6 października 2017

Wokół Wielkiego Szyszaka, czyli jak odnaleźć dzikie Karkonosze

Poranek drugiego dnia zwiastował upał jeszcze większy niż w dniu poprzednim. W Szklarskiej Porębie miało być 35 stopni Celsjusza, w Jeleniej Górze - o dwa stopnie więcej. Dzień miał być oczywiście bezchmurny i suchy, stwierdziliśmy więc, że idealnym rozwiązaniem będą tego dnia Karkonosze, w których na choćby lekki wietrzyk, zawsze można liczyć. Plan miałem tego dnia nieco odmienny od rodziców, którym zachciało się pokręcenia wokół Śnieżnych Kotłów i żeby nie powielać tego, co miałem okazję zobaczyć już wcześniej dwukrotnie - na dodatek po raz ostatni zaledwie rok wcześniej - stwierdziłem, że pokręcę się poniżej głównego grzbietu, zahaczając o parę miejsc, cieszących się mniejszą popularnością wśród turystów 😊
Wycieczka zaczyna się przy dolnej stacji kolejki linowej na Szrenicę. Ponieważ w lecie tworzą się tam gigantyczne kolejki, warto być tam trochę wcześniej, najlepiej jeszcze przed uruchomieniem kolejki, która startuje o 9. Późno, nie? Ja też byłem lekko mówiąc zdziwiony, kiedy się o tym dowiedziałem, bowiem przyzwyczaiłem się, że o 9 to już jestem gdzieś tam wysoko na grani. Oczywiście mogłem wstać i wyjść o 5, ale jednak Karki to nie Tatry i ucieczka przed tłumem na dłuższą metę nie ma sensu... bo i tak nie ma gdzie uciec 😜 Pardon, jedynym rozwiązaniem jest zejść z grani (odwrotnie niż w Tatrach), poza główne szlaki, gdzie o dziwo nawet i w środku dnia jest pusto 😀
No to startujemy z dolnej stacji kolejki 😊
Wyciąg na Szrenicę, podobnie zresztą jak i wyciąg na Kopę, powinny rzecz jasna zostać przebudowane, bo krzesełka dwuosobowe (w przypadku Szrenicy) i jednoosobowe (w przypadku Kopy), są lekko mówiąc oskomą. Na Kopę na szczęście trwa już wymiana krzesełek na czteroosobowe, ale naiwnym ten, kto pomyśli, że większa przepustowość rozwiąże problem kolejki do kolejki 😉 Mechanizm jest taki sam jak w przypadku dróg - dobudowanie nowej drogi nie jest receptą na korki - podobnie będzie w przypadku czteroosobowego wyciągu, który po prostu spowoduje napływ tej grupy turystów, która wcześniej wolała zamiast stać w kolejce, ruszyć szlakiem - to raz - a dwa, że zwyczajnie nowy wyciąg w wyniku dowolnej kampanii marketingowej przyciągnie nowych turystów. I tak błędne koło będzie się kręcić dalej, a kolejki do kolejki wcale się nie zmniejszą, choć przynajmniej zniknie ten archaiczny wyciążek 😐
Wjazd kolejką jak to wjazd kolejką - dla jednych może być atrakcją, dla innych nie. Trudno się jednak nie zgodzić z tym, że podczas gdy krzesełko wyciąga nas na górę, my możemy zająć się zerkaniem na okolicę, zamiast patrzeć pod nogi jak podczas pieszej wędrówki 😉Tuż przed górną stacją polecam odwrócić głowę na prawo i zerknąć na charakterystyczną formację Końskich Łbów, które ze szlaku się tak fajnie nie prezentują 😊 
Schodząc z krzesełka poczułem orzeźwiające podmuchy wiatru, który przyjemnie smagał pokryte kropelkami potu czoło (pomimo wjazdu kolejką - i nie, to nie był brak kondycji tylko gorąc 😝). Tak, to stare dobre Karkonosze - stwierdziłem wtedy sam do siebie. Nie wyobrażam sobie ich bezwietrznych.
