wtorek, 9 sierpnia 2016

Pocztówka z... Sudetów Środkowych

Jako osoba urodzona na Górnym Śląsku, od zawsze górsko związany jestem z Beskidami. Sudety, mam okazję eksplorować znacznie rzadziej, a wypady na Dolny Śląsk wiążą się zawsze z kilkudniowym pobytem na miejscu. Staram się jednak przynajmniej raz w roku odwiedzić górzystą część Ziem Odzyskanych, jak to się chętnie w dawnych czasach mówiło, i tak w zeszłym roku byłem w Kotlinie Jeleniogórskiej, natomiast przed paroma dniami wróciłem z zupełnie nieznanej mi części polskich Sudetów, czyli tzw. Sudetów Wałbrzyskich. 
Za swoją bazę przyjąłem, a właściwie przyjęliśmy, gdyż udało mi się zgadać na wspólny wyjazd z moim tatą, Jedlinę-Zdrój, niewielkie uzdrowisko położone kilka kilometrów na południowy-wschód od Wałbrzycha.
Podczas pobytu odbywamy 4 wycieczki.

DZIEŃ I: WZGÓRZA WŁODZICKIE
O przepięknych Wzgórzach Włodzickich opowiadałem Wam już co nieco na facebooku. Jest to pas niewysokich wzgórz ciągnących się równolegle do Gór Sowich. Bardzo malowniczy rejon, pełen rozległych widoków i zupełnie zapomniany przez turystów.
 Panorama Gór Sowich widzianych ze Wzgórz Włodzickich.
 I charakterystyczny krajobraz tego niewielkiego, sudeckiego pasemka - pola, odosobnione drzewka owocowe i łagodne wzgórza.
 ***  
 DZIEŃ II: GÓRY SOWIE
 Drugiego dnia zrobiliśmy sobie trasę przebiegającą przez najpiękniejszą część Gór Sowich, wchodząc rzecz jasna na Wielką Sowę, z której roztacza się bardzo rozległa panorama, obejmująca absolutnie wszystkie najważniejsze pasma polskich Sudetów, no może poza Górami Izerskimi.
 Krajobraz Gór Sowich.
 Widok z Wielkiej Sowy na zachód. W oddali charakterystyczne Góry Wałbrzyskie i Kamienne, a na ostatnim planie majaczą Karkonosze ze Śnieżką na czele.
 Udało się też odwiedzić Sokolec i słynne schronisko "Orzeł", spod którego roztaczają się również kapitalne panoramy.
 A to już Góry Kamienne widziane z Pasma Włodarza.
  DZIEŃ III: GÓRY KAMIENNE
Trzeci dzień, który przyniósł pochmurną pogodę, udało się spędzić w Górach Kamiennych. Znów - pustki na szlakach i unosząca się w powietrzu nostalgiczna nuta, niezwykle silna w tej części Sudetów.
 Czy Andrzejówka zasługuje na I miejsce w rankingu schronisk? Trudno mi to stwierdzić po dwóch godzinach spędzonych w środku, natomiast jedzonko mają bardzo dobre :)
 Okienko w Sokołowsku.
 I baza wypadowa - Jedlina-Zdrój.
  DZIEŃ IV: (GÓRY WAŁBRZYSKIE)
Ostatni dzień to w zasadzie samotny wypad na Chełmiec. Pogoda dopisała aż za bardzo, bo był niemiłosierny upał, a na szczycie spotkało mnie niemiłe zaskoczenie - wieża widokowa okazała się być zamknięta, mimo że nigdzie nie znalazłem takiej informacji - nawet na stronie internetowej firmy, zajmującej się jej utrzymaniem.
 Krzyż na Chełmcu.
  Popołudnie spędziłem już z ojcem w Szczawnie-Zdroju, które jest po prostu... cudowne :) Moim zdaniem to chyba najpiękniejszy obecnie, sudecki kurort - no, może z wyrokiem jeszcze się wstrzymam, bo nie byłem w Świeradowie ;P
Szybko ten czas minął. Ale wyjazd wspominać będę bardzo pozytywnie, a to co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to właśnie ujmujące widoki ze Wzgórz Włodzickich, fantastyczne położenie schroniska Orzeł, uginające się od malin, krzaczki w Górach Kamiennych i rzeczywiście - bardzo strome podejście na Waligórę ;P
Na zakończenie muszę powiedzieć o trzech nowych szczytach do KGP - Wielkiej Sowie, Waligórze i Chełmcu. Oficjalnie Korony nie zdobywam, ale skoro już się udało tu być, to do górskiego CV można je sobie wpisać ;)
Na dzień dzisiejszy zostały mi : Ślęża, Skopiec, Orlica, Jagodna, Kłodzka Góra, Łysica, Lackowa i Tarnica :P

sobota, 6 sierpnia 2016

Tropem Witkiewicza na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem

(PALENICA BIAŁCZAŃSKA - WODOGRZMOTY MICKIEWICZA - WŁOSIENICA - MORSKIE OKO - SZEROKI PIARG - CZARNY STAW POD RYSAMI - KAZALNICA MIĘGUSZOWIECKA - MIĘGUSZOWIECKA PRZEŁĘCZ POD CHŁOPKIEM)
Kilka tygodni temu, zachęcony okresem przyzwoitej, pozbawionej popołudniowych burz, pogody, postanowiłem udać się na otwarcie letniego sezonu w Tatrach. Wiem, wyjątkowo późno, ale niestety różne okoliczności sprawiły, że skończyło się jak się skończyło.
