Morawy Południowe - w objęciach rzepakowych pól

Na południowy-wschód Republiki Czeskiej wybrałem się po raz pierwszy na dłużej dwa lata temu w połowie maja. Jechałem wtedy sam, postawiłem więc na szeroko rozumianą improwizację, to znaczy p o p r o s t u spakowałem plecak i ruszyłem przed siebie.

Dlaczego padło na Morawy Południowe? Wiosna to idealny czas na wyjazd w te strony, ponieważ o tej porze jest roku jest tam ciepło i pogodnie. Ze względu na bardziej zaawansowaną wegetację aniżeli w jakimkolwiek innym rejonie Polski - przybywając na miejsce w maju,  a nawet jeszcze w połowie kwietnia, mamy pewność, że odnajdziemy wszelkie wiosenne oznaki. A przecież dobierając majówkowe miejsce wypoczynku tego właśnie szukamy 😍

W stronę Moraw wyruszałem z Gliwic, jadąc wpierw busem do Rybnika, a następnie pociągiem do Bogumina. Rozklekotanym kiblem*, którym podróżowałem z ROW-u do Czech, jechałem zupełnie sam. No dobra, sam jeśli wyłączymy maszynistę i kierpocia** 😏

Korzystając z braku współpasażerów stałem z głową wysuniętą za okno, pozwalając by strumień powietrza mierzwił mi włosy. Wsłuchując się w kojący stukot wózków, przyglądałem się krajobrazom południowej części bliskiego mi województwa śląskiego. A tam - zabudowania Wodzisławia i Olzy, stopniowo przechodzące w zielone tereny zalewowe Odry i wreszcie same koryto rzeki, której wody zebrane z Beskidu Śląskiego, Beskidu Morawsko-Śląskiego i z Gór Odrzańskich właśnie wpłynęły na terytorium Polski. Potem graniczne Chałupki i witaj droga Republiko Czeska! Chwilo trwaj!

* pot. nazwa składów typu EN57
** pot. nazwa kierownika pociągu


W Boguminie po krótkim oczekiwaniu znalazłem się w pociągu do Brna, który w 2,5 godziny dowiózł mnie do stolicy województwa południowomorawskiego (Jihomoravsky kraj). Akurat był środek dnia, ludzie wracali ze szkół, pracy, w okolicy dworca panował więc straszny młyn, a że dworzec w Brnie jest jednym z największych węzłów kolejowych w kraju, to podczas szczytu komunikacyjnego ludzie spiesząc się na pociąg co rusz wpadają na siebie.

Samo Brno... no właśnie, dopóki nie wybrałem się tam na dłużej uważałem je za mało interesujące i z reguły mijałem jedynie jego opłotki podczas podróży z Polski w stronę Wiednia. Dwa lata temu znalazłem się w nim po raz pierwszy na dłużej i spodobało mi się. Do dziś w mieście bawiłem czterokrotnie i z całą odpowiedzialnością stwierdzam: kurczę, Brno jest naprawdę super!

Oczywiście, mówiąc, że jest "super" nie mam na myśli rangi tamtejszych zabytków - od tej strony miasto nie wybija się znacząco ponad czeską średnią. Niezwykłym atutem Brna jest natomiast to, że należy do grupy tych miast, które - z jednej strony są naprawdę wielkomiejskie, a z drugiej jednak nieprzesadnie duże. Jest gwarne, ale przekonywujące, bo rytm nadają mu mieszkańcy, a nie turyści. Wreszcie - Brno to miasto, które poprzez swoje położenie pozwala przybyszom spoglądać na nie z różnych, niecodziennych perspektyw, co wynika z tego, że położone jest w pagórkowatym terenie, pociętym przez doliny dwóch niewielkich rzek - Svratki i Svitavy.

Kocham Pragę, ale to trudna miłość, bo Praga stała się nieznośnie popularna, masowa turystyka zaczęła z niej wysysać soki i pozbawiać własnego ja. Ostrawa na mnie wrażenia nie robi, bo podobne przemysłowe klimaty znam z dzieciństwa, natomiast Pilzno jest już zbyt małe i trochę monotonne, choć chętnie wróciłbym tam dla powtórnej wizyty w browarze Pilsnera - tak streściłbym Wam moją opinię na temat czterech największych miast Czech.


