Graniami Alp Algawskich cz. X - Plattenspitze

Łańcuch górski: Alpy (Alpy Wschodnie)

Sektor: Północne Alpy Wapienne

Pasmo górskie: Alpy Algawskie

Podgrupa: Hornbachkette

Na zakończenie trekkingu wokół doliny Bernhardstal relacja z wyjścia na Plattenspitze - szczyt mało znany i mało rozpoznawalny, położony w cieniu innego, wyższego szczytu. Plattenspitze, czyli taki Furkot Alp Algawskich.

Plattenspitze zlokalizowany jest w sąsiedztwie popularnego Hermann-von-Barth Hütte a wędrówka nań pozbawiona jest większych trudności technicznych. Podstawowe wyzwanie to krucha skała - z pewnością warto zabrać kije trekkingowe. Ze szczytu interesująca panorama centralnej części Hornbachkette.


Kolejny dzień zaczął się wcześnie, ale tylko dla mnie. Krystian z Kamilem byli tak bardzo pogrążeni we śnie, że wszystkie próby ich zbudzenia spaliły na panewce. Nie przywykłem jednak do przejmowania się tym, dlatego po serii próśb i gróźb machnąłem ręką, przełożyłem kabanosy, batonika i małą butelkę wody z plecaka do pokrowca na aparat i tak wyposażony opuściłem schronisko.

Dysponując ograniczoną ilością czasu postanowiłem wybrać się na pobliski Plattenspitze, który znajduje się w zasięgu mniej więcej godzinnego marszu z Hermann-von-Barth Hütte. O samym schronisku zobowiązałem się opowiedzieć i do tematu jeszcze wrócimy, ale, jeśli pozwolicie, nieco później.

A więc, ku skalnym ścianom!

Początek drogi jest wspólny ze szlakiem na Krottenkopfscharte lecz ścieżka bardzo szybko odbija na północ w stronę progu Wolfebnerskar, witając śmiałków całkiem treściwym podejściem. Można podchodzić alternatywnie poprowadzoną ścieżką, wzdłuż wyrastającego po boku skalnego muru Wolfebnerspitzen (obie dróżki się potem spotykają), niemniej kruchość lokalnych skał do minimum każe ograniczać takie ryzykowne spacerki, w które raczej warto wybierać się z kaskiem.

Plattenspitze a z prawej popularne wśród wspinaczy turnie Wolfebnerspitzen (2432; 2427 m n.p.m.)

Dno Wolfebnerskar okazało się być wypełnione zmrożonym śniegiem, co nieco utrudniło orientację, gdyż z mapy jednoznacznie wynikało, że po przekroczeniu progu powinienem przejść na przeciwległe zbocze przecinając jego dno. Problem polegał jednak na tym, że na śniegu żadnych wyraźnych śladów nie było, zaś z uwagi na wielość dróg wspinaczkowych poprowadzonych w zachodnich ścianach Wolfebnerspitze - i co za tym idzie także śladów wspinaczy próbujących dotrzeć pod ścianę - trudno było z większej odległości oszacować, która ścieżka jest właściwa.

Metodą prób i błędów udało się trafić na właściwe tory, choć brak wyraźnych oznaczeń warto mieć na uwadze, przygotowując się do wędrówki. Drugą rzeczą o której lepiej nie zapomnieć, są kijki trekkingowe, ułatwiające zapieranie się podczas podejścia na Wolfebnerscharte, bowiem stan ścieżki okazał się być po prostu katastrofalny, a ja po pokonaniu w żlebie 100 metrów w pionie zastanawiałem się czy zejdę w jednym kawałku, bowiem chwila dekoncentracji wydawała się grozić zwichnięciem kostki.

Wolfebnerkar i w tle Alpy Lechtalskie

W linii prostej z Wolfebnerkar na Wolfebnerscharte jest naprawdę blisko, co przy okazji tłumaczy dlaczego na klasycznej mapie w przypadków problemów orientacyjnych trudno szukać jakiejkolwiek pomocy. Niemniej jednak, mimo niewielkiej odległości, dystans trudno sprawnie pokonać, bo teren jest naprawdę sypki.

