Wakacyjny trekking wokół Monte Perdido cz. III - Droga na szczyt


Wiecie co, mam takie małe marzenie, żeby w przeddzień drogi na szczyt dobrze się wyspać.

Tak, tej nocy zdecydowanie chcieliśmy przespać te co najmniej osiem godzin aby wstając rano aż buzować energią - mieliśmy, niczym przetrzymane w ładowarce baterie, być rozgrzani do granic możliwości - wszystko po to by móc wczesnym porankiem wystartować na Monte Perdido. Ale niestety - burzowa noc, targany wichrem namiot - konieczność jego ratowania na wskutek braku wystarczającej liczby odciągów - spowodowały, że wypełzając ze śpiwora miałem wrażenie, jakbym nie spał w ogóle. Z chłopakami nie było lepiej, ale jakoś trzeba było pokonać zaropiałe kąciki oczu i pulsujący ból głowy...


Pierwszym rozwiązaniem było rozpięcie wejściowego zamka, dzięki czemu do namiotu wdarł się orzeźwiający chłód sierpniowego poranka. Dzień zapowiadał się rzeczywiście cudownie, nad Górą nie było ani jednego obłoczka. Ten uroczy obrazek zakłócały jedynie nawoływania turystów przygotowujących się do wymarszu, którzy raz po raz biegali między swoimi namiotami, a schroniskową łazienką.

Nadając na siebie nawzajem, oporządziliśmy się pomału i udaliśmy się do wnętrza schroniska aby zjeść śniadanie. W międzyczasie, zrobiło się już całkiem jasno, a w stronę wierzchołka zdążyło wyruszyć już z dobre kilkadziesiąt osób. Imponujący pośpiech, ale szczerze mówiąc, gdy przyglądałem się ludziom biwakującym pod Goriz, to miałem wrażenie, że poprzedni, pochmurny dzień, podczas którego wielu z nich siedziało przed schroniskiem, na niewiele mogąc sobie pozwolić, tak wszystkich rozzłościł, że gdy tylko potwierdziła się piękna pogoda, to wszyscy wypłynęli na górskie łowy 😇


A śniadanie? Tego dnia zrobiliśmy je na bogato, wyposażając je w takie wspaniałości jak: lokalna kiełbasa, pieczywo wasa posmarowane pasztetem z pomidorami i zbożowe batoniki. Do tego tradycyjnie szklanka pobudzającej, mocnej kawy, słowem zestaw zdobywców Monte Perdido 😉


Wyruszaliśmy na lekko - z jednym plecakiem na trzech, w którym było łącznie kilka litrów wody (3-4 litry), nasze drugie śniadania, czyli konserwy, batony zbożowe, czekolada i parę jeszcze innych pierdół; ponadto trzy kurtki - i w zasadzie wsio. Lekki bagaż - ważący może trzy-cztery kilogramy to jednak podstawa, o czym kilkakrotnie się przekonaliśmy.


Spod schroniska ścieżka prowadziła na północny-wschód, kierując się w pobliże stromo opadających ścian skalnych, przecinając je mniej więcej po skosie. Ten pierwszy etap podejścia był dość niewygodny - tamtejsze skały są przez większą część dnia zacienione, więc po opadach bywają śliskie, co w połączeniu z jeszcze nierozgrzanymi do końca mięśniami, może stanowić o potencjalnym niebezpieczeństwie złapania kontuzji.


Na niewielkim plateau leżącym 150 metrów powyżej poziomu schroniska zatrzymaliśmy się aby zdjąć polary. Choć było dosyć wcześnie, a teren którym szliśmy, pogrążony był w cieniu, szybki przyrost wysokości i marsz w kamienistym terenie szybko nas rozgrzały.


Powyżej płaskowyżu ścieżka (którą szlakiem ciężko nazwać, bo oznaczeniami są chaotycznie często porozrzucane kopczyki) przechodziła przez imponujące żebra skalne.


