Wokół Zazriwej po szczytach Magury Orawskiej - Minczol, Kubińska Hala i Paracz

 

W ramach dalszego poznawania Słowacji w sierpniu 2020 roku, krótko po tym jak po covidowych ograniczeniach można było ponownie swobodnie przekroczyć granice, postanowiłem wreszcie zajrzeć w jeden z najsłabiej znanych mi fragmentów tego kraju, który, co zawsze wzbudzało we mnie uśmiech politowania, znajdował się przecież praktycznie zaraz za naszą granicą. Tym nieznanym mi skrawkiem była rzecz jasna... Magura Orawska.

W mojej opinii z Magurą Orawską jest trochę jak z Niżnymi Tatrami. Jej nazwa zapewne obiła się niejednej osobie o uszy, bo ileż to osób przyjeżdża w zimie poszusować na zboczach Kubińskiej Hali - czy analogicznie na Chopoku - ale z drugiej strony jaki odsetek tych samych ludzi powraca w te rejony w sezonie letnim? Stawiam dolary przeciwko orzechom, że o Magurze Orawskiej w sezonie letnim po prostu się zapomina. Skoro przez lata setki polskich turystów bez większych skrupułów mijało piramidę Wielkiego Chocza, to tym bardziej bez mrugnięcia okiem pozostawiano po swojej prawicy wał Magury Orawskiej, która, gdyby nie spory ośrodek narciarski stanowiący tańszą alternatywę dla wspomnianego Chopoka, dołączyłaby do grona tych niezliczonych pasm górskich na Słowacji, nieistniejących w świadomości większości polskich turystów.

Z drugiej strony, jeśli o niej nie zapominamy, to po prostu brakuje czasu. Ten problem dotyczył i mnie - ileż ja razy miałem bowiem się tam wybrać, choć przyznam szczerze, długo nie do końca wiedziałem jak Magurę Orawską ugryźć. Jechać na krótko, czy raczej na dłużej? Z namiotem w poprzek pasma czy może na jednodniowe wycieczki? W końcu padło na pewnego rodzaju kompromis, czyli wypad z namiotem, ale tylko dwudniowy. I ten kompromis chciałbym Wam przedstawić.

Zachodnia część masywu Paracza - z lewej Jaworzynka, z prawej w głębi sam Paracz oraz Przysłopiec (Prislopec)

Ale najpierw standardowo drobne wprowadzenie*. Magura Orawska (Oravská Magura) jest pasmem zamykającym pierwszą dziesiątkę najwyższych gór na Słowacji, z najwyższym punktem w postaci południowego wierzchołka Minczola wznoszącego się 1396 m n.p.m. Powyżej 1300 metrów wznoszą się tu jeszcze cztery inne szczyty: północny wierzchołek Minczola (wyraźny acz bez oznaczenia koty na mapach), dwa wierzchołki w masywie Kubińskiej Hali (główny - 1346 m n.p.m. oraz tzw. Czarny Wierch - 1319 m n.p.m.) oraz Paracz (1325 m n.p.m.). Pasmo to jest częścią tzw. Beskidów Średnich (Stredné Beskydy) podobnie jak Góry Kisuckie (Kysucká vrchovina), Kisuckie (Kysucké Beskydy) i Orawskie Beskidy (Oravské Beskydy), zatem jest zaliczane do Zewnętrznych Karpat Zachodnich (Vonkajšie Západné Karpaty) inaczej niż pobliska Mała Fatra, która należy do Wewnętrznych Karpat Zachodnich (Vnútorné Západné Karpaty).

Przebieg głównego grzbietu M. O. nadaje pasmu nieco esowaty charakter, przy czym dosyć głębokie przełęcze dzielą pasmo górskie na trzy odrębne części. Na północnym-zachodzie wznosi się dzikie i skomplikowane topograficznie pasmo Paracza, które poprzez Siodło Wasylowskiej Hali przechodzi w najwyższą i zarazem najbardziej popularną część - pasmo Minczola i Kubińskiej Hali. Te zaś urywa się w rejonie głęboko wciętej Przełęczy Przysłop (815 m n.p.m.), znanej dzięki przebiegającej tu szosie z Namiestowa do Orawskiego Podzamcza, skąd, aż do Jeziora Orawskiego, wznosi się pasmo Budina (1222 m.n.p.m.).

Magura Orawska jest jednym z najbardziej na północ wysuniętych pasm górskich na Słowacji. W niektórych miejscach dystans między polskim Beskidem Żywieckim a jej północną granicą (np. między Oszusem a doliną Białej Orawy) w linii prostej oscyluje wokół pięciu kilometrów. Warto jednak wspomnieć, że Magura Orawska nie graniczy z żadnym pasmem górskim, które przyjęlibyśmy także jako polskie: skrajnie na północ wysunięte pasmo Paracza otoczone jest od północy tzw. Wyżyną Podbeskidzką (Podbeskydská vrchovina), której zachodnia część, Płaskowyż Leśniański (Lesnianska planina), oddziela Magurę Orawską od Beskidów Orawskich, czyli jednego z dwóch odpowiedników "naszego" Beskidu Żywieckiego. Poza Wyżyną Beskidzką M. O. graniczy także z Górami Kysuckimi na zachodzie oraz Pogórzem Orawskim vel Wyżyną Orawską (Oravska vrchovina) na południu. Wśród sąsiadów próżno szukać Małej Fatry, choć te wydają się przecież ze sobą sąsiadować - i myślę, że to interesująca ciekawostka.

