Pieszo przez Sudety Środkowe i Zachodnie. Cześć pierwsza: Od Świebodzic do Kamiennej Góry

Wczesne lato, najdłuższe dni w roku - brzmi to zawsze jak okres sprzyjający długodystansowym wędrówkom z plecakiem. Jedną z takich chodzących mi po głowie była eskapada, którą planowałem zrealizować w Sudetach, przechodząc nieznanymi mi dotąd szlakami (no, w większości) ze Świebodzic do Gryfowa Śląskiego. Plan był ambitny (rozpisany na cztery dni) a ja głodny wysiłku fizycznego, więc gdy tylko udało mi się dostać urlop, kupiłem bilet na pociąg.

Wyruszałem po pracy ostatnim pociągiem do Wrocławia, gdzie dotarłem nieco przed północą. Po drodze oczywiście złapałem opóźnienie, nieco zestresowany dzwoniłem więc do hostelu by tylko nie anulowali mi rezerwacji, na szczęście jednak pokój cierpliwie na mnie czekał.

Późny przyjazd zaowocował jednak problemami ze wstawaniem, przez co nie udało mi się zdążyć na pierwotnie wybrany pociąg jadący przez Świebodzice. Musiałem czekać na legendarnego Kamieńczyka, który, jak to ma w zwyczaju, przyjechał do Wrocławia konkretnie zatłoczony. Poranna podróż odbywała się zatem w sporym gwarze, który zostawiłem za sobą dopiero wysiadając na peron u celu podróży. 

Większość pasażerów wybrała tego dnia pewnie Karkonosze😉

Jeśli chodzi o powody, dla którego akurat Świebodzice zostały punktem startowym, to było ich kilka, a jednym z nich była wizyta na lokalnym dworcu, który zawsze chciałem zobaczyć z bliższa niż tylko z okien pociągu. Ten monumentalny gmach, kilka lat temu odzyskał swój blask i rzeczywiście prezentuje się teraz absolutnie wspaniale. Jeśli nie byliście i nie widzieliście na żywo, to zachęcam, nie pożałujecie.

Przed główną fasadą dworca w Świebodzicach

Same Świebodzice też zaskoczyły mnie pozytywnie. Nawet jeśli kamienice były w wielu miejscach odrapane i prawdopodobnie posiadały ten sam tynk, który miały przed wojną, to wokół nich było czysto i estetycznie. Kwiatów i zieleni było naprawdę całkiem sporo, a te jeśli są, to jak wiadomo potrafią czynić cuda. 

Uliczki i place Świebodzic

W Świebodzicach odnalazłem czerwony szlak i nim to właśnie skierowałem się w stronę granicy Książańskiego Parku Krajobrazowego. Zaczął się pierwszy las...


A z nim pierwsze drobne problemy. Szybko się bowiem okazało, że ze względu na wilgotność powietrza idzie i oddycha się zaskakująco ciężko. Do tego dochodziła specyfika lasu - podmokłego, obficie porośniętego paprociami i innymi roślinami lubiącymi podobne wilgotne siedlisko.


Pora była jednak po prostu nienajlepsza na podejmowanie rękawicy, zwłaszcza mając na grzbiecie duży plecak, ale trzeba było zacisnąć zęby. Przechodząc pośród ogrodów Książu drwiłem w myślach sam z siebie, widząc dookoła wypachnione pary ze starannie ułożonymi fryzurami przechadzające się spokojnie alejkami, do których tego dnia z ospałym grymasem na twarzy ewidentnie nie pasowałem, ale w końcu zamek po raz ostatni widziałem ładnych parę lat wcześniej, więc nie mogłem go odpuścić.

Z szybką wizytą na zamku Książ

Do środka oczywiście nie zamierzałem wchodzić, zamkowe peregrynacje zakończyłem wizytą na dziedzińcu, po czym sprawnie czmychnąłem w stronę zielonego szlaku, którym zamierzałem oddalić się od tłumu. Na chwilę zatrzymałem się jeszcze przy punkcie widokowym na dawną rezydencję Hochbergów, by upewnić się tylko w przekonaniu, że okolica jest zaiste przepiękna i jak na polskie warunki niepowtarzalna.