Wychodzą z żeber skalnych trafiliśmy na łatwiejszy teren rozciągający się u podnóża ścian zwanych Las Escelateras. Dreptaliśmy po milionie drobnych kamyczków, które nieraz uciekały spod nóg, powoli pnąc się coraz wyżej. Po dotarciu w okolice progu zwanego Grau de Las Escelateras (grau, to po katalońsku właśnie próg), odwróciłem się i ujrzałem imponujący widok na pozostawianą w tyle Dolinę Ordesy.


Zjawiskowy kanion urywający się pionowymi ścianami grani Cierracils, którą dwa dni wcześniej szliśmy do Goriz, przyciągał na początku większą uwagę niż piętrzące się przed nami szczyty.


Inną, de facto atrakcją, był potok spływający dnem doliny. Dzięki temu, że szliśmy zaledwie dzień po potężnych opadach, nie musieliśmy się więc specjalnie martwić brakiem wody, choć koniecznie należy podkreślić, że tego typu sytuacja zachodzi rzadko i na wędrówkę trzeba zabrać ze sobą pokaźny zapas płynów.


Kilka minut później, ścieżka doprowadziła nas w pobliże charakterystycznej ściany skalnej. Nie jest to wielka przeszkoda, ale należy mieć na uwadze dwie rzeczy: długie nogi są przydatne, bowiem w dolnej części czeka do pokonania wyraźny stopień - o ile idąc z góry można próbować się zsunąć, to z dołu należy wyraźnie podnieść nogę, podciągając się rękoma; druga sprawa to rysa, którą się powyżej tego stopnia poruszamy - skały tam są momentami bardzo wyślizgane, wskazana więc duża ostrożność 😉


Po pokonaniu rysy, nasz trzyosobowy zespół trafił do szerokiej kotlinki zlokalizowanej u stóp widocznego już stąd wierzchołka Monte Perdido oraz szczytu Punta de Las Escaleretas (3021 m.n.p.m.). Miejsce to, leżące na wysokości ok. 2600-2650 m.n.p.m., stanowi początek irytującego odcinka drogi na Zagubioną Górę, która wiedzie tędy pośród ogromnych bloków skalnych i niekończącego się rumoszu. Dlaczego irytującego? Łatwo tu zgubić drogę, bowiem ścieżki tu nie ma - drogę wyznaczają kamienne kopczyki rozrzucone po skałach, po których turyści dosłownie przeskakują - z jednej, na drugą. Zgubiona zaś droga, to konieczność kombinowania, którędy wrócić na właściwe tory - czasem ryzykowna to rzecz, bo bardzo łatwo tam o kontuzję.

W ogóle, jeśli mam być szczery, największym zagrożeniem jakie niesie ze sobą droga na Monte Perdido, jest narażenie na naciągnięcia; skręcenia. Nie ma tu żadnej ekspozycji na pokaźne wysokości, długich odcinków zabezpieczonych łańcuchami, klamrami, czy drabinkami. Wreszcie też, droga normalna nie jest poprowadzona przez żadne pola śnieżne, a co za tym idzie nie potrzeba czekana ani raków. Za to jest tam mnóstwo potencjalnych pułapek, gdzie można skręcić kostkę (a nawet złamać nogę) albo oberwać kamieniem.


Ten niewysoki szczycik, schowany w cieniu pośrodku zdjęcia to Tozal de Flaire o wysokości równej wysokości Gerlacha ;)


Kotlinka, o której wspominałem, robi przytłaczające wrażenie. Panuje tu straszne pustkowie, a swoje robią także potężne ściany Punta de las Escaleteras, które nad nią wręcz wiszą.


Między jednym, a drugim skokiem z bloku skalnego na blok, warto przyjrzeć się niezwykle interesującemu topograficznie masywowi Cilindro de Marbore. Ja Wam o nim opowiem nieco później, ale zwróćcie proszę uwagę, jak zmienia się jego kształt na poszczególnych kadrach.


Bloki skalne w kotlince pod Punta de las Escaleteras - na pierwszym planie oznaczenie ścieżki, czyli sterta kamieni na jednym z głazów 😉


Przejście przez krainę rumoszu zajęło nam około 20 minut. Gdy dotarliśmy do kolejnego progu doliny wcinającej się między szczyty Cilindro de Marbore, El Dido i Monte Perdido, odetchnęliśmy z ulgą.