*Opisy topograficzne gór Słowacji są przygotowywane na podstawie słowackiego podziału Karpat

Masyw Minczola i Kubińskiej Hali

W drodze na Słowację towarzyszył mi tym razem Krystian, z którym wyruszyliśmy z Gliwic, nim nastał świt. Naszym celem była Zazriwa, figurująca z powodu swojego malowniczego położenia na skraju trzech pasm górskich - Gór Kisuckich, Małej Fatry i właśnie Magury Orawskiej - od dawna na mojej prywatnej liście miejsc do odwiedzenia. Humory mieliśmy doskonałe - zapowiadała się świetna pogoda, a przede wszystkim pierwszy raz od momentu wybuchu pandemii wracaliśmy na Słowację. Nie było siły - ten wyjazd musiał się zatem udać.

Droga? Klasyka. Gliwice, Żory, Pruchna, Hażlach, Cieszyn, Trzyniec, Mosty, Czadca. W Kraśnie odbiliśmy na Starą Bystrzycę skrócikiem, o którym warto pamiętać w przypadku podróży do Terchowej lub właśnie Zazriwej. W "turystycznej stolicy Małej Fatry" zatrzymaliśmy się jeszcze przy bankomacie a potem, wyposażeni już w euro, kontynuowaliśmy podróż do celu. W Zazriwej, przy głównym placyku wsi byliśmy kilka minut po siódmej.


Przebraliśmy się, zerknęliśmy na tablice informacyjne i gdy słoneczko już niestety dosyć mocno grzało ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę opłotków miejscowości...


Pierwszy miły postój odbyliśmy w dosyć niespodziewanym miejscu, czyli przy ruinach tzw. Starego Kościoła, który nas absolutnie ujął. Krystian szybko porównał go do kamiennych obiektów sakralnych, które widzieliśmy po francuskiej stronie Pirenejów.

Ruiny tzw. Starego Kościoła

Spod kościoła otwierały się też widoki na idylliczne okolice Zazriwej, dla których przez lata chciałem tutaj dotrzeć. No to chodźmy zatem po więcej!


Powyżej kościoła szlakowa ścieżka zanurzyła się na dłużej w rzadkim lesie pokrywającym zbocza Palenicy (856 m n.p.m.). Świat tu wydawał się pulsować, z gęstych traw dobiegał festiwal różnorakich dźwięków sugerujących najprzeróżniejsze aktywności miejscowych owadów, którym wręcz w pracy nie wypadało przeszkadzać. 

Początek szlaku...

Przemknęliśmy sobie cichuteńko pośród tych wszystkich brzęków i bzyków aż naszym oczom ukazał się łatwo rozpoznawalny masyw Minczola, który mieliśmy odwiedzić nazajutrz...

Pierwsze widoki...

Pod słońce masyw Minczola

Urokliwe pola i łąki w okolicy Zazriwej...

Sama ścieżka swoim rachitycznym kształtem utwierdzała nas w przekonaniu, że doprowadzi nas w rzadko odwiedzane zakamarki, choć doświadczenie uczyło, że warto ekscytację dusić w sobie, mając za to oczy dookoła głowy i bacznie obserwować znaki.

A komu tak spieszno po widoki?

Pasmo Hrcovej Kecki

Na przełęczy zasugerowałem żeby odejść od właściwej ścieżki i podskoczyć na pobliski wierzchołek wspomnianej Palenicy. Krystian jednak zaoponował twierdząc, że poczeka na mnie w cieniu na ławeczce, która miała się nam wkrótce trafić. Pożegnałem go machnięciem ręki i szybkim krokiem pomaszerowałem przez pola uprawne w poszukiwaniu właściwej kulminacji...

W stronę wierzchołka Palenicy

Nim jednak na nią trafiłem obróciłem się za siebie i z zadowoleniem mlasnąłem. To była zdecydowanie dobra decyzja, a widok na Jaworzynę, którą mieliśmy w planach na najbliższe godziny, był zaiste doskonały w tym połączeniu z upstrzonymi leśnymi gęstwinami w nieładzie rozrzuconymi po okolicznych wzgórkach...

W tle szczyt Jaworzynki...


W końcu osiągnąłem i samą Palenicę. Widok z wierzchołka okazał się być ograniczony do wystawy północnej i południowej, ale krajobraz ujmował bogactwem polnych kwiatów i panoramą pewnej skalistej piramidy...

Na Palenicy...

Zapewne się domyślacie, że pod określeniem skalistej piramidy kryły się Rozsutce - tak, z Palenicy wydawały się być na wyciągnięcie ręki, choć z uwagi na wysokość szczytu widok ten koncentruje się głównie na równoleżnikowo wyciągniętym wale masywu Małego Rozsutca. Większy brat wydaje się chować, choć jego majestatyczna korona pozostaje widoczna.