Ponieważ większość tras po polskiej stronie Tatr już pokonałem, zwłaszcza tych w Tatrach Zachodnich, tym razem postanowiłem spróbować szlaku, cieszącego się opinią wymagającego i silnie eksponowanego. O jakim mowa? Oczywiście o szlaku na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem :)
Tradycyjnie w Tatry wybieram się autobusem, ale przy kupnie biletu przeżywam zaskoczenie. W sezonie pierwszy autobus przyjeżdża do Zakopanego na szóstą? Tak późno? Inna sprawa, że pierwszy bus do Palenicy Białczańskiej odjeżdża teoretycznie o 6.30, co też jest poronionym pomysłem, bo rezultat jest taki, że jak ktoś chce wczesnym rankiem wyjść w Tatry i uniknąć letniego upału, to musi mieć albo własne auto albo zamawiać taksę. Jeszcze w przypadku gdy parking w Palenicy jest modernizowany i nie wykorzystuje swojej pełnej pojemności - zamiast zapewnić turystom dogodny dojazd i dać im możliwość pozostawienia samochodów przy hotelach i pensjonatach, to zmusza się ich do parkowania aut na poboczach, w Łysej Polanie, czy aż na Wierch Porońcu - tak, komunikacja na Podtatrzu, kolejny raz udowadnia że była i jest do d**y. A zapotrzebowanie jest i to ogromne- pierwszy bus którym jadę, jest tak pełny, że już przy Watrze kierowca odmawia przyjęcia pasażerów z uwagi na brak miejsc.
Z Palenicy wychodzę o 6.50. Po dwudziestu minutach jestem przy Wodogrzmotach, a do Wanty docieram o 7.30. Tu zaczynają się skróty, kilkakrotnie przecinające asfaltową szosę do Morskiego Oka.
Po ich pokonaniu czeka mnie już niedługi odcinek na Włosienicę, z której ładnie widać Mięgusze, Cubrynę i Mnicha. Stąd do Moka pozostaje około 15-20 minut marszu.
Mijam standardowo mało urodziwego, betonowego klocka i przekraczam charakterystyczny Żleb Żandarmerii, który w zimie stanowi spore zagrożenie.
Zanim znajdziemy się nad Mokiem, warto wypatrzeć niewielkie Małe Morskie Oko, uroczo zagubione pośród kosówki, świerków i jarzębiny. Jest ono jednym z trzech Rybich Stawków, jakie znajdują się na północ od Moka, ale jedynym, widocznym z drogi prowadzącej do schroniska. Jego powierzchnia to 0,22 ha, głębokość 3,3 m.
Nad Morskie Oko docieram o 8:08 i dzięki temu mogę cieszyć się pobiciem swojego dotychczasowego rekordu na tym odcinku. Dystans 8 kilometrów dzielących Palenicę i Moko pokonuję bowiem w 1 h 18 min.
Oczywiście nie o bicie rekordów mi chodzi, ale chcąc uciec od tłumów i uniknąć wspinaczki w upale, zależało mi, by nadgonić stracony na dojeździe z Krakowa, czas. 
Nad Mokiem, gdzie odpoczywało przed dalszą drogą już sporo osób, spotykam Mnicha :)
Panorama otoczenia Morskiego Oka (sł. Morské oko, niem. Fischsee, węg. Halas-tó), oficjalnie największego tatrzańskiego jeziora (34,93 ha, gł. 50,8 m). Jezioro to jest położone na wysokości 1395 m.n.p.m., dla przypomnienia w dolinie Rybiego Potoku.
O tym najsłynniejszym tatrzańskim jeziorze, tak pisał Kazimierz Przerwa-Tetmajer:
Pogodne, ciche jak duch, co tonąc w marzeniu leci w sfery spokojne, burzliwe ominie: lśni jezioro zamknięte w granitów kotlinie, jak błyszczący dyjament w stalowym pierścieniu. 
Fragment wiersza Morskie Oko
Mięgusze odbijające się w tafli stawu.
  
Oszałamiająco piękne otoczenie Morskiego Oka, czyni z tego miejsca prawdziwą wizytówkę Tatr. Ogromna w tym zasługa wznoszących się kilometr ponad taflą jeziora, Mięguszowieckich Szczytów (patrząc od lewa: Czarnego, Pośredniego i Wielkiego), nieco niższej Cubryny i wyjątkowo widowiskowego Mnicha.
Dla przypomnienia, jezioro wielokrotnie bywało doceniane zagranicą. Otwiera m.in. listę 5 najpiękniejszych jezior na świecie utworzoną przez magazyn The Wall Street Journal.

Idąc o poranku w kierunku Czarnego Stawu pod Rysami polecam wybrać wariant poprowadzony wschodnią stroną jeziora z uwagi na ładnie oświetlone wczesnym słońcem Mięgusze, Cubrynę, Mnicha i grań Miedzianego.
W jednym z widokowych punktów, warto przyjrzeć się dokładniej otoczeniu Mnicha. Widać stąd bowiem doskonale turnie Mniszka i Ministranta, które są niewidoczne z okolic schroniska. Ślicznie prezentuje się również Dwoista Siklawa.
