31 grudnia 2013

Żegnając 2013...

Po raz pierwszy od momentu istnienia tego bloga przychodzi mi podsumować rok 2013. Muszę przyznać, że jestem zadowolony, gdyż liczba wycieczek pieszych, górskich wzrosła w porównaniu do 2012. Wtedy to w górach spędziłem niespełna 20 dni atakując m.in. Beskid Morawsko-Śląski, Beskid Śląski, Jesioniki, Małą Fatrę, czy Beskid Mały, oraz szczyty w Alpach Julijskich...
Ale wracając do mijającego za parę godzin 2013 roku, miałem okazję do powrócenia w moje ukochane rewiry Beskidu Żywieckiego (za ostatnią relację postaram się zabrać jutro), a także po trzech latach przerwy powrócić w polsko-słowacką krainę Tetmajera z poszarpanymi szczytami i wspaniałymi górskimi jeziorami. Pierwsza relacja z Tatr może pojawi się za tydzień na blogu... Tegoroczny rok to dla mnie także czas Beskidu Śląskiego, którego ponowną eksplorację rozpocząłem z racji współtowarzyszenia mojej mamie w grupowych górskich wycieczkach, jako osoba zaufana :) Na te relacje również niedługo Was zaproszę, pochodzimy na tak popularne szczyty jak Czantoria, Stożek, Orłowa, Barania... 
Mijający rok przyniósł mi także wiele przygód związanych z odkrywaniem fascynujących krain (i gór oczywiście) o których miałem pojęcie tylko z atlasu geograficznego świata. Mówię tu o "Krainie Wiecznej Wiosny", oraz "Kraju fado, bacalhau i wielkich odkrywców". To pojawi się trochę później, ale będzie na pewno :)
Było również kilka miejsc nowych, leżących bliżej polskiej granicy.. Cudownym miejscem okazały się niepozorne Góry Szczawnickie, po których łaziłem z rodzicami podczas długiego weekendu majowego. Zawitaliśmy wtedy w miejsce zupełnie nam obce, które zafascynowało nas bujną roślinnością, wspaniałymi krajobrazami i zerowymi tłokami na szlakach. Aha, zapomniałbym o Górach Choczańskich. Również i tam udało nam się wybrać. Co prawda, dopiero w 2013 roku (chcieliśmy już długo, długo wcześniej), ale w końcu się udało...
Z polskich gór po raz pierwszy w życiu wybrałem się w Góry Stołowe. Byłem tam z kumplami i tym samym dziękuję im za te wspólne wycieczki, które w czwórkę, a czasem w więcej osób, udało się odbyć. To był nadzwyczaj wesoły czas...
Gdy podsumowałem tegoroczne wycieczki karpackie, stwierdziłem że było ich 18, do czego doliczam wspomniane wakacje, podczas których przeprowadziliśmy około dziesięciu wycieczek trekkingowych (nie liczę chodzenia po miasteczkach itp.). Tak więc, zbliżyliśmy się do magicznej trzydziestki - rzecz biorąc cały miesiąc w górach...
Aktywny był ten rok... Cieszę się bardzo, że się udało przeprowadzić tyle wycieczek, choć przez pracę/szkołę, czasem pogodę musieliśmy zrezygnować, bądź coś skrócić.. Ale jak wiadomo, dobre powiedzenie mówi: "Co się odwlecze, to nie uciecze". I tego się trzymajmy :)
A plany na 2014? To dla mnie rok przełomowy. Czeka mnie matura, a potem (oby!) najdłuższe wakacje w życiu. Podpowiem tylko, że pierwsze plany są już  zakrojone, m.in. wędrówka Małym Szlakiem Beskidzkim przez Beskid Mały, kolejna część wędrówki przez Beskid Żywiecki, a także wypad w Tatry, ale tym razem we wrześniu, aby pozbyć się tłumów urlopowiczów na szlakach. To takie minimum, które muszę zrealizować, a z każdej dodatkowej wycieczki, będę bardzo zadowolony :) Wszak przed studiami trzeba będzie się wyszaleć ;)

Na ten nadchodzący 2014 rok, życzę zdrowia i szczęścia, a wszystkim wybierającym się w góry tyle samo powrotów z gór, co wyjść.