Książ zawieszony ponad wąwozem Pełcznicy? Zdecydowanie jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich widoków

W trakcie schodzenia do doliny Pełcznicy czekało mnie pierwsze zaskoczenie tego wyjazdu - szlak okazał się na tym odcinku, no może nie powiem, że trudny, ale na pewno wymagający pewnej uwagi (chociażby ze względu na podłoże) i całkiem ekscytujący...

Zejście na dno wąwozu odbywa się z licznymi atrakcjami. Wrażenia? Jest fajnie!

Zejście do poziomu szumiącej Pełcznicy zajęło mi nieco dłużej niż się spodziewałem, a na miejscu zastały mnie kolejne niespodzianki - dno wąwoziku okazało się bardzo klimatyczne. Przez chwilę trwałem w zachwycie, ale na ziemię sprowadziły mnie czające się w krzakach tu i tam śmieci. Głównie butelki i puszki, ale zdarzył się też jakiś kanister... 

Tworząca wąwóz Pełcznica przepięknie się prezentuje w późnowiosennym anturażu...

Staram się jednak nie dawać wyprowadzić z równowagi, więc oszczędzę Wam przemyśleń na temat ludzi, którzy zostawiają śmieci w lasach. Wypierając z siebie widok śmieci starałem się cieszyć spacerem, bo miejsce to jest w rzeczy samej bardzo urodziwe.


Wraz z wyjściem z wąwozu znalazłem się z powrotem w Świebodzicach, na terenie osiedla Pełcznica, zaledwie kilkaset metrów dalej niż dwie godziny wcześniej, gdy rozpoczynałem podejście czerwonym szlakiem. Nie zamierzałem jednak rzecz jasna wracać do centrum miasteczka - skręciłem na zachód i trzymając się żółtego teraz szlaku, udałem się w stronę Poleśnickich Stawów.

Poleśnickie Stawy, ukryte w gęstym lasie, absolutnie zachwycające miejsce

Gdy już minąłem oba te akweny, czekała mnie przeprawa przez mało ciekawy, dla odmiany, las, który nieustannie wzbudzał we mnie poczucie, że o to lada moment na ścieżkę wybiegnie mi locha z warchlakami. To się jednak nie stało, a bardziej problematyczne niż spodziewane spotkanie z dzikami okazało się trzymanie szlaku, bo ze względu na dużą liczbę różnego rodzaju dzikich ścieżek, niełatwo było utrzymać orientację. Ale udało się i szczęśliwie zgodnie z planem dotarłem na skraj lasu, gdzie czekały na mnie opady deszczu...

Na skraju dolnośląskiego lasu

Nadciągające chmury trochę mnie zmartwiły, aczkolwiek gęste korony drzew były dobrym parasolem, a nadto widok z pól położonych ponad wałbrzyskim osiedlem Podzamcze, okazał się być ujmujący. Po seledynowych lasach w dolinie Pełcznicy i urokliwym Stawiku Poleśnickim było to trzecie miejsce tego dnia, które zrobiło na mnie wrażenie. Książa do tego grona nie zaliczam, głównie przez to, że jego widok był mi już wcześniej dobrze znany, zatem porównanie nie do końca byłoby uprawnione 😉

Trójgarb, czyli dzisiejszy cel główny, już na horyzoncie

Panorama Gór Wałbrzyskich zresztą to jedno, a na osobne słowa uznania zasługiwały tutejsze alejki. W ogóle aleje drzew Dolnego Śląska zasługują na osobny album 😍


Doczłapałem do rozstajów z czerwonym szlakiem i ku mojej uciesze, gdy miałem wyjść na otwartą przestrzeń, deszcz przestał padać. Szybko zrozumiałem jednak, że moja radość była jednak nieco pochopna, gdyż zrobiło się wściekle duszno, a krople potu pojawiły się na mojej twarzy. 