Nade mną, można rzec, Gruba Trójka ;P

Mniej znane zakątki Morskiego Oka.
Za kwadrans dziewiąta docieram do odejścia szlaku nad Czarny Staw pod Rysami, które usadowione jest w dolnej części Szerokiego Piargu, czyli sporego piarżyska opadającego spod Mięguszowieckiego Kotła (zwanego Bańdziochem). Kocioł ów, pokażę na fotkach nieco później, na razie natomiast, po wzięciu głębokiego wdechu ruszam w dalszą drogę.
Odcinek czerwonego szlaku łączącego Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami jest dość stromy (pokonujemy ok. 200 metrów różnicy wysokości na długości 600 metrów), ale pozbawiony trudności terenowych. Najpierw przechodzę łagodnie pośród krzewów jarzębiny, następnie gdy ścieżka doprowadza do pierwszych zakosów, robi się nieco bardziej stromo. Ponieważ szlak został poprowadzony po blokach kamiennych, które ze względu na spore natężenie ruchu zostały już nieco wyślizgane, należy zwłaszcza przy schodzeniu zachować uwagę :) Generalnie jednak Czarny Staw to opcja dla każdego bez względu na wiek i doświadczenie, kto dotarł nad Moko i czuje się na siłach by zrobić coś więcej.
Mięgusze widziane z okolic rygla skalnego, zamykającego kocioł Czarnego Stawu.
W dole pozostające Morskie Oko. Nad nim ładnie wdzięczą się: Miedziane (2233 m.n.p.m.), Marchwiczna Przełęcz (2055 m.n.p.m.), Opalony Wierch (2115 m.n.p.m.). Na drugim planie dostrzeżemy stąd fragment grzbietu Wołoszynów: Skrajny Wołoszyn (2092 m.n.p.m.), Wierch nad Zagonnym Żlebem (2039 m.n.p.m.) i Turnię nad Dziadem (1902 m.n.p.m.).
Spływająca wartko między zaroślami kosodrzewiny, Czarnostawiańska Siklawa, niestety w żadnym momencie nie ukazuje w całości swego uroku i by zrobić jej fotkę, trzeba się nieco natrudzić.
Dojście nad Czarny Staw z Szerokiego Piargu zajmuje mi kwadrans. Tu, obowiązkowo robię sobie przerwę, korzystając że przy stawie było jeszcze naprawdę niewiele osób i mogłem w pełni pozachwycać się jego pięknem. A nad Czarnym Stawem unosi się jakaś specyficzna, magiczna atmosfera, jeszcze inna od tej, która panuje nad Morskim Okiem.
Klasyk widok znad Czarnego Stawu.
Czarny Staw pod Rysami (sł. Čierne pleso nad Morským Okom, niem. Meerauge) jest położony na wysokości 1583 m.n.p.m. Jego powierzchnia wynosi 20,64 ha, a głębokość 76,4 m, co czyni z niego trzecie (po Morskim Oku i Wielkim Stawie Polskim) największe jezioro polskich Tatr (czwarte w całych Tatrach - przegrywa jeszcze z Wielkim Hińczowym Stawem) i jednocześnie drugie, najgłębsze (po Wielkim Stawie Polskim).
Czarny Staw dawniej był nazywany... Morskim Okiem. Było to w czasach, gdy dzisiejsze Morskie Oko, nazywano Rybim Jeziorem. 
Miedziane i Opalony Wierch widziane z progu, z którego spada Czarnostawiańska Siklawa.
I niepodzielnie górujące nad stawem Niżnie Rysy.
Zadni Piarg opadający spod Kotła pod Rysami do południowego brzegu Czarnego Stawu. W cieniu widoczna Bula pod Rysami (2054 m.n.p.m.).
Raz jeszcze przyglądam się wysokogórskiemu otoczeniu i po niewielkim posiłku, ruszam powoli do góry.
Długość szlaku zielonego łączącego Czarny Staw pod Rysami z Mięguszowiecką Przełęczą pod Chłopkiem to 1,9 km. Przewyższenie jakie pokonujemy wynosi 737 metrów, co jak łatwo wyliczyć, daje nam nachylenie równe 39 %, co z kolei odpowiada 21 stopniom.
Szlak ten polecam pokonywać tylko w okresie ciepłej, słonecznej pogody, w sezonie letnim, gdy można być już pewnym, że obędzie się bez niebezpiecznych oblodzeń.
Pozostawiam nad Czarnym Stawem tłum ludzi szykujących się do podboju Rysów i sam zanurzam się w gęstwinie bardzo wysokiej kosówki. Od początku jest stromo, a silne promienie słońca, powodują szybki wzrost zmęczenia. Dzięki wyjątkowej, jak na Tatry Wysokie, pustce na szlaku, jestem jednak w stanie iść tak jak chcę i zatrzymać się kiedy bądź, a to bardzo duże ułatwienie.
Szlak na Mięguszowiecką w dolnej fazie. Czujecie ten brak turystów? ;)
Czując uderzające we mnie upalne lipcowe słońce, pnę się ostro do góry. Po kilku zakosach, kosówka przerzedza się, ukazując turkusowo-lazurową toń Czarnego Stawu pod Rysami i górne partie Czarnostawiańskiej Siklawy podcinające charakterystyczne mutony, czyli łagodne wzniesienia, o podłużnym kształcie, będące wynikiem erozyjnej działalności lodowca.