Spod kolejki ruszyliśmy trawersem na Mokrą Przełęcz. To bardzo przyjemny odcinek, który mocno polubiłem jeszcze podczas swojej drugiej wizyty w Karkonoszach, kiedy byłem tam z przyjaciółmi.
Wielki Szyszak i Łabski Szczyt widziane spod szczytu Szrenicy.
Wzdłuz tego szlaku, który jest fragmentem "Ścieżki przyrodniczej na Szrenicę" porozstawiane są tablice informacyjne, które pozwalają poznać fakty z zakresu geologii, historii i przyrody tej części Karkonoszy.
A to już Mokra Przełęcz i Trzy Świnki w oddali.
Podobnie jak rok wcześniej, z Mokrej Przełęczy kontynuowaliśmy spacer szlakiem zielonym, który na tym odcinku nosi nazwę Mokrej Drogi bowiem prowadzi przez Szrenickie Mokradła. Spieszę zapewnić, ze w większości po wygodnych, drewnianych płytach i nie, nie trzeba brać ze sobą kaloszy 😈
Tym to szlakiem od szczytu Szrenicy bardzo szybko się oddaliliśmy. 
Najbliższym celem było Schronisko pod Łabskim Szczytem, które bezsprzecznie było i jest jednym z moich ulubionych zakątków polskich Karkonoszy. Przy okazji już teraz chcę Wam polecić spacer zielonym szlakiem (i zrobię to w tej relacji jeszcze nie raz, abyście o nim nie zapomnieli 😋), który jest świetną alternatywą dla czerwonego szlaku graniowego. Przede wszystkim dlatego, że jest od niego znacznie spokojniejszy.
Kukułcze Skały z daleka.
Po dwudziestu minutach marszu z Mokrej Przełęczy, torfowiska ustąpiły krzakom borówek i rudawym trawom, pokrywającym sporą Halę Łabską. To właśnie w tym, malowniczym otoczeniu, w cieniu Łabskiego Szczytu, z widokiem na kraniec Gór Izerskich, przycupnął drewniany budyneczek schroniska.
Jak tu nie wypić kawy 😉 O Schronisku Łabskim opowiadałem Wam przy okazji ostatniej wizyty na Hali Łabskiej, wybaczcie więc - nie będę się powtarzał, a zainteresowanych odsyłam - tutaj.
Wzbogaceni o dawkę kofeiny, spod schroniska cofnęliśmy się kilkanaście metrów do góry i ponownie wkroczyliśmy na Drogę nad Reglami. Przecięliśmy malowniczy kocioł opadający spod Łabskiego Szczytu i zanurzyliśmy się (ech, to chyba za mocno powiedziane 😛) w iglastym lesie.
Raz jeszcze to cukierkowe miejsce. Bardzo je lubię 😊
Wszystkim którzy zamierzają się wybrać do wnętrza Śnieznych Kotłów, informuję ze nie ma zmiłuj, trzeba mieć buty z twardą podeszwą, bo kamoli jest po drodze tyle, ze nogi Was będą boleć po przejściu pierwszych 500 metrów. A do stawków jest około trzech kilometrów drogi!
Idzie się tam mało wygodnie i warto patrzeć pod nogi, ale coś za coś - jeśli nie wyruszycie na szlak w sobotę o 11, to niemal na pewno nie traficie na pielgrzymkę innych turystów 😉
Widoki się odsłaniają na nowo wraz z wyjściem na skraj Łabskiego Kotła, który jest ostatnią szansą by spojrzeć na Szrenicę. Widać stąd równiez Góry Izerskie i Kotlinę Jeleniogórską.
Imponująco prezentuje się porozrzucana po wzgórzach Szklarska Poręba 😉
Lekko zamglona Kotlina Jeleniogórska...