Z górskimi życzeniami
Bartek

24 grudnia 2013

Wszystkiego najlepszego na Święta!!

TRADYCYJNIE,  JAK CO ROKU
SYPIĄ SIĘ ŻYCZENIA WOKÓŁ, 
WIĘKSZOŚĆ ŻYCZY ŚWIĄT OBFITYCH 
I PREZENTÓW ZNAKOMITYCH, 
A JA ŻYCZĘ MOI MILI, 
BYŚCIE ŚWIĘTA TE SPĘDZILI 
TAK JAK KAŻDY SOBIE MARZY. 
MOŻE CICHO BEZ HAŁASU 
IDĄC SOBIE ŚRODKIEM LASU, 
MOŻE W GRONIE SWOICH BLISKICH
JEDZĄC KARPIA Z JEDNEJ MISKI,
MOŻE GDZIEŚ TAM W CIEPŁYM KRAJU 
CZUJĄC SIĘ JAK ADAM W RAJU, 
MOŻE LEPIĄC GDZIEŚ BAŁWANA 
JEŚLI ŚNIEG NAPADA Z RANA... 
A PONADTO ŻYCZĘ WAM,  ABY TE ŚWIĘTA UPŁYNĘŁY WAM W RADOSNEJ,  SPOKOJNEJ ATMOSFERZE,  A NA PRZYSZŁY ROK DUŻO ZDROWIA,  MIŁOŚCI I SIŁY ORAZ OCZYWIŚCIE,  JAK NAJWIĘKSZEJ ILOŚCI GÓRSKICH WĘDRÓWEK :-) 
 Życzy autor bloga

19 grudnia 2013

Z plecakiem i śpiworem w... Worek Raczański i nie tylko... Dzień III - Rysianka

Z PLECAKIEM I ŚPIWOREM W... WOREK RACZAŃSKI I NIE TYLKO..
 DZIEŃ III c.d. (UJSOŁY - ZAPOLANKA - REDYKALNY - BORACZY WIERCH - LIPOWSKA - RYSIANKA)
Do Ujsoł dotarłem z chłopakami parę minut po godzinie trzynastej... Było duszno, powietrze robiło się mało przejrzyste, a na niebie pojawiało się coraz więcej chmur... Na prośbę ekipy, wydłużyłem pobyt we wsi, zresztą sam czułem się nieco zmęczony stromym zejściem z Muńcoła i warunkami pogodowymi.. Dodatkowy problem stanowiła... odklejająca się podeszwa w bucie Krystiana, a to przeważyło na tym, że najpierw szukaliśmy "kropelki" po ujsolskich sklepach, a następnie obładowani nowym prowiantem zasiedliśmy na przystanku PKS "Ujsoły Poczta" (ostatni przystanek przed centrum wsi, jadąc od strony Rajczy). Zjedliśmy po dwóch świetnych drożdżówach, czym się napchaliśmy i na chwilę nadrobiliśmy sprawy facebookowe korzystając z zasięgu :) Odpoczywaliśmy w ten sposób ponad godzinę, aż do 14:20, kiedy to spojrzałem na zegarek i lekko przerażony późnawą porą zacząłem nawoływać do wyjścia... Wstać było trudno, ale wyjść jeszcze trudniej, bo pojawiły się już pierwsze zakwasy :) ale co tam zakwasy... Nie byliśmy nawet w połowie drogi (z Ujsoł do schroniska na Rysiance jest jeszcze 12 km), a była już późna godzina. Nie patrząc, więc nawet na niebo ruszyliśmy dalej...