Znaleźliśmy się bowiem w bez wątpienia bardziej przyjaznym miejscu. Ścieżka wiodła tam początkowo brzegiem potoku (który zapewne tędy spływa tylko jeden-max dwa dni po opadach) potem nieco od niego odbiegając, aby podejść pod kolejną ścianę skalną widoczną na zdjęciu z prawej strony.


Punta de las Escaleretas i jej ściany. Imponujący widok, prawda?

Kotlinki o której wspominałem u nie widać, leży jeszcze nieco niżej.


Wykorzystując łatwiejszy teren przeszliśmy ten odcinek drogi w kilkanaście minut. Trochę problemów napotkaliśmy podczas pokonywania następnego progu skalnego - ale tu znów taka rada - jeśli zgubicie kopczyki, to nie panikujcie. Trudno trafić bowiem w miejsce, z którego nie ma wyjścia i najczęściej trzeba po prostu pokombinować, którą drogę obrać. Czasem można nawet znaleźć taką, która pozwala pokonać dany odcinek łatwiej niż robi to oznakowana ścieżka 😊


Dolina zdawała się mieć niekończącą liczbę pięter, a ja czułem się trochę jakbym po schodach wchodził na taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki 😉 Co ciekawe, choć pięliśmy się wyżej i wyżej, to było naprawdę ciepło.

A na zdjęciu znów masyw Cilindro de Marbore. Z lewej strony widoczny jest wybijający się z tego płaskiego grzbietu, szczyt Punteta Pena Roya (3194 m.n.p.m.).


Za nami między innymi Punta Tobacor (2779 m.n.p.m.), który obserwowaliśmy spod schroniska 😊


W okolicy na chwilę spoczęliśmy, a po przerwie wróciliśmy na ścieżkę, która robiła łuk, podchodząc do skał, z których spadała woda wypływająca z płatu wiecznego śniegu, zajmującego zachodnie zbocze Monte Perdido. Niestety nie mam dobrego zdjęcia, bowiem wodospad ów znajdował się idealnie pod słońce, zresztą mniejsza z tym - wodospad jak wodospad 😈. Za nim czekał  na nas skalny trawersik (jedyna ekspozycja na całej drodze!), ale bezproblemowy - stopnie, po których przychodzi się poruszać są szerokie, natomiast przy mokrej skale, warto trzymać się łańcuchów 😉 Choćby asekuracyjnie.



Wychodząc z tego odcinka, pozostaje już tylko podejście po skalnym rumoszu.



Finalnie, ścieżka dotarła do maciupkiej kotlinki, o niesłychanie wysokogórskim charakterze. Bliskość płatów śniegu sprawiała, że było tam już o wiele chłodniej, zaczął też wiać wiatr. Ale koniecznie należy sobie tam zrobić przerwę, odpoczywając przed ostatnim odcinkiem podejścia na Monte Perdido, który jest długi, męczący, a przy tym uniemożliwia jakikolwiek dłuższy postój, z uwagi na specyficzny teren, jakim ono wiedzie.

I z tych powodów także i my zdecydowaliśmy się tam na drugie śniadanie z widokiem na Lago Helado - jezioro położone na wysokości 2988 m.n.p.m. - pół kilometra wyżej niż wierzchołek Rysów!


Przed wyjściem w dalszą drogę minęliśmy jeszcze tabliczkę ostrzegającą o niebezpieczeństwach związanych z wejściem na szczyt. Skoro więc jesteśmy już przy tej kwestii...

Pamiętajcie, podczas wykupywania ubezpieczenia na wyjazd, żeby sprawdzić w warunkach umowy, czy pakiet, który chcecie nabyć, obowiązuje na wysokościach, na których będziecie się poruszać. Czasem bywa bowiem tak, że ubezpieczenie dotyczy trekkingu po górach, owszem, ale pomoc będzie Wam przysługiwać tylko do wysokości 3000 m.n.p.m. Koniecznym może okazać się wtedy wykupienie droższej usługi, zdefiniowanej na przykład już pod sporty ekstremalne.


