Wakacyjny trekking wokół Monte Perdido cz. I - Droga do Torli

Z wakacjami to jest tak, że każdy ich wyczekuje z niecierpliwością przez jesień, zimę, a potem wiosnę, ale gdy w końcu one nadchodzą i trzeba się zabrać za ich planowanie, to rok w rok powstaje niekończąca się dyskusja typu: "gdzie?", "na ile?", "za ile?", "czym?", która nieco później ewoluuje w dyskusję typu "co wziąć?" i "ile wziąć?". W tym roku pomysłów było co nie miara, zwłaszcza że Moś zwalniał się w wakacje ze swojej poprzedniej pracy i miał wolne praktycznie do rozpoczęcia roku akademickiego - w zasadzie więc można było stwierdzić, że gdy tylko ja i Krystian załatwimy swoje sprawy na uczelni - on we Wrocławiu, ja w Krakowie - to wio, można jechać.
Pojawiały się więc różne pomysły, które dziś można uznać za fantasmagorie, łącznie z moim wymarzonym wyjazdem na krańce Skandynawii 😊 Ale nie tylko - standardowo powróciły rozmyślania o Islandii (najprawdopodobniej przełom wiosny/lata 2018), Bułgarii, Macedonii i  Albanii oraz Ukrainie. Zwłaszcza ta ostatnia - miała być już tyle razy celem wakacyjnych podróży, ale ponieważ los sprawił mi w tym roku niespodziankę w postaci służbowego wyjazdu na Podole, do Winnicy, to stwierdziłem, że nie ma sensu miesiąc później znów jechać za wschodnią granicę, choć żeby ktoś nie pomyślał - ten wyjazd upewnił mnie tylko w przekonaniu jak bardzo chcę się tam wybrać.
Nevermind.
Wracając do kwestii Pirenejów - co najciekawsze ja do nich nigdy nie byłem przekonany. Po wizycie w Sierra Nevada i trekkingach w masywie Mulhacena (3478 m.n.p.m.) i Velety (3398 m.n.p.m.) nabrałem przekonania, że to jednak nie do końca mój świat. Nawet słysząc dobiegające z różnych stron peany na temat Doliny Ordesy, gdzieś we mnie siedział może nie niepokój, ale przekonanie, że wakacje wolę spędzać jednak gdzieś, gdzie mogę sobie poskubać przed namiotem zieloną trawkę, czy zanurzyć nogi w górskim stawie 😛 Wiecie co mnie zmotywowało do wyjazdu? Błysk pioruna w postaci wyskakującej na facebooku mordeczki podpisanej "Krystian", z sentencją o następującej treści: "19 sierpnia muszę być jeszcze w Polsce", co jednoznacznie przekreślało plany wyjazdy na dłużej, bo ja z kolei musiałem być z początkiem września w Krakowie. Studia bez kampanii wrześniowej to jednak nie byłyby studia.
Na niecałe dwa tygodnie nie było sensu jechać na Ukrainę i czynić wymarzonej wyprawy, odpadała też Skandynawia i góry Bałkanów, w które miałem już opracowany plan pobytu. Trzeba było pokombinować j e s z c z e trochę i wtedy z pomocą przyszły posty Kasi z bloga Szukając Słońca, która zachwycała się francuską część Pirenejów i udowodniła, że da się zorganizować ciekawy wypad w całkiem odległe strony na ledwie kilka dni.


Jestem dziwnym człowiekiem, nie boję się tego przyznać. Lubię szukać nietypowych rozwiązań, które czasem wydają się nie mieć z pozoru sensu. Gdy podczas szukania biletów natrafiłem na śmiesznie tanie bilety z Madrytu do Berlina (19,90 euro/osoby) kupiłem je bez dłuższego zastanowienia. Problemem się okazały ceny w przeciwną stronę, bowiem niezależnie skąd - czy z Polski, czy z Berlina i dokąd - czy do Barcelony czy do Madrytu - były zawrotne. Tak więc przez grubo ponad tydzień miałem w ręce bilety w jedną stronę, na dodatek powrotne - niemniej jednak radośnie ogłosiłem wyjazd do Hiszpanii.

