyrazistych turni oddzielonych od siebie głębokimi przełęczami. Oprócz najwyższego Köllenspitze (2238 m n.p.m.), dominujący nad okolicą charakter przyjmuje także Gimpel (2173 m n.p.m.), Gehrenspitze (2162 m n.p.m.) i Rote Flüh (2108 m n.p.m.).

I gdzie w tym wszystkim jest Hallergernjoch? Otóż właśnie rozdziela te dwie części:)

Sąsiedni Haller Schrofen (1934 m n.p.m.)

Z przełęczy ruszyłem na południowy-wschód granią, w stronę szczytu Schartschrofen. Ścieżka prowadziła mnie wśród kosówki, stopniowo coraz bardziej rzednącej, po łagodnie nachylonym zboczu. Można by rzec, że wejście jest bardzo dogodne, ale jak zaraz zobaczycie, nie jest to reguła.

Gdzieś daleko wyrasta giewontopodobny szczyt, to właśnie Aggenstein (1986 m n.p.m.)

Okolice szczytu przypominają odrobinkę Wielkiego Chocza - mamy tu wyraźną asymetrię zboczy, która w kopule szczytowej przekłada się na rozległe trawiaste wypłaszczenie podcięte z jednej strony wyraźną przepaścią. Z kolei ponad owym trawiastym wypłaszczeniem, znajduje się właściwy, ciasny wierzchołek, na którym przebywanie większej grupie osób utrudnia miejscowy krzyż. Schartschrofen - mimo nie wpadającej w ucho nazwy, jest jednak wart zapamiętania, bo panorama z wierzchołka jest imponująca.

🚩Schartschrofen (1968 m n.p.m.) - 11:30

Haldensee z góry na tle Alp Algawskich

Hochvogel jak każda prawdziwa góra-symbol jest rozpoznawalna bez problemu nawet z daleka

Widoki na Tannheimer Tal i pozostałe podgrupy Alp Algawskich - to bez wątpienia ważny argument przemawiający za wędrówką po okolicznych szlakach. Ale właśnie - są one domeną wielu tutejszych szczytów, nie tylko Schartschrofen. Powodem aby zjawić się właśnie tutaj, może być jednak fenomenalny widok wznoszących się w bliskim sąsiedztwie szczytów: Gimpel i Rote Flüh, które tworzą piękną skalną parę. Oczywiście podziwiać ją można z innych miejsc, ale Schartschrofen jest tak blisko jej położony, że widok ten naprawdę może onieśmielać.

Panorama będąca dumą Schartschrofen - Gimpel i Rote Flüh w raz ze śladem via ferraty Friedberger Klettersteig

Przy okazji jeszcze wyjaśnienie groźnie brzmiącej nazwy Schartschrofen - przekładając na tatrzańskie nazewnictwo byłoby to coś w rodzaju "Turni nad Przełączką", choć jest to pewne uogólnienie, które mam nadzieję że germaniści mi wybaczą. O ile schart rzeczywiście jest wąską przełęczą, zatem przełączką, szczeliną, szczerbiną, to schrofen ma w języku niemieckim bardzo konkretne znaczenie - odnosi się do specyficznego rodzaju alpejskich zboczy, nader stromych, ale z reguły trawiasto-skalistych.

W sąsiedztwie Schartschrofen teren określany zjawiskiem schrofen można odnaleźć np. na wschodnich zboczach. Jest on moim zdaniem tu jednak tylko dodatkiem - takim typowym, koronnym przykładem gdzie dominuje jest np. masyw Schnecka. Albo Walsertaler Berge.

Luźne tłumaczenie "Turnia nad Przełączką" wynika z tego, że odmiennie niż po stronie zachodniej, mamy tu do czynienia z bardzo stromym, w górnej części skalistym, zboczem. To właśnie tędy poprowadzono pierwszy fragment via ferraty Friedberger Klettersteig, która generalnie uchodzi za stosunkowo łatwą (C), ale zdecydowanie do przejścia w najbardziej newralgicznym odcinku w uprzęży i lonżą. Takowej nie miałem, dlatego aby przejść dalej, musiałem obejść wschodnie zbocze szczytu.