O Brnie słów kilka...

No dobrze, w zasadzie to wyprzedziłem fakty, bo na samym wstępie powiedziałem Wam, że Brno jest fajne i że warto do niego zajrzeć. "Fajność" wynika też po części ze specyfiki tutejszego klimatu - miasto znajduje się na skraju Moraw Południowych, a więc jest tu zwyczajnie cieplej niż w innych rejonach Czech. Miasto jest ogromnym ośrodkiem studenckim - na czternastu uczelniach wyższych kształci się tam przeszło 80 tys. studentów. To nieco więcej niż w Gdańsku czy w Łodzi.

Skoro jest życie studenckie to muszą panować tam studenckie warunki do życia - to "oczywista oczywistość". I rzeczywiście w Brnie jest taniej niż w Pradze, taniej również niż w Krakowie - co mogę stwierdzić jako student jednej z krakowskich uczelni. W obrębie starego miasta piwo często kosztuje w granicach 7-10 złotych, poza najpopularniejszymi częściami miasta w barze można je dostać nawet za "piątkę". Napoje bezalkoholowe, np. kawa czy herbata z reguły też są trochę tańsze niż w stolicy Małopolski.

Przyglądając się rysowi historycznemu można stwierdzić, iż miastu bliżej jest do Wiednia niż do Pragi. Doskonale widać to na kilku płaszczyznach funkcjonowania miasta - m.in. w restauracjach, gdzie dania nawiązują do tych z CK Monarchii. Co ma oczywiście swoje wady i zalety, kto miał kontakt z nieco eklektycznym charakterem kuchni z cesarstwa, ten wie o co chodzi 😉

No i bym zapomniał o winach! Oczywiście jak przystało na stolicę Moraw, to Brno słynie też z tych trunków 😉


Mam nadzieję, że zaciekawiłem 😉 Kiedyś się zbiorę i trzasnę jakiś szerszy post o Czechach, wtedy skrobnę więcej i o samym Brnie - póki co, zostawiam jedynie parę zdjęć...


Tamtego razu zwiedzanie Brna zakończyłem trochę wcześniej niż myślałem, bo zaraz po przyjeździe zorientowałem się, że nie wziąłem z Polski żadnego naczynia w którym mógłbym gotować. Przed odjazdem poszedłem więc jeszcze do domu handlowego, by poszukać jakiegoś taniego emaliowanego garnka i po znalezieniu takowego wróciłem na dworzec, by wyruszyć w stronę Kyjova.


Dworzec w Brnie obecnie jest przebudowywany i niech nie zmylą Was poniższe zdjęcia, które były wykonane dwa lata temu - dziś ruch rozdzielony jest na cztery stacje Brno Hlavní Nádraží, Brno Dolní Nádraží, Brno Kralovo Pole i Brno Židenice. Każdorazowo, chcąc przesiadać się w Brnie pamiętajcie by dwa razy sprawdzić z którego dworca odjeżdża Wasz pociąg!

Aktualizacja (27.04.2020)

15 grudnia 2019 roku otwarto po remoncie dworzec główny w Brnie - sytuacja wróciła zatem do normy.


A skoro jesteśmy już przy tematyce kolejowej - jest jeszcze jedna istotna kwestia, o której trzeba pamiętać jeśli jedziemy pociągiem podmiejskim w Czechach. Trzeba skasować bilet, dokładnie tak jak w warszawskiej albo trójmiejskiej SKM-ce. Ja spiesząc się na pociąg zupełnie o tym zapomniałem i na pokład wsiadłem, jak się okazało, z nieważnym biletem.

Na szczęście udało mi się zagadać kierownika tematami kolejowymi, który sprzedał mi nowy bilet i na koniec życzył miłej podróży.

***

Przeszło godzinę później wysiadłem na niewielkiej stacyjce w Nemoticach. Po kilku godzinach spędzonych w gwarnym Brnie siła tamtejszego spokoju niemal mnie przewróciła, gdy stanąłem na peronie.

Konduktor przeciągle gwizdnął, z wagonu motorowego dobiegł bulgot i chwilę później na lokalnej stacyjce byłem już zupełnie sam. Nawet dyżurny ruchu stacji, na której się znalazłem, postanowił schować się z powrotem do swojej kanciapy.


