Goryczkowa Czuba i Suche Czuby Kondrackie zimą

Luty, 2017 r.


Przerwa międzysemestralna i jak na złość w Małopolsce panuje odwilż, śniegu jest niewiele i występuje on w dużej ilości tylko w najwyższych partiach gór - tak w skrócie można by opisać pewnego rodzaju komizm sytuacyjny.

Masz przecież tydzień wolnego, chcesz zasmakować zimy, ale... nie bardzo jest gdzie jej smakować, bo wszędzie nie ma śniegu. Wyjątkiem są Tatry, ale te podczas ferii - no, myślę że wszyscy się zgodzimy co do jednego - na pewno do pustych wtedy nie należą.

Suma summarum wyszło na to, że mając alternatywną możliwość kiszenia się przed ekranem laptopa bądź taplania się w topniejącym śniegu w niższych górach, po konsultacji z Krystianem, podjąłem decyzję by pojechać jednak w Tatry. Nawet nam się udało znaleźć miejsce w Murowańcu!

Ponieważ prognozy były takie se to jechaliśmy bez konkretnych planów. Liczyłem po cichu na Kościelec, a w wariancie mniej optymistycznym przyjąłem, że zaproponuję przyjacielowi Beskid i Goryczkową Czubę. W ostateczności, gdyby pogoda naprawdę nie dopisywała, mielibyśmy skończyć na Kasprowym. Alternatywy z pewnością były.

W Zakopcu wylądowaliśmy późno, a zanim dotarliśmy do Kuźnic - zrobiło się jeszcze później. W sumie, to oprócz nas w górę szły pojedyncze osoby - zdecydowana większość schodziła. Nam to nie przeszkadzało jakoś specjalnie, bo wybrany przez nas wariant podejścia przez Boczań szybko okazał się być wcale nie taki przyjemny jak zwykle i dodatkowe towarzystwo na pewno nie poprawiłoby naszej sytuacji. 


Szło nam się przeciętnie, bo ślizgawica pojawiała się tylko okresowo - na przemian z kamolami i wystającymi korzeniami. Z drugiej strony zdejmowanie co chwilę raków nie bardzo nam się podobało i słysząc chrzęszczenie kolców na każdym kamieniu z utęsknieniem wyczekiwaliśmy śniegu, który rzeczywiście pojawił się  gdy wyszliśmy z lasu...



Podczas podejścia na Karczmisko miał nadejść zachód, dlatego z niecierpliwością wyczekiwaliśmy tego, co wydarzy się na niebie. Było pochmurno, ale poszczególne warstwy chmur znajdowały się na różnej wysokości, co dodawało widokom specyficznego klimatu.


Ostatecznie spektakularnego zachodu i ognia na niebie nie było, ale ponury, burzowo-deszczowy klimat też był niczego sobie.


Trochę czerwieni i pomarańczy można było dostrzec nad Słowacją - dokładniej to nad Jeziorem Orawskim, Magurą Orawską i Małą Fatrą. Żałowałem, że podarowałem sobie wzięcie ze sobą teleobiektywu, bo z jego pomocą udałoby się zdobyć z tamtego wieczora lepsze kadry.


Do Murowańca dotarliśmy już po zmroku, ponieważ na Karczmisku zrobiliśmy sobie dość długą przerwę na herbatę 😂 Okolica zdążyła w międzyczasie całkowicie się wyludnić, wszyscy którzy mieli zejść do Kuźnic już to zrobili, a ci którzy zostawali na noc w sercu Tatr, siedzieli w ciepłym wnętrzu schroniska.

Wieczorem w jadalni spędziliśmy w sumie mało czasu - miejsca tam zawsze wydaje się mniej niż ludzi, więc zaraz po obiadokolacji zabarykadowaliśmy się na piętrze. Pewnym wyróżnikiem z końcówki tamtego dnia, było krótkie spotkanie z Gosią Nowakowską, przebywając wtedy na szkoleniu lawinowym, z którą widziałem się owego dnia pierwszy raz od czasu spotkania Blogórsfery w Radomiu w 2015 roku.

DZIEŃ II


Nazajutrz wstaliśmy nawet dość wcześnie, ale szybki rzut okiem na warunki pogodowe zmusił nas do pozostania pod pierzyną. Przespaliśmy więc dodatkową godzinę wyczekując poprawy, która rzeczywiście nadeszła - przy okazji ukazując nam ile śniegu w nocy napadało - naprawdę sporo!