Dopiero na dwa tygodnie przed wyjazdem, o poranku pewnego pięknego dnia, natrafiłem na niedrogie bilety do Girony - z Poznania (niedrogie, bo różnica między biletami do Girony a Madrytu była porażająca, dwukrotna, a nawet trzykrotna) i tym razem za 160 złotych/osoby stałem się posiadaczem pożądanych biletów i choć może nie był to szczyt marzeń, bo jednak była to Girona, to czułem, że tylko głupi na moim miejscu by wtedy narzekał. 

Dwa tygodnie zleciały raz dwa i nadeszła chwila prawdy - 19 sierpnia, czyli przeddzień naszego wyjazdu. Odbywały się wtedy urodziny, w których Krystian chciał koniecznie uczestniczyć. Problem leżał w tym, że o 8 rano następnego dnia mieliśmy pociąg do Poznania, a impreza działa się 50 km od Gliwic. W mojej głowie rysował się już wspaniały dizaster organizacyjny, dlatego podczas rozmowy z Mosiem, który odbierał z imprezy przyjaciela, nakazałem mu wywleczenie go siłą jeśli będzie taka potrzeba. Na szczęście nic się nie rypło i 15 minut przed odjazdem znaleźliśmy się na dworcu. Kanapka z subwaya wpadła jeszcze do podręcznego bagażu i chwilę później siedzieliśmy już w przedziale pociągu do stolicy Wielkopolski.

A tą - bardzo lubię. Mam do niej pewien sentyment i zawsze cieszę się na myśl o powrocie do niej. Po części jest to spowodowane tym, że miałem studiować na Politechnice Poznańskiej - złożyłem  tam wszystkie papiery, nawet zostałem przyjęty. Kilkakrotnie miałem okazję wpadać do Poznania z różnych innych względów - wyjazdy naukowe, wycieczki - za każdym razem podobało mi się - zresztą jestem zdania, że to najbardziej zadbane duże miasto w Polsce. Dlatego też przy okazji naszej podróży w Pireneje postanowiliśmy przed wylotem zajrzeć na parę godzin do centrum, zobaczyć co się zmieniło od ostatniej mojej wizyty i przy okazji wszamać coś 😉


Na poznańskim dworcu wysiedliśmy krótko po godzinie 13. To jedna z niewielu rzeczy, które mnie bardzo irytują w tym mieście - można nad nią zapłakać naprawdę gorzko. Po zostawieniu plecaków w schowkach w tzw. chlebaku (Poznaniacy będą wiedzieć o co chodzi 😜), wzięliśmy ze sobą jedynie aparat i wodę dla Krystiana, którego męczyło odwodnienie organizmu 😜 i ruszyliśmy na relaksacyjny spacer po mieście.

Plac Wolności.

Poznańskiego rynku trudno nie lubić. Jeśli mam być szczery to prywatnie wolę go od krakowskiego - i wiem, pewnie czytając to złapiecie się za głowę, ale naprawdę krakowski rynek jest dla mnie po prostu za duży i ciężko go objąć wzrokiem.😔 Ideałem pod tym kątem jest dla mnie jest rynek w Pradze 😊


Poszwendaliśmy się po okolicach odbudowanego zamku Przemysła i pośród kamieniczek starego miasta i zdecydowaliśmy się znaleźć coś na ząb. Ponieważ każdy chciał w zasadzie coś innego, to żeby się pogodzić, to w ramach kompromisu poszliśmy do McDonalda. Oczywiście do Starego Browaru -  obok Manufaktury i nieco w mniejszym stopniu Złotych Tarasów, to moje ulubione centrum handlowe w Polsce. Rzadki przypadek takiej placówki wyróżniającej się spośród tysiąca innych 😉

Zarzucając złotą myślą mojej nauczycielki z liceum: Żeby żyć, trzeba jeść! 😉

Dziedziniec przed Starym Browarem.

Ponieważ po posiłku zostało nam trochę czasu, to stwierdziliśmy że na pożegnanie z Poznaniem i w ogóle z Polską, znajdziemy sobie jakąś miejscówkę i wypijemy piwko. Tak zrobiliśmy, zajrzeliśmy nad Wartę, a potem stopniowo zaczęliśmy się kierować z powrotem na dworzec, tak aby spokojnie załatwić wszystko na lotnisku.

Dawne kolegium jezuickie w Poznaniu i Park Chopina.