To co prywatnie polecam zrobić, to na pewno zabrać kask i kijki trekkingowe. Będą na Monte Perdido na pewno przydatne, ja osobiście bardzo żałuję, że nie miałem niczego co by chroniło głowę.


Znad Lago Helago w kierunku szczytu można wyjść na dwa sposoby. Pierwszy, to droga grzbietem, zwanym La Escupidera, drugi, to droga po polu śnieżnym, które pokrywa dno sąsiedniego żlebu. Polecam osobiście tą pierwszą możliwość.


Z La Escupidery doskonale prezentuje się Cilindro de Marbore obrywający się na północną stronę niemalże pionową ścianą.

O tak imponującym masywie - wypadałoby powiedzieć kilka słów...


Cilindro de Marbore jak również: Pico Cilindro; także Cilindro de Marmores (fr. Pic du Cylindre; arag. Mallo de Marmores - 3328 m.n.p.m.) to drugi co do wysokości szczyt masywu Monte Perdido i dziewiąty co do wysokości szczyt całych Pirenejów. Wraz z sąsiednim, wyższym Monte Perdido i Pico Anisclo, zwanym też Soum de Ramond, tworzy grupę zwaną Las Tres Sorores (dosł. Trzy siostry).

O co z tymi siostrami chodzi? Już wyjaśniam.

Legenda o Trzech Siostrach

Historia sięga piątego wieku naszej ery, czasów kiedy władcą Wizygotów był Euryk (hiszp. Eurico), uznawany za najwybitniejszego władcę w dziejach tego ludu.  Część z działań wojennych jakie prowadził, dotyczyła odebrania ziem leżących w dolinie górnego Ebro - okolic Saragossy oraz Pampeluny - należących wtedy do Rzymian.

Według legendy, ten sam władca doprowadził do zniszczenia jednej z pirenejskich wiosek, zamieszkanej przez głęboko wierzących katolików. Tego dnia trzy siostry, które miały wyjść wkrótce za mąż, szczęśliwie zdołały się ukryć w lesie, podczas gdy we wsi dokonała się rzeź. Gdy kobiety powróciły do osady, zastały przerażający widok; zniszczone domostwa i mnóstwo zabitych mieszkańców.

Między ruinami spotkały rannego mężczyznę, który błagał o pomoc. Siostry zdecydowały się go opatrzyć i zaopiekować się nim, aż ten odzyska siły - on zaś obiecał się za to odwdzięczyć. W międzyczasie okazało się, że ranny jest jednym z wodzów wizygockiej armii, a bliscy trzech sióstr trafili do niewoli uciekających po grabieży, Wizygotów. Mężczyzna w ramach podziękowań za pomoc zapewnił, że postara się przekonać króla aby uwolnił narzeczonych dziewcząt, ale umowy nie dotrzymał. Wkrótce poinformował niewiasty, że ich ukochani wyrzekli się swojej religii i znaleźli schronienie u wizygockiego króla.

Te wieści przyprawiły je o kompletne załamanie. Przez kolejne dni i noce dziewczyny głęboko opłakiwały ukochanych. Pewnego dnia dowódca armii, opatrywany przez nie wcześniej, zaproponował najstarszej, by ta wyszła za niego za mąż; pozostałe dwie zaś, za dwóch innych wizygockich wojowników.


Początkowo kobiety nie chciały się zgodzić, ale pod namową mężczyzny - uległy - zgadzając się na ślub i przechodząc na arianizm. W nocy, poprzedzającej wesele, ukazał im się duch ich ojca, który wyklął je za zdradę wiary i wartości. Przerażone dziewczyny uciekły z wioski i skryły się pod pobliską górą w prymitywnych chatach, odtąd wiodąc pokutnicze życie.

Pewnego dnia w okolicy rozpętała się straszna burza, a ziemią targnęły wstrząsy, w wyniku której oberwały się ogromne bloki, powodując skalną lawinę. Ta pogrzebała chaty, a trzęsienie ziemi jak się okazało, spowodowało powstanie odtąd trzech osobnych szczytów, połączonych granią.

Tak los pokarał apostazję trzech sióstr...