Pogórze Wałbrzyskie pomału zostawiam za sobą...

Szło się też dosyć dziwnie, bo droga na skraju wsi Struga była wysypana o dziwo jakimś tłuczniem, przez co wyglądała jak linia kolejowa, którą ktoś pozbawił szyn. Mimo tych niedogodności pejzaże były ładne, a wyniosły Chełmiec co chwilę odciągał wzrok od nieco wrednego podłoża...

Teraz przede mną już Góry Wałbrzyskie i Chełmiec

Przy okazji muszę się z Wami podzielić istotną uwagą - szlak żółty niesie za sobą konieczność przejścia wzdłuż zabudowań Strugi, czego fragmentarycznie można uniknąć, nadkładając drogi i przechodząc po polach równolegle poprowadzonym szlakiem niebieskim. Skrócicie sobie w ten sposób czas spędzony na asfalcie bądź kostce brukowej.

Pałac we wsi Struga. W trakcie mojego pobytu przywracany do życia, dziś już jest wyremontowany

W centrum Strugi chwilę pochillowałem na przystanku autobusowym, po czym ruszyłem dalej - niestety znów drogą, co w konsekwencji przyniosło nie za dobre skutki, o czym napiszę nieco później.

W każdym razie, na domiar złego, akurat gdy miałem wychodzić na Trójgarb, warunki nad moją głową robiły się nieciekawe. Postanowiłem przez to, że w ramach obserwacji jak rozwija się sytuacja, nie będę podążał dokładnie tak jak robi to niebieski szlak (odbijający kawałek od centrum wsi) lecz dojdę aż do osiedla Kolonia, znajdującego się już przy samej granicy z wsią Lubomin. Gdyby miało zacząć grzmieć - to wiadomo, w górę bym nie wyruszył.

Burza jednak nie nadchodziła a ja, nadłożywszy drogi, postanowiłem jednak zaryzykować. Kiedy podszedłem kilkadziesiąt minut nad dolinę Czyżynki, mogłem w pełni zobaczyć otulony ciemnawymi chmurami masyw Chełmca. To trochę sprawiało, że rzedła mi mina, ale z drugiej strony nie było innych powodów do obaw: wzmagającego się wiatru, zajadle krążących owadów ani żadnych zmian odczuwalnych w powietrzu. Odszukawszy niebieski szlak zmieniłem kierunek i ruszyłem już zgodnie z planem w stronę Trójgarbu, choć najpierw czekało mnie wejście na Węgielnik (621 m n.p.m.).

Krajobrazy na podejściu na Węgielnik

Węgielnik zdobyłem po krótkim, ale dosyć treściwym podejściu. Gdy maszerowałem po kopule szczytowej pogoda wydawała się być stabilna, postanowiłem więc zgodnie z planem kontynuować marsz w stronę Modrzewca.

Nieco ograniczone widoki z Węgielnika

Zejście na stronę zachodnią było równie strome, ale za to po nim czekała mnie dłuższa wędrówka przez szerokie obniżenie środkiem gęstego lasu. Było tam dziko i pusto, przez co miałem wrażenie jakbym przemierzał prawdziwe ostępy, co przyjmowałem z tym większym zdumieniem, że masyw Trójgarbu jawił mi się raczej - głównie ze względu na postawioną wieżę - jako sudecka Czantoria 😉 Innymi słowy, popularne miejsce.


Modrzewiec (602 m n.p.m.) leżący już przed samym Trójgarbem, podobnie jak Węgielnik kilkanaście-kilkadziesiąt minut wcześniej, przywitał mnie stromym podejściem, jednak okazał się dużo bardziej zarośnięty, jeszcze bardziej podbijając tym samym moje wcześniejsze wrażenia. 