Nieco dalej czeka mnie zaskoczenie - okazuje się, ze od mojej ostatniej wizyty szlak zmienił przebieg i nie wchodzi już do samego Małego Śnieznego Kotła, a jedynie mija go z daleka 😓 No więc musi nam wystarczyć teraz podziwianie z daleka 😟
Mały Śniezny Kocioł posiada jest głęboki na 300 metrów, długi na 650 metrów i szeroki na 400 metrów. Jego dno znajduje się na wysokości 1175 m.n.p.m., co może szokować biorąc pod uwagę jakie klimaty zazwyczaj zastaniemy na tej wysokości - a tu proszę - głazy i kosówka 😊
Mały Kocioł jest rzecz jasna mniej rozwinięty i nie tak imponujący jak jego braciszek, ale pamiętam, ze panowała tam przyjemna dla ucha cisza, której nie zakłócały nawet owady...
... Czego nie da powiedzieć się o okolicach Śnieżnych Stawków leżących na dnie Wielkiego Śnieżnego Kotła, gdzie zawsze znajdą się ludzie. Ale o tym za chwilę, na razie wspólnie zachwyćmy się tymi widokami - dla mnie - pomimo zmiany przebiegu szlaku - to wciąż najatrakcyjniejszy szlak całych Karkonoszy.
Tzw. Grzęda rozdzielająca oba kotły i wieza przekaźnikowa.
Małym minusem spaceru przez Śniezne Kotły jest skwar jaki tworzy się tam w upalne dni. Kosówka jest wysoka, więc kumuluje ciepło i ogranicza przewiew. Pamiętajcie o zapasie wody w plecaku 😉
Warto jednak zadać sobie trochę trudu i tutaj dotrzeć - widok znad Śnieżnych Stawków na wznoszące się w głębi ściany Wielkiego Śnieżnego Kotła jest ujmujący.
Warto podkreślić przy okazji, ze jest to jedno z kilku miejsc w Karkonoszach, gdzie mozna natrafić na klimaty iście alpejskie 😜
Przy Stawkach rozdzieliłem się z rodzicami - zostałem tam nieco dłużej, w dodatku mój plan dalszej wędrówki nieco się różnił, zakładał bowiem marsz od Rozdroża pod Wielkim Szyszakiem w kierunku Czarnego Kotła Jagniątkowskiego, a nie podejście na Przełęcz pod Śmielcem.
Minąłem zatłoczone jak zwykle koło południa Rozdroże pod Wielkim Szyszakiem, gdzie odpoczywają turyści udający się zarówno do Śnieżnych Stawków jak również ci udający się wyżej na grań, na Przełęcz pod Śmielcem. Rozwiązaniem by przez to przebrnąć, jest wybranie właśnie zielonego szlaku w kierunku wschodnim - po przejściu ledwie kilkudziesięciu metrów umilkły najbardziej donośne głosy, a ja znów znalazłem się na odludziu.
Przez następne 20 minut cały czas schodziłem. Szło mi się wygodnie, gwizdałem pod nosem radośnie, bo towarzyszył mi przyjemnie chłodny las. A gdy znienacka na horyzoncie ukazał mi się Czarny Kocioł Jagniątkowski, przeciągle westchnąłem z zachwytu.
Co ma takiego Czarny Kocioł Jagniątkowski, czego nie mają inne karkonoskie kotły? Ma swoją mistykę, którą tworzy w znacznym stopniu fantastyczna Jaworowa Łąka, niepostrzeżenie wkradająca się pod granitowe zbocza. Okolica wydaje się być nieodkryta przez cywilizację, jest bezludna i wydaje się wręcz zapraszać gościa aby usiadł na drewnianej kładce i wsłuchał się w głos gór...
Kogoś może przerażać widmo długiego i monotonnego spaceru przez las przy wyborze Ścieżki nad Reglami - rzeczywiście odcinek do Petrovej Boudy z Rozdroża pod Jaworem liczy sobie parę dobrych kilometrów. Ale las na tym odcinku jest naprawdę piękny i z pewnością szybko się nie nudzi.
Młodym turystom też tam się spodoba - idziemy bowiem raz po zwykłej kamiennej ścieżce, a raz po drewnianych kładkach, znanych między innymi z Mokrej Drogi.