Rozsutce...

Doskonale widać było też otoczenie doliny Zazriwki - dopływu Orawy rozdzielającej na swym przełomowym odcinku masyw Hrcovej Kecki od reszty Krywańskiej Fatry. I tu warto wrócić znów do słynnych (kto śledzi uważnie relacje ze Słowacji ten wie o co chodzi) rozważań na tle polsko-słowackich różnic w pojmowaniu podziałów między poszczególnymi pasmami górskimi w Karpatach - cały ów masyw Hrcovej Kecki jest jednym z przedmiotem sporów, bowiem, według Balona i Jodłowskiego jest on już częścią Magury Orawskiej a nie Małej Fatry. Tymczasem, jak już mogliście przeczytać na wstępie, podział słowacki nie tylko nie przyjmuje granicznej roli Zazrivki, ale nawet nie dopuszcza do siebie granicy między Magurą Orawską a Małą Fatrą!

Widok w dół doliny Zazriwki...

Specyfika słowackich, dużo bardziej skomplikowanych podziałów, wydawała się być zresztą dużo bliżej mnie niż wąwóz Zazriwki. Działo się tak za sprawą... samej Palenicy, która nie należała wcale ani do Magury Orawskiej, czyli głównej bohaterki dzisiejszej relacji, ani tym bardziej do Małej Fatry - znajdowaliśmy się bowiem z Krystianem chwilowo w najbardziej na wschód wysuniętej części Gór Kisuckich (Kysucka vrchovina). Tych samych, w sprawie których dogadać się nie mogli polscy geografowie, przesuwając jakiś czas temu ich dotychczasową granicę na wschód - do doliny Zazriwki - zagarniając w ten sposób masyw Pupowa, który tym samym zastąpił L'adonhorę na fotelu lidera. Upodobniliśmy się wtedy w naszym rozumieniu do Słowaków, choć wciąż pewne różnice pozostały - do nich należała Palenica, z której tamtego dnia podziwiałem panoramy.

Swoje rozważania musiałem jednak zacząć prowadzić w trakcie marszu, spojrzenie na zegarek przypomniało mi bowiem, że czas nieubłaganie leci, a Krystian gotów wypić w oczekiwaniu na mnie wszystkie zapasy wody. Ruszyłem więc pospiesznie z powrotem w stronę przełęczy, by na nieco zbutwiałej ławeczce położonej przy kapliczce odnaleźć mojego towarzysza kończącego właśnie kanapkę. Postanowiłem zatem wykorzystać moment by uzupełnić płyny w przerwach między haustami streszczając swoje wrażenia ze swojego drobnego wyskoku.

Chwilę później już jednak wspólnie maszerowaliśmy. Szlak gwałtownie skręcił, opuszczając drogę do osady Gronie (Grune) i zaczął podchodzić powodując trochę szybsze bicie serca.

Fragment nieco ostrzejszego podejścia

Na kolejne apetyczne miejsce długo nie musieliśmy czekać - po kilku minutach wspinaczki trafiliśmy na zarastającą polanę z widokiem na Palenicę i, ponownie, szczyty Małej Fatry.

I znów wspaniałe widoki

A tam jeszcze przed chwilą byłem 😊

Za każdym razem przyjeżdżając w te rejony upewniam się w przekonaniu, że okolice Terchowej to absolutnie genialne miejsce na aktywnie spędzony urlop i nie chodzi tu tylko o samą Małą Fatrę dla której Terchowa jest rzeczywiście świetną bazą wypadową - wokół jest tyle fantastycznych szlaków - pieszych, rowerowych - że jeśli tylko kondycja na to pozwala, to bez większego trudu zagospodaruje się nawet dwutygodniowy urlop. Dodatkowo, za miedzą leżą Beskidy Kisuckie i Beskidy Orawskie wraz z Jeziorem Bystrzyckim, Magura Orawska czy piramida Wielkiego Chocza, a gdyby komuś zbyt dużo było gór, to w pogotowiu są przecież jeszcze pobliskie zamki - w Orawskim Podzamczu i Strecznie, a nadto zalany kamieniołom w Karpielanach i nieprzesadnie daleko baseny w Beszeniowej. Naprawdę sporo tych atrakcji.


Poza głównymi szlakami Małej Fatry w okolicy Terchowej też trudno szukać tłumów. W naszym przypadku pierwszą spotkaną osobą tego dnia, okazał się być pasterz, choć nasz kontakt ograniczał się do tego, że zawezwał on na nasz widok psy, które bacznie nas obserwowały. Żeby już nie kusić losu, kierdel sfotografowałem dopiero, gdy odeszliśmy na większą odległość.