Z tym wcześniejszym przyjazdem na lotnisko to był dobry pomysł, ponieważ po dotarciu do terminala (spod dworca PKP autobus nr 59) okazało się, że nie ma tam możliwości zabezpieczenia bagażu folią i musieliśmy szybko wymyślić alternatywny sposób. Ponieważ w pobliżu lotniska znajdował się dyskont Netto, to zdecydowaliśmy się migusiem tam skoczyć i poszukać na półkach stretcha bądź czegoś takiego i to był strzał w dziesiątkę 😄 Bo wprawdzie na półkach go nie znaleźliśmy, to Moś zagadał babeczkę na magazynie i dostał w sumie z dobre kilka metrów zwiniętej folii 😄 Pozdrowienia dla tej Pani i ogromne podziękowania za uratowanie tyłków 😅


Po powrocie do terminala owinęliśmy 70-litrowy plecak Krystiana, czyli nasz bagaż rejestrowany, w którym transportowane były ostre przedmioty, namiot, statyw i prowiant. Wszystko przebiegało bezproblemowo, aż do momentu gdy podczas kontroli bezpieczeństwa pracownik straży granicznej zainteresował się panelem fotowoltaicznym, który przewoził Moś 😃 Ale koniec końców udało się wytłumaczyć co to za ustrojstwo i dobrnęliśmy jakoś do bramki. Ogólnie lotnisko w Poznaniu - jedyne obok Modlina duże lotnisko w Polsce, z którego nie miałem okazji wcześniej korzystać - oceniam na plus.


Plusem rozwiązania jakie wybraliśmy było to, że trafiliśmy na lot o zachodzie słońca. Przez chwilę "ścigaliśmy się" więc ze słońcem, a że siedzieliśmy po dobrej stronie, to miło było wyjrzeć przez okno boeinga 737-800.


...A za oknem morze... chmur oczywiście ;)


Lotnisko Girona-Costa Brava.

Na lotnisku w Gironie wylądowaliśmy minimalnie przed czasem. Odebraliśmy bagaże i udaliśmy się w kierunku wyjścia. Tam spotkaliśmy Polaków, którzy również mieli nocleg w Gironie i zdecydowaliśmy się na wspólną taryfę - była nas w sumie piątka, więc 35 euro za kurs pod niemal sam hostel nie wydawał się już taki drogi. Właśnie - hostel - jeśli chodzi o Gironę to byliśmy tam zaledwie kilka godzin, więc nie zależało nam specjalnie na dobrych warunkach - wystarczyło by był prysznic, tak by móc się wykąpać po całodziennej podróży. Za 17 euro od osoby spaliśmy w hostelu Bed in Girona położonym nieopodal wejścia na stare miasto. Nie było to nic wielkiego, ale dla mało wymagającej osoby, szukającej noclegu tranzytowego - z pewnością wystarczy.
Ponieważ po wzięciu prysznicu zrobiliśmy się głodni, to ubraliśmy się (było dość chłodno) i wyszliśmy na miasto. Było pustawo, ludzi na ulicach nie było widać w ogóle. Trochę mnie to zaskoczyło, bo chociaż Girona nie jest dużym miastem, to liczyłem na to, że jakąś pracującą o tej porze knajpę znajdziemy, zważywszy na upodobania Hiszpanów do długich, wieczornych posiadówek przy jedzeniu i winie. Ale gdy dotarliśmy na nazwijmy to, rynek, to okazało się, że w jedynej pracującej jeszcze restauracji, o tej porze można było zamówić tylko napoje. Musieliśmy więc zrezygnować z posiłku i organizm napełnić płynami. Padło na sangrię, więc w ramach głównego posiłku, raczyliśmy się sangrią... 😂


Ponieważ dostaliśmy w sumie litr sangrii na trzech, to biorąc pod uwagę nasze puste żołądki, w których po niemal 10 godzinach od wizyty w McDonaldzie w Poznaniu rozlegało się echo, to opuszczając ogródek restauracyjny było nam całkiem wesoło. I choć mieliśmy jechać za 4,5 godziny pociągiem do Barcelony, to jednak nie mogliśmy sobie odmówić spaceru po nocnej Gironie i wyruszyliśmy na krótkie zwiedzanie.

Girona nocą jest bardzo klimatyczna.

A miasto to słynie z charakterystycznej zabudowy, która miejscami niemal "wisi" nad przepływającą przez centrum rzeką Onyar. Są to widoki podobne w pewnym sensie do tych, które można zobaczyć we Florencji, z tymże brakuje oczywiście Ponte Vecchio. Choć w Gironie również znajdą się interesujące konstrukcje spinające obie części miasta, co zresztą nieco niżej zobaczycie.