Piargi - tragedia...

Wychodząc na zaskakująco szeroką Wolfebnerscharte (2368 m n.p.m.) poczułem ulgę. Szybkie spojrzenie na dalszy przebieg szlaku pozwalało odnieść wrażenie, że najgorsze już za mną, można było zatem poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z topografią okolicy i wyciągnąć wreszcie aparat z pokrowca. 

Wolfebnerscharte wynagradza trudy podejścia...

Przełęcz zawieszona była dosyć wysoko ponad przepastnym Balschteskar - jednym z największych cyrków lodowcowych znajdujących się w Hornbachkette - dnem, którego przebiega piesza magistrala łącząca Hermann-von-Barth Hütte z Kaufbeurer Haus. Balschteskar, jeśli przyjrzeć się dokładniej mapie, składa się z dwóch wyraźnie wykształconych części, z czego ta położona na wschód, podchodzi pod piękną piramidę Kreuzkarspitze (2587 m n.p.m.), górującego na zdjęciu poniżej ponad okolicą. 

Kreuzkarspitze - patrzcie go jak się wygodnie rozsiadł! ;)
Stąd turyści wyszli - czerwona kropka, którą możecie dojrzeć informuje o przebiegu "szlaku"

Z Wolfebnerscharte Plattenspitze prezentował się zgoła inaczej. Oczom ukazała się bowiem lekko postrzępiona grań z łagodnym, zasłanym piargami zboczem, poprzecinanym gdzieniegdzie wcale nieskąpymi połaciami traw. Po wcześniejszych wyzwaniach, ten odcinek wydawał się być miłą odmianą.

Przebieg dalszej drogi
Wschodnia strona grzbietu jest bardzo łagodna

Powyżej przełęczy trudności orientacyjnych nie odnotowałem. Co do trudności technicznych, to po przejściu przez zalegający płat śniegu czekało mnie krótkie podejście ubezpieczone stalową liną, a potem jeszcze krótki, lekko eksponowany trawers siodełka w południowej grani Plattenspitze. Były to jednak niespodzianki absolutnie typowe dla tego rodzaju gór, niewykraczające zupełnie poza przeciętny poziom lokalnych szlaków w skalistych partiach Alp Algawskich. 

Ach ta asymetria zboczy...

Zaczynają się drobne trudności
Po wyjściu z rynny jest znowu łatwiej - i tak do samego wierzchołka

W okolicach siodełka zatrzymałem się jeszcze na kilkadziesiąt sekund by spojrzeć na sąsiedni masyw Ilfenspitzen, który wraz ze swoją południową granią od zachodu ograniczającą Wolfebnerkar, przypominał mi nieco długi grzebień do włosów. Funkcję zwornika pełni tu południowy, niższy wierzchołek (2535 m n.p.m.), wyższy, północno-zachodni wznosi się na wysokość 2552 m n.p.m. i z ciekawostek warto dodać, że jest on uznawany za jeden z łatwiejszych do zdobycia szczytów Hornbachkette, na który nie wiedzie znakowany szlak. Jednocześnie wiadomo mi, że nie należy do wysoce popularnych (choć roztacza się z niego ponoć atrakcyjna panorama) i mimo wyceny I+/II wymaga dobrej orientacji w terenie.

Grzebień, prawda?

Tuż przed samym wierzchołkiem przyszło mi się zmierzyć jeszcze z prostą, ale całkiem fajną wspinaczką z użyciem rozpiętych tu i ówdzie lin - wyobrażałem sobie, że gdybyśmy byli w Tatrach to zapewne byłyby w tym miejscu straszne kolejki - niemniej jednak, ponieważ byliśmy w Alpach Algawskich i do tego było jeszcze przed siódmą rano, to mogłem dostosować tempo do swojego widzimisię. Zaprawdę powiadam Wam, interesująca to była końcówka, łańcuch ciągnął się po wierzchołek Plattenspitze, no, trochę jak na Giewoncie.