Przemierzania gęstego lasu ciąg dalszy

W okolicach tzw. Lubomińskiego Siodła, gdzie szlak niebieski krzyżuje się z żółtym i zielonym (oba prowadzą z/do Lubomina) sytuacja wróciła do "normy". Z zanikającej ścieżynki przeskoczyłem na szeroki bity trakt, który miał się utrzymać aż do wierzchołka Trójgarbu. Na dodatek, w międzyczasie nieoczekiwanie pogoda gwałtownie się zmieniła, wyszło późno popołudniowe słońce, co sprawiło, że w głowie zapaliła mi się lampka i postanowiłem przyspieszyć...

Rozdroże na Lubomińskim Siodle

Przyspieszyłem, spodziewając się "efektów specjalnych" na niebie, i po kolejnych 15 minutach dotarłem na wierzchołek. Pozostało jeszcze wdrapać się na wieżę widokową i rozpocząć sesję...

Na wieży zaskakujące pustki i... podwójna tęcza

Na szczycie zastał mnie totalny miks: z jednej strony wiatr zawiewał drobne od wschodu drobne kropelki deszczu, z drugiej, zachodniej, przeświecało zaś nieśmiało słońce. W efekcie czego, trzeba przyznać, działo się bardzo dużo i nie nadążałem z robieniem zdjęć 😁

Postawienie wieży było absolutnym gamechangerem, Trójgarb jest kapitalnie umiejscowiony i oferuje fantastyczne widoki na bardzo duży obszar Sudetów - od Karkonoszy po Góry Sowie. Na zdjęciu akurat m.in. Rudawy Janowickie i w tle właśnie one - Góry Olbrzymie

Na wieży spędziłem w sumie z 20 minut - zszedłem chwilę po tym jak słońce zniknęło gdzieś między chmurami a świat pogrążył się w szarościach. Ponieważ czułem się jeszcze całkiem nieźle, to uznałem, że pójdę dalej, tak by skrócić sobie dystans planowany na dzień kolejny, choć, jak możecie się domyślać pierwotnie zakładałem nocleg w zaciszu wiaty znajdującej się na szczycie Trójgarbu.

Stylowa (choć z perspektywy nocującego już nie tak funkcjonalna) wiata na wierzchołku. Jednak fajnie, że powstała, podobnie jak wieża 😊

Alternatywą dla wiaty na Trójgarbie była inna wiata położona już u podnóża masywu, przy drodzie z Witkowa. Niestety, gdy byłem jeszcze spory kawałek od niej, słyszałem, co tu dużo mówić, pijackie krzyki dobiegające z jej sąsiedztwa, w związku z czym musiałem sięgnąć po najmniej oczekiwaną opcję - namiot. 

Z powrotem w dolinach. Tu akurat w sąsiedztwie Witkowskiego Rozdroża

Ten rozbiłem na skraju lasu, ale w mało ustronnym miejscu i przede wszystkim nie do końca płaskim. Nie było jednak lepszego wyjścia - po opadach bardziej trawiaste przestrzenie odpadały ze względu na kropelki wody, a nieco nachylony fragment terenu gwarantował, że woda nie będzie się gromadzić. 

Widoki na koniec dnia

Po kwadransie uwinąłem się z zakładaniem obozowiska i w świetle zachodzącego słońca gotowałem kolację. Jak to przy okazji tego typu wyjazdów bywa, obyło się bez długich posiedzeń i przed 22 usnąłem.

Dzień dla mnie się kończy na skraju Gór Wałbrzyskich

Dzień II

Spałem całkiem nieźle, prawdopodobnie zmęczony dość długim i ciepłym dniem. Poranek nastał bardzo wilgotny, do tego stopnia, że powietrze można było kroić nożem. Dezorganizowało to trochę moje poranne sprawunki i wydłużało cały proces szykowania się do dalszego marszu...