Ujsoły w których spędziliśmy tyle czasu, to duża wieś na granicy Worka Raczańskiego i grupy Lipowskiej i Pilska, w dolinie źródłowego potoku Soły o tej samej nazwie. Wieś została założona przez pasterzy wołoskich na przełomie XV i XVI wieku, choć w "Dziejopisie Żywieckim" pierwsza wzmianka pochodzi dopiero z 1628 roku. Pierwotna nazwa "U Soły" dotyczy położenia pośród lasu, w którym późniejsi osadnicy, zaczęli tworzyć zarębki, czyli polany do osiedlenia. Gdy Żywiecczyznę zajęli Austriacy, to sprowadzeni z terenu Węgier urzędnicy zniekształcili nazwę na "Uj Soła" - Nowa Soła. Inna hipoteza dotyczy tego, że wołoscy osadnicy przybyli z niedalekiej Soli i osiedlając się, zmienili na Uj Sól (Nowa Sól). Jeszcze inna sugeruje pochodzenie nazwy od wołoskiego "Sol", czyli ziemia uprawna.
Rozwój Ujsoł spowodowany był nie tylko pasterstwem, ale również gospodarką folwarczną i pozyskiwaniem drewna dla rozwijającego się nad Sołą, przemysłu. Nie bez znaczenia, było położenia na arcyważnym trakcie wiodącym na Węgry przez Przeł. Glinka...
Idziemy najpierw wąską asfaltową drogą pośród domostw, a następnie wchodzimy... w pole.. Dosłownie i w przenośni, bo szlak turystyczny czarny czarny szlak jest strasznie zaniedbany (A jest to niezwykle łagodne określenie, bo PTTK powinno swoje szlaki, co jakiś czas odświeżać)... Z każdym następnym krokiem jesteśmy coraz bardziej wkurzeni, a biedny Krystek, musi nam torować drogę.. I podziękowania mu za to ;)
Całości mego zdegustowania i złości dopełnił... grzmot i odgłosy bliskiej burzy... Przełknąłem wolno ślinę i powoli, powoli się odwróciłem... jeden, wielki Cumulonimbus pokrywał cały masyw Muńcoła... No, tak byliśmy zajęci oburzaniem się na "bezduszny" dla nas oddział PTTK i (przynajmniej ja) nie zwróciłem uwagi na jakże charakterystyczny wiatr, zwiastujący rychłą burzę... Przez chwilę zastanawiałem się co robić, czy zejść do wsi i nie ryzykować, że burza zastanie nas wyżej, ale zrezygnowałem, bo czułem, że potem już do schroniska się nie dostaniemy, a z liczenia wynikało nam, że burza jest od nas  oddalona, co najmniej o parę kilometrów...
Ale nie wyglądało to radośnie... Z jednej strony wisząca nad nami ciemna chmura, z drugiej zaś totalnie zarośnięta droga, która po mimo niewielkiego nachylenia zmęczyła nas na nowo... Podjąłem decyzję, aby kontynuować dalszą drogę, zdając sobie sprawę, że czas działa na naszą niekorzyść i każde drobne opóźnienie spowoduje nasze przybycie do schroniska o późnej porze.. dlatego mimo obaw zdecydowałem się zaryzykować...
Na pocieszenie fakt, że nad Redykalnym jaśniej :)
Masakra ten szlak, naprawdę nie polecam.. Co prawda jest dziki (tego mu nie można odmówić), ale nawet takie nieprzetarte szlaki, czasem bywają i dla miłośnika bezdroży, ciszy i spokoju nużące - ten taki był... Dwa plusy to widoki i właśnie mała popularność.. Ale czy warto się tu pchać, mając takie same, tylko większe panoramy z Zapolanki?
Na zachodzie jeszcze jasno, na południowym-wschodzie - ciemno.. Widać Cumulonimbus znad Orawy nadszedł...