Na podstawie: Segundo libro de lectura I. G. Seix & Barral Hnos., Barcelona, 1932.
 Las Tres Sorores widoczne z drogi na przełęcz Cuello Gordo. Od lewej: Cilindro de Marbore (3328 m.n.p.m.), Monte Perdido (3355 m.n.p.m.) i Pico Anisclo (3257 m.n.p.m.)


Cilindro de Marbore jest połączony z Monte Perdido za pomocą niemalże płaskiego grzbietu, zwanego El Dido (3155 m.n.p.m.). Żleb oddzielający tą grań od La Escupidery, którą podążaliśmy, wypełniał natomiast szczątkowy lodowczyk.


A to jeszcze inny fragment dawnego lodowca - Monte Perdido był rzecz jasna niegdyś otoczony ze wszystkich stron przez wieczne śniegi. Dziś, na wskutek globalnego ocieplenia, lodowce stopniały, pozostał w zasadzie jeden jedyny, znajdujący się po północnej stronie szczytu - Glacier de Monte Perdido.


Raz jeszcze Pico Cilindro i Mosiu na La Escupiderze.


Po zejściu z grzbietu Escupidery weszliśmy do żlebu ciągnącego się spod szczytowego płaskowyżu aż po samo Lago Helago.

Osobiście uważam, że jest to tak naprawdę najbardziej niebezpieczna część drogi na Monte Perdido - żleb zawalony jest bowiem tysiącami kamieni, które są rzecz jasna ruchome. Teren wprawdzie nie należy bowiem do ekstremalnie nachylonych, lawiny kamienne nie są więc tu zapewne tak częste i groźne, niemniej jednak kilkakrotnie spotkałem się z lekceważącym podejściem, głównie Hiszpanów, którzy wspomagając się kijkami trekkingowymi, zbiegali z plateau w dół, powodując masowe ich osypywanie się. Dlatego jeśli idziecie do góry, to koniecznie podchodźcie przy lewej krawędzi żlebu (patrząc od dołu).

Podejście żlebem.


W końcu żleb zaczął się otwierać a nad nami zarysowało się plateau pod wierzchołkiem. Stąd już było więc bardzo blisko, około dziesięciu minut drogi na szczyt - i wreszcie zrobiło się bezpieczniej.


Wierzchołek spod plateau.


Niemal równo w południe stanęliśmy na gwarnym, ale dość rozległym, wierzchołku Monte Perdido... Szczęśliwi jak cholera, że jednak trafiliśmy na to okno pogodowe, które pozwoliło stanąć na szczycie 😁


Cóż, wypadałoby rzec, co takiego wyróżnia Monte Perdido od pozostałych, pirenejskich trzytysięczników...

Monte Perdido (fr. Mont Perdu, arag. Mont Perdito, kat. Mont Perdit - 3355 m.n.p.m.) to najwyższy szczyt masywu Monte Perdido, trzeci co do wysokości szczyt Pirenejów (po Pico Aneto oraz Pico Posets), szósty najwyższy szczyt kontynentalnej Hiszpanii i siódmy całego królestwa, uwzględniając położony na Teneryfie, Pico del Teide. Ponadto, to również najwyższy szczyt w Europie zbudowany ze skał osadowych leżący poza Alpami. Tyle ze statystyk 😉

Szczyt znajduje się w grupie zwanej Las Tres Sorores (Trzy siostry) podobnie jak położone po jego obu stronach Pico Cilindro (Cilindro de Marbore) i Pico Anisclo (Soum de Ramond), stanowiąc centrum masywu Monte Perdido, graniczącego od zachodu z masywem Vignemale, a od północnego-wschodu z masywem Pico La Munia.

Być może zwróciliście uwagę na nazwę - Monte Perdido; Mont Perdu - jej pochodzenie jest ciekawe. Hiszpańska nazwa jest w tym wypadku translacją francuskiej, która jak już Wam pisałem wcześniej, oznacza Zaginioną Górę. W tym wypadku nie ma to związku z Trzema Siostrami, a z tendencją do znikania. O co dokładnie chodzi?