Po wyjrzeniu za okno i ocenieniu sytuacji ustaliliśmy, że pójdziemy w kierunku Kasprowego i zdecydujemy co dalej. Kościelec przy tamtych warunkach oczywiście odpadł.

Mając gotowy plan, zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy na szlak, taktycznie podążając za grupą, która przetarła nam świeży śnieg zakrywający ślady z poprzednich dni w Zielonej Dolinie Gąsienicowej.



Do rozstajów w Zielonej Dolinie Gąsienicowej szło się nam całkiem przyjemnie, jednak powyżej Roztoki Stawiańskiej sypkiego śniegu było jeszcze więcej, w dodatku zaczęliśmy odczuwać dość silny wiatr, który wzmagał się wraz z nabywaniem kolejnych metrów. 

Z rozstajów położonych nieopodal dolnej stacji kolejki linowej, początkowo szliśmy wzdłuż trasy narciarskiej, ale była to katorga, gdyż co chwilę się zapadaliśmy. Zdecydowałem więc, że odbijemy i podejdziemy po wypukłym zboczu Beskidu na wierzchołek - co miało o tyle sens, że zwłaszcza wyżej śnieg w wielu miejscach był wywiany.


Jedynym mankamentem takiego rozwiązania, było to, że szliśmy kolokwialnie mówiąc na czuja - trudno było ustalić, w którym miejscu dokładnie jest wierzchołek, a punktem odniesienia były dla nas: Uhrocie Kasprowe i Kasprowy 😉


Na Beskidzie zatrzymaliśmy się na parę minut z dwóch powodów - po pierwsze widzieliśmy, że na Kasprowym jest mnóstwo luda i zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli chcemy przyjrzeć się - nawet ograniczonym - widokom, to musimy to zrobić właśnie teraz. Po drugie, dla Krystiana Beskid okazał się być pierwszym zimowym dwutysięcznikiem, więc zależało mu na pamiątkowym zdjęciu 😁


Gdy przeszliśmy kwadrans później na stronę Doliny Goryczkowej, opuszczając zarazem trasę narciarską, zrobiło się wkoło absolutnie pusto. Szok!


Ponad słowacką częścią Tatr można było dostrzec słońce, co nas mocno cieszyło, bo w międzyczasie podjęliśmy decyzję by kontynuować wędrówkę granią i ruszyć w kierunku Goryczkowej Czuby. Liczyliśmy, że może coś się przejaśni w drugiej części dnia - i nie zawiedliśmy się 😉


Obsypane świeżym puchem, przy przebijającym się słońcu Kopy Koprowe wyglądały obłędnie.

Uwielbiam ten fragment Tatr i zawsze z okolic Kasprowego spoglądam na niego z nieskrywaną fascynacją - oto bowiem jedna dolina dzieli przecież dwa tak różne światy - niedostępne, nieznane nikomu 😉Kopy Koprowe, skrywające fenomenalne widoki, od jakże popularnego Kasprowego Wierchu, przez który przewijają się tysiące turystów.

Oczywiście takich tatrzańskich paradoksów jest więcej, a chyba najbardziej znanym jest przykład Białki rozdzielającej drogę do Morskiego Oka i niebieski szlak prowadzący na Polski Grzebień Doliną Białej Wody.



Pomimo promieni słonecznych docierających do Kop Koprowych, okolice Kasprowego pogrążone były w ciemnościach, co zresztą miało swój urok. Pośredni Wierch Goryczkowy - pierwszy na naszej drodze od strony Kasprowego - mimo mało atrakcyjnej sylwetki, prezentował się w tych warunkach całkiem zacnie 😊


Takie lokalne przejaśnienia to jedne z lepszych warunków do czarno-białej fotografii. A czerń i biel jeszcze lepiej podkreślają potęgę gór 😊


Podejście na Pośredni Wierch Goryczkowy było rzecz jasna banalnie proste technicznie i stanowiło ledwie przystawkę przed tym co czekało nas dalej - akurat w zimowych warunkach od strony Kasprowego stopniowo wkraczamy w coraz trudniejszy teren - natomiast idąc od zachodu, to najtrudniejszy fragment tej części głównej grani - Suche Czuby - otrzymujemy w pakiecie niemal na samym początku.


Na wierzchołku zatrzymaliśmy się by zrobić kilka zdjęć i dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w stronę Świnicy, która znacząco wyróżniała się na tle widocznych przed nią: Pośrednią Kopą, Skrajną Kopą i Beskidem.