Wreszcie po dwudziestu minutach, które wydały nam się wiecznością, dotarliśmy do jakiegoś sensownego traktu... Gdyby ktoś chciał zejść do Ujsoł, niech w tym miejscu nie schodzi wraz z szlak turystyczny czarny czarnymi paskami przez to zarośnięte pole, tylko niech tą bitą ścieżką schodzi... Nadłoży drogi, ale nie będzie ryzykował męczącego przedzierania się przez istny busz...
Miejsce połączenia szlaku (górna część wygląda lepiej) i bitej ścieżki - z tyłu Muńcuł...
W tym miejscu wszyscy łapiemy głęboki wdech po wysiłku związanym z dzikim przedzieraniem się...
Bitą ścieżką przez kilka następnych minut trawersujemy niewysokie wzniesienie - Kiczorę (785 m.n.p.m).. Na jej północno-wschodnim zboczu przechodzimy przez rozległe pola i łąki z widokami na coraz bliższy już Boraczy i Lipowską... Wszystko pięknie, oprócz ciągle towarzyszących nam pomruków niedalekiej burzy...
W oddali Palenica, Munczolik i Pilsko...
Za Kiczorą szlakowa ścieżka łagodnie pnie się ku widocznemu już garbowi Zapolanki (853 m.n.p.m), na zboczu której rozłożyło się osiedle, poprzez pełne kwiatów i zapachów łąki... Ta część szlaku już nam się o wiele bardziej podobała, aniżeli podejście na Kiczorę z Ujsoł ;) Za Zapolanką widoczny już Boraczy Wierch (1244 m.n.p.m) i Bacmańska Góra (1048 m.n.p.m), z tyłu Lipowska (1324 m.n.p.m)...
Po naszej lewej z Halą Michalskiego widoczna jest rozłożysta Sucha Góra (1040 m.n.p.m), na lewo od niej Wielka Zabawa (824 m.n.p.m), z tyłu Barania...
Z tyłu zaś rosną nam szczyty Worka Raczańskiego, które jeszcze nie tak dawno zdobywaliśmy - tu zachodnia część z Oźną i Rachowcem...
Takim oto pięknym terenem docieramy do połączenia czarnego szlaku z szlak turystyczny żółty żółtym z Rajczy PKP przez Nickulinę. Jeśli mam być szczery to polecam zamiast szlak turystyczny czarny czarnego, właśnie szlak turystyczny żółty żółty, który sprawia wrażenie "bardziej zadbanego" :) zresztą parę lat temu szedłem nim. Czas przejścia z Rajczy PKP 1:35, w drugą stronę 1:10...
Zmieniamy barwę szlaku na szlak turystyczny żółty żółtą i idziemy teraz wygodną, polną drogą...
W pewnej chwili zdajemy sobie sprawę, że odgłosy burzy, jakby ucichły.. Odwracam się z zaciekawieniem, po to by zobaczyć, że na nasze szczęście ciemna chmura nadal wisi nad Muńcołem..
Mrucząc pod nosem stare, ale "jare" słowa Wincentego Pola: "W góry, w góry miły bracie, tam przygoda czeka Cię" docieram wraz z moimi towarzyszami do domów osiedla Kręcichwosty... No trzeba przyznać, że jego mieszkańcy mają widoczki...
Muńcuł i Rycerzowe za nim, a oprócz tego Równy Beskid...
Mijamy malownicze przysiółki Herdula i Dzicza i tak ujawnia nam się już Zapolanka (853 m.n.p.m)...
Na nowo pogoda robi się też dobra :) Przynajmniej tu...
Wschodnia część Worka Raczańskiego z Kubiesówką (868 m.n.p.m) na pierwszym planie, dalej grzbiet graniczny: Krawców Wierch (1083 m.n.p.m), Hruba Buczyna (1132 m.n.p.m), Długi Groń (1075 m.n.p.m) itd. 
Pniemy się i pniemy przez osiedle Zapolanka, aż stajemy w miejscu oznaczonym na mapie jako punkt widokowy.. Ależ stąd musi być widok przy lepszej widoczności!