Rzeka Onyar przepływająca przez miasto.

Z Placa de la Independencia, który wcześniej nazwałem "rynkiem", przeszliśmy mostem św. Augusta (Pont de Sant August) na wschodnią, starszą część miasta, która stanowi prawdziwy labirynt wąskich uliczek.

Jeden zaułków w najstarszej części miasta.

Obowiązkowym punktem podczas wizyty w Gironie musiała być także wizyta pod katedrą, która jest największą jednonawową gotycką świątynią na świecie. Jej szerokość wynosi niespełna 23 metry! W okolicach tego budynku kręcono między innymi Grę o tron.

Katedra w Gironie.

Zrobiliśmy sobie niewielkie kółeczko i do nowszej części miasta wróciliśmy przez Pont de les Peixateries Velles, który został zaprojektowany przez samego Gustawa Eiffela. Most został zbudowany w 1876 roku i stanowi bardzo urokliwą atrakcję miasta.


Klucząc jeszcze przez moment po dzielnicy El Mercadal, doszliśmy na 3:30 do hostelu. Ponieważ pociąg mieliśmy krótko po szóstej, a musieliśmy jeszcze przejść kilometr dzielący nas od dworca kolejowego, to sen tej nocy trwał dwie godziny. Nad ranem zdołaliśmy się jakoś zwlec z łóżka i nie budząc pozostałych Hiszpanów, których mieliśmy w pokoju, opuścić pomieszczenie. Na dworcu kupiliśmy bilety i wsiedliśmy do pociągu (w którym notabene było cholernie zimno, tak zimno, że z niewyspania i głodu szczękaliśmy zębami) jadącego do Barcelony, gdzie jak już mówiłem Wam w części praktycznej, mieliśmy zaplanowaną przesiadkę na autobus do Barbastro. Chociaż mieliśmy niecałe 20 minut żeby wyjść z peronu, zorientować się w której części sporego dworca Sants jesteśmy, i trafić na dworzec autobusowy Sants zlokalizowany przy Passeig de Sant Antonio, wcześniej jeszcze przechodząc przez pasy, to udało się i zdążyliśmy 😅

Dworzec autobusowy Barcelona-Sants.

Autobus do Hueski przez Barbastro odjeżdżał pełen, ale wszyscy jak jeden mąż, posnęli gdy tylko autokar opuścił granice stolicy Katalonii. Gdy w pewnym momencie się przebudziłem, usłyszałem zabawne "masowe" pochrapywanie, które przypomniało mi, w pewnym sensie miłe, wspomnienia z tatrzańskich schronisk i najlepszych tripów z noclegami na podłodze w zbiorczych salach 😄 Uśmiechnąłem się, obróciłem w drugą stronę i ponownie zapadłem w drzemkę, budząc się dopiero w miasteczku Binefar. Choć autobus miał 10-minutowe opóźnienie, kierowca zajechał na dworzec autobusowy i oznajmił 15-minutową przerwę, na wieść której wszyscy się podnieśli i udali się do dworcowej kawiarni. Moś i Krystian stwierdzili, że idą za potrzebą, ja delikatnie mówiąc - zaspany, stwierdziłem że czas na kawę. Wszedłem do kawiarni, gdzie za barem stała murzynka w średnim wieku, z którą niestety nie mogłem się dogadać po angielsku, więc pozostało mi tylko łamanym hiszpańsko-francuskim poprosić o kawę i croissanta. Brzmiało to mniej więcej tak: Caffe con leche and croissant s'il vous plait 😆 W akompaniamencie obustronnych śmiechów-chichów swoją kawkę i rogalika dostałem, ale najcudowniejsze było to że za to wszystko zapłaciłem ledwie 1,5 euro. A kto był w Hiszpanii i raz takiego zestawu o poranku spróbował, ten wie, że wart on nawet większych pieniędzy 😊

Z Binefar wyjechaliśmy w zasadzie o porze, o której powinniśmy być w oddalonym o 50 km Barbastro. Po drodze przejechaliśmy jeszcze Monzon, w którym znajdowała się spora twierdza i kiedy już byłem w zasadzie pewnym, że się na autobus do Torli spóźnimy, okazało się jednak, że pomimo 20-minutowego spóźnienia z jakim przyjechaliśmy na dworzec w Barbastro, to kierowca autobusu do Torli na nas zaczekał. Z duszą na ramieniu, ale jednak zdążyliśmy 😅