Kilka chwil później rogaty szczyt zniknął w chmurach, a my ruszyliśmy w stronę Goryczkowej Czuby.


Na Goryczkową Przełęcz Świńską dotarliśmy bez problemu, minęliśmy ją więc bez zatrzymania i rozpoczęliśmy dosyć strome podejście pod kopułę szczytową Goryczkowej Czuby (1913 m. n. p. m.).


Pod skalistą czapą, nieco powyżej miejsca, w którym wariant letni rozpoczyna trawers wierzchołków, minęliśmy zawracającą trzyosobową rodzinę, której członkowie okazali się być autorami ostatnich śladów pod Goryczkową Czubą. Dalej teren był już nieprzetarty i jako że szedłem pierwszy, zacząłem się zastanawiać nad wyborem optymalnego rozwiązania. Pierwotnie obrałem wariant letni, jednak teren nie wyglądał bezpiecznie i zdecydowałem o przejściu przez szczyt.

Przeszedłem więc na stronę północną i trawersując z początku wschodni, niższy wierzchołek, dotarłem na mocno przysypaną, niewielką przełączkę, przez którą wspomagając się czekanem wdrapałem się na właściwy wierzchołek. Tam zostawiłem plecak pod skałami i cofnąłem się do czekajacego Krystiana, poinformować go, że wszystko jest okej, a i warunki pozwalają na swobodne przejście. 

Widoczna przełączka pod Goryczkową Czubą.

Na Goryczkowej Czubie.


Na szczycie wiało jak jasna cholera, dlatego chcąc chwilę odpocząć musieliśmy znaleźć jakieś obniżenie terenu bądź wnękę skalną.



Zejście do Wysokich Wrótek, które oddzielają Goryczkową Czubę od Wysokiej Czuby, okazało się łatwiejsze niż myślałem, choć nieco eksponowane. W kilku miejscach trzeba było sobie pomóc rękoma.


Dalsza droga była już bardziej wymagająca. O ile od biedy przez wierzchołki Suchych Czub da się przejść w miarę bezpiecznie w lecie, o tyle w zimie jest już to sprawa kłopotliwa, natomiast przy samym trawersie też trzeba zachować sporo uwagi, ponieważ południowe zbocza są strome i lawiniaste.


Konieczność poruszania się w odstępach i badanie terenu znacznie wydłużały czas przejścia, ale były niezbędne w tamtych warunkach. Plusem takiego rozwiązania był fakt, że zarówno Krystian czekając na mój sygnał, mógł do woli przyglądać się krajobrazom i analogicznie również ja miałem czas na odpowiednie fotki, podczas gdy on pokonywał dany odcinek.


Brak ruchu na Suchych Czubach również nam sprzyjał, bo zwłaszcza trawersy odbywały się w bardzo wąskim terenie, gdzie ewentualne poślizgnięcie wiązałoby się z koniecznością natychmiastowego użycia czekana. Jeśli więc trasa jest słabo przetarta, a warunki pogodowe przeciętne - wieje wiatr i leży świeży śnieg - starajcie sprawdzać zawczasu czy nikt nie idzie i ewentualne mijanki prowadźcie z największą ostrożnością.



Nad słowacką częścią Tatr w dalszym ciągu słoneczko.


W zimie zwłaszcza Wysoka Sucha Czuba Kondracka prezentuje się nader atrakcyjnie. Ciut Matterhornowo powiedziałbym nawet 😉


Jeśli ktoś z Was przechodził poza sezonem zimowym przez Suche Czuby zapewne pamięta niewielką ściankę, którą czerwony szlak pokonuje między Wysoką a Pośrednią Czubą. W zimie rzecz jasna tego problemu nie ma 😁 


Wysoka Czuba spod Pośredniej Czuby.


Pośrednią Czubę przetrawersowaliśmy bez większych problemów, od razu stając pod Małą Czubą. Okoliczne nachylenie terenu sprawiło, że postanowiłem poszukać przejścia przez wierzchołek - krzyknąłem więc do Krystiana by tradycyjnie poczekał i sam zacząłem rozważać alternatywę, jednak takowej nie znalazłem i cofając się do punktu wyjścia postanowiłem jeszcze przejść kawałek tym razem trawersem.