To co się najbardziej dłuży to odcinek od połączenia się szlaków: zielonego i czarnego. Czuć bowiem, ze jest się już blisko grani... ale jednocześnie wciąż podchodzimy i podchodzimy 😉
Panorama w kierunku Przełęczy Karkonoskiej, Małego Szyszaka, Smogorni i Kozich Grzbietów spod dawnej Petrovej Boudy - obecnie znów się tu buduje nowe schronisko.
Obok Petrovej Boudy pożegnałem szlak zielony, schodzący dalej na Przełęcz Dołek i wkroczyłem na szlak niebieski, jednocześnie przekraczając granicę. Od tego momentu znalazłem się niby w tych samych górach, ale jednak w zupełnie innej ich części, którą osobiście też bardzo lubię.
Kolejna atrakcja, którą chciałbym Wam dziś pokazać, czyha niemal za zakrętem 😉 Ptasi Kamień (cz. Vtaci Kamen - 1310 m.n.p.m.), czyli grupa skał znajdujących się na południowych zboczach Śląskich Kamieni (1413 m.n.p.m.), z których roztacza się spektakularny widok na halę, na której rozłożyła się osada Bradlerovy Boudy i widoczne na ostatnim planie Harrachowe Kamienie (cz. Harrachovy Kameny - 1421 m.n.p.m.) to zdecydowanie za rzadko odwiedzane miejsce! 😀
Ptak, a moze koń 😄 Kto tam wie... W oddali Wielki Szyszak, Śmielec i Czeskie Kamienie.
Gdy ludzi obok nie ma trzeba sobie jakoś radzić 😛
Ewakuując się, cykam jeszcze jedną fotę na pożegnanie i wracam na szlak.
Wąski chodnik, ułożony z kamiennych płyt, szybko schodzi w kierunku Bradlerovych Boud...
...Po drodze mijając jeszcze dno Niedźwiedziego Kotła (cz. Medvedi kotel), opadającego spod Śląskich Kamieni do doliny Białej Łaby.
Bradlerove Boudy to kolejne warte odwiedzenia miejsce. Nie wiem jak jest w samym schronisku, ale rozległa hala z widokiem na wschodnią część Karkonoszy jest naprawdę fantastyczna i zmusza do dłuższego postoju.
***
Odbiegając od charakterystycznego budynku schroniska - porcja widoków spod Bradlerovej Boudy. Doskonale się stąd prezentują Kozie Grzbiety ciągnące się aż po szczyt Łącznej Góry (cz. Lucni Hora)
Ale to nie koniec atrakcji. Wybierając tą trasę przygotujcie swoje brzuchy na skumulowany przypływ napojów gazowanych - ciężko nie zajrzeć do rewelacyjnych miejscówek jakimi są schroniska po czeskiej stronie Karkonoszy. A w tej okolicy jest ich aż cztery, z czego w dwóch miałem już okazję gościć - w Morawskiej Boudzie (podczas przejścia granią Karkonoszy) i Martinowej Boudzie (tamtego dnia) - i obie po stokroć polecam za niepowtarzalny czeski klimat, znakomite czeskie piwo, no i wiadomo, kofolę <jeśli ktoś z tej firmy to czyta, to chętnie zostanę ambasadorem marki 😈😎> 
Jak pogodzić to wszystko i nie zmagać się z tańcami bąbelków gazu w brzuchu? 😝
Rozwiązaniem jest zachować się podobnie jak ja - czyli mieć przy sobie tylko parę koron, tak by starczyło na wizytę w jednym schronisku 😛 Ja wybrałem wtedy Martinowkę 😏
O to jest i ona. Moim zdaniem jedno z najlepszych schronisk w Karkonoszach - tuż pod szczytem Wielkiego Szyszaka.
Wypiłem sobie kofolę - rzecz jasna w oryginalnym kofolowym kuflu - i ruszyłem trawersem Wielkiego Szyszaka w kierunku nieodległej Łabskiej Boudy. Tym szlakiem szedłem po raz pierwszy, ale na pewno nieostatni.
 ***
Wyobraźcie sobie moje zadowolenie. Posmak ulubionego napoju w ustach, miłe widoczki i łagodnie poprowadzona ścieżka, ba, chodnik w zasadzie, wiodący mnie ku słońcu.