Tego dnia, zwłaszcza na początku zielonego szlaku, jest mi jednak wyjątkowo pod górę. Tak mi się przynajmniej wtedy wydaje.
Nie wiem czy to była sprawka upału, ale miałem wrażenie, że choć czułem jak wiele potu i siły kosztuje mnie każdy krok, to wysokości nie przybywa. Serio - w pewnym momencie miałem wrażenie, że nie dam rady się tam na górę wdrapać.
Ale ponieważ prognoza pogody nie zapowiada przykrych niespodzianek, jem jeszcze jednego batona i zagryzając wargę, mówię sobie - to tylko chwilowy kryzys.
Kolejną krótką przerwę robię na niewielkim wypłaszczeniu, skąd doskonale widoczna jest słynna 600-metrowa ściana Kazalnicy Mięguszowieckiej.
Zachwyt szybko jednak przechodzi w lekkie załamanie, gdy widzę co się dzieje przede mną - dwa zakosy prowadzące na niewielką bulę, z największym mozołem pokonuje młoda para. Zastanawiam się w głębi serca o co chodzi, przecież nie pierwszy raz idę w górach w upale, a podobnych szlaków mam na koncie kilkadziesiąt jak nie więcej. Nie zrozumiem nigdy takich sytuacji - człowiek zastanawia się co się dzieje, ale nie potrafi skonkretyzować, po prostu... coś jest nie tak. I wtedy wszystko Cię wkurza. A to plecak wpija Ci się w ramię, a to zaczyna Cię uwierać stopa w bucie - masz ochotę wszystko to wyciepać w p***u. Ja w każdym razie tak miałem - plecak najchętniej wyrzuciłbym do Czarnego Stawu, a samemu siadłbym na skale, wykrzykując: dalej nie idę!
Walcząc ze sobą, lekko dysząc, wychodzę na niewielkie wypłaszczenie, gdzie szlak skręca pod kątem prostym w lewo. Rzucam się pod zacienioną wantę i przez dłuższą chwilę odpoczywam, starając się odrzucić wszystkie myśli. Jakoś zmotywować. Zerkam na piętrzące się obok ściany Mięguszy, wypatrując sylwetki wspinaczy, szukających właściwej drogi. Zaciskam usta i po głębokim wdechu, decyduję się jednak spróbować. Nie zrozumcie mnie źle. W górach nie należy robić nic na siłę. Należy minimalizować ryzyko tak bardzo, jak to jest możliwe. Jednak mój problem polegał nie na jakichś dolegliwościach zdrowotnych - czułem po prostu wewnętrzne zniechęcenie i wściekłe rozdrażnienie.
O podjęciu dalszej walki decyduje rzut oka na przebieg dalszej drogi. Po przecięciu dość rozległego rumowiska skalnego, ścieżka przebiega zacienionym odcinkiem w pobliżu jednej ze ścian Kazalnicy Mięguszowieckiej. Nie dość, że jest to szansa by uciec przed wściekłym upałem, to jeszcze delikatny trawers na tym odcinku, kazał spojrzeć na to z innej strony - podejdę, zobaczę i wtedy stwierdzę co dalej.
I rzeczywiście, cień przynosi błogą ulgę, a ja na razie odsuwam myśli o ewentualnym powrocie.
Humor poprawiają mi okoliczne krajobrazy - są fantastyczne :) Zwłaszcza Moko świetnie się z góry prezentuje ;) Jest to zresztą jedna z podstawowych zalet zielonego szlaku - mnóstwo możliwości aby mu się przyjrzeć.
Jeszcze trochę krajobrazów ze szlaku.
"Kazalniczka" a z tyłu Żabia Grań.
Pierwszym "trudniejszym" miejscem na szlaku jest odcinek poprowadzony dnem żlebu, którym po okresie wzmożonych opadów spływa kaskadami ciek wodny. Ścieżka przekracza go, a następnie pnie się prawym jego zboczem (czy jak kto woli, zachodnim) po bardzo ładnie urzeźbionej skale, w łatwej wspinaczce. Uwagę warto zachować podczas oblodzeń, ale tak jak mówiłem, w razie ich wystąpienia, warto w ogóle podarować sobie ten szlak.
Pokonuję dno żlebu i wydostaję się na zielone dno Bańdziocha czyli Mięguszowieckiego Kotła, gdzie spotykam młodego kamzika ;) Bardzo ciekawskiego kamzika, który znajdując się dosłownie metr od szlakowej ścieżki, nie zdecydował się na ucieczkę widząc młodego turystę ;P
  Uśmiech poproszę! :)
  Kozica przeskoczyła ścieżkę za moimi plecami, usadawiając się na szczycie niewielkiej turniczki, bacznie obserwując połyskującą taflę Morskiego Oka.
Po krótkim zatrzymaniu ruszam dalej, przekraczając w poprzek dno kotła. W okolicy, zwłaszcza w części zlokalizowanej na wysokości poniżej 1900 m.n.p.m., znajdziemy o tej porze mnóstwo kwiatów, nadających całości przepięknego kolorytu. Zwłaszcza popularny jest omieg górski, którego rosną tu całe kępy.