Mając świadomość, że byliśmy już bliżej końca niż dalej, oczywiście zależało mi na tym, by pokonać także i najniższą z Czub, choć zakładałem, że równie dobrze może skończyć się na konieczności powrotu tą samą drogą na Kasprowy, tak by nie ryzykować np. podcięcia deski śnieżnej, co tamtego dnia było niewykluczone. 

Ostatecznie udało mi się założyć ślady i znaleźliśmy się po drugiej stronie Małej Suchej Czuby Kondrackiej.


Plątanina moich śladów przypominająca o szukaniu optymalnej drogi

Trawers Małej Suchej Czuby.

Mnóstwo śniegu!

Wraz z pokonaniem ostatniej z Czub, odetchnęliśmy z ulgą, że to już koniec. Ten dość krótki odcinek mocno nas tamtego dnia zmęczył, nie tylko koniecznością przecierania, ale przede wszystkim koniecznością zachowania nieustannej uwagi i odpowiedniego wyczucia przy niemal każdym stawianym kroku.

Dlatego zdziwiło nas, że zaraz za Małą Suchą Czubą od strony Suchego Wierchu Kondrackiego minęliśmy trzyosobową grupę turystów, która szła w stronę Kasprowego. Z trzema jegomościami zamieniliśmy parę słów, informując o aktualnych warunkach, po czym życzyliśmy sobie powodzenia i każdy ruszył w swoją stronę.

Kilka minut później minęliśmy również samotnego Hiszpana, który także zdecydował się na wędrówkę w stronę Kasprowego. Jego również ostrzegliśmy przed nadchodzącym zmrokiem i słabo przetartą trasą.



Pozostałe podejście na Suchy Wierch Kondracki było już drobnostką, a jedyną przeszkodą przed sprawnym wejściem na szczyt okazał się być znów kopny śnieg. 


Na wierzchołku Suchego Wierchu Kondrackiego stanęliśmy po czterech godzinach od momentu wyruszenia z Kasprowego Wierchu 😀 Sukces! 😉


Gdy wchodziliśmy do żlebu opadającego spod Przełęczy pod Kopą Kondracką, Giewont oświetlały promienie, niemal już zachodzącego, słońca. Na szczęście, głównie dzięki szybkim zjazdom, na skraju Hali Kondratowej pojawiliśmy się po trzech kwadransach, gdy jeszcze było w miarę jasno. Postanowiliśmy zatrzymać się na zasłużoną przerwę i wszamać coś w schronisku 😉


Po posiłku ruszyliśmy powoli w stronę Kuźnic - ponieważ wędrówka odbywała się już wtedy po zmroku, to minęła nam głównie na podsumowaniu wyjazdu i rozmowie o sprawach okołogórskich. Pod wieczór zapakowaliśmy się do autokaru i rozdzieliliśmy się w Krakowie, kończąc dwudniowego tatrzańskiego tripa. 

Jakie wnioski wyciągnąłem z wędrówki?

Było to dla mnie najbardziej wymagające zimowe przejście obok wejścia na Świnicę (trudna zimą grań na wschodni wyższy wierzchołek). Kosztowało mnie na pewno więcej wysiłku niż wejścia na Szpiglasowy Wierch, Kozí Wierch czy Zawrat.

Ale zanim po przeczytaniu tych słów zdecydujecie się odłożyć wędrówkę tym fragmentem grani głównej Tatr na później, pamiętajcie że taka a nie inna moja ocena wynika z ciężkich warunków na jakie trafiliśmy 😉

Niewątpliwie Suche Czuby to bardzo atrakcyjny cel zimowej wędrówki i jak najbardziej go Wam polecam!

Trzymajcie się 😉

Link do trasy -> MAPA

KOMENTARZE

4 komentarze:

  1. Ło matko, piekielnie dobre zdjęcia. Kocham góry zimą za ich groźne oblicza, ale wydobyłeś to tak mocno, że aż strach. Chciałabym umieć takie zdjęcia robić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się spodobały :))
      Góry zimą są rzeczywiście niesłychanie ciekawym obiektem do zdjęć, przybierają wtedy bardzo często odmienne oblicza, chociaż dla mnie osobiście w zimowym wydaniu najlepiej prezentują się Karkonosze. Są wtedy naprawdę niesamowite!

      Usuń
  2. Całkiem ładnie się ten fragment grani za Kasprowym prezentuje. Nie miałem okazji jeszcze nim iść zimą, ale będę musiał dorzucić do listy rzeczy wartych odwiedzenia ;)

    OdpowiedzUsuń

Back
to top