Końcówka jest nieco ekscytująca, ale nie jest trudna
Trzeba tylko pamiętać, że jest tu trochę eksponowanych momentów

Plattenspitze przywitał mnie spodziewanym krzyżem i, dość niespodziewaną, ciasnotą. Zdecydowanie był to jeden z najbardziej kameralnych wierzchołków jaki miałem przyjemność odwiedzić, i myślę, że gdybym tamtego poranka wybrał się w góry ze śpiącymi wtedy jeszcze zapewne Kamilem i Krystianem, to w trójkę mielibyśmy problem aby się pomieścić. Albo jeden z nas wylądowałby na jednym z kilku sąsiednich wierzchołków.

Plattenspitze jest trzywierzchołkowym szczytem (2489, 2486 i 2485 m n.p.m.) zlokalizowanym w zachodniej części podgrupy Hornbachkette, położonym w bezpośrednim sąsiedztwie rozłożystego masywu Ilfenspitzen, który zabiera sporą część horyzontu. Nazwa szczytu pochodzi od charakterystycznych płyt skalnych, które, jak pisze Dieter Seibert w swoim przewodniku, "tworzyły skalną koronę o wysokości 15 metrów uniemożliwiając dostęp owcom do wierzchołka".

Masyw Ilfenspitzen, czyli dominanta w otoczeniu Plattenspitze

Widoki ze szczytu są mocno ograniczone z uwagi na bliskość Ilfenspitze, niemniej jednak na swój sposób przyciągają uwagę. Jest w nich sporo różnorodności (mamy w sądziedztwie trawiasty masyw Rauhecka, pocięty charakterystycznymi żlebami, mamy samotną piramidę Hochvogla, wreszcie także pokazywany już wcześniej Kreuzkarspitze) i dramaturgii, które sprawiają, że panoramę trudno nazwać sztampową.

Panorama Hornbachkette z Plattenspitze
Kreuzeck (2376 m n.p.m.)
Na pierwszym planie Muttekopf, za nim, również trawiasty, Jochspitze. Dalszy plan: z prawej surowe, skaliste szczyty masywu Wildera (Kleiner Wilder i Großer Wilder). Ostatni plan tworzy Daumengruppe z Nebelhornem widocznym mniej więcej pośrodku (Großer Daumen wystaje zza Großer Wildera)
Hochvogel (2593 m n.p.m.)
Hochvogel, dalej szczyty należące do Rosszähnegruppe, tworzące dwie dość wyraźnie rozdzielone formacje, oraz północno-wschodnia część Hornbachkette
Północno-wschodnia część Hornbachkette na zbliżeniu. Najbliżej Plattenspitze widzimy Balschtespitze, ponad nim z prawej opisywany przeze mnie dominator - Kreuzkarspitze.
Zbliżenie na Kreuzkarspitze. Z prawej wystaje inny szczyt - Noppenspitze (2594 m n.p.m.)
Na ostatnim planie po lewej widać masyw Wetterstein z Zugspitze, ale uwagę bardziej przykuwa Namloser Wetterspitze.
Wolfebnerkar z góry i w tle raz jeszcze Alpy Lechtalskie

Na zakończenie pobytu na szczcyie wpisałem się do pamiątkowej księgi i uważnie zacząłem schodzić. Oczywiście, w trakcie gdy bawiłem na Plattenspitze, to nie zjawił się nikt, trudno było kogokolwiek dostrzec w zasięgu wzroku podczas zejścia w stronę schroniska. Cóż, takie uroki Alp Algawskich 😊

Wątły wierzchołek

Przed wejściem w mało przyjemny żleb zatrzymałem się jeszcze by spojrzeć na Balschteskar i schować na wszelki wypadek aparat do pokrowca. Zgodnie ze swoimi obawami zejścia nie zapamiętam pozytywnie, ale mogłoby być jeszcze większą katorgą, gdyby nie kijki, które z jednej strony asekurowały, a z drugiej pomagały trochę wyczuć podłoże i wyprzedzić pewne zdarzenia. 