Widok na centralną część Worka Raczańskiego z wybijającym się Muńcołem.. Najbliżej nas przysiółek Zapolanka..
No i wschodnia część Worka Raczańskiego.. Nad Beskid Bednarowem widać zazwyczaj szczyty Małej Fatry...
Jesteśmy w tym miejscu tuż po czwartej.. Od momentu wyjścia z Ujsoł, w drodze jesteśmy dwie godziny... Rzut oka na mapę, czy aby nie jesteśmy zbyt powolni :) i na chwilę siadamy, aby odetchnąć.. Oj, to miejsce na pewno zostanie dopisane do listy "miejsc, które trzeba odwiedzić powtórnie". Co by nie mówić o zarośniętym szlaku i burzy, depczącej nam przez pewien czas, po piętach, to widoki są świetne...
Chwilę później ruszamy dalej.. Czeka nas teraz podejście pod Redykalny Wierch - jego niższy (1067 m.n.p.m) wierzchołek obejdziemy trawersem... 
Piękna, soczysta zieleń, ładne widoki i pusto na szlaku.. To lubię ;)
szlak turystyczny żółty Żółte paski lekko kamienistą ścieżką podchodzą pod krawędź lasu...
Z pod którego można objąć wzrokiem raz jeszcze Worek Raczański... Na pewno jeden z najmilszych terenów polskich gór :)
Trochę wyżej droga nam się rozszerza... Widać, że jeżdżą tędy pojazdy zajmujące się zwózką drewna...
Niższy południowo-zachodni wierzchołek Redykalnego, który zostawiamy po lewej...
A to już Hala Bacmańska i Boraczy Wierch (1244 m.n.p.m).. Po lewej widać właściwy wierzchołek Redykalnego, równo o 100 metrów niższy od swojego sąsiada...
No i drugi z wierzchołków Redykalnego w całej swej urodzie :) Obok Boraczy...
Ten niewielki garb przed nami to Bacmańska Góra (1054 m.n.p.m), której zboczami poprowadzono szlak turystyczny niebieski niebieski szlak ze Złatnej na Rysiankę.. Nad nią zaś dwuwierzchołkowe Pilsko...
Oświetlony promieniami popołudniowego słońca las, wspaniale się prezentował :)
I tak docieramy na pierwszą z wspaniałych hal, położonych na stokach: Redykalnego, Boraczego, Lipowskiej i Rysianki.. Ten odcinek to moim zdaniem absolutna czołówka jeśli chodzi o widoki.. Uwielbiam nim chodzić i choć (łącznie z tym dzisiejszym) dane mi było już pięć razy przejść ciągle mi mało.. Brakuje mi jeszcze czegoś, po co przyjadę tu zimą :)
Beskid Śląski z Hali Redykalnej oraz niedaleki Prusów (1010 m.n.p.m)...
Worek Raczański nad którym odbywają się teraz wariacje pogodowe..
I ta jaśniejsza część :)
Moją uwagę zwrócił Beskid Bednarów, nad którym pojawiły się na nowo szczyty Małej Fatry.. Rozsutec na nowo cieszył oko ;)
A tam?? Na chwilę Wielka Racza i Bendoszka zniknęły...
O 17:05 dotknąłem symbolicznie szlakowskazów na skraju Hali Redykalnej... Krzyżują się tu:
szlak turystyczny czarny czarny - z Hali Boraczej - czas przejścia 0:40, w drugą stronę 0:30
szlak turystyczny żółty żółty - z Rajczy PKP - czas przejścia 3:00, w drugą stronę 2:05
szlak turystyczny żółtyżółty - z Hali Rysianka - czas przejścia 1:00, w drugą stronę 1:15
(czasy podaję wg mapy wyd. compass - te podstawiane przez PTTK są troszkę zawyżone)..