Gimpel wznoszący się śmiało nad Reintal

Widok z wierzchołka na północny-zachód, w stronę zachodniej części Tannheimer Berge, tzw. Vilser Berge. Daleko w tle wyrasta Aggenstein a bardziej na prawo - Brentenjoch

Masyw Schlicke (Grosse Schlicke - 2059 m n.p.m.)

W tym celu, po zabawieniu na szczycie około 30 minut (z chęcią posiedziałbym tam jeszcze dłużej, gdybym nie musiał oglądać się na zegarek), sprawnie zawinąłem się na Hallergernjoch. Tam odbiłem na północny-wschód, zanurzając się na chwilę w objęciach doliny Reintal, która gromadzi wokół siebie wszystkie najważniejsze szczyty Tannheimer Berge.

🚩Hallergernjoch (1851 m n.p.m.) - 12:10

Krajobraz górnych partii doliny Reintal

Mimo bliskości tak wielu ważnych szczytów, dolina nie cieszy się wyraźnie większą popularnością. Z jednej strony bierze się to z tego, że wszystkie trzy najwyższe szczyty Tannheimer Berge wznoszące się bezpośrednio nad doliną opadają tu pionowymi, niedostępnymi ścianami, a pojedyncze szlaki doprowadzające w ich rejon i tak wymagają przejścia na sąsiednią stronę grani, a zatem wcale nie skracają drogi. Drugi powód to dostępność samej doliny - jest to dolina zawieszona, która do doliny Lechu opada 250-metrowym progiem znajdującym się na dodatek w mało turystycznym zakątku gór, między miejscowościami Pflach i Musau.

W dolinie znajdują się jednak aż trzy obiekty gastronomiczne, w tym dwa schroniska górskie (Otto-Mayr-Hütte i Füssener Hütte), zlokalizowane około 350 metrów poniżej Hallergernjoch. Najprościej do nich dotrzeć korzystając z kolejki gondolowej, o której Wam wspominałem - na Sonnenalm, skąd przez przełęcz Reintaler Jöchle można tam dotrzeć w godzinę, półtorej drogi (w zależności od tempa marszu). To o połowę krócej niż z parkingu, skąd maszerować trzeba ok. 2,5 godziny.


Ja w trakcie zejścia o schronisku jednak nie myślałem, myśli moje początkowo przykuwał widoczny na wprost mnie, masyw Schlicke. To kolejny łatwy cel wędrówki z Sonnenalm, oferujący ponoć bardzo interesującą panoramę. Wiem, że może piszę to tutaj dość często, więc ujmę to jeszcze inaczej - gdybym chadzał wyłącznie kierowany chęcią podziwiania panoram, to z pewnością po odbyciu opisywanej wycieczki kolejną w Tannheimer Berge odbyłbym właśnie tam.

A właśnie, wracając do szlaku, którym szedłem. Aby obejść Schartschrofen trzeba zejść na wysokość mniej więcej 1700 m n.p.m. Następnie, w górnych partiach Reintal między rumowiskami przeskakujemy na rozstajach ze ścieżki prowadzącej dalej do Füssener Hütte na inny szlak, który natychmiastowo doprowadza na nowo w sąsiedztwo skalnych ścian, od których jeszcze kilkanaście minut temu stopniowo się oddalaliśmy. Krajobraz drastycznie się zmienia, z krainy alpejskich pastwisk, motylków i kwietnych łąk, stanąłem oko w oko z Gimplem.

Z bliska Gimpel wywiera ogromne wrażenie

Szerokie dno doliny wkrótce zaczęło się także zwężać, a z nim moje pole widzenia. Nad sobą zobaczyłem południową grań Schartschrofen, stanowiącą omijaną przeze mnie część via ferraty, ponieważ też w międzyczasie wszelkie podmuchy wiatru oraz dźwięki owadów zanikły, zaczęły do mnie docierać rozmowy i pokrzykiwania wspinaczy.

Fragment grani, którą omijałem

Teren, którym się poruszałem nie był może najprzyjemniejszy, ale jego zaletą było to, że nie dzieliłem go z nikim innym. Mogłem się mozolić ile wlezie, a na dodatek, przypadkowo puszczone przeze mnie kamyczki nie miały komu zagrozić. Na przełęczy na którą zmierzałem, Gelbe Scharte, zameldowałem się zatem bezpiecznie i szybko (35 minut), chociaż zejście z grani i powtórne wejście czułem w nogach i płucach.