Mięgusze w bardziej mrocznej wersji :)
Następny odcinek szlaku wiedzie znów wśród skalnych złomów, wyprowadzając na niepierwszą dziś "kazalniczkę". Przyglądając się znów Morskiemu Oku, czekam chwilę, aby grupki osób, które się nagromadziły w okolicy, trochę się przerzedziły.
Czeka nas teraz mozolne podejście skalną rynną. Jest to najdłuższy odcinek wymagający użycia czterech kończyn na zielonym szlaku, niemniej jednak każdy kto ma już jako takie obycie ze skałą, da sobie tu radę.
Czarny Staw i odbijająca się w jego toni Żabia Grań.
Górna część rynny. Ponad nami widać już wierzchołek Kazalnicy Mięguszowieckiej. Jest naprawdę blisko ;)
Rynna jest zakończona charakterną skałką; przypominającą balkonik zawieszony nad przepaścią. Miejsce to chętnie umieszczane jest na okładkach opisów tego szlaku. Muszę przyznać, że gdy stanąłem na jej szczycie to głośno zarechotałem, wzbudzając zainteresowanie innych, bo rzeczywiście oglądając owe miejsce na zdjęciach, można spocić się od samego patrzenia. Tymczasem tak naprawdę, każdy, podkreślam KAŻDY, kto nie ma lęku wysokości, bez problemu sobie tamtędy przejdzie, mało tego jest ona tak położona, że ze zdziwieniem i jednocześnie z zawodem stwierdzamy: O to już ten słynny, eksponowany trawersik? ;)
Co ciekawe miejsce to obrosło legendami już dawno temu. Polecam bardzo ciekawą lekturę Stanisława Witkiewicza "Na przełęczy", w której opisuje on swoje wrażenia z wędrówek po Tatrach. Tak pisał Witkiewicz o galeryjce :)
U dołu ze żlebku, perć przerzuca się na rodzaj ogromnej szkarpy, przypierającej do gmachu turni, wisi na wąziutkiej szczerbce skały, w którą wbite są znowu klamry; za nie się trzyma, przesuwając się ponad przepaścią, otwartą ku Czarnemu stawowi.
Selfie z galeryjką ;)
Po przejściu eksponowanego odcinka docieram pod kolejną granitową ścianę, która trudności może sprawiać przy zejściu.
Ostatnim miejscem, gdzie spotykamy klamry (i gdzie bardzo brakuje mi łańcucha) jest ukośna płyta. Po niej czeka nas już tylko kolejny zakos szlaku i końcówka drogi na Kazalnicę. 
Płyta, dolna klamra i niewielka rysa na dnie, którą lubi sączyć się woda -> warto uważać, bo bywa nawet w lecie ślisko.
Płytę szybko pokonuję, wychodząc na ostatnie delikatne wypłaszczenie znajdujące się bezpośrednio pod Kazalnicą. Stąd ściany Mięgusza Pośredniego i Mięgusza Wielkiego są na wyciągnięcie ręki.
Mięguszowiecki Szczyt Wielki (sł. Vel'ký Mengusovský štít, niem. Große Mengsdorfer Spitze, węg. Nagy-Menguszfalvi-csúcs - 2438 m.n.p.m.) jest najwyższym z grupy Mięguszowieckich Szczytów, a po Rysach jest najwyższym szczytem Polski i (oficjalnie) 20. szczytem całych Tatr. Znajduje się w grani głównej Tatr, pomiędzy Cubryną (2376 m.n.p.m.), od której oddziela go Hińczowa Przełęcz i Pośrednim Mięguszowieckim Szczytem (2393 m.n.p.m.), od którego oddziela go Mięguszowiecka Przełęcz Wyżnia. Charakterystycznym elementem rzeźby szczytu jest Wielki Filar Mięguszowiecki, czyli widoczna na poniższym zdjęciu grzęda, rozdzielająca północną ścianę szczytu od wschodniej. Ów filar, jest również doskonale widoczny znad Morskiego Oka i wyróżnia go nieco skośny przebieg.
Wielki Mięgusz najdostojniej prezentuje się oczywiście znad Morskiego Oka, gdyż różnica między wierzchołkiem, a taflą jeziora wynosi 1043 metrów. Bardzo atrakcyjnie prezentuje się również ze Szpiglasowego Szczytu o czym się przekonacie w kolejnych relacjach.
Mięguszowiecki Szczyt Pośredni (sł. Prostredný Mengusovský štít, niem. Mittlere Mengsdorfer Spitze, węg. Középső-Menguszfalvi-csúcs - 2393 m.n.p.m.) to najniższy szczyt z grupy Mięguszy, ale jednocześnie 5. najwyższy szczyt Polski. Wznosi się między Mięguszowiecką Szczytem Wielkim (rozdziela je Mięguszowiecka Przełęcz Wyżnia - 2330 m.n.p.m.), a Mięguszowieckim Szczytem Czarnym (rozdziela je Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem - 2307 m.n.p.m.). Szczyt ma kilka wierzchołków, ciekawym elementem na jego grani są także charakterystyczne turniczki w tym widoczna znad Moka - Igła Milówki.
Przed kulminacyjnym podejściem warto jeszcze spojrzeć na jeden z niewielu przykładów tatrzańskich lodowczyków po polskiej stronie. Mięguszowiecki Lodowczyk, bo o nim mowa, ma 0,47 ha i wymiary 107x81 m i wznosi się na wysokości 1973-2035 m.n.p.m.