No i na koniec - warto również przypomnieć co działo się przed wejściem do drugiego autokaru - wrzuciliśmy bagaże, podeszliśmy do kierowcy, który sprawdzał bilety, ten sprawdził, coś odburknął i zaczął na nas patrzeć wyczekująco 😆😅 Tradycyjnie z nadzieją rzuciłem Ingles? na co kierowca zniecierpliwiony machnął ręką i kazał wsiadać do środka 😃 Mówiłem już, że przed następnym wyjazdem do Hiszpanii zacznę się uczyć hiszpańskiego?

Przesiadka w Barbastro. 

Autobusem z Barbastro do Torli jechaliśmy w sumie może w kilkanaście osób. Ucieszyło nas to, bo każdy rozgościł się w osobnym rzędzie i mógł się wygodnie rozłożyć. Mogły być dwie godziny dodatkowego snu, ale jak możecie się domyślać, tak naprawdę nic z tego nie wyszło, bo gdy tylko wyjechaliśmy z Barbastro, to przed nami zaczęły się rysować fantastyczne krajobrazy. Droga do Ainsy wiodła wzdłuż doliny rzeki Cinca, spływającej notabene z północno-wschodnich zboczy Monte Perdido. Między Ainsą a Barbastro na rzece tej zbudowano dwie tamy o wysokości 92 metrów - jedną w miejscowości El Grado, drugą w miejscowości Mediano. Każda z nich spiętrza rozległe zbiorniki: Embalse del Grado I i nieco większy Embalse del Mediano, których powierzchnia oscyluje wokół 12-18 km kwadratowych. Droga, która wiedzie nad ich brzegami pozwala obserwować pysznie turkusową wodę i zawiłą linię brzegową, pełną uroczych zatoczek. Dlatego zamiast spać, siedzieliśmy z nosami przylepionymi do szyby i darliśmy z siebie łacha, szydząc że o to "wszyscy normalni ludzie jadą do Hiszpanii nad morze i siedzą od rana do wieczora na plaży, tylko my, szaleńcy proszący się o nieszczęście jadą w góry z ciężkimi plecakami, nożami, saperkami, multitoolami" 😄 Ilekroć ktoś się dziwi moim wariackim często pomysłom, przypomina mi się pewien mem, którego możecie podejrzeć tutaj 😈


Momentami mogliśmy już dojrzeć w oddali masyw Monte Perdido. Tu na poniższym zdjęciu ledwie wystający w oddali na ostatnim planie 😊 Takie trzy wierzchołeczki 😃


Tuż przed Ainsą wyłonił nam się przepiękny masyw Pena Montanesa, osiągający 2295 m.n.p.m. Leży on kilkanaście kilometrów na północny-wschód od wspomnianej miejscowości i stanowi pewnego rodzaju "bramę" do wyższej części Pirenejów.

Skalisty masyw Pena Montanesa na horyzoncie.

W Ainsie większość z tych kilkunastu pasażerów wysiadła i w dalszą podróż udaliśmy się w zasadzie tylko my, jedna para i może jeszcze jedna osoba. Wraz ze zbliżaniem się do Torli, szczęki zaczęliśmy notorycznie zbierać z pobrudzonej podłogi autokaru, ponieważ dolina, którą jechaliśmy była naprawdę wyjątkowej urody. Gdy nasza podróż dobiegła końca i znaleźliśmy się na dużym parkingu w Torli, pełniącym także rolę dworca autobusowego, miałem ochotę z radości pocałować ziemię, czy raczej asfalt, bo cała podróż okazała się być całkiem męcząca. No i ten upał - było z dobre 30 stopni - na wysokości ponad 1000 m.n.p.m.

Panorama Torli.

Wprawdzie byliśmy CHOLERNIE głodni, to stwierdziliśmy że wpierw idziemy na kemping, żeby się rozbić, przebrać i umyć. Ociekający potem, niosący w środku dnia, w 30-stopniowym upale plecaki, zeszliśmy do dna rzeki Ary, w pobliżu której znajduje się kemping Rio Ara.