🚩Gelbe Scharte (1840 m n.p.m.) - 12:45

Gimpel pośrodku, z prawej Rote Flüh

Zmęczenie szybko jednak zostało przykryte ekscytacją, widoki z Gelbe Scharte podnosiły bowiem adrenalinę. Chociaż Friedberger Klettersteig na odcinku na wschód od przełęczy jest wyceniana najwyżej na B, to frajda z przechadzki zapowiadała się bardzo duża.

Wąska przełęcz Gelbe Scharte (dosłownie Żółta Przełączka). Widać teren określany mianem schrofen - to te trawki poprzecinane rzadkimi skałkami

Zbliżenie na wierzchołek Schartschrofen od strony południowo-wschodniej. Widać szczytową rynnę, którą biegnie ferrata

Z Gelbe Scharte perć prowadziła po południowej stronie grani, obchodząc na początek turnię Gilmenkopf (1940 m n.p.m.). Miejscami jest tam trochę stromo, ale teren po którym ją poprowadzono jest usiany trawkami; mało tam rumoszu skalnego idzie się zatem bardzo przyjemnie.

Z Gelbe Scharte dość ostro w górę, trawersując turnię Gilmenkopfu

Trawers Gilmenkopfu kończy się wkrótce powrotem na grań, która początkowo jest szeroka i łagodna, tutaj nadal trudno mówić o większych trudnościach. Miejscami pojawiają się znów fenomenalne widoki na Haldensee i wznoszące się po drugiej stronie Vilsalpsee Berge.

Powtórnie Haldensee i osada Haller z której ruszałem w góry

Warto też stanąć i spojrzeć za siebie, na połączone via ferratą szczyty Gilmenkopf i Schartschrofen bądź na dolinę Reintal i masyw Schlicke.

Gilmenkopf i Schartschrofen już za mną

Teraz przede mną już tylko niespodzianki, które trzyma w zanadrzu Rote Flüh

Po przejściu przez krótki łagodny odcinek, dalej czekało podejście, jednak początkowo w quasi-trawiastym terenie. Z czasem stromość ustąpiła a w jej miejsce pojawiła się skalna zabezpieczona grzęda, nadal jednak dosyć szeroka (na pewno szersza niż ta pod Biberkopfem - odsyłam kto nie czytał LINK), choć przewiewna - z pewnością nie dla osób z lękiem przestrzeni.

Szlak prowadzi na grzędę skalną

Zabezpieczony fragment grzędy skalnej. Świetnie widoczny masyw Einstein - na zdjęciu na drugim planie w lewej części kadru, ponad zabudowaniami wsi Gran w dolinie Engetal

Wyżej czekało mnie znów lekkie podejście, choć ponownie, bardzo wygodne, bez osypywania się rumoszu skalnego na każdym kroku. Tak to można chodzić!

Podejście na Rote Flüh z widokiem na poznane już fragmenty via ferraty - skalisty fragment grani (grzędę) i trawersowany Gilmenkopf

Kulminacyjnym momentem na który czekałem, była jednak czekająca dalej gardziel. Aby się z niej wydostać, trzeba skorzystać z zamontowanych tutaj klamer i liny. Sam czułem się tutaj pewnie, niemniej rozmieszczenie klamer wymaga użycia siły i podciągnięcia się w kluczowych momentach.

Wąska gardziel pod wierzchołkiem Rote Flüh - widok z dołu

To samo miejsce z góry

Po jej pokonaniu osiągnąłem kolejną trawiastą połać, urywająca się dosłownie kilka metrów dalej pionowymi zboczami. W takim terenie podchodziłem już na sam wierzchołek Rote Flüh, po drodze pokonując jeszcze coś na kształt niewielkiej rynny. Całość - super sprawa. Byłem bardzo zadowolony.

🚩Rote Flüh (2108 m n.p.m.) - 13:45

Widoki po wyjściu na otwartą przestrzeń, tuż przed osiągnięciem wierzchołka Rote Flüh

Ale zaraz, zaraz, przecież to nie koniec atrakcji! Jednym wielkim wow, jest z pewnością i sama panorama roztaczająca się ze szczytu, lepsza niż piszą w przewodnikach. Po wcześniejszej panoramie z Schartschrofen, którą zachwalałem w relacji, wydawać by się mogło, że nie będzie to proste, ale to właśnie panorama z Rote Flüh, jest mocnym kandydatem na plebiscyt najlepszej panoramy w Tannheimer Berge!