Do schroniska wróciłem o 8:30, zatem droga w dwie strony plus wizyta na szczycie zajęły mi 2,5 godziny. Szybki i sprawny wyskok można rzec, po którym należała się dłuższa przerwa na posiłek a także kawę.

A skoro przerwa, to idealny czas by powiedzieć coś o samym schronisku, do czego zresztą zobowiązałem się w poprzedniej relacji 😀

Hermann-von-Barth Hütte to najwyżej (2131 m n.p.m.) położone schronisko w Alpach Algawskich i jedno z dwóch, które można znaleźć w Hornbachkette (drugim jest Kaufbeurer Haus położony pod Urbeleskarspitze). Pierwsze schronisko w tym miejscu, czyli u progu Wolfebnerkar, stanęło w 1900 roku, zatem nieco później niż większość najpopularniejszych obiektów tego typu - przypomnę bowiem, że najstarszy w tych górach Waltenberger Haus stoi od 1875 roku. Schronisko powstało z inicjatywy prywatnej, a pod skrzydła Alpenverein i sekcji z Dusseldorfu trafiło dopiero po 24 latach działalności.

W 2018 roku rozpoczął się gruntowny remont budynku (co zresztą widać na zdjęciu), który zakończył się w 2020 roku. Po przebudowie dach nad głową znaleźć może w nim łącznie 65 gości. Cen na kolejny sezon szukajcie na stronie schroniska - link - poniżej, w 2019 roku płaciliśmy tam ze zniżką AV jedynie 10 euro, natomiast wątpię, że ta cena się utrzyma - od czasu pandemii schroniska w Alpach Algawskich podniosły ceny.



Schronisku patronuje Hermann von Barth, jedna z najbardziej znanych postaci związanych z Alpami Algawskimi i ogólnie z niemieckimi Alpami. A że postać jest to naprawdę fascynująca, to pozwólcie, że trochę Wam o niej poopowiadam...

Ten etap życia Hermanna, który nas interesuje, zaczyna się w 1868 roku. Młody von Barth, mieszkający (i studiujący) wcześniej w Monachium, w wieku 23 lat zostaje zatrudniony na stanowisku aplikanta adwokackiego w Berchtesgaden. Miejsce jego pracy powoduje, że chłopak z czasem zaczyna poświęcać coraz więcej czasu górom. Eksploruje kolejne pasma nie chaotycznie lecz stopniowo; początkowo wędruje po Alpach Berchtesgadeńskich, gdzie zdobywa 69 szczytów, będąc pierwszym zdobywcą 10 z nich. Następnie, w 1869 roku przenosi się do pracy w sądzie w Sonthofen, dzięki czemu poznaje Alpy Algawskie: od maja do września zdobywa 44 szczytów, na trzech z nich (m.in. na Hochfrottspitze - najwyższym szczycie niemieckiej części) jest pierwszym udokumentowanym turystą w historii. W 1870 roku znów zmienia miejsce zamieszkania - tym razem trafia w Karwendel. W tym samym roku zdobywa w tych górach łącznie 88 szczytów, jest pierwszym zdobywcą 12 z nich, w tym najwyższego w paśmie Birkkarspitze. W górach spędza całe noce i dnie, ze swoich wycieczek każdorazowo robi notatki; przygląda się florze, faunie, budowie geologicznej, dzięki lunecie, z którą chodzi, szczegółowo opisuje panoramy. Wkrótce przeżywa jednak rozczarowanie - jego notatkami nie jest nikt zainteresowany. Dlatego gdy w 1871 roku wybiera się w kolejne pasma - Wetterstein - decyduje się zaprzestać prowadzenia dokumentacji. Z tego samego powodu rezygnuje prawdopodobnie z wyjazdu w Alpy Lechtalskie. Rok później Hermann rozpoczyna studia przyrodnicze, specjalizując się w geologii i paleontologii, które tak go pochłaniają, że na pewien czas rezygnuje z gór. Odzywa się do niego jednak wydawca z Lipska, zainteresowany jego twórczością. Dlatego w 1873 roku von Barth wraca w najwyższy masyw dzisiejszych Niemiec, jedzie również w Miemminger Kette (zdobywa również jako pierwszy człowiek Hochplattig) i ponownie przemierza góry zbierając dane. Rok później wydaje jedno z największych dzieł niemieckiej turystyki górskiej - Aus den Nördliche Kalkalpen (pol. Z Północnych Alp Wapiennych), będące pierwszym przewodnikiem górskim po tej części Alp i do dziś nieocenionym źródłem informacji o ich topografii.