Rozglądając się dokoła, z wolna opuściłem dworcowy teren, kierując się w stronę skrzyżowania. Gdy szedłem wzdłuż asfaltowej drogi, z głośników przy lampach oświetlających uliczki zaleciała wesoła, skoczna muzyczka, a la śląskie szlagiery.

Szybko jednak domostwa i tym samym muzykę zostawiłem w tyle. Odszukałem wejście na ścieżkę, którą widziałem z okien pociągu i ruszyłem przed siebie.


Musicie wiedzieć, że przyjeżdżając na Morawy Południowe nie miałem żadnej mapy z pozaznaczanymi słynnymi "landmarkami". Wiedziałem, gdzie mniej więcej jest słynna kapliczka św. Barbary - wiedziałem, że są to okolice Kyjova, jednak nigdzie nie zapisywałem żadnych współrzędnych. Czy był to błąd? Mi to specjalnie nie przeszkadzało, natomiast jeśli przyjeżdżamy w jakimś konkretnym celu - na przykład fotografować najbardziej znane miejscówki - to lepiej oszczędzić sobie poruszania się po omacku i dobrze się przygotować przed podróżą, robiąc sobie dokładny spis tego co chcemy uwiecznić.

Ja podszedłem do tematu trochę inaczej, nastawiając się na to, że jeśli mi się gdzieś coś spodoba - to tam będę sobie chodził. Akurat pierwszego dnia zaraz po przyjeździe czasu miałem na chodzenie mało, postanowiłem więc dotrzeć na tereny słabo zaludnione, by nie mieć problemów ze znalezieniem miejscówki na biwak.

Okolice Nemotic wydawały się być do tego celu spoko - nie dość, że przy linii kolejowej, a co za tym idzie - podróż z Brna trwała krótko - to jeszcze na dodatek wspomniany wcześniej brak zabudowań przekonywał mnie by eksplorację Moraw zacząć od tego rejonu.

Przy czym no właśnie, na miejscu okazało się, że obszar przeze mnie wybrany to jednak inne Morawy od tych, które znałem ze zdjęć - niby teren był pofalowany, ale jakże inny od tego znanego z "internetów". Co jednak nie oznacza, że mało klimatyczny - popatrzcie tylko jak uroczo prezentował się pociąg jadący linią kolejową łączącą Wesele nad Morawą (cz. Veseli nad Moravou) i Brno.


Idąc w górę Nemotickiego Potoku zbliżałem się w stronę Brankovic. Za charakterystycznym zakrętem znalazłem się znienacka na skraju rzepakowego pola. Znów ładnie się zrobiło 😍


Rzepak jest jednym z symboli Moraw, zresztą zobaczycie go w tej relacji jeszcze nieraz. Nie tylko dlatego, że rósł niemal w każdym zakątku, który odwiedziłem, ale także dlatego, że lubię żółty kolor 😄



Polną ścieżką dotarłem do rozdroża położonego w pobliżu wiaduktu kolejowego, z którego skierowałem się w stronę wzgórza zwanego Hrbačky. Tu już krajobrazy bardziej przypominały te z folderów reklamowych 😉


Zachód słońca obserwowałem z drogi wspinającej się na wspomniane wzniesienie. Było sielsko, pusto i spokojnie - dokładnie tak jak miałem nadzieję, że będzie.


W miejscu, w którym przy drodze rosło kilka owocowych drzewek, znajdowała się niewielka skarpa - pole było więc de facto poniżej polnej drogi. Zdecydowałem się ten fakt wykorzystać - drzewo, obniżenie terenu - i tam spać. Rozłożyłem śpiwór i chwilę później jadłem już kolację spoglądając na kończący się dzień.


W dole Brankovice.


Oczekiwanie na gwiazdy mi się trochę dłużyło i w sumie w pewnym momencie podjąłem ryzykowną decyzję nastawienia budzika. Ryzykowną, ponieważ istniało niezerowe prawdopodobieństwo, że na dźwięk budzika obrócę się na drugi bok - ale jednak udało mi się przemóc i po mniej więcej godzinie snu, wstałem 😉


DZIEŃ II

Poranek nastał chłodny. Zresztą wszystkie takie były - rano pojawiała się rosa, ale byłem przygotowany na to - miałem ze sobą worek na śmieci, który podkładałem pod śpiwór - namiotu bowiem nie brałem, bo i nie uznałem tego za niezbędne.