Droga do kempingu. - fot. Krystian

Opłaciliśmy sobie nocleg, załatwiliśmy papiery i udaliśmy się w poszukiwanie odpowiedniego miejsca pod namiot. Znaleźliśmy takie u samej góry kempingu, ze wspaniałym widokiem na wylot doliny Ordesy i tam się rozłożyliśmy z naszymi klamotami. Gdy już ogarnęliśmy cały majdan, umyliśmy się i przebraliśmy w świeże ciuchy, to na spokojnie mogliśmy wyruszyć z powrotem do miasteczka, aby wreszcie coś zjeść 😈


Przystawki w Cafe Bar Mondarruego. Polecam tą miejscówkę!- fot. Krystian

Wiecie co? Tylko dwa razy w życiu czułem taki głód jak tamtego dnia. Po prostu miałem wrażenie, że czegokolwiek bym nie zjadł, to i tak to nie wystarczy. W sumie przez 24 godziny wypiliśmy tylko sangrię, coca-colę w pociągu i ja - kawę w Binufar, którą popiłem croissanta, bądź co bądź nie będącego żadnym sensownym posiłkiem, więc podarowałem sobie spoglądanie w kartę i zamówiłem od razu to co było w menu del dia, czyli dosłownie w dziennym menu. Hiszpanie tradycyjnie w restauracjach przygotowują zazwyczaj dwa lub trzy pełne menu, składające się z przystawki, którą może być carpaccio albo sałatka na przykład, do tego dania głównego, dodatku na który przypada chleb i napoju w postaci wina bądź wody mineralnej. Do tego jest również deser na który składają się owoce bądź lody. Coś takiego z reguły kosztuje 10-15 euro (w przypadku restauracji Mondarruego - 13 euro), co jest rewelacyjną ofertą biorąc pod uwagę, że idzie się w ten sposób znakomicie najeść.
No ale właśnie zapytacie co zamówiliśmy 😃 Ja jadłem wpierw wyborną sałatkę, która stanowiła rewelacyjne połączenie owoców morza i koziego sera, a na drugie danie równie smaczną baraninę z frytkami i fasolką szparagową... 😍😍 No i do tego deser w postaci pomarańczy.


Po obiedzie ruszyliśmy na spacer. Torla jest malutka, ale przepięknie położona i naprawdę urocza. Najstarszą część miasteczka tworzą typowe dla tej części Hiszpanii kamienne domy między którymi znajdziemy fascynujące zaułki.


Główna uliczka starego miasta z witrynami sklepowymi.


Warto zajrzeć również do kamiennego kościółka, który stanowi prawdziwą dominantę w panoramie miasteczka, która wita wszystkich przyjezdnych.


Trzeba przyznać, że Torla, choć licząca ledwie 400 stałych mieszkańców, jest jednym z głównych ośrodków turystycznych hiszpańskich Pirenejów. Miejscowość jest położona, jak już wspomniałem w dolinie Rio Ary, która rozdziela masyw Monte Perdido od Sierra de Tendenera. Nieco powyżej Torli znajduje się przełom tej rzeki za którym znajduje się ujście Ordesy, która tworzy najsłynniejszą pirenejską dolinę. Ara powyżej połączenia z Ordesą przepływa przez wąską Valle de Bujaruelo, która wcina się aż po masyw Vignemale (3298 m.n.p.m.). Śledząc mapę udało mi się ustalić aż kilkanaście propozycji jednodniowych tras wycieczkowych - naprawdę w tych okolicach jest pełno różnego rodzaju szlaków turystycznych - poprowadzonych zarówno przełomem Rio Ary, jak i nieco trudniejszych na przykład na wznoszące się bezpośrednio nad miasteczkiem Mondiniero (2352 m.n.p.m.).

Widoczki spod kościoła w Torli. fot. Krystian

Wracając z wizyty w miasteczku musieliśmy zrobić jeszcze zakupy na wieczór i jutrzejszy poranek oraz dorwać gdzieś gaz do kuchenki. Torla jest niewielka, ale wybór sklepów, zarówno spożywczych, jak i turystycznych, jest całkiem duży. Te pierwsze znajdziemy głównie w historycznej części - te drugie - bezpośrednio przy szosie przebiegającej przez miasteczko (choć jeden znajduje się też zaraz obok restauracji Monterruego, w której jedliśmy). Wśród nich znajduje się między innymi Intersport, gdzie można zaopatrzyć się nie tylko w gaz, ale wszelkie inne akcesoria turystyczne, odzież i mapy turystyczne. Warto też wspomnieć o centrum informacji turystycznej (Centro del visitantes) - znajduje się ono tuż przy przystanku autobusowym, na parkingu przed miasteczkiem. Stamtąd odjeżdżają też autobusy wahadłowe do Pradera de Ordesa.