Młody Hermann von Barth, źródło

Po publikacji książki von Barth wraca na uczelnię, Zaczyna się fascynować wyprawami geologów do Afryki, sam zabiera się doktorat, którego broni w 1875 roku. Krótko po tym wydarzeniu bierze udział w rekrutacji do wyprawy naukowej na sąsiedni kontynent, którą przechodzi zwycięsko. Przekazuje wszystkie swoje materiały swojemu przyjacielowi, Antonowi Waltenbergerowi (temu, od którego nazwę wzięło pierwsze schronisko w A. Algawskich) i w 1876 roku wyrusza na wymarzoną wyprawę badawczą do Angoli, gdzie szybko zapada na chorobę tropikalną. 7 grudnia 1876 roku, w wieku zaledwie 31 lat, całkowicie wyczerpany chorobą popełnia samobójstwo.

Hermann von Barth w historii zapisał się przede wszystkim jako propagator turystyki górskiej, ale to co go wyróżniało spośród wielu innych, to działalność w tej części Alp, która praktycznie turystycznie nie istniała, a przez wielu prześmiewczo nazywana była "prealpami".


"Z Północnych Alp Wapiennych", H. von Barth, źródło

I muszę przyznać, że von Bartha bardzo "polubiłem". W czasach gdy chodzenie w góry samotnie było uważane za przejaw szaleństwa on uzasadniał, że ponieważ chce chodzić na szczyty, na których nikt nie stał, to nikt nie może mu pomóc. Nie pisał "sucho" - topograficzne opisy przeplatał impresjonistycznymi wręcz opisami przyrody, czego jednym z najsłynniejszych przykładów jest opis nocy spędzonej na Hochvoglu. Wydawał się być romantykiem i lekkoduchem, pozostawał jednak przy tym perfekcjonistą - jego systematyka i skrupulatność przez niemieckich geografów i historyków do dziś jest podziwiana.

Zamglone postacie unoszą się wśród migoczących gwiazd, przez dolinę Czarnej Wody* aż do doliny Lech**, ku płaskiej ziemi [...]. Z ich lśniącego kręgu wyłania się magiczny obraz o powabnej mocy - znam go dobrze, to Lailach*** o poszarpanych ścianach - lecz na jej miejscu, w łożu chmur, pod czarno-niebieskim baldachimem nieba leży baśniowa zjawa z długim, spływającym welonem. Przyciąga mnie do swojego oślepiającego kręgu światła, z dala od morza cieni, którego otchłań zieje przed moimi stopami. Wtem ciemne moce budzą się ponownie, ich wiry wyrywają się z niewidzialnych głębin, huczący strumień zbliża się coraz bardziej, magiczny obraz niknie w nocy. Zniknął, zniknął!
fragm. rozdz. "Noc na Hochvoglu"
* Dolina Czarnej Wody - Schwarzwassertal - duża dolina wcinająca się od północnego wschodu pod Hochvogel
**Dolina Lech - Lechtal
***Leilachspitze, najwyższy szczyt grupy Vilsalpseeberge
***

Za dwadzieścia dziesiąta ewakuowaliśmy się zbiorczo spod schroniska. Gdy chwilę szliśmy razem Krystian zagadnął czy nie moglibyśmy zmienić planów i zamiast kontynuować marsz zgodnie z planem w stronę Balschtekar, zejść najprostszą drogą do Elbigenalp. Ku mojemu zdziwieniu i Kamil nie okazał się być tego dnia przesadnym entuzjastą rysując przed nami wizje błogiego odpoczynku na kempingu i koniec końców skinąłem głową, zmieniając kierunek marszu, choć mój brak przekonania, był chyba doskonale widoczny.