Otóż jeśli zerknąć na grupę Trzech Siostr od północy, tj. od strony francuskiej, np. z doliny Gavarnie, to Monte Perdido będzie niewidoczny, zasłonięty przez Pico Marbore, Pico Cilindro albo przez oba z nich. I stąd nazwa - Hiszpanie w pogodne dni, mogą oglądać szczyt nawet z równin koło Saragossy 😉

Panorama z Monte Perdido na wschód i południe.

Ponieważ nie byłem na żadnym z pozostałych, głównych pirenejskich wierzchołków, to oczywiście nie będę rzucał porównaniami. Niemniej jednak, powiem Wam, że takie szczyty jak Vignemale, Posets czy Aneto mają wysoko zawieszoną poprzeczkę 😉

Bo też wystarczy spojrzeć na mapę, żeby przekonać się, że Monte Perdido ma tu asa w rękawie. Jest najwyższym szczytem masywu, stanowiącego de facto klaster pomiędzy masywem Vignemale, do którego jest stąd rzut beretem, a trochę bardziej oddalonym, ale jednak widocznym również stąd, masywem Posets. Wokół znajdują się głównie pirenejskie trzytysięczniki, a smaku dodaje również niesłychany kolor skał budujących najbliższe wierzchołki m.in. Pico Cilindro. Wreszcie - nieodległe kaniony Anisclo i Ordesa, które leżą u jego stóp. Czy więc może być lepsza recenzja dla tej panoramy?

Panorama ze szczytu na południe i zachód.

Panorama ze szczytu na północny-zachód.

Panorama ze szczytu na północ.

Skupiając się na pojedynczych kadrach... Najbardziej imponująco prezentuje się chyba widok na zachód z pionowo ściętym od północnego-wschodu szczytem Pico Cilindro i wspaniałym Vignemale w tle.


Tu kilka zbliżeń na poszczególne szczyty wykonanych za pomocą teleobiektywu.

Pico Taillon; także El Tallon  (fr. Pic du Tallon, arag. Punda Negra - 3144 m.n.p.m.) - jeden z najbardziej wysuniętych na zachód trzytysięczników w masywie Monte Perdido.

Masyw Vignemale z kulminacją Grand Vignemale (hiszp. Vinamala, arag. Pico Comachibosa - 3298 m.n.p.m.) - najwyższym szczytem francuskich Pirenejów, jednym z najpiękniejszych w całym łańcuchu górskim.

Tu gniazdo Vignemale z nieco większego oddalenia. W głębi widoczne jest natomiast najbardziej wysunięty na zachód (a przy tym bardzo ciekawy) masyw pirenejski, przekraczający 3000 m.n.p.m. To masyw Balaitus ze szczytami Frondella (3055 m.n.p.m.) i Balaitus, zwany również Pico de los Moros (fr. Balaitous, arag. Pico de os Moros, oks. Vallethmosa - 3144 m.n.p.m.). Etymologia tego masywu jest bardzo interesująca - np. nazwa Pico de los Moros oznacza dosł. Szczyt Maurów (Maurowie to mieszkańcy Mauretanii, dawniej zamieszkujący licznie tereny Półwyspu Iberyjskiego - ponieważ ich osady znajdowały się także na północ od Ebro, w tej części Pirenejów, to szczyt ten zwykło się w ten sposób nazywać)

Od lewej: Pico de Algas (3033 m.n.p.m.), Garmo Negro (3066 m.n.p.m.), Pico de Condiellos (2974 m.n.p.m.) i Pico Infierno (3082 m.n.p.m.).

A to jeszcze inny pirenejski masyw - Neouvielle ze szczytami: Pic Long (3192 m.n.p.m.) - na zdjęciu pośrodku; Pic du Neouvielle (3093 m.n.p.m.) - schowany za Pic Long; i Pic Badet (3160 m.n.p.m.) z prawej strony. 

Kanion Anisclo.

I Dolina Ordesy...