Notabene siodełko, w którym trwał wypas owiec, stanowiło właśnie granicę między Górami Kisuckimi a Magurą Orawską (wg słowackiego podziału). Na północ od niego wznosi się zbocze Jaworzynki, które w swojej dolnej części jest bezleśne, co czyni zeń świetne miejsce widokowe. Widok stąd jest znacznie szerszy niż uprzednio - widać bowiem stąd już nie tylko Rozsutce, ale także Stoha czy inny fragment najwyższych partii Małej Fatry - z Wielkim Krywaniem na czele.

Obłędny widok na Małą Fatrę

Taki dokładnie widok otrzymujemy ze szlaku koloru niebieskiego

Ale to nie koniec dobroci, bo widok na wschodnią stronę jest niemniej apetyczny, głównie ze względu na jakąś taką dzikość w sobie i wieloplanowość. Panorama sięga tam aż po Chocza i zarys Niżnych Tatr...

Krystian z Wielkim Choczem w tle

Długo posiedzieliśmy w tym uroczym miejscu, a posiedzielibyśmy jeszcze dłużej gdyby nie to, że w pewnym momencie po drugiej stronie trawiastego siodła, na którym minęliśmy się z owieczkami, wyłoniła się grupa nieco starszych turystów na oko wyglądająca jak wycieczka koła PTTK. Mieli na sobie kraciaste koszule i kapelutki na głowie, zresztą, jakby mnie ktoś zapytał kto się błąka po takich Górach Kysuckich albo wybiera na Paracz to z góry bym odpowiedział, że w pierwszej kolejności amatorzy takich organizacji.

Pierwszy raz na dłużej w lesie

No więc, żeby nie czuć na sobie czyjegoś oddechu, czmychnęliśmy na ich widok z powrotem na szlak. Ten zgodnie z oczekiwaniem ukrył się w gęstym lesie i nie wychodził z niego aż do osiągnięcia samego wierzchołka.

Końcówka podejścia

Samo podejście momentami jest naprawdę strome, ale jest w tym pewna dobra rzecz - mianowicie gdy stromizna zaczyna dawać do wiwatu, to znak, że jesteśmy blisko wierzchołka. A przynajmniej grani, bo sam wierzchołek pozostawia się po boku.

Rozstaje pod wierzchołkiem Jaworzynki

Mimo braku widoków (wręcz absolutnej dziczy) po osiągnięciu grzbietu zrzuciliśmy na chwilę plecaki, żeby odsapnąć i uzupełnić płyny. Ten dosyć wymagający, ale bardzo krótki kawałek, był też w zasadzie jedynym bardziej męczącym na trasie - dalej przez dłuższy czas miało być całkowicie spacerowo.

Gęstwina na Jaworzynce


Między Jaworzynką a Okrąglicą (żeby było śmieszniej Jaworzynkę zarówno od zachodu jak i od wschodu otocza jakaś Okrąglica 😉) natrafiliśmy na resztki dawnej hali. Nie warto jednak podchodzić do niej z lekceważeniem - to ostatni moment by złapać trochę słońca nim na naprawdę dłuższy czas zniknie się w lesie 😃


W tym dosyć ciepłym dniu przez las szło się jednak przyjemnie. Za Okrąglicą zatrzymaliśmy się na moment przy rozstajach by odprowadzić wzrokiem zielone paski - tu podpowiedź dla szukających niebagatelnych pomysłów na wycieczkę - zielony szlak to jeśli się nie mylę fragment najkrótszego znakowanego połączenia Polski z Małą Fatrą - idzie aż na Talapkov Beskyd (u nas znany jest on jako Bukowina), który to wznosi się w Worku Raczańskim nieopodal Przełęczy Przysłop. Wytrawny turysta bez problemu zajdzie więc jednego dnia z takiej Soblówki przez ową Bukowinę na Jaworzynkę skąd zejdzie do Zazrivej (to 27 km). A następnego dnia dzięki czerwonemu szlakowi może zajść już na Rozsutec (9 km).

No przyznać się, kto był świadom, że to tak blisko? 😉


Do przełęczy, w którym szlak przecina asfaltową drogę z Zazrivej do Orawskiej Leśnej, szliśmy w milczeniu. Na siodle na chwilę się rozdzielamy - mapa wskazywała źródło nieopodal, zostawiłem więc plecak i zabrawszy butelkę swoją i Krystiana udałem się samotnie na poszukiwanie wodopoju. Ten w rzeczy samej okazał się istnieć, choć zejście z drogi do głębokiego jaru przysporzyło mi niemało kłopotu.

Po powrocie na przełęcz spocząłem z ulgą nieco zatroskany zbliżającym się podejściem na Paracz, które jawiło się jako dosyć długie. 