Wkrótce ukazała mi się charakterystyczna bryła Łabskiej Boudy zawieszonej nad Łabskim Kotłem. Z dala widziałem już liczne grupy turystów wypoczywających w jej pobliżu i od razu stwierdziłem, że ten gwarny skrawek czeskich Karkonoszy ominę bez zatrzymania.
Krótką przerwę zrobiłem sobie natomiast nad Łabskim Wodospadem, który urywał mi się pod nogami. To zazwyczaj spokojne i urokliwe miejsce w pobliżu wejścia do Łabskiego Dołu.
Zdając sobie sprawę, że o to opuszczam strefę pustawych szlaków, westchnąłem i niechętnie podreptałem w kierunku betonowego giganta, przypominającego mieszankę Titanica z Concordem.
Wieża nad Śnieżnymi Kotłami tym razem z drugiej strony 😉
Uczęszczanym chodnikiem przeszedłem z Łabskiej Boudy najpierw do źródła Łaby, a następnie do Czeskiej Budki, gdzie pożegnałem naszych południowych sąsiadów.
Ostatnie widoki na czeską stronę Karkonoszy...
I krajobrazy mijanej przed Czeską Budką, Łabskiej Łąki.
Schodząc na Mokrą Przełęcz, znów ujrzałem piramidę Szrenicy i poczułem narastający głód. Schronisko na szczycie tej góry jest bowiem znakomitym miejscem na obiad i radowałem się w duchu, myśląc o perspektywie zjedzenia smakowitego dania.
Szybki marsz do zastawionego stołu przerwało jedynie nawoływanie grupki turystów, która pod Twarożnikiem chciała mieć zdjęcie. Dokonałem uroczystego cyknięcia, przy okazji dokumentacyjnie uwieczniłem też charakterystyczną grupę skałek i ruszyłem dalej.
Po obiedzie posiedziałem jeszcze z 15 minut na wietrznym wierzchołku Szrenicy, w pobliżu którego zaczynałem tą piękną wycieczkę. Słońce z wolna chyliło się ku zachodowi, a światło robiło się coraz cieplejsze...
Chwilę podumałem i najedzony, leniwie podreptałem do Szklarskiej Poręby. Czekała mnie godzina marszu po prostej drodze, szedłem więc niespiesznie i zatrzymywałem się co chwilę aby złapać ostatnie promienie słońca, docierające do zakamarków karkonoskiego lasu...
Znów zrobiło się pusto 😊
***
Zaraz przy parkingu skręciłem w prawo, schodząc ze szlaku. Mapa sugerowała, że dzięki temu zjawię się tuż obok kwatery i rzeczywiście po paru minutach marszu ujrzałem wieżę kościoła św. Maksymiliana Kolbe, w pobliżu którego mieszkaliśmy.
I tak o to dobrnęliśmy do końca naszej wędrówki. Na koniec ode mnie jeszcze dwa słowa: pamiętajcie wybierając się do Śnieżnych Stawków o zabraniu wygodnych butów, takich do których macie zaufanie. Na szlaku łatwo o obtarcia, nietrudno też nabawić się głupiej kontuzji. Pamiętajcie też, że szlak zielony na odcinku Schronisko pod Łabskim Szczytem - Rozdroże pod Wielkim Szyszakiem jest zamykany na okres zimowy, w przeciwieństwie jednak do dalszego odcinka tego samego szlaku, który prowadzi przez Jaworową Łąkę!
Na koniec, jeśli wybierzecie podobny wariant wędrówki - nie zawahajcie się zabrać ze sobą zapasu koron, co by można sobie było użyć trochę czeskich specjałów 😋😈
Opisywaną trasę bardzo polecam - zwłaszcza jeśli już macie spacery karkonoską granią za sobą i szukacie czegoś nowego. Będzie to znakomity sposób by uciec od tłumów i odkryć nieznane Karkonosze.
Tyle ode mnie dziś - do zobaczenia wkrótce!