Taki tam fragment Alp w sercu Tatr ;)
Po wykonaniu paru fotek, podchodzę na wierzchołek Kazalnicy taką oto grzędą, pośród mniej lub bardziej sypkiego terenu.
O 11.15 zdobywam szczyt Kazalnicy Mięguszowieckiej (sł. Kazatel'nica Mengusovska, węg. Vadorzo-kilato - 2159 m.n.p.m.) i szczęśliwy siadam na wystającym głazie, wpatrując się w Morskie Oko. Na szczęście adrenalina związana z nagromadzeniem trudności terenowych sprawiła, że gdzieś przepadły moje ponure myśli i po dwóch godzinach męczącej wędrówki znad Czarnego Stawu, udało się tu dotrzeć...
Mięgusz Czarny wznoszący się przede mną.
Mięguszowiecki Szczyt Czarny (sł. Východný Mengusovský štít, niem. Östliche Mengsdorfer Spitze, węg. Keleti-Menguszfalvi-csúcs - 2410 m.n.p.m.) - jest 4. co do wysokości szczytem Polski, wznoszącym się w głównej grani Tatr, między Hińczową Turnią (2377 m.n.p.m.), od której oddziela go Czarnostawiańska Przełęcz (2340 m.n.p.m.), a Mięguszowieckim Szczytem Pośrednim (2393 m.n.p.m.), od którego oddziela go Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem (2307 m.n.p.m.).
Szczyt charakteryzują liczne grzędy skalne, zwłaszcza ta, która jest zakończona Kazalnicą Mięguszowiecką, opadającą niemalże 600-metrową ścianą nad Czarny Staw.
Czarny Staw.
  Rysy (z dobrze widocznym przebiegiem szlaku na szczyt), Ciężki Szczyt i Wysoka.
Spoglądam po raz ostatni w kierunku Rysów i Wysokiej,  biorąc głęboki haust wody i rozpoczynam ostatni etap szlaku na Mięguszowiecką Przełęcz.
Kazalnicę z Mięguszem Czarnym łączy niedługa skalista grańka, po której przebiega zielony szlak. Jest delikatnie eksponowana, ale nie ma tam większych trudności.

Po jej pokonaniu zaczyna się skośnie poprowadzony trawers Czarnego Mięgusza, zwany galeryjką.
Ostatnie kilkadziesiąt metrów na przełęcz, obok eksponowonego trawersiku, nazwanego przeze mnie balkonikiem "zawieszonym nad Czarnym Stawem", również sieje postrach.
Droga ma szerokości stopę, często mniej, czasem trochę więcej. Na lewo przepaść, pod obcasami Morskie Oko; — na prawo skała, o którą się można oprzeć, odchylając się od otchłani, — za którą jednak nie można się uczepić ani przytrzymać. Ktoby się tu pośliznął, tego nikt i nic wstrzyma; — bo ten, coby chciał ratować, nie ma żadnego punktu oporu, żadnego przyczepienia.
Znów - nie chcę by to zabrzmiało zuchwale, ale jest to bardzo przereklamowany moment. W warunkach letnich, przy pewnej pogodzie i zachowaniu koncentracji (którą jednak trzeba zachowywać w górach zawsze), osobom bez lęku wysokości, fragment ten nie może dać w kość.
O 11.50 docieram do celu. Oznacza to, że marsz z Kazalnicy zajął mi 25 minut, z Czarnego Stawu 2,5 godziny (z przerwami).
Na przełęczy od razu rzuca się w oczy leżący po drugiej stroni grani, Wielki Hińczowy Staw.
Pośredni Mięgusz i fragment Wielkiego ;) Widać również początek tzw. Drogi po Głazach, czyli nieznakowanej drogi na Wielkiego Mięgusza.
Niech Was nie zwiedzie jednak ta nazwa, która kojarzy się z wygodną ścieżką, z ceprostradą niemal. Jak pisze Michał Jagiełło w Wołaniu w górach:
Droga po głazach nie jest żadną drogą - ot po wygładzonych przez deszcze płytach, lawirując wśród skalnych gzymsów, zachodów, w groźnej wysokogórskiej scenerii, wędrujemy od kopczyka do kopczyka. Rzecz jednak w tym, że każdy błądzący, a błądziło wielu, ustawia swoje kamienne kopczyki-znaki rozpoznawcze, co oczywiście nie pomaga następcy w znalezieniu właściwego kierunku. A zbłądzenie w tym skalnym labiryncie, a co gorsza poddanie się panice i próba zejścia wprost w dół (bo przecież nęcą Hińczowe Stawy) grozi tu najpoważniejszymi konsekwencjami.
Panorama z przełęczy na południe robi największe wrażenie, zwłaszcza że jest czymś nowym, po 2,5 godzinnej wędrówce z wystawą na północną stronę.
Mięguszowiecka Przełęcz oferuje bardzo atrakcyjne widoki na Grań Baszt, w której wyróżnia się zwłaszcza Szatan (sł. Satan, niem. Satan, węg. Sátán - 2422 m.n.p.m.). Ciekawie prezentuje się również Szczyrbski Szczyt (sł. Štrbský štít, niem. Tschirmer Spitze, węg. Csorbai-csúcs - 2381 m.n.p.m.).