Płaski jak stół Pico de la Robinera (3005 m.n.p.m.), a  na lewo od niego, tuż przy krawędzi zdjęcia, Pico de la Munia (3134 m.n.p.m.) tworzący jeden z pirenejskich masywów. Pomiędzy wymienionymi trzytysięcznikami chowa się także piramidalny Pic d'Aret (2939 m.n.p.m.).

Widoczny w głębi masyw Posets, wraz z nieco trapezowatym wierzchołkiem Pico Posets, stanowiącym drugi najwyższy szczyt Pirenejów (3375 m.n.p.m.). Z tyłu, po prawej stronie wystaje Pico Aneto, czyli "Dach Pirenejów" (3404 m.n.p.m.).

Jeszcze raz Vignemale tworzący wspaniałe gniazdo górskie. W jego najbliższej okolicy znajduje się aż kilkanaście trzytysięczników. Z kolei ta biała połać, to w tym wypadku nie kolor skał, a lodowiec - Glacier d'Ossoue - jeden z największych lodowców w Pirenejach.


Do bardziej zabawnych momentów podczas pobytu na szczycie z pewnością należał "incydent" z kilkoma Hiszpanami. W pewnym momencie zostałem poproszony przez pewnego chłopaka aby uwiecznić jego oraz jego przyjaciół na szczycie. Nim przejąłem należącego do nich bezlusterkowca, jegomość poinformował mnie, że: "We have a special tradition". Trochę nie skumałem co mał na myśli, ale posłusznie wziąłem aparat i utkwiłem wzrok w wizjerze. Ziomki się obróciły, wykrzykując: "One, two, three!" i sekundę później zdjęli swoje gatki, ku uciesze zgromadzonego na szczycie kobiecego tłumu, radośnie świecąc pośladkami 😂😆


Po blisko godzinnym pobycie na szczycie Monte Perdido nadszedł czas by schodzić do Goriz. Zerknęliśmy raz jeszcze na ginący w chmurach wierzchołek Pico Anisclo i leżące u jego stóp jezioro Ibon de Arrablo, po czym rozpoczęliśmy długie zejście do naszej bazy namiotowej.


Zejście ze szczytu Monte Perdido. W dole plateau podszczytowe i widoczne wejście do żlebu, którym wiedzie droga normalna.

Nastroje cały czas dopisywały. 

Zejście na plateau.

Aby uniknąć schodzenia w większej grupie przez newralgiczny odcinek, postanowiliśmy na plateau zaczekać chwilę, aż ruch w żlebie nieco się uspokoi...


Wejście do żlebu.

Droga w dół, tak jak się spodziewaliśmy, wymagała większej uwagi. Najłatwiej miał Krystian, który posiadał kij trekkingowy - my z Mosiem takowego nie mieliśmy, więc schodzenie szło nam nieco oporniej. Na szczęście udało się bezproblemowo dotrzeć do początku La Escupidery, a tu już żaden spadający kamień nam nie groził.


Przy Lago Helado zrobiliśmy sobie jeszcze przerwę na coś słodkiego. Pogoda była piękna, szkoda było się stamtąd ewakuować. 

Zejście z kotła w którym leży Lago Helado. Nad ścieżką widoczny grzbiet La Escupidera, żleb urywający się spod plateau i wierzchołek Monte Perdido.

Jeden z wielu odpoczynków w drodze powrotnej.

I pewnie byśmy się tak nie spieszyli w dół, gdyby nie narastający głód 😜 Przebrnęliśmy szybko przez kotlinę bloków skalnych i dotarliśmy do rysy stanowiącej ostatnią trudność tego dnia...


My z Mosiem nie mieliśmy większych problemów przy jej opuszczaniu, ale Krystian nie mógł znaleźć pewnego stopnia (mówiłem Wam o tym miejscu gdy szliśmy pod górę). W końcu postanowił wolno się opuścić w dół, ale zahaczył spodniami o krawędź skały i gdy obniżał się, usłyszeliśmy głośne khrrr, bowiem tym samym rozorał sobie spodnie: od krocza, aż po kolano.