Lekko się trzęsąc, wyczekiwałem na wrzątek, w międzyczasie składając śpiwór - zapewne prawa nie łamałem, ale być może spanie wśród pola kukurydzy mogłoby się temu czy innemu nie spodobać. Starałem się więc wstawać wraz ze wschodem słońca dzień w dzień.


Po śniadaniu zebrałem się i ruszyłem w stronę Brankovic. Po drodze złapałem rzecz jasna kilka kadrów, nim słońce znalazło się wysoko nad horyzontem.


W Brankovicach zajrzałem do sklepu, gdzie kupiłem parę potrzebnych składników i podreptałem na przystanek kolejowy. Wypadało przedostać się w stronę Kyjova, dlatego uznałem, że ponownie pociąg będzie najlepszą opcją - zresztą bezwzględnie jest - składy kursują w każdym kierunku mniej więcej co godzinę przez cały dzień i są taryfowo oraz rozkładowo zintegrowane z transportem autobusowym - międzymiastowym - oraz komunikacją miejską - nie tylko brneńską, ale także tą z innych miast województwa np. Znojma czy Hodonina. Co to więc w skrócie oznacza? Że na jednym bilecie możemy przejechać z Brna do niemalże dowolnego punktu w województwie.


Pociągiem dojechałem do Bogusławic (cz. Bohuslavice u Kyjova) skąd ruszyłem czerwonym szlakiem w stronę wsi Bukovany.


Szlak doprowadził mnie na pewnego rodzaju grzbiet, po osiągnięciu, którego ujrzałem szeroką panoramę. Widok był całkiem ładny, niemniej jednak przy tak ostrym słońcu, zdjęcia wychodziły nijakie.


A to widok w stronę Bogusławic, z których przyszedłem - z prawej strony zalesione wzniesienie o nazwie Leniva Hora.


Nieopodal rozwidlenia znajdującego się w tym widokowym miejscu, postanowiłem przysiąść na chwilę. Ku mojej uciesze wiał tam wiatr, który łagodził odczucie temperatury i przyjemnie smagał rozgrzane czoło.

Analizując okolicę szybko pożałowałem, że na Morawy nie przywiozłem ze sobą roweru. Tereny wydały mi się świetnym miejscem na tego typu aktywność, ponadto pozwoliłyby mi zajrzeć w więcej miejsc w ciągu tych kilku dni, które miałem do dyspozycji. Chociaż oczywiście co się odwlecze, to nie uciecze 😉

Przy okazji opowiem Wam jeszcze anegdotkę - to właśnie odpoczywając w tamtym miejscu zdecydowałem o podjęciu swojej ówczesnej pracy 😂 Morawy polecają się zatem na głębokie przemyślenia 😆


Po krótkim odpoczynku ruszyłem w stronę Bukovan. Wieś z pozoru wydawała się z pozoru niczym nie wyróżniać...


Tak bowiem myślałem aż dotarłem w pobliże - wybaczcie spolszczę - Bukowiańskiego Młyna, czyli kompleksu hotelowego znajdującego się na skraju wsi, z jak widzicie zaadaptowanym do potrzeb turystycznych młynem, w którym mieści się m.in. taras widokowy.

Nie byłem w środku, więc nic więcej nie powiem, ale po ilości samochodów, stwierdziłem, że miejscówka musi cieszyć się wśród mieszkańców m.in. Brna pewną renomą.


Sam taras widokowy wydaje się być pewnym dodatkiem, który można sobie odpuścić. Wstęp nań jest płatny, natomiast zaraz za zabudowaniami rozpościera się taki o to widok - zapewne podobny do tego z młyna.

Największy rzepakowy dywan jaki w życiu widziałem!

I uwierzcie mi, nie miałem pojęcia, że taki tam zastanę 😶 A sama panorama jest klejona aż z siedmiu kadrów, toteż wyobraźcie sobie jak bardzo rozległy był to widok.