Z lewej charakterystyczny grzebień Ilfenspitzen, bardziej z prawej w głębi Plattenspitze i skrajnie z prawej Wolfebnerspitzen

Ścieżka, którą nieoczekiwanie zaczęliśmy iść, szybko zbliżyła się do kilkusetmetrowego progu będącego przedsionkiem Wolfebnerkar. Nikt tu się nie certolił - na dobry początek czekało nas 500 metrów zejścia do skrzyżowania z potokiem (Balschtebach).

Tymczasem w pierwszej fazie zejścia w zasięgu wzroku pojawił się ponownie Rothorn i Strahlkopf zamykający od zachodu majestatyczną Bernhardstal, którą przez dwa ostatnie dni obchodziliśmy.


Gdy w pewnym momencie szlak zmienił kierunek i kosówka usunęła mi się z drogi, to przed oczyma wyrosła mi turnia Söllner Rotwand (2262 m n.p.m.) zamykająca południową grań Kreuzkarspitze. To właśnie na niej wedle pierwotnego planu planowałem kończyć naszą przygodę z Hornbachkette. 


Trzeba przyznać, że z oddali ta boczna grań wraz z jej zwornikiem, czyli wymienionym wyżej Kreuzkarspitze, prezentowała się nader imponująco. Imponujące było też nachylenie zboczy opadających do Lechtal i jej dolin bocznych (m.in. Bernhardstal), co zresztą mogliście zobaczyć z drogi na Rothorn i co będziecie mogli zobaczyć zapewne jeszcze nie raz w relacjach z tej wschodniej, austriackiej części Alp Algawskich.


No dobrze, padło parę słów o widokach, to jeszcze winien Wam jestem jeszcze parę słów o szlaku. Cóż, nie wiem czy była to wina mojego rozczarowania, czy to po męczącym żlebie pod Plattenspitze nogi odmawiały mi posłuszeństwa, ale szło mi się bardzo źle, bo ścieżka zasłana była wystającymi z ziemi kamieniami, co zaś sprawiało, że albo uderzałem o nie czubkiem buta albo but wpadał mi między takie kamole powodując ryzykowne nadwyrężenia mięśni.

Ale chłopaków jakby to zupełnie nie dotyczyło - mimo stawania na zdjęcia starałem się iść dosyć szybko, natomiast oni, gnani być może perspektywą beztroskiego popołudnia na kempingu, zupełnie zniknęli mi z oczu.


Zejście wydawało się być długie i przede wszystkim nie pozwalało zakłamywać rzeczywistości. Naprawdę musiałbym skłamać mówiąc, że zleciało jak z płatka i nic a nic nie czuć było, że musieliśmy zejść 1300 metrów.

Jakby na domiar złego, psychologicznie ma to naprawdę duże znaczenie, z klasycznej drogi do Hermann von Barth Hütte, którą szliśmy, długo nie widać ani samej Lechtal, ani dolnej części Bernhardstal. Ma się po prostu w pewnym momencie wrażenie, że choć schodzimy i schodzimy to sama dolina nie przybliża się nic a nic.


Chłopaków złapałem przy przecięciu szlaku ze spływającym z Balschteskar potokiem Balschtesbach (1659 m n.p.m.). Idąc w drugą stronę, to jest w górę, to na pewno dobre miejsce na oddech - dalej jest już tylko stromiej.

Jeśli jednak idziemy w stronę Lechtal, to czeka nas trochę wędrówki po łagodnie nachylonym terenie. Jednocześnie jest tu trochę atrakcji, takich jak przejście wykutą w skale galerią.


Mając nieco dosyć wcześniejszego zejścia a jednocześnie także męczącej burzowej pogody, przez którą cały się lepiłem, z niecierpliwością wyczekiwałem prywatnego przybytku, który mógłby zapewnić zimne piwko po całej tej porcji wrażeń. Ten jednak - jak na złość - znów nie nadchodził.