Ciąg dalszy panoramy na stronę słowacką -> otoczenie Doliny Hlińskiej. Uwagę zwraca oczywiście bliska piramida Koprowego Wierchu (sł. Kôprovský štít, niem. Dillenspitze, węg. Kapor-csúcs - 2367 m.n.p.m.). Szczytu nie będę dokładnie opisywać, mam nadzieję że niedługo się tam wybiorę i wtedy coś skrobnę.
Wracając do panoramy - warto zauważyć że z przełęczy trudno dojrzeć Krywań - niemalże stały element w panoramach z polskich Tatr. Przysłania go bowiem Hruby Wierch (sł. Hrubý štít, niem. Triumetal, węg. Triumetal - 2428 m.n.p.m.).
I widok na północną stronę - na pierwszym planie widać stąd grzbiet Miedzianego, który dalej opada przez Opalony Wierch i Roztocką Czubę do Doliny Białki. Na drugim planie natomiast wschodnia grań Świnicy z Kozim Wierchem na czele oraz Granatami, Buczynowymi Turniami, Waksmundzkim Wierchem, Koszystą i Wołoszynami.
O tym widoku Witkiewicz pisał tak:
Pod nogami, bez żadnej przenośni, leżało Morskie Oko, niewielka tafla błękitu, na którą od Mięguszowskiego wirchu padał cień koloru ciemno-wiśniowego. Z jednej i drugiej strony od brzegów, okolonych białą smugą piargów, wznosiły się do góry okryte cieniem limb, świerków i kosodrzewiny, która coraz drobniała, rzadła ku górze, aż znikła, a z nad błękitnawo-zielonych upłazów wysterkały szare, zębate, nagie turnie. Stoki tych gór poorane, od szczytu do brzegów jeziora, żlebami zawalonemi białemi okruchami granitów.

Na pierwszym planie samotna Kazalnica Mięguszowiecka, na drugim Żabia Grań z Niżnym Żabim Szczytem, Żabim Mnichem, Wyżnim Żabim Szczytem, Kopą Spadową i Niżnimi Rysami. Ponad Żabim Mnichem, w cieniu, Młynarz, na kolejnym planie masyw Szerokiej Jaworzyńskiej. W chmurach Tatry Bielskie i Lodowy Szczyt.
Siodło widziane spod ścian Czarnego Mięgusza.
Pierwsze wrażenie jest uczuciem tracenia równowagi; zdaje się że głowa zanadto cięży, że się człowiek chwieje na wietrze, stojąc na ostrym zrębie, dzielącym dwie przepaście — jedne, z której wyszliśmy, i drugą, w którą mamy schodzić. Więc też ludzie nieotrzaskani z temi wrażeniami, czują potrzebę natychmiastową siąść, lub położyć się — naturalnie jak najdalej, i nogami w przeciwną stronę, od przepaści, która zdaje się pociągać, ponieważ ciągnie tam do dna oczy. Człowiek nie patrzy przed siebie, jak przywykł, tylko w dół, a że zawsze za wzrokiem idą pobudki ruchu, więc też za spojrzeniem coś rwie na dno. Idąc przez parę godzin z tamtej strony, przywykło się miąć przed sobą skałę z jednej przynajmniej strony: stałą ścianę granitową, silną, potężną, twardą — tu nagle, nic z tego!
A teraz parę słów o samej przełęczy...
Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem (sł. Mengusovske Sedlo, niem. Wildererjoch, węg. Vadorzó-Hagó - 2307 m.n.p.m.) - jest głęboko wciętym siodłem, położonym w grani głównej Tatr, w masywie Mięguszowieckich Szczytów. Rozdziela Mięguszowiecki Szczyt Czarny (2410 m.n.p.m.) od Mięguszowieckiego Szczytu Pośredniego (2393 m.n.p.m.), a jej nazwa wzięła się od skalnego chłopka, wznoszącego się kilkadziesiąt metrów na wschód od przełęczy (widać go na fotce poniżej).
Przełęcz jest dostępna znakowanym na zielono szlakiem, którego budowa zaczęła się w 1886 roku i trwała 12 lat. Aby przyszli turyści mogli w miarę bezpiecznie pokonać drogę, Towarzystwo Tatrzańskie, odpowiadające za powstanie szlaku, wysadziło części skał oraz zainstalowało stalowe klamry. Do niedawna perć ta prowadziła dalej z przełęczy nad Wielki Hińczowy Staw i była alternatywnym przejściem na Słowację wobec szlaku na Rysy, ale w wyniku zamknięcia słowackiej jej części, dziś pozostaje tylko powrót tą samą trasą. Oficjalnie ;P
No dobrze, fotki porobione, czas na obiad :) Dzisiaj serwujemy kurczaka w curry ;)Dolina Hińczowa i Szatania Dolinka- górne partie Doliny Mięguszowieckiej. Z lewej Wołowiec Mięguszowiecki (2228 m.n.p.m.). 
Gdy szykuję się już do opuszczenia przełęczy, dopada mnie niestety warkot toprowskiego heliktopera.
Jak się okazało, sokół przyleciał pod ścianę Wielkiego Mięgusza aby pomóc wspinającemu się tam taternikowi.
Łącznie przyleciał on tam aż trzy razy (jeśli przyjrzycie się dokładniej - widać desantującego się ratownika - czerwony punkcik)
Schodzę w dół wolno, nie tyle ostrożnie, co bardzo leniwie. Nikt mnie nie pogania, z rzadka ustępuję komuś drogi. To sprzyja kontemplacji widoków i częstym postojom na fotki.