Gdy zrzuciłem na moment plecak, poczułem jak bardzo jestem już zmęczony i głodny... Spojrzałem, na kolegów.. Widziałem, że oni też mają akumulatory na wyczerpaniu, jeden Francuz trzymał się dzielnie, ale wiedziałem, że w głębi duszy też, wrzuciłby coś "na ruszt".. Co ciekawe bynajmniej, nie zmęczyła nas odległość.. Była ona nieco większa niż odległość pokonywana w poprzednich dniach, ale największy udział w tym miało zmęczenie wyczerpującym zejściem z Muńcoła, upałem i straszną duchotą, która panowała przed burzą..
Szerokim traktem zagłębiamy się w las...
Po upływie kwadransa wkraczamy na drugą ze słynnych w tej części Beskidów, hal - Halę Bacmańską. W dni, o lepszej przejrzystości można zobaczyć naprawdę wiele pasm górskich, często można trafić również na Tatry...
Żałowałem, że nie mogliśmy podziwiać tej panoramy, ale należało się cieszyć, że załamanie pogody przyszło teraz - przez pierwsze dni pogoda była wyśmienita... Teraz pozostawało cieszyć się, że burza nas ominęła i z naprawdę ładnego wieczoru...
Worek Raczański i majacząca Mała Fatra...
Na Hali Bacmańskiej...
Hala Bacmańska to ogromna górska łąka - jedna z największych w Beskidzie Żywieckim, porośnięta szczawiem i krzakami borówek... Znajduje się na wysokości od 1120 do 1200 m.n.p.m, a jej nazwa jest połączeniem dwóch słów: wołoskiego baca i niemieckiego Mann. Według wielu najlepsza panorama spośród sąsiednich hal, rozciąga się właśnie stąd.. Obejmuje ona Pilsko, Tatry, Niżne Tatry, Magurę Orawską, Góry Choczańskie, Wielką Fatrę, Małą Fatrę i Worek Raczański...
Tatr widać nie było, ale mogliśmy się cieszyć z widoku na Krawców i Hrubą Buczynę, Magurę Orawską i szczyty Gór Choczańskich.. Nie było więc tak źle :)
Pogrążony w ciemnościach Worek Raczański...
Pilsko i garb Lipowskiej - przed nami...
Po przetrawersowaniu zbocza Boraczego Wierchu trafiamy na kolejną halę - Halę Gawłowską, położoną na wysokości 1160 - 1250 m.n.p.m., dawniej intensywnie użytkowaną na potrzeby pasterstwa. Nazwa wzięła się od nazwiska Gaweł.. Podobnie jak trzy pozostałe w tym rejonie, jest znakomitym punktem widokowym na wschód i południowy-wschód.. 
Hruba Buczyna króluje niepodzielnie :)
Rozsutec próbuje się pokazać...
Hala Gawłowska...
A to już Hala Bieguńska...
Hala Bieguńska właściwie jest połączona z Halą Gawłowską.. Oddziela je wąski pas lasu, ale w zasadzie to jedna wielka hala, dla porządku tylko wschodnia część nazwana została Bieguńską od swojego dawnego właściciela - Bieguna. Położona jest wyżej niż dwie poprzednie, bowiem podchodzi pod niespełna 1250 m.n.p.m...
Pilsko...
Tam powinny być Tatry :( a to szerokie obniżenie to Przeł. Bory Orawskie (930 m.n.p.m)...
Hruba Buczyna i Krawców Wierch z Hali Bieguńskiej. Z tyłu charakterystyczne, długie grzbiety Magury Orawskiej z Kubińską Halą i Mincolem, po prawej majacząca Mała Fatra...
A z Worka Raczańskiego już nic nie zostało :)
Wspinamy się w najwyżej położoną partię Hali Bieguńskiej - pięknie i nareszcie nastała odpowiednia temperatura, dlaczego wcześniej nie mogło być o te kilka stopni mniej?