W drodze na Paracz

W końcu trzeba było się za nie jednak zabrać. Dłużyło nam się, ale zdecydowanie nie było tak męczące jak się spodziewałem. Fun fact: Paracz to zdecydowanie góra z gatunku tych, przy których zdobywaniu zastanawiasz się, z której strony wyjdzie ci na drogę niedźwiedź 😉 Okolice wierzchołka porasta bowiem gęsty las i wysokie krzaczory, a ścieżka wije się tu pośród zbutwiałych kłód drewna - czasem coś złowrogo zaszeleści i tym samym wyobraźnia pracuje 😆


Tabliczki do których z czasem dotarliśmy, podobnie jak na Jaworzynce, okazały się być nieco oszukańcze, gdyż pokazywały wysokość wierzchołka, który szlak ponownie pomijał. Dla amatorów właściwego zdobywania mam jednak dobrą wiadomość - mijaliśmy rzadką ścieżkę ewidentnie na czubek Paracza zmierzającą. W końcu Paracz - w zależności od metodyki liczenia - jest drugim albo trzecim najwyższym szczytem Magury Orawskiej i na pewno najwyższym w północnej części tego pasma górskiego. A więc z pewnością trafia do albumu niejednego kolekcjonera.


Zresztą, jakby tego było mało, jest w tym szczycie też coś tajemniczego. Ta tajemniczość objawia się między innymi w tym co już prześmiewczo wspomniałem - szczytowych gęstwinach, z którymi podczas wizyty trzeba się zmierzyć - ale zderzyć się z nią można jeszcze bardziej jeśli spojrzymy na mapę. Ta może nam bowiem uświadomić na skraju jakiego odludzia się znajdujemy - mianowicie, ku północy od Paracza i sąsiadującego z nim Przysłopca, odchodzą trzy boczne ramiona - Surowego Wierchu, Nowego Wierchu i Szczebla. Ciągną się one do doliny Białej Orawy, są całkowicie niedostępne turystycznie i mocno zalesione, przez co wydają się być owiane tajemnicami.

Najstarsi Orawiacy zapewne jednak pamiętają, że z tą wysoką lesistością, to nie zawsze tak było. W ogóle, robiąc sobie wycieczkę szlakami Magury Orawskiej naprawdę warto zdać sobie sprawę z tego, że jeszcze nie tak dawno temu było ono pełne widokowych hal, co potwierdzają przedwojenne mapy WIG.

Krążąc po płaskim wierzchołku Paracza

Sam Paracz miał być jednak zalesiony i 100 lat temu, choć gigantyczna hala podchodziła blisko wierzchołka. Dziś tylko gdzieniegdzie pomiędzy drzewami można coś wypatrzeć a w celu podziwiania szerszych panoram trzeba się udać na Przysłopiec (Prislopec - 1258 m n.p.m.), do którego z Paracza pozostaje mniej więcej 30 minut drogi.

Nie zabawiliśmy więc zbyt długo i sprawnie rozpoczęliśmy zejście. Dla odmiany było ono bardzo łagodne i przyjemne, tak naprawdę rzec można, że od tego momentu trasa którą szliśmy stała się znów bardzo relaksująca.  


Na skraju pozostałości dawnej, niekończącej się hali na Przysłopcu, minęliśmy się z trzema turystami - były to tak naprawdę pierwsze spotkane osoby nie licząc tych, które siedziały w mijających mnie samochodach, gdy szedłem po wodę nieopodal przełęczy po zachodniej stronie Paracza. Trudno narzekać, prawda?

Zakątek był bardzo ustronny i uśmiechał się do nas, ale mając do celu już naprawdę niewielki kawałek, postanowiliśmy nie ulegać pokusie. Oczami wyobraźni widzieliśmy bowiem przed sobą rozłożony namiot a przed nim rozłożoną kuchenkę z bulgoczącą wodą. Na to mieliśmy już też niebagatelną chrapkę.

Niegdyś masyw Przysłopca był jedną wielką halą

Dziś już nie ma tu zachowanej ciągłości 


Na Przysłopcu porzuciliśmy nasz zaprzyjaźniony niebieski szlak i podobnie jak wczesnym rankiem daliśmy się prowadzić znakom koloru zielonego. Wszystko po to by po wytraceniu kilkudziesięciu metrów osiągnąć skraj Hruszczyńskiej Hali, miejsca zdecydowanie słabiej znanego niż nieodległa Kubińska Hala, a jednocześnie na pewno nie mniej spektakularnego.

Jeśli chodzi o widoki to te są tu najbardziej atrakcyjne w najwyższej jej części - podchodzącej pod mniej więcej 1200 m n.p.m. Hala pokrywa tam jednak na tyle strome, wschodnie zbocze Przysłopca, że chcąc znaleźć miejsce pod biwak warto udać się trochę niżej, najlepiej na drugi, wschodni kraniec hali.

Hruszczyńska Hala - ukryte piękno Magury Orawskiej

Hruszczyńska Hala cechuje się też tym, że poszczególne jej części różnią się mocno widokami - dla przykładu Tatry widać tylko z jej najwyższej, zachodniej części, w części wschodniej za to dostrzec można wierzchołki Małej Fatry. Bez wątpienia warto mieć więc oczy cały czas szeroko otwarte i wypatrywać zmian w otoczeniu, dobrze zjawić się tu o różnych porach dnia. A taką możliwość zagwarantuje nam biwak w tymże atrakcyjnym miejscu 😋


Na miejsce pod namiot wybieramy ustronny fragment trawiastej połaci znajdującej się pod wysokim świerkiem wybornie osłaniającym nas od niedalekiego szlaku. W sąsiedztwie znajdowała się też ławka i stół, co też zdecydowanie ułatwiało przygotowanie wieczerzy.