Na szczycie Rote Flüh - panorama na północ i wschód

Na czym polegają atuty? Pierwsze dwa są podobne jak w przypadku Schartschrofen. To efektowny widok na wyższe szczyty leżące w bliskiej odległości, w tym wypadku znany już Wam Gimpel i wznoszący się nieco dalej Köllenspitze. Widok wyrazisty i zapadający w pamięć, którego w mojej opinii, w przypadku kandydatów na najlepsze panoramy nie może zabraknąć. Drugie podobieństwo to widok z lotu ptaka na rozciągającą się pod nami Tannheimer Tal. Rote Flüh jest położony minimalnie bardziej na południe, a to oznacza że znajduje się bardziej w osi doliny, zatem jej dno zobaczymy niemal na przestrzał. A teraz różnice. Najważniejszą jest dodatkowych prawie 200 metrów różnicy wysokości i panoramy po horyzont we wszystkich najważniejszych kierunkach, które sprawiają że oprócz podziwiania szczytów Tannheimer Berge, czy sąsiednich podgrup Alp Algawskich, bez trudu dostrzeżemy Alpy Ammergawskie, Wetterstein z masywem Zugspitze, Mieminger Kette z masywem Hochplattig czy całą litanię szczytów Alp Lechtalskich, często pokazywanych zresztą na blogu w relacjach z Alp Algawskich. Nagromadzenie tych szczytów zawsze przyprawia mnie o zawroty głowy, dlatego uwielbiam raz na jakiś czas wybrać jako cel wędrówki taki szczyt, który oprócz znajomych mi krajobrazów pozwala zachwycić się bezkresem wierzchołków Północnych Alp Wapiennych.

Z Rote Flüh na południe i południowy-zachód

A skąd nazwa Rote Flüh? Dosłownie to coś w rodzaju Czerwonej Skały, przy czym, jak w przypadku Schartschrofen, to daleko idące uogólnienie. Flüh w tym kontekście podkreśla jej urwisty charakter; przepaść. I wyobraźcie sobie, że południowa ściana szczytu uchodziła długo (do czasu montażu spitów) za najtrudniejszą drogę wspinaczkową w Tannheimer Berge (a ponoć i w całych Alpach Algawskich).

Zatem Czerwona Skała. Czemu Czerwona? Bo posiada zacieki na swoich zboczach, które przybierają okresowo rdzawo-czerwoną barwę 😊

Zbliżenie na centralną część Alp Algawskich

Panorama Alp Algawskich z podpisami - kliknij, zdjęcie pojawi się w większej rozdzielczości

Masyw Einsteina i zachodnia część Tannheimer Berge. W dole widać mijany przeze mnie Gilmenkopf i skalisty Schartschrofen na którego wierzchołku byłem około dwie godziny wcześniej. Dalej, w centralnej części zdjęcia Lauferspitze a za nim z lewej strony Aggenstein i z prawej Brentenjoch

Obracam się jeszcze o 180 stopni w stronę Köllenspitze - tak prezentuje się z bliska najwyższy szczyt Tannheimer Berge

Daleko daleko w tle znajdziecie Alpy Ammergawskie z Danielem i wystający ponad nimi masyw Wetterstein z Zugspitze - najwyższym szczytem Niemiec

Ważna informacja, jeśli zachęciły Was panoramy - aby wdrapać się na Rote Flüh absolutnie nie musicie podchodzić od strony Gelbe Scharte otwartą granią. Możecie na szczyt podejść od strony kotła polodowcowego Gimpelkar, dokładnie tym samym szlakiem, którym ja schodziłem. Nie wymaga on żadnych wielkich technicznych umiejętności, a przewidywany przez mapy czas takiej wędrówki to 1:15 z Gimpelhaus (ok. 3 godzin z przystanku autobusowego w Nesselwängle). Przydałoby się mieć tylko kondycję, żeby poradzić sobie ze stromym podejściem do Gimpelhaus 😋


Po tym jak sobie w tym zacnym anturażu chwilę odsapnąłem, spojrzałem na mapę i zegarek. Pierwotnie zakładałem, że przy pomyślnych wiatrach wdrapię się jeszcze na Gimpel, jednak czułem na tyle spore zmęczenie, że na sprawne wejście i zejście nie miałem co liczyć. Na dodatek, na kolejny dzień miałem nie mniej ambitne plany, które potencjalnie mogłoby mi pokrzyżować nakładające się zmęczenie. Zatem, mając w pamięci dość męczącą podróż, postanowiłem Gimpel odpuścić i kierować się do Tannheimer Hütte.