Na niespełna 1250 m.n.p.m, pod szczytem Lipowskiej do szlak turystyczny żółty żółtego, "halnego" szlaku dochodzi szlak turystyczny zielony zielony - z Hali Boraczej, który pomija wszystkie te wspaniałości. Ale z tego co wiem, to jest chyba zamknięty przez osuwisko...
Przez moment pośród świerkowego lasu...
I ponownie hala - wspaniała, Hala Lipowska, której górna granica znajduje się najwyżej ze wszystkich wymienionych - na 1290 m.n.p.m. Dolny skraj hali to z kolei ok. 1140 m.n.p.m. Znajduje się na niej ok. 500-metrowy wyciąg narciarski - ośla łączka, na której można w zimie potrenować korzystając z tego, że jest tu mały ruch... W tym miejscu warto również wspomnieć o samej Lipowskiej (1324 m.n.p.m) - jednego z najwyższych wierchów Beskidu Żywieckiego, który wraz z sąsiednią Rysianką niższą zaledwie o metr tworzy tak piękne gniazdo. Od gniazda Romanki oddzielone jest ono Przeł. Pawlusią (1176 m.n.p.m)... Lipowska wraz z Rysianką i Boraczym jest rozpoznawalna z daleka, choć akurat jej wierzchołek (jak zresztą Rysianki i Boraczego też) jest przez szlaki pomijany ze względu na porośnięcie górnoreglowym lasem. Tym co na tle Beskidu Żywieckiego go wyróżnia, jest obecność wspaniałych hal, bliskość trzech schronisk i duża liczba szlaków. To sprawia, że jest to jeden z najczęściej odwiedzanych rejonów tego pasma górskiego...
Szerokie obniżenie Borów Orawskich i Magura Orawska...
Hruba Buczyna i dalsza część Magury Orawskiej...
Ruszamy dalej.. Stąd na Rysiankę już niedaleko; za chwilę powinniśmy zobaczyć budynek Schroniska na Hali Lipowskiej.. Wcześniej jednak widzimy smukłą i piękną sylwetkę Babiej Góry..
Zakręt i oto jesteśmy przy schronisku na Hali Lipowskiej...
Schronisko wybudowała w 1931 roku bielska sekcja Beskidenverein, łamiąc zwarte z PTT porozumienie o podziale kompetencji w zagospodarowaniu Beskidów. Podczas okupacji pełniło ono rolę ośrodka wypoczynkowego dla Wehrmachtu. Po wojnie przekazano je Żywieckiemu Oddziałowi PTT, potem po połączeniu PTT i PTK, oddziałowi PTTK. Generalny moment miał miejsce w latach 70. Choć nie jest może ono wybitnym przykładem architektury, to jest ono najlepszym w Beskidach schroniskiem górskim, czego dowodzi ranking NPM - rok temu zajęło I miejsce, w tegorocznym rankingu - V. Jest chwalone za znakomity stosunek ceny do jakości, oferuje pyszną kuchnię i zadbane pokoje. Koszt noclegu jak na tak popularne miejsce również nie jest wysoki: 28-36 zł + 6 zł pościel...
Przy schronisku znajduje się duży węzeł szlaków:
szlak turystyczny zielony zielony - z Hali Boraczej 1:50, w drugą stronę 1:10
szlak turystyczny zielony zielony - z Żabnicy Skałki 3:00, w drugą stronę 2:10
szlak turystyczny żółtyżółty - z Redykalnego 1:00, w drugą stronę 0:50
szlak turystyczny czarny czarny szlak turystyczny żółty żółty - z Hali Boraczej 1:40, w drugą stronę 1:20
szlak turystyczny niebieski niebieski - ze Złatnej 3:00, w drugą stronę 1:45
Spacer z Hali Rysianka zajmuje około kwadransa...
Obsługa, jedzenie i pokoje są tak dobre, ponieważ to schronisko od lat toczy rywalizacje z bliskim schroniskiem na Rysiance.. I przegrywa, bowiem tamto przyciąga wielu magicznym położeniem, widokami i różnorodnymi szlakami dojściowymi.. Tym razem i my nocujemy na Rysiance, ale obiecałem sobie, że gdy przyjadę tu następnym razem, to zanocuję właśnie tu...