Zapiera dech? Żeby łatwiej Wam było ogarnąć wyjątkowość owej chwili, pomyślcie, że tym rozległym polem i tysiącami kwiatów rzepaku targa od czasu do czasu wiatr, wywołując efekt "meksykańskiej fali" znany ze stadionów...


Zachwycając się widokami dotarłem szosą na skraj wsi Ostrowianki, na rozdroże, przy którym znajdowała się kapliczka Panny Maryi. Tam odbiłem na południe.


Zabudowania kompleksu hotelowego i jakieś sady.


Zielony szlak, którym szedłem spod kaplicy, doprowadził mnie do wsi Sobulki - nic specjalnego - a następnie zaczął prowadzić przez zaniedbane stare sady. Pachniało tam dzikami i nawet dałem się w pewnym momencie podpuścić swojemu mózgowi w tej kwestii - ale spotkania z chrumkającymi jegomościami nie zaliczyłem. No i dobrze.


Przez następne minuty szedłem sobie zamyślony i nagle - wpierw dopadł mnie trzask, a sekundę później centymetry przede mną upadła na ziemię ułamana gałąź.

Sądząc po jej wielkości, ewentualne wymierzenie w moją łepetynę przy odrobinie nieszczęścia mogłoby mnie załatwić na cacy. I aż musiałem sięgnąć do plecaka po wodę aby się uspokoić.


Przez myśl mi przemknęło, że skoro już przy wejściu do lasu gałąź chciała mnie uszkodzić, to kilkaset metrów dalej czekają na mnie wojownicy Geronimo, którzy ukatrupią mnie za wtargnięcie na swój teren. Tak się jednak nie stało, a ja jakoś dotarłem zgodnie planem na wierzchołek Babiego Łomu (hmm... 😈)


Babi Łom (417 m n.p.m.), czyli najwyższe wzgórze tzw. Pogórza Kyjowskiego, jest świetnym punktem widokowym na okolice Kyjova i pogranicze czesko-austrackie, a dzięki wysokiemu przekaźnikowi łatwo go rozpoznać podczas wędrówek po okolicznych polach.


Z wierzchołka zszedłem łącznikowym żółtym szlakiem do pobliskich Strażowic. Na skraju wsi przystanąłem przyjrzeć się panoramie terenów, które również bardzo chciałem odwiedzić, ale na które zabrakło czasu.


Ponieważ był środek dnia, a z nieba lał się żar, pomaszerowałem do centrum wsi, by w sklepie kupić dodatkową butelkę wody i jakiegoś loda. Zasiadłem w zacienionym miejscu i czekałem.

Oczywiście upał nie minął w godzinę, ale jednak podnosząc się ponownie z ławki czułem się znacznie lepiej. Zastanawiałem się w którą stronę iść, ale dostrzegając na mapie staw, wiedziałem, że decyzja może być tylko jedna.

Niestety gdy doszedłem na miejsce - na skraj sąsiedniej wsi - okazało się, że do wody nie ma za bardzo się jak dostać - wszędzie były krzaki i zrezygnowany kawałeczek się wróciłem, aby odbić w stronę Kyjova.


Gdy już odszedłem spory kawałek od drogi, korzystając z wysokiej temperatury, postanowiłem w inny sposób załatwić potrzebę kąpieli. Ponieważ znajdowałem się na szczycie wzgórza, to miałem możliwość spojrzenia na okolicę - i upewniwszy się, że jestem sam, rozebrałem się do naga i korzystając z butelki wody, umyłem się na skraju ścieżki.

Ponieważ myłem też głowę, to szybko zdążyłem się przekonać, że nie jest wcale aż tak ciepło, zwłaszcza gdy wieje wiatr. Ale to dobrze, w końcu kąpiel ma służyć w lecie ochłodzie 😏

Oczywiście z mokrymi włosami nie szedłem dalej 😁 Wytarłem się, włożyłem ubranie i ruszyłem przed siebie. Dzięki temu niezwykle przemyślanemu działaniu, załatwiłem i potrzebę i skróciłem czas dzielący mnie do zachodu słońca 😁


No dobrze, to teraz parę kadrów z drogi łączącej Strażowice i Mistrzyn.


Babi Łom.