Ze szczytu wystartowałem o 14:15 i początkowo ruszyłem identyczną drogą, jakbym planował wejście na Gimpel - innej możliwości bowiem tu nie ma. Ścieżka zygzakami pokonała wpierw po trawkach kilkadziesiąt metrów sprowadzając mnie do otoczonego skałkami miniaturowego żlebu z widokiem na pionową pd.-zach. ścianę Gimpla. Czuć było, że ludzi tam przewija się więcej, żlebik był bowiem mocno wyerodowany i pełen nieprzyjemnych kamoli. 

Mały żleb tuż po północno-wschodniej stronie wierzchołka

Był to jednak bardziej fragment nieprzyjemny niż sprawiający trudności i krótki. Zaraz po jego przejściu znalazłem się nieopodal przełęczy formalnie rozdzielającej oba szczyty - Judenscharte (1996 m n.p.m.). Znajdują się tutaj rozstaje - szlak oznaczony numer 417 podąża dalej środkiem Gimpelkar, podczas gdy szlak oznaczony numerem 422 przecina stożki piargowe, wiodąc turystów u stóp skalnych ścian, doprowadzając między innymi do nieznakowanej ścieżki na Gimpel, czy nieco dalej do Nesselwängler Scharte, położonej u stóp Köllenspitze - jakby ktoś wybierał się na najwyższy szczyt Tannheimer Berge. Jeśli Waszym celem będzie, tak jak w moim przypadku Tannheimer Hütte, to nie ma znaczenia którą drogę wybierzecie, ze względu na wielość szlaków, i tak dojdziecie w to samo miejsce.

Zejście przez Judenscharte do Gimpelkar

Sam wybrałem szlak oznaczony numerem 417, który kontynuował proceder gwałtownego wytracania wysokości. Gimpelkar - otoczony z trzech stron przez strzeliste granie - był tamtego dnia miejscem kompletnie bezwietrznym i pachniał końcówką lata.

Spacer ponad dnem Gimpelkar

Dna kotła szlak w żadnym momencie jednak nie dotyka, od pewnego momentu poruszając się wzdłuż jednej poziomicy i przecinając opadające spod ścian Gimpela piargi. Nieco później, już pośród hal, ponownie przyszło mi schodzić, a metą tego etapu okazała się być morena czołowa zamykająca Gimpelkar. 

Południowe zbocza Kollenspitze. Na drugim planie z prawej stronie Hahnenkamm (1938 m n.p.m.) pod który można wyjechać kolejką linową z Reutte

Przebieg mojego szlaku przecinającego piargi, w tle Rote Flüh

U zamknięcia Gimpelkar. Ostatni widok na Rote Flüh, Judenscharte i Gimpel

Warto pamiętać jeszcze, że dysponując długim dniem i pewną pogodą, wcale nie trzeba schodzić do Nesselwängle na autobus do Reutte. Do miasteczka można wrócić kolejką linową, która dociera pod Hahnekamm - da się tam dotrzeć na kilka różnych sposobów, przez Nesselwängle Scharte bądź np. Tannheimer Hütte. Wreszcie, można sobie taki spacer rozbić też na dwa dni, śpiąc w Tannheimer Hütte bądź Gimpelhaus.  

Gimpelhaus widziany spod Tannheimer Hütte

Pierwotnie planowałem odpoczynek w Tannheimer Hütte (można je ominąć idąc z Gimpelkar do Gimpelhaus), jednak schronisko okazało się wtedy czekać na przebudowę. Obecnie przebudowa została już zakończona i w najbliższym sezonie letnim będzie nadal przyjmować gości.