Poranny sajgon w obozowisku

Do sprawnej zawijki zmotywowały mnie jednak narastające dźwięki maszyn rolniczych, dobiegające z okolicznych pól. Zresztą, nie było na co czekać - czekał mnie najdłuższy dzień i niespełna 40 kilometrów do przejścia.

I widok z "werandy" na Pasternik (566 m n.p.m.)

W oczekiwaniu na zagotowanie wody na kawę złożyłem karimatę, śpiwór oraz namiot i będąc praktycznie gotowym do drogi przysiadłem do śniadania. Żując kanapkę wpatrywałem się w delikatne mgiełki osiadłe na okolicznych pagórkach, myśląc co przyniesie dzień...

Trójgarb, którego tego dnia na zdjęciach jeszcze się pojawi

Ruszając już w drogę, czułem z tyłu głowy, że dziać się będzie całkiem sporo. Mgiełki, wysoka wilgotność, słaba widoczność, dawały do myślenia i nakazywały spoglądać w trakcie dnia na niebo, choć prognozy były w tym aspekcie raczej optymistyczne.

Na dobry początek miałem zejście do wyjątkowo sennego o tej porze Witkowa Śląskiego, w którym jedyny hałas wywołał zbliżający się pociąg. Przy okazji dokonałem tu drobnego skrótu: zamiast z niebieskiego szlaku przeskoczyć na szlak żółty, zdecydowałem się obrać polną drogę, która miała mnie wyprowadzić na grzbiet Chojniaka (585 m n.p.m.). Szlak o dziwo cały ten grzbiet omijał, poważnie nadkładając drogi, a przy tym tracąc sporo walorów widokowych.

Jedyny poranny hałas, którego byłem świadkiem, to ten wytworzony przez poranny kurs pociągu KD

Idąc polną drogą kilkakrotnie zatrzymałem się by spojrzeć za siebie. Okolice Witkowa są świetnym miejscem by przyjrzeć się masywnej sylwetce Trójgarbu - pamiętam, że ilekroć jechałem pociągiem do Jeleniej Góry lub dalej w Karkonosze, przyglądałem mu się szczególnie mocno. Zawsze był to siłą rzeczy mocno ulotny widok, tego dnia wreszcie mogłem czynić to na spokojnie.

Trójgarb, Witków i Chełmiec

Zatem widoki jakie towarzyszyły mi o poranku były naprawdę przyjemne. Czego nie dało się powiedzieć o samym podejściu, niby piąłem się na jakiś wypierdek nieprzekraczający sześciuset metrów, ale było tak jakoś lepko, że w tych warunkach wysiłek zdawał się nie mieć końca.

Droga na Chojniak. Przy tej duchocie dała popalić

Gdy już udało mi się wgramolić na górę, na niewielką przełęcz, postanowiłem jeszcze zejść kawałek na stronę południową by spojrzeć w kierunku Czarnego Boru. Powiecie: dobre sobie, najpierw narzeka, że mu się podejście mozoli, a potem schodzi i to jeszcze gdy nie musi! No i macie rację, było coś w tym nielogicznego, natomiast Chojniak ma to do siebie, że serwuje widoki, ale niekonieczne z samego grzbietu, bardziej ze swoich zboczy. Z tych południowych widać całkiem nieźle bliskie Góry Kamienne, i to właśnie dla nich postanowiłem jeszcze wydłużyć sobie spacer.

Dla odmiany Góry Kamienne chowały się w chmurach

Żeby sobie ułatwić sprawę, to plecak położyłem pod drzewem, nieopodal przełęczy, także z punktu widokowego wracałem na lekko. Gdy znalazłem się z powrotem na grzbiecie, golnąłem sobie odrobinę mineralnej i w nieco lepszym nastroju żwawo ruszyłem nudnym jak cholera płaskim i rozjeżdżonym przez motocrossowców albo służbę leśną (a może i jedno i drugie) grzbietem.

Jak już zapowiedziałem, w Chojniaku najlepsze czai się u jego stóp, zatem gdy tylko grzbiet począł się znów obniżać, znalazłem się na pięknej, kwiecistej łące.