Poruszając się pośród pól warto mieć na uwadze, że nie wszystkie zaznaczone na mapach ścieżki, w rzeczywistości są nimi. Zdarzało mi się bowiem poruszać po zarośniętych miedzach 😉


Późnym popołudniem znalazłem się w najsłynniejszej fotograficznej miejscówce na Morawach - na bezimiennym wzgórzu położonym na południowy-zachód od Kyjova. Rzeczywiście widok na okolicę był zacny, ponadto świetnie widoczne były wzgórza położone obok Mikulova na pograniczu czesko-austriackim.


DZIEŃ III

Obudził mnie... rolnik, który z samego rana przyszedł do sadu na skraju, którego spałem. Nie wiem kto był bardziej zaskoczony - czy on widząc śpiącego mnie pod jabłonią czy ja, usłyszawszy za sobą kroki.

Obawiałem się manto, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Przywitałem się ze starszym panem, po czym on zniknął za ogrodzeniem, szybko złożyłem śpiwór i zacząłem gotować wodę na kawę. 

Zjadłem parę kromek chleba i podszedłem do punktu widokowego - niestety trochę zaspałem, na wschód się spóźniłem, a i żadnego sensownego kadru nie udało mi się złapać.


Spakowawszy się ruszyłem w dół do wsi Svatoborice-Mistřin i szlakiem dawnej linii kolejowej Kyjov-Hodonin, z której urządzono ścieżkę rowerową, dotarłem do Kyjova. Tam poszedłem wprost do lidla i po zrobieniu zakupów, skierowałem się w stronę wsi Kościelec (cz. Kostelec), po drodze zatrzymując się w parku miejskim.


Eksplorację terenów położonych na wschód od Kyjova rozpocząłem od okolic wspomnianej wsi Kościelec, gdzie znajduje się kościół z charakterystyczną wieżą, którą dostrzec można z daleka.


Minimalistycznie.


Pod Kościelcem znajduje się staw, który jest łatwo dostępny - lokalna szosa wiodąca do sąsiedniej wsi Žadovice przebiega tuż obok niego. Postanowiłem tam spędzić trochę czasu i było rzeczywiście bardzo przyjemnie do momentu gdy w pewnym momencie coś mnie nie użarło w dłoń, którą miałem włożoną w trawę.

Trafiłem na czerwone mrówki 😈

Generalnie nie wiem co ze mną jest nie tak, ale różnego rodzaju wypoczynek nad jeziorem zawsze się kończy podobnie. A to po powrocie znajdę na swoim ciele kleszcza albo coś mnie pogryzie albo po prostu jakiś natrętny owad przyczepi się akurat do mnie i będzie krążyć wokół mojej głowy dopóki nie trafi mnie szlag i nie zdecyduję się go ukatrupić.

Dlatego tylko góry, najlepiej over 2500 m n.p.m. i zero problemów z natrętami 😈 Kto się zgadza? 😂


Z Kościelca podreptałem do Morawian. Zauważyłem, że ta część Moraw jest znacznie gęściej zabudowana i widoki nie są już tak atrakcyjne jak na południe od Babiego Łomu.


Trzeci dzień był w sumie bardzo lajtowy i ani się nie obejrzałem jak nadszedł wieczór. Zachód był znów - całkiem ładny.


DZIEŃ IV

Spałem nieopodal Kościelca, ponieważ tak się złożyło, że na koniec dnia wylądowałem w jego pobliżu i nie chcąc przesadnie długo szukać miejsca na biwak, rozłożyłem się na szczycie wzgórza mając widok na zasypiającą wieś. Nazajutrz obudził mnie pochmurny, chłodny dzień, a szybki rzut okiem na prognozy potwierdził, że nic się na plus nie zmieni. Ponieważ miałem przy sobie letni śpiwór, to sen na otwartej przestrzeni przy temperaturze ok. 10 stopni Celsjusza odpadał, i stwierdziłem, że czas się z Moraw ewakuować. Choć teoretycznie miałem cały ten dzień do dyspozycji i kolejny poranek.


Wróciłem więc pieszo do Kyjova, zapakowałem się w autobus i po 30 minutach wylądowałem w Hodoninie. Do pociągu miałem trochę czasu, więc poszedłem do dworcowej restauracji i przy gulaszu z knedlami świętowałem udany wyjazd.