Ja natomiast rad byłem, że kawałek dalej było drugie schronisko, które mogło mnie przyjąć z otwartymi ramionami 😍

🚩Gimpelhaus (1659 m n.p.m.) - 15:00

I dla porównania nieistniejący już budynek Tannheimer Hütte spod Gimpelhaus

Widok z tarasu na sypialniane piętra Gimpelhaus

Najedzony, żołądkiem wypełnionym bąbelkami, które trochę odwróciły moją uwagę od złych myśli związanych z koniecznością gwałtownego zejścia ponad 600 metrów niżej, ospale ruszyłem przed siebie.

Nesselwängle z góry

Zejście minęło mi bez niespodzianek. Jedna pozytywna rzecz odnosząca się do niego - było rzeczywiście szybkie, jeśli więc istnieje potrzeba ewakuacji spod grani, to nadaje się do tego całkiem nieźle. Choć oczywiście w warunkach deszczowych wrażenia mogą być zgoła inne.

Zejście do Nesselwängle

No i jesteśmy w dolinie...

W Nesselwängle czas pozostały do odjazdu autobusu wykorzystałem jeszcze na zrobienie krótkiego spaceru po wsi - bardzo urokliwej, zresztą popatrzcie sami...

🚩Nesselwängle (1138 m n.p.m.) - 17:00

Centrum Nesselwängle

Do Reutte wracałem zadowolony, na pewno w dużo lepszym humorze niż rano z niego wyjeżdżałem. Żałowałem odrobinkę tego skracania trasy, ale widoki z Rote Flüh zaspokoiły moje potrzeby estetyczne, wręcz bym powiedział: zaskoczyły mnie, czego się nie spodziewałem. Na koniec muszę przyznać, że choć był to mój pierwszy kontakt z Tannheimer Berge, w trakcie którego kurczę naprawdę tylko ich liznąłem, to przez tak krótki czas czułem ich nieco odmienną atmosferę. Oczywiście, wróciłbym tutaj żeby pojawić się na przynajmniej paru szczytach, które mnie z różnych powodów interesują. Jednak bez bicia przyznaję, że póki co z Tannheimer Berge nie połączyła mnie głęboka więź emocjonalna.

Z czego ona moim zdaniem wynika? Poniekąd z popularności wśród turystów, która nie może pozostać niezauważona z uwagi na ograniczone rozmiary Tannheimer Berge. Jako kolejny etap poznawania Alp Algawskich, przyjazd tu był bardzo ciekawy, ale powiem Wam, że gdybym pierwszy raz w Alpy Algawskie przyjechał właśnie tu, to nie wiem czy tak chętnie postawiłbym na nie ponownie przy wyborze wakacyjnego kierunku. Za dużo ludzi (chociaż oczywiście, żebyście nie myśleli, od standardów wakacyjnych Karkonoszy czy Tatr Tannheimer Berge nadal dzielą lata świetlne) i zbyt blisko ludzi - to znaczy zbyt dużych miast, przez które czuć, że Tannheimer Berge stają się taką odskocznią dla mieszkańców, przez co przygoda zaczyna się nieco mieszać z codziennością. Troszkę jak Klimczok, Szyndzielnia, Czantoria. Nie zrozumcie mnie źle, to oczywiście bardzo fajnie, że ludzie mają blisko w góry, samemu mi tego obecnie bardzo brakuje, ale emocje towarzyszące trzydziestemu wejściu na ten sam szczyt są inne od emocji towarzyszących pierwszemu takiemu wejściu. A kiedy wokół Ciebie przeważają ludzie, dla których wybrana okolica jest nieodkrytą ziemią, to Twój własny odbiór też pozostaje zupełnie inny... 


Komu poleciłbym się zainteresować Tannheimer Berge? Przede wszystkim osobom, które pragną zabawić w jednym miejscu trochę czasu i robić sobie jednodniowe wycieczki. Pod tym kątem zwłaszcza Tannheimer Tal jest idealna. Niewielkie miejscowości, bogata baza noclegowa, pensjonaty, hotele, kempingi. Jezioro, w którym można popływać, szlaki rowerowe i piesze, kolejki linowe ułatwiające życie, gęsto usiane schroniska i inne obiekty gastronomiczne. Blisko do wielkich atrakcji, takich jak Neuschwänstein czy Hohenschwangau. Jeśli taki obraz do Ciebie przemawia, to wyjazd do Tannheimer Tal warto rozważyć.

Tymczasem dzięki za obecność na blogu i do następnego, hej!

KOMENTARZE

0 comments:

Prześlij komentarz

Back
to top