Pora była jednak na tyle wczesna, że nim zabraliśmy się za prawdziwe gotowanie, zaspokoiliśmy głód przekąskami i pozwoliliśmy sobie na błogie lenistwo na powyciąganych karimatkach. I tak z dobre półtorej godziny. Piękna sprawa.

Kubińska Hala, Minczol i Wasylowska Hala


Mniej więcej o w pół do siódmej wziąłem aparat i pomaszerowałem ponownie w górę hali. Pod wieczór bardzo ładnie prezentowała się Babia Góra, która oddalona jest w linii prostej o zaledwie 35 kilometrów.


Szkodą dla hali jest jednak to, że jej najwyższa, ta najbardziej widokowa część, dosyć wcześnie traci dostęp do światła, w efekcie czego traci nieco swoje walory krajobrazowe. Ale może jak nie o zachodzie to może o wschodzie...?

Popołudniowe widoki


Podczas powrotu ponownie moją uwagę przykuła Babia - o zachodzie słońca zdecydowanie najciekawiej się tu prezentująca...

W oczekiwaniu na zachód słońca...

O 19:15 wróciłem w pobliże obozowiska i chwilę później zaczęliśmy przygotowania do ogniska, począwszy od zabezpieczenia sporej dawki chrustu. Przed 20 płomienie już wesoło tańczyły a my mogliśmy zająć się przygotowaniem wieczerzy...


O zmierzchu zaczaiłem się jeszcze na wspomniane wcześniej szczyty Małej Fatry nieśmiało wyglądające zza lesistego grzbietu, który następnego dnia mieliśmy pokonywać...

Nieśmiało wyglądająca Mała Fatra...

Wieczór i noc były bardzo spokojne, zgodnie z naszymi przewidywaniami w sąsiedztwie, poza pasterzem rezydującym w swojej przyczepie na hali, oraz lokalną młodzieżą, która przemknęła na quadach, nie pojawił się absolutnie nikt. Zjedliśmy co było do zjedzenia, wypiliśmy co było do wypicia i zadowoleni z całego dnia poszliśmy spać.

DZIEŃ II

Spało się świetnie. Bardzo miło do dziś wspominam miejscówkę, którą wybraliśmy, bo rzadko kiedy (o w Jaworzu pierwszej nocy się taka trafiła!), trafił nam się płaski i obrośnięty delikatną trawką skrawek ziemi, prawie że pozbawionej zupełnie potrafiących bez skrupułów wybudzić nawet z głębokiego snu korzeni.

Pobudkę urządziliśmy o 7.30, czyli dosyć późno zważywszy na fakt, że niespieszny tryb, który włączał się dosyć często na letnich wyjazdach, oznaczał dwie godziny zbierania się. Najpierw przeciąganie się przez kwadrans, potem mozolne wyciąganie rzeczy na śniadanie i poklepywanie się po twarzy w oczekiwaniu na zagotowanie się wody na kawę. Potem posiłek, zasłużony odpoczynek po jedzeniu, a następnie, gdy już odezwą się wyrzuty sumienia, spacer do źródełka w celu umycia brudnych naczyń. I dopiero wtedy składanie ekwipunku biwakowego, pakowanie od zera plecaka i wreszcie wymarsz. Oczywiście, gdy na termometrze jest już bliżej 25 niż 20 stopni Celsjusza a czoło zaczyna domagać się ręcznika...


Nieco ociężale, ale na szlak jednak ruszyliśmy. Trzeba tu też szczerze przyznać, że choć czasami początki bywają trudne, to rozpędzona maszyna w trasie nim na powrót zostanie wyhamowana, potrafi pracować bardzo długo - dotyczy to zwłaszcza Krystiana 😉

Pora była natomiast odpowiednia dla podziwiania Hruszczyńskiej Hali. Po dziewiątej rano było tu bardzo ładnie. I bardzo karpacko.

Krajobraz Hruszczyńskiej Hali

Okładkowy widoczek z Hruszczyńskiej Hali w stronę Budina i Tatr


Pierwszym naszym celem był powrót na szczyt Przysłopca. Tu jednak drobna wskazówka - dzięki drodze stokowej na sam wierzchołek można ominąć trawersem, ucinając konieczność ponownego jego zdobywania.

Po odnalezieniu niebieskich pasków obraliśmy azymut 180 stopni i ruszyliśmy w stronę Minczola, a dużo wcześniej jeszcze - Bzińskiej Hali.


Początkowy, zejściowy odcinek wiódł przez las, w którym na palcach jednej ręki można było wymienić niewielkie przecinki. Trochę więcej odkrytej przestrzeni pojawiło się dopiero w okolicach szczytu Minczol - ale nie tego najwyższego w Magurze Orawskiej lecz pewnego niewyraźnego wyrostka położonego praktycznie w centralnej części pasma, spinającego de facto dwa równoleżnikowo biegnące grzbiety - pierwszy, zlokalizowany na północy, z Paraczem w roli głównej, i drugi, nieco przesunięty na wschód względem pierwszego, biegnący przez szczyty Minczola, Kubińskiej Hali, oraz Budin i Magurkę aż po Jezioro Orawskie.