Teraz już tylko prosto do celu...
O 18:25 z radością krzyknąłem, że doszliśmy, bowiem przed naszymi oczyma pokazał się charakterystyczny rudawy budynek.. Po ponad dziewięciu godzinach, jesteśmy u celu...
I nawet Pilsko ładnie się zaprezentowało ;)
Hala Rysianka - największa ze wszystkich, które mijaliśmy... Opowiem o niej dokładniej jutro...
Wykończeni wchodzimy do schroniska, aby zjeść nareszcie obiad :) Mieliśmy farta, że bufet jeszcze pracował i mogliśmy zamówić coś ciepłego. Zapytałem o nasz pokój, wnieśliśmy rzeczy i wyjęliśmy nasze kubki i chińskie zupki. Zeszliśmy na dół, usiedliśmy w jadalni przy oknie, zamówiliśmy: ja i Mosiu coś w rodzaju placka po węgiersku, Krystian i Francuz jak zwykle pierogi. Następnie, korzystając z wolnego okienka "podawczego" rutynowo zabraliśmy własne kubki, chcąc poprosić o wrzątek. I w tym momencie zdarzyło się coś, czego bym się za żadne skarby nie spodziewał. Otóż ja, Krystian oraz Francuz nasze kubki położyliśmy najpierw na blacie. Pan za okienkiem nalał nam wrzątku, po czym odsunęliśmy kubki, aby i Mosiu mógł dostać gorącej wody. I jak myślicie co się wydarzyło?? Miał on bowiem coś na kształt miseczki, zamiast kubka. Ale zamiast wody, której nie dostał, usłyszał (a ja z nim, stałem obok niego) głośne warknięcie: "Może jeszcze garnek mi przyniesiesz??!!" Po czym okienko trzasnęło z siłą, która spowodowała, że siedzący w jadalni się odwrócili. Biedny Mosiu nic nie powiedział, ale sytuacja ta, rozsierdziła porywczego Krystiana, który miał już ochotę się wykłócać. Nie jestem zwolennikiem takiego załatwiania problemu, ale faktem jest, że sytuacja mnie zirytowała, a nawet więcej - wkurzyła... Po pierwsze gościu zepsuł nam totalnie humor i może nawet w inny dzień nie zdenerwował by nas tak bardzo, ale po całodziennej, wyczerpującej drodze byliśmy po prostu zmęczeni i łatwo się irytowaliśmy. Miałem żal do faceta, bo akurat w schronisku takie sytuacje nie powinny się absolutnie zdarzać, zresztą to tak jakby ktoś przyszedł do fryzjera, a ten mu odpowiedział że nie ma ochoty go strzyc...
To zepsuło w naszych oczach trochę obraz tego schroniska. I szkoda, że przez jakiegoś niewyspanego faceta.. Od małego chodzę po górach i nigdy mi się nie zdarzyło, aby ktoś odmówił mi (i to w taki sposób) nalania 200 ml wrzątku! Szkoda, bo Schronisko na Rysiance oprócz wygodnych pokoi i wyremontowanego wnętrza, oferuje niezłe jedzenie za przyzwoitą cenę. Zaimponowało mi tym, że jako jedyne, z mijanych, w bufecie miało wywieszony wieczorem, wydruk pogody numerycznej na dzień jutrzejszy. Gdy wieczorem Mosiu szedł się umyć zażartowałem:
- "Mosiu radzę Ci, uważaj. A nuż ten gościu podczas kąpieli puści Tobie teraz prawdziwy wrzątek :)"
Ale Mosiu się nie uśmiechnął, bo ciągle był wkurzony, dopiero wieczorem przeglądając youtube nasz nastrój się poprawił... A jutro??? Czas, na finałową część naszej czterodniówki...
DO ZOBACZENIA..