Na kemping wróciliśmy objuczeni, ale zadowoleni. Rozmawiając między sobą dotarliśmy do namiotu i gdy się krzątaliśmy wokół niego, z sąsiedniego namiotu wyszła młoda blondynka, która jak się okazało - była Polką, do tego z tej samej uczelni co Krystian, z tego samego wydziału i z tego samego kierunku - tyle że studiującą na roku wyżej. Marysia - bo o niej mowa, była też jedyną osobą z Polski, którą spotkaliśmy w Pirenejach 😂 I jak się okazało - wracała właśnie z masywu Monte Perdido by następnego dnia pojechać w masyw Aneto, bo jej celem był trekking po trzech najwyższych partiach Pirenejów - masywu Vignemale, Monte Perdido i Aneto.

Wejście na kemping "Rio Ara".

Chwilę porozmawialiśmy, po czym chcąc jeszcze wykorzystać piękny dzień i "pobyczyć" się trochę, wzięliśmy piwo i wino, które kupiliśmy i udaliśmy się nad rzekę, w pobliże kamiennego mostu, gdzie była zlokalizowana niewielka elektrownia wodna. Rozłożyliśmy się na kamieniach, wsadziliśmy nogi do wody - ech to była bajka, bajeczka 😎


Próg wodny i niewielka elektrownia.

Oprócz piwa - San Miguel - nad rzeką mieliśmy butelkę jakiegoś taniego wina, które Krystian pił przegryzając serem owczym, nabytym w jednym ze sklepów. Wino było moim zdaniem średnie (tak wiem ktoś by mógł zarzucić że, przyzwyczaiłem się do wina podawanego w restauracji 😂😂) ale ser był rewelacyjny 😋

Pierwszy dzień wyjazdu i wszyscy jeszcze zadowoleni 😈 fot. Krystian

Tanie wino jest dobre bo... jest dobre i tanie. Ale nie w tym przypadku... fot. Krystian

Masyw Punta la Catuarta (2845 m.n.p.m.) który góruje nad Torlą.

Ale i tak największym wydarzeniem podczas naszego byczenia się nad potokiem była sytuacja, która się w pewnym momencie wytworzyła. Na przeciwległym brzegu pokazała się rodzinka, prawdopodobnie Skandynawów, nie wiem, może ze Szwecji, może z Norwegii - nie wiem, bo nie mogłem rozpoznać języka. W każdym razie cała ekipa - mama, tata i trzy córki - miała nordycką urodę. Zwrócili naszą uwagę, bo w pewnym momencie rozebrawszy się, zaczęli schodzić do rzeki po czym... wszyscy jeden po drugim wskoczyli do rzeki. Wiecie - mieliśmy nogi zanurzone i to wystarczało - bo woda miała może jakieś 12-15 stopni. A oni bez żadnych ceregieli wskoczyli i siedzieli tam z dobre kilkanaście minut, po to by potem wyjść i wejść raz jeszcze. Szacun 😅

A my stwierdziwszy w pewnym momencie że czas się ewakuować, niespiesznie zabraliśmy wszystkie rzeczy i wróciwszy do namiotu zaczęliśmy gotować sobie kolację. Wkrótce przysiadła się też do nas Marysia i wieczór minął na żywych rozmowach, bo tak się składało że nasza rozmówczyni okazała się być prawdziwą góromaniaczką więc tematów nie brakowało.

Tej nocy zaczęły się prawdziwe wakacje.

KOMENTARZE

4 komentarze:

  1. Świetny początek, widoki miasteczka Torle bajkowe.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może i na koniec zaczęły się prawdziwe wakacje, ale samo dotarcie w to miejsce to widzę, że takie za łatwe nie było. Teraz można było zacząć odpoczywać po dojeździe :P
    czekam na foty z samej wędrówki, bo zapowiada się ciekawie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było trochę jazdy, ale myślę że gdyby się wyspać, to do przeżycia;)

      Usuń

Back
to top