Cztery godziny później byłem już w Polsce.


Gdybyście zastanawiali się jeszcze nad tym gdzie spędzić majówkę, to z pewnością Morawy Południowe mogę polecić jako miejsce na tego rodzaju wypad. Możliwości spędzania czasu jest mnóstwo - w okolicy Starego Miasta (cz. Stare Mesto u Uherskeho Hradista) znajduje się zamek Buchlovice, blisko jest również do Lednic, w których znajduje się jeden z najsłynniejszych pałaców Republiki Czeskiej, wreszcie jednodniową wycieczkę można zrobić także do Mikulova czy Brna. Spacery pośród pól nie muszą być głównym i jedynym celem przyjazdu.

Oczywiście najwygodniejszym sposobem dojazdu jest samochód, ale dla chcącego nie ma nic trudnego - z Polski do Brna dostaniemy się bez większego problemu, można również wybrać jeden z kilku dziennych pociągów dojeżdżających z Warszawy/Katowic/Krakowa do Brzecławia czy Hodonina. Poruszanie się na miejscu transportem publicznym jest wygodne i tanie, właśnie z uwagi na sprawnie funkcjonujący Zintegrowany Transport Kraju Południowomorawskiego (IDS JMK).

Macie więcej pytań odnośnie Moraw Południowych? Pytajcie śmiało w komentarzach, wysyłając maila albo w wiadomości prywatnej na facebooku.

Tymczasem do usłyszenia!

KOMENTARZE

7 comments:

  1. Nawet miasto pięknie fotografujesz. O Brnie wiele słyszałam, ale sama nigdy jeszcze tam nie byłam.
    Faktycznie początkowo ani jednej chaty i tylko ten wszechobecny rzepak, piękne sielskie klimaty.
    Ależ Ty pięknie oddajesz uroki tej pagórkowatej przestrzeni... To jest po prostu niesamowite co wyczarowałeś swoim aparatem. Chciałabym się uczyć od Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ukłony... Akurat fotografowanie miast zawsze było dla mnie o wiele trudniejsze, stąd bardzo mi miło czytać te słowa.

      Morawy Południowe są piękne, czasem nie wiadomo gdzie kierować obiektyw. Polecam!

      Usuń
  2. Sielskie widoki, za które uwielbiam Rep. Czeską :) Nawet niektóre zdjęcia wydają się trochę podkolorowane ;)

    A co do Brna to nie do końca zgodziłbym się z tą opinią o zabytkach i przeciętnej - zdaje się, że to miasto numer 3 w kraju pod względem ilości zabytków. Choć faktycznie większość z nich pochodzi z XIX/początku XX wieku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabytków może jest i sporo, ale czy jakieś wyróżniają się na tle całej Republiki? Wyjątkiem jest z pewnością Willa Tugendhatów, ale jestem przekonany, że nie każdy doceni geniusz jej architektury. Toruń zdaje się jest numerem 2 w Polsce pod względem liczby budynków wpisanych do rejestru zabytków, ale czy chcąc polecić konkretne miejsca w naszym kraju przybyszowi z zewnątrz wymieniłbym go na drugim miejscu? Raczej nie.

      Ja nie chciałbym, żeby Brno było uznawane za jedno z najpiękniejszych miast Republiki, bo to uczyniłoby z niego drugą Pragę, Ołomuniec albo Karlowe Wary. To co jest dla mnie fantastyczne, to fakt że spędzając nawet te parę dni na miejscu można zobaczyć jak wygląda życie miejscowych, którzy nie są gdzieś tam pochowani za przelewającymi się turystami.

      Pozdrowienia i wesołych świąt!

      Usuń
    2. Chyba tak ;) Najgorsze wrażenie Brnie sprawia dworzec autobusowy i okolica bardziej przemysłowa , ale im bliżej centrum jest coraz lepiej :)

      Usuń
  3. Urzekające przeżycia :) U nas rzepakowe pola jeszcze nie tak dojrzałe ;)
    Pozdrawiam i gratuluje udanej eskapady :)
    Bukowiański młyn :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne tereny, nic tylko chodzić, wdychać, nasłuchiwać ;)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń

Back
to top