Sama Wasylowska Hala znajdująca się na południe od głównej kulminacji Minczola, podobnie jak wcześniej Hrusztyńska Hala, okazała się być zaiste wspaniała, przy czym, za sprawą dochodzącego tu żółtego szlaku, sprawiała wrażenie znacznie częściej odwiedzanej. Przechodząc tędy miałem wrażenie, że o to przemierzam granicę między dwoma światami; światem wyjętym z opracowań i kolorowych stron w internecie, takim, który z powodu braku danych oznacza się na mapach na szaro, a światem mocno przeobrażonym, pachnącym rodzinnym piknikiem i okazjonalnym grillem. I egoistycznie, a może po prostu nostalgicznie, było mi tego podziału żal.


Skąd moje odczucia? Choć na starszych mapach brakuje tej informacji, to od jakiegoś czasu 250 metrów poniżej hali, w dolnej części ośrodka narciarskiego Ski Zabawa Hrusztyn, istnieje sobie całkiem przyjemny hotelik, który, jak i sam ośrodek, jest dostępny oczywiście całkiem dobrą asfaltową drogą, dzięki której dotrzeć tam to naprawdę nie problem. No a spod hotelu na grań - siup - rzut beretem, godzinka marszu, w istocie sensowna sprawa. W gruncie rzeczy, kto normalny wybrałby drogę przez jakiś zarośnięty Paracz. 

Na Wasylowskiej Hali

O tej dość wczesnej porze jak na niedzielę, Wasylowska Hala była jednak jeszcze względnie spokojna i o dziwo, udało się ją sfotografować bez sylwetek innych turystów w tle.

Minczol z Wasylowskiej Hali

Po przejściu przez południową część hali zagłębiliśmy się na powrót w świerkowych lasach, rozpoczynając podejście na drugi tego dnia, ten nieco wyższy, Minczol. Podejście zwłaszcza na początku dosyć strome, w dalszej fazie jednak dużo łagodniejsze i nawet trochę dłużące się momentami.

Najwyższy szczyt Magury Orawskiej to w ogóle przypadek nieco podobny do małofatrzańskiej Wielkiej Łąki - formalnie wyróżnia się te dodatkowe szczyty w jej masywie - w jej przypadku takie Veterne czy Vidlicę - choć nie prezentują one żadnej znaczącej wybitności - w przypadku Minczola jest bardzo podobnie i można by uznać, że on i Kubińska Hala to tak naprawdę jedna góra o bardzo wydłużonym cielsku z mało imponującymi pomniejszymi kulminacjami.

Trawers Minczola

Wspomniałem, że momentami droga zaczyna się nieco dłużyć, bowiem po kilku minutach intensywnego podchodzenia szlak rozpoczyna trawers niższego północnego wierzchołka (ten o dziwo mimo wyraźnej sylwetki nie doczekał się nazwy) testując naszą cierpliwość. Czułem się wtedy trochę jak taki mały chłopczyk, który z wielkim optymizmem podbiega do każdego zakrętu licząc na to, że to właśnie za nim czeka już rozległa hala - to założenie jednak zbyt długo okazywało się naiwne, dlatego w końcu zacząłem dla odmiany zrezygnowany powłóczyć nogami 😉

No i jest wreszcie hala...

Hala jednak istniała i w pewnym momencie się pojawiła w zasięgu wzroku, a mnie ogarnęło kolejny raz zdziwienie, bowiem nie sądziłem że jest tak rozległa (poczuciu rozległości dodawał również fakt bardzo płytkiego i szerokiego w tym miejscu grzbietu). Generalnie muszę przyznać - pierwsze wrażenie było naprawdę dobre...


Ponieważ jednak, jak wspomniałem, grzbiet Kubińskiej Hali był dosyć przestronny, to w celu złowienia lepszych widoków należało podejść do jego południowej krawędzi. Tam już panorama zaczęła się robić naprawdę bardzo atrakcyjna, bo południowe zbocza opadają w stronę doliny Orawy stromo, przez co szeroka panorama staje się w istocie spektakularna, obejmując swym zasięgiem obszar od Tatr przez Skoruszyńskie Wierchy, Pogórze Orawskie, Góry Choczańskie (w tle także Niżne Tatry) aż po Wielką i Małą Fatrę...

Tatr nie trzeba nikomu przedstawiać

Spektakularny widok na okolice Dolnego Kubina i Góry Choczańskie z dominującym Wielkim Choczem - cz. I

Spektakularny widok na okolice Dolnego Kubina i Góry Choczańskie z dominującym Wielkim Choczem - cz. II

Majacząca Wielka Fatra z charakterystyczną parą Czarny Kamień-Ploska

Halne szczyty Krywańskiej Małej Fatry: kolejno Osnica, Stoh i Ściany (Steny)

Z uwagi na działającą także poza sezonem zimowym kolejkę linową oraz możliwość dojazdu własnym samochodem aż po stojącą pod grzbietem Chatę na Kubińskiej Hali, potrafi tu być naprawdę tłoczno, choć nasza wizyta pokazała, że ludzie gromadzą się raczej w górnej części hali, w pobliżu górnej stacji kolejki linowej. Nieco niżej, czyli tam gdzie niebieski szlak wychodzi z lasu od strony Wasylowskiej Hali, ludzi było znacznie mniej...