Zanim doszliśmy, zdążyłem z Krystianem, którego ponownie dogoniłem, dokładnie omówić, co zamawiamy. Oczywiście na miejscu się okazało, że naszego wymarzonego zestawu próżno szukać w karcie, skończyliśmy więc bardzo konserwatywnie z ciastem i - rzecz jasna - z piwem.

Przyznajcie, że Ramstallspitze wspaniale się prezentuje!

Tradycyjnie okazało się, że warto było się jednak trochę pomęczyć, bo z tarasu restauracji - zowiącej się Kasermandl - rozciąga się ładny widok na Bernhardstal. Idealny na podsumowanie naszej dookolnej trasy.


Pobyczyliśmy się dłuższą chwilkę, nie ma co ukrywać, i w międzyczasie pogoda ewidentnie się poprawiła. Ciężko, bardzo ciężko było nam się ruszyć i chyba wszyscy końcowe metry najchętniej pokonalibyśmy na paralotni. Czterysta metrów w pionie do pokonania serpentynami (ok, na początku można sobie ściąć skrócikiem), przez dłużący się las. 

A komu to potrzebne? A dlaczego?


Przed 13:30 doskoczyliśmy do samochodu (nie)uroczyście zamykając dwu- i półdniową eskapadę.

Co by tu rzec w ramach podsumowania?

Otoczenie Bernhardstal jest bez wątpienia mocno zróżnicowane krajobrazowo i bardzo fajnie łączy się to wszystko z charakterem Alp Algawskich. Jeśli kiedyś przyjedziecie w te rejony to pamiętajcie żeby sobie nie zaplanować tak wyjazdu, żeby było nudno. To naprawdę trudne w Algawach, ale pewnie się da.

No właśnie - jeśli zrobicie obejście Bernhardstal, to jestem pewien, że Wam się wycieczka spodoba, natomiast jeśli postanowicie ją obciąć tylko do np. okolic Hermann-von-Barth Hütte i zdecydujecie się pobyć tu dłużej, to już takiej magii możecie nie poczuć.

Wynika to z tego, że główna grań Hornbachkette pasuje w całej układance Alp Algawskich, bo w tym paśmie próżno szukać podgrupy o podobnym charakterze - nawet Allgäuer Hauptkamm krajobrazowo jest nieco inny. Natomiast na tle Północnych Alp Wapiennych Hornbachkette w dużej mierze wydaje się dosyć powtarzalne (daleko nie trzeba szukać - po drugiej stronie rzeki Lech wznoszą się podobne lecz jeszcze wyższe szczyty o podobnym charakterze), wiadomo, skały osadowe, osuwiska, stalowo-szary krajobraz turnii, stąd, zwłaszcza jeśli znamy ten fragment Alp całkiem nieźle, raczej nie koncentrowałbym swojej uwagi przede wszystkim na nich.

Nie chcę przez to jednak, żebyście pomyśleli, że "ubliżam" tej części Alp Algawskich. Zupełnie nie. Jest ona bardzo dzika i roi się tu od pięknych i wysokich, jak na lokalne warunki, szczytów. Natomiast nie spędziłbym w niej aktywnie dłuższego czasu, bo w pewnym momencie krajobrazy mogłyby mi zacząć się mieszać.

Tak więc pamiętajcie - trekking wokół Bernhardstal lub kilka dni w Hornbachkette a potem myk! w inną część gór 😉

***

A my tymczasem powoli przenosimy się z Tyrolu do Vorarlbergu, po drodze przejeżdżając przez Bawarię (cały czas nie opuściwszy Alp Algawskich!).

Ktoś już poznaje to miejsce?


TBC...

KOMENTARZE

2 komentarze:

  1. Jeśli na żywo te górskie krajobrazy wyglądają jeszcze lepiej niż na zdjęciach bez zastanowienia się tam wybiorę.
    _______________________________________
    https://hamamobile.pl/ladowarki

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna ta seria z Algawskich. Chyba jestem największą fanką tych postów! :D

    OdpowiedzUsuń

Back
to top