Wybuchliśmy śmiechem, kiedy zauważyliśmy jak płat spodni martwo zaczął powiewać na boki podczas dalszego schodzenia, ale Krystian się poirytował, żeby nie powiedzieć mocniej 😂😅


Uciekliśmy więc przed rzucającym pioruny, Krystianem, a czekając na niego pod drzwiami schroniska myśleliśmy że się popłaczemy ze śmiechu. Tak komiczne było to, jak z miną rozwścieczonego rotweilera wkroczył na taras z wyłażącymi na wierzch bokserkami i z dyndającymi płachtami materiału 😂😂

Ale pomijając zabawną skądinąd sytuację, która jak wiadomo, mogła przytrafić się każdemu, należy tu wspomnieć o tym, że chwilę później okazało się, że nie ma skąd wziąć igły i nie bardzo wiadomo jak ten problem rozwiązać. A rzecz jasna, każdy z nas miał tylko jedną parę długich spodni, co w kontekście dalszej części wyprawy nie rokowało najlepiej...

Niemniej jednak tego dnia nikt nie mógł nam już odebrać bardzo dobrego humoru. Po smacznym, autorskim obiedzie (kasza, sos myśliwski, lokalna kiełbasa) odpoczywaliśmy, korzystając z uroczego popołudnia, ostatniego spędzanego po południowej stronie Refugio Goriz..




Ogólnej sielanki dopełnił jeszcze widok wracających z wypasu, owiec. I tym faktem byłem naprawdę zaskoczony, bo nigdy bym nie pomyślał, że pod Monte Perdido, pasterze mogliby wypasać swoje stada! 😄

Czy to Rumunia? Nie, hiszpańskie Pireneje!


Po tak przepięknym dniu przyszła również bezchmurna noc - jedyna taka, ba jedyna bezopadowa, podczas całego pobytu (sic!). Gdzieś po północy, gdy Moś i Krystian już spali, ja wyczołgałem się na zewnątrz w poszukiwaniu drogi mlecznej...


Słowem podsumowania: Monte Perdido to jeden z najciekawszych pomysłów na zdobycie swojego pierwszego trzytysięcznika. Jego zdobycie wiąże się wprawdzie z trudniejszą drogą niż na leżące w Sierra Nevada, Veletę i Mulhacen, obarczoną także koniecznością pokonania większej różnicy wysokości, niemniej jednak są to trudności, z którymi jest sobie w stanie poradzić osoba, chodząca po trudniejszych szlakach tatrzańskich czy tym bardziej alpejskich.

Należy rzecz jasna pamiętać o dobrym obuwiu i dużej ilości płynów. To podstawa, bowiem na wysokościach zbliżonych do 3500 m.n.p.m. mniej lub bardziej, mogą dawać się we znaki wszelkie zagrożenia związane z rozrzedzonym powietrzem - osłabienie, senność, ból głowy czy nawet zawroty. Do tego dochodzi kwestia zabezpieczenia się przed wysokim promieniowaniem - warto zabrać buffa, krem, ciemne okulary. No i oczywiście kask, którego nie mieliśmy, ale taka to moja obserwacja po zejściu - warto go jednak mieć, bo ta góra się sypie. Najzwyczajniej się sypie.

Monte Perdido robi wrażenie. Jest bardzo specyficznie ukształtowanym szczytem, ale z pewnością potrafi przykuć uwagę. Z takich ciekawostek jeszcze, wyobraźcie sobie, że na długości trzech kilometrów w linii prostej, między wierzchołkiem (3355 m.n.p.m.) a Doliną Pinety (północno-wschodnie zbocza góry) występuje różnica wysokości rzędu ponad 2000 metrów!

W dodatku to otoczenie - dziesiątki trzytysięczników należących do różnych masywów pirenejskich - ze szczytu widać niemal wszystkie grupy górskie, w których znajdują się szczyty przekraczające trójkę. Nawet kataloński Pic d'Estats oddalony o ponad 100 km w linii prostej, jest przy dobrej pogodzie widoczny z Monte  Perdido.

Czy więc warto? Tak, warto!


CDN

KOMENTARZE

3 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę :D Rozumiem, że Monte Perdido też uwzględnisz w swoich dalszych pirenejskich planach ;) ?

      Usuń
  2. Fantastyczne krajobrazy.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Back
to top