A zatem, nawet jeśli traficie na weekendowe tłumy, to warto trochę pokombinować - miejsca jest tu całkiem sporo.

Dolina Hruszczynki - widok w stronę Namiestowa i brzegów Jeziora Orawskiego

Zgodnie z przeczuciem, na Kubińskiej Hali jednak przesadnie długo nie zabawiliśmy. Co ciekawe, tłum tak szybko jak się pojawił, tak szybko i zniknął - wystarczyło doczłapać na główny wierzchołek Minczola - by spacerować w zupełnej ciszy. Trzeba przyznać, że absolutny brak widoków ratuje zatem najbliższą okolicę przed napływem turystów, choć wielu zapewne jest nieświadomych jego dużego uroku - mowa tu bowiem o pozostałościach lasu pierwotnego, objętych zresztą narodowym rezerwatem przyrody...
 
Minczol do kolekcji

Wspaniała leśna ścieżka

Z Minczola schodziliśmy na zachód, podążając dosyć długo przez leśne zakamarki, choć naprawdę charakter szlakowej ścieżki, i przede wszystkim, otoczenie, mogły przez ten czas bardzo się podobać. Przy odpowiednim oświetleniu oraz bogatym runie las potrafi wyjątkowo zachwycać...


Gdyby jednak komuś bardzo brakowało widoków to te pojawiają się poniżej szczytu Hlasnej Skali, skąd towarzyszą w zasadzie do samej Zazriwej. Z odsłoniętego grzbieciku widać między innymi masyw Paracza z charakterystycznym jego płaskim i gęsto porośniętym wierzchołkiem...

Łatwo rozpoznawalny dzięki swojej płaskości Paracz


Zdecydowanie najmilszym punktem widokowym jest jednak szczyt Pawlaszkowej Skałki, który można ominąć, niemniej w przypadku ładnej pogody absolutnie nie warto tego robić, gdyż jest to naprawdę niezły punkt do kontemplacji najwyższej części Magury Orawskiej, a przy okazji także Małej Fatry.

W prawo szlak na Pawlaszkową Skałkę w lewo szersza ścieżka, którą można szczyt ominąć

Stamtąd zeszliśmy...

Momentami czerwony szlak jest bardzo piękny!

Osnica, Stoh, Wielki i Mały Rozsutec

Niezależnie od tej wakacyjnej wizyty na czerwony szlak, w okolice Pawlaszkowej Skałki, zamierzam wrócić - tym razem na wiosnę. Grzbiet ten jest bowiem gęsto porośnięty drzewkami owocowymi, przez co w porze ich kwitnienia, musi się prezentować wspaniale.


Sielskie okolice Zazriwej...


Ostatnia prosta

Mimo idyllicznych krajobrazów na ostatniej prostej szliśmy bardzo żwawo z uwagi na doskwierającą przedburzową duchotę. To zawsze pewna wada tych wszystkich wakacyjnych wyjazdów w niższe góry: jeśli jest upalnie i duszno, to na takich wysokościach trudno poczuć ulgę. Z drugiej strony, wiadomo, ciepłe noce kiedy nie trzeba na biwaku w pośpiechu pakować się do śpiwora - kto przeżył, ten będzie wiedział o co chodzi 😅

Po powrocie do auta i przebraniu się w świeże ciuchy, postanowiliśmy jeszcze nie kończyć zupełnie pobytu w górach - podjechaliśmy na obiad do haluszkowni w Terchowej, żeby udany wyjazd podsumować przy talerzu kluseczek.

Co z tego podsumowania wyniknęło? Pętelka, którą wykonaliśmy okazała się być strzałem w dziesiątkę, idealnie odzwierciadlając dwie twarze Magury Orawskiej, a przy tym dzięki noclegowi na Hali Hruszczyńskiej nie wymagała włożenia nadludzkich sił, co było istotne zwłaszcza w kontekście wysokich upałów. Oczywiście nie pozwala ona ocenić całego tego pasma górskiego z uwagi na skoncentrowanie się tylko na zachodniej części, choć akurat część położona na wschód od przełęczy Przysłop, tj. pasmo Budina, ze względu na swoją mniej skomplikowaną topografię i wysokie zalesienie, wydaje się mi osobiście dużo mniej kusząca. Tym samym trudno mi sobie w najbliższym czasie powrót na szlaki Magury Orawskiej wyobrazić, natomiast jeśli Wy jej jeszcze nigdy nie odwiedziliście, to hale w zachodniej części pasma polecam bardzo serdecznie!

Do usłyszenia 😊

KOMENTARZE

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Back
to top