Łąki na zachodnim zboczu Chojniaka podejrzewam byłyby jeszcze piękniejszym miejscem, gdyby nie wysoka wilgotność powietrza i ograniczona widoczność. Absolutnie obiecujące miejsce na piknik 😊

Przed zejściem do Kamiennej Góry trafiłem ponownie na kapitalne łąki

Co do niedogodności, to nawet jeśli przez chwilę miałem żal do losu, że aura nie pozwalała w pełni ocenić lokalne walory widokowe, to parę minut później ów niesmak i tak został przykryty koniecznością zmierzenia się z kilkukilometrowym marszem po asfalcie. Głupota i nadmierna ambicja tamtego dnia dała mi się we znaki, dlatego zawzięcie samemu sobie odmawiałem prób złapania autostopa, słuchając dźwięków przejeżdżających automobili. A droga, niby gminna, okazała się z jakichś powodów dosyć popularna - nawet jakaś ciężarówka jedna czy druga mnie minęła.

W międzyczasie sytuacja w Górach Kamiennych (na ostatnim planie) ewidentnie się poprawiła. O wycieczce na widoczne na zdjęciu Dzikowiec i Lesistą Wielką możecie przeczytać tutaj

Ale odcinając się od mojej samokrytyki - tak, fragment poprowadzony po asfalcie to zdecydowanie najmniej przyjemna rzecz na niebieskim szlaku. Myślę, że jeśli ktoś z Was chciałby powtórzyć moją trasę, ale wyobraża to sobie zrobić racjonalniej, to szans na złapania "okazji" nie będzie brakowało. Zwłaszcza, że tą drogą raczej nie da się nie jechać do Kamiennej Góry - po prostu nie ma innych miejscowości po drodze.

Widoczna w trakcie spaceru szosą Wielka Kopa wyznaczała kierunek mojego popołudniowego marszu

Aż do samej Kamiennej Góry dotarłem jednak w miarę sprawnie i bez większych przygód. Co także istotne w związku z planami na kolejne godziny - w założonym czasie. Teraz należało dobrze wykorzystać czas przeznaczony na regenerację!

Okolice rynku w Kamiennej Górze

Do tej pory przez Kamienną Górę również zawsze tylko przejeżdżałem, dlatego ucieszyłem się, mogąc poświęcić jej dłuższą chwilę. Posiedziałem z tego powodu na ławce na kamiennogórskim rynku, to jest Placu Wolności, a potem udałem się na szamę do lokalu o nazwie "Kawiarnia u Leszka", żeby na spokojnie najeść się przed dalszą drogą a przy okazji także skorzystać z dostępu do gniazdek elektrycznych.

W kolejnej części zaproszę Was w Rudawy Janowickie. Będzie się działo, także wyczekujcie kontynuacji 😊 Do usłyszenia, hej!

KOMENTARZE

3 comments:

  1. Wieża na Trójgarbie to jedna z lepiej zlokalizowanych wież. Świetne widoki z niej przyciągają dużo ludzi, bo wcześniej był to pusty i mało atrakcyjny turystycznie rejon. Tamtejszą wiata rzeczywiście jest średnia na noclegi, bo czasem do środka mocno zawiewa podczas opadów.

    Uwierz, obecnie Dolina Pełcznicy jest czysta... Kiedyś to tam dopiero było śmieci. Co nie zmienia faktu, że przykro się na to patrzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierzę i zdecydowanie nie zaprzeczam zmianie jaka się dokonała. Pamiętam rodzinne opowieści na temat koloru i zapachu tej rzeki z czasów, gdy jeszcze w Wałbrzychu pracowały kopalnie;)

      Usuń
  2. Ach, moje rewiry sudeckie! Fajnie spojrzeć na znane kadry, ale złapane Twoim okiem!

    OdpowiedzUsuń

Back
to top