Kazalnica.
 Niżnie Rysy, Rysy, Wysoka.
Zejście z Kazalnicy do Górnego Bańdziocha.
Raz jeszcze przyglądam się "najeżonym" Niżnim Rysom, których topografię pozwala dokładnie prześledzić mój dzisiejszy szlak...
Niżnie Rysy (sł. Malé Rysy, niem. Denesspitze, węg. Denes-csúcs - 2430 m.n.p.m.) to trzeci po Rysach i Mięguszowieckim Szczycie Wielkim, najwyższy szczyt Polski. Wznosi się w północnej grani Rysów, pomiędzy dolinami Rybiego Potoku i Białej Wody i składa się z czterech, wyraźnie oddzielonych od siebie wierzchołków o wysokościach odpowiednio (patrząc od południa: 2405, 2430 - główny, 2410 i 2375 m.n.p.m.). W rejonie głównego wierzchołka, oddziela się na wschód krótka grań, zakończona spektakularną Ciężką Turnią (sł. Ťažka Veža - 2254 m.n.p.m.), która jest świetnie widoczna zwłaszcza ze szlaku niebieskiego wiodącego Doliną Białej Wody na Polski Grzebień.
Niżnie Rysy są świetnie widoczne z Czarnego Stawu pod Rysami i ze schroniska nad Morskim Okiem i przez ten fakt bywają często mylone z Rysami, które są nieco przyczajone ;) 
Kiedy robię fotki, słyszę żartobliwą wypowiedź pewnej damy, schodzącej z grupą przyjaciół.
Jeśli spadnę, to możesz sobie znaleźć jakąś ku*wę, byleby nie była to wytatuowana szmata.
;D
Przy zejściu po charakterystycznej płycie mogę przekonać się, że zejście bywa trudniejsze niż wejście. Na szczęście na szlaku jestem w tym momencie sam i mogę na spokojnie uporać się z problem, bezpiecznie stając po kilku minutach na dole.
Galeryjkę już widać na horyzoncie.
W słynnym miejscu robię sobie jeszcze jedną pamiątkową fotę. Z samowyzwalacza ;)
Moko i jego plaża...
... I Król Mięgusz na koniec ;)
Nieopodal Czarnego Stawu, w widokowym miejscu, robię sobie jeszcze jedną przerwę. Nie zapowiada się na burze, a godzina jeszcze na tyle wczesna, że nie spieszno mi opuszczać tych pięknych okolic.
Gdy słońce chowało się za chmury, toń stawu przybierała charakterystyczną, granatowo-atramentową barwę.
Z ogromną niechęcią przychodzi mi powstać i ruszać dalej w dół, skąd dobiegały do mnie szaleńcze wrzaski. Niestety, jest to urok wakacyjnych Tatr i trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że nawet jeśli wcześnie rano wyjdziemy w góry, to i tak wracając, wetkniemy kij w mrowisko.
Zejście zielonego szlaku nad staw.
Kopa Spadowa, Niżnie Rysy, Rysy, Żabia Przełęcz, Żabi Koń, Żabia Turnia Mięguszowiecka, ściana Kazalnicy Mięguszowieckiej.
Nad Czarnym Stawem tym razem już się nie zatrzymuję i od razu zaczynam schodzić czerwonym szlakiem.
Zejście nad Moko trwa jednak dłużej niż wejście, bo idę w kolumnie ludzi, czując się jak na pielgrzymce. Wyminąć kogoś nie sposób, bo w drugą stroną, mimo popołudniowej pory, również ludzi tyle, że zamiast dźwięku Czarnostawiańskiej Siklawy, słyszę z jednej strony barwną opowieść pewnego jegomościa o "zajebistej imprezie, na której urżnął się jak świnia", a z drugiej głośną polityczną dyskusję, której przebiegu nawet nie chce mi się przytaczać. Przed wyjazdem zastanawiałem się czy przeżyję powrót w godzinach popołudniowych nad Morskie Oko, zaryzykowałem, ale muszę się Wam przyznać, że wróciłem do domu tak zmęczony, jak jeszcze nigdy z Tatr. Po części to zasługa szlaku, ale nie tylko - przede wszystkim harmidru i tumultu, który w wakacje w tej części Tatr panuje. Że też ludzie potrafią odpoczywać przebywając przez kilka godzin wśród kilku tysięcy innych ludzi. 
Znów Niżnie Rysy wygrywają prezencją z Rysami ;)
Mięguszowieckie Szczyty i ściany Cubryny widziane z okolic Dwoistej Siklawy.
Na koniec jeszcze Mięgusz Wielki miedzy drzewami jarzębiny :) Tym kadrem kończę fotorelację z wycieczki na Mięguszowiecką Przełęcz...
Tatromaniak, ku poprawie humoru, niedawno wypuścił część II tekstów tatrzańskich turystów. Dodam jeszcze jeden, którego byłem świadkiem, w pobliżu schroniska. Mijając dwóch młodzieńców z przewodnikiem Nyki, słyszę jak jeden z nich zadaje pytanie:
Jeśli to jest Gerlach, to gdzieś tu powinien być Mnich, prawda?
...
Wtf?