środa, 18 marca 2015

Zimowe przejście granią Wielkiej Fatry, jako podsumowanie roku 2014 cz. I

CZ. I (RUŻOMBEROK PL. A. HLINKI - KALVARIA - VLKOLINSKE LUKY - VTACNIK - NIZNE SIPRUNSKE SEDLO - MALA SMREKOVICA - VOJENSKA ZOTAVOVNA MALA SMREKOVICA - MOCIDLO - HORSKY HOTEL MALA SMREKOVICA - SKALNA ALPA - SEVERNE RAKYTOVSKE SEDLO - UTULNA LIMBA - SEVERNE RAKYTOVSKE SEDLO - RAKYTOV - JUZNE RAKYTOVSKE SEDLO - MINCOL - GRUN - SEDLO PLOSKEJ - PLOSKA - CHYSKY - KONIARKY - SALAS POD SUCHYM VRCHOM)
Na początek tytułem wstępu, małe przepraszam, za niezły bajzel jaki się powoli tu wkrada, bowiem relacje jakie się pojawiają już dawno straciły sens chronologiczny, a poniższa prawdopodobnie zostałaby na łamach bloga przedstawiona za parę miesięcy, jak nie później, gdyby nie fakt, że no cóż zima ma się ku końcowi, a tu relacji zimowych brak, choć było ich ostatnio parę ;D. Dlatego znowu przeskoczę w czasie, do grudnia 2014 roku, po to by za parę dni znów wrócić do dawnego harmonogramu ;)
Przerwę studencką miałem od 17 grudnia, ale no z powodów hmm... studenckich :D z Krakowa wróciłem do Gliwic cztery dni później, gdzie obwieściłem niezwykle radosnej z tego powodu rodzince, że 27 grudnia, jadę w góry :D Jeszcze 26 zajadałem się więc śniadaniem bożonarodzeniowym i wtranżalałem trzecią porcję mojego ulubionego ciasta, a następnego dnia - wiadomo, góry.
To miał być ciężki wyjazd, w którym miało nie być miejsca na żadne jęki, stękania, mamlania, tylko czysta adrenalina i hardcore. To czego byliśmy świadkami, przekroczyło nasze oczekiwania i rzeczywiście, po powrocie można było stwierdzić że ocierało się to o szaleństwo i igranie z losem, którego oczywiście staraliśmy się uniknąć. Dopowiem może jeszcze, bo a nuż ktoś pomyśli o nas: "Wariaci, no wariaci, szukają guza", że przygotowywaliśmy się porządnie do tego wyjazdu, z zimowymi górami też mieliśmy już do czynienia, o czym na razie na blogu wiele nie poczytacie i wreszcie, znaliśmy Wielką Fatrę przecież, bo niemalże identyczną trasę przeszliśmy w lecie, o czym możecie już przeczytać. Zimowa relacja pozbawiona więc będzie topograficznych, suchych tekścików, głównie zdjęcia i parę słów komentarza. Bo zdjęcia wydaje mi się, że naprawdę w tym wypadku wystarczą.
 Z chłopakami umawiam się jak zwykle na godzinę 04:30. Mosiu zajeżdża jeszcze szybciej, jeszcze zastając mnie przygotowującego herbatę do termosu, ale jakoś się wyrabiam na czas :> Wrzucam plecak do wyładowanego już bagażnika i wsiadam do lanosika, gdzie witam się z chłopakami. Zanim wyskakujemy na autostradę, zahaczamy jeszcze o dom Ali, skąd ją zabieramy i teraz już jedziemy prosto do Czech, a dokładnie do Bohumina. Jazda nam przebiega spokojnie i na miejscu, w pogrążonym jeszcze we śnie 20-tysięcznym miasteczku jesteśmy o 05.35. Na dworze jest jakieś pięć kresek poniżej zera, a śniegu jak na lekarstwo, choć oczywiście nie martwi nas to ani trochę. Z parkingu (w Bohuminie jest gdzie zostawić bezpiecznie samochód) udajemy się do zabytkowego dworca, gdzie o dziwo nawet parę osób już się krzątało, a następnie na jeden z peronów w oczekiwaniu na pociąg EC Beskid relacji Ostrawa - Żylina (szybka, ale nietania opcja dotarcia do Żyliny).
Niemal pusty pociąg z Bohumina szybko mknie na południe... Już po godzinie niecałej jesteśmy na Przełęczy Jabłonkowskiej i możemy podziwiać Beskid Śląski...
 W Żylinie tradycyjnie przesiadka, tym razem jednak nie na pociąg ZSR, a RegioJet, będący nową ofertą na torach Słowacji, który zawozi nas do Rużomberka, po drodze ukazując grzbiet Krywańskiej Małej Fatry...
 I wreszcie, po złapaniu 15 minut opóźnienia o 08:55 meldujemy się po raz czwarty czy piąty w 2014 roku przed stacją w Rużomberku...
 Zanim jednak znajdziemy się na szlaku, musimy dojść do Placu Hlinki, gdzie jest właściwy jego początek ;) Trochę to trwa, ale w końcu jesteśmy przed monumentalnym, neobarokowym gmachem urzędu miejskiego...
 Plac Hlinki czyli początek naszego szlaku :)
 I w końcu sam Plac Hlinki czyli długi prostokątny plac z fragmentem zieleni pośrodku i charakterystycznymi dla starych wsi i miasteczek węgierskich, domami. 
 Idziemy szlakiem niebieskim Szlak niebieski, pośród opłotków miasta. Wkrótce kończą się ostatnie z zabudowań, a asfaltowa droga, którą idziemy, zaczyna się dosyć stromo piąć w górę, pośród stacji drogi krzyżowej.
 Dwadzieścia minut mija gdy docieramy na niewielkie, ale widokowe siodło nad miastem, skąd widać między innymi masyw Wielkiego Chocza - na zdjęciu po lewej, w głębi.. Tu odchodzi szlak czerwony Szlak czerwony na Wielką Skałę i Sidorowo...
  Z uwagi na krótki dzień wybieramy nudny wariant niebieskiego Szlak niebieski szlaku. Na Wielkolińskich Łąkach jesteśmy jednak dzięki niemu o 10.45. Spędzamy tu ponad pół godziny i odpoczywamy...
 Na Wielkolińskich Łąkach dotychczas jeszcze nie byliśmy, dlatego z zainteresowaniem przyglądamy się okolicy. Wrażenie wzbudza skalna piramida wznosząca się nieopodal, pozbawiona jednak swojej nazwy...
  Z rozległych Wielkolińskich Łąk udajemy się w dalszą drogę szlakiem zielonym Szlak zielony, którym dotrzemy na Przełęcz pod Ptacznikiem, przez którą w lecie już przechodziliśmy. Zanim to jednak nastanie, musimy się tam dostać, a to uwarunkowane jest godzinnym dreptaniem po leśnym płaju...
 Jedno z leśnych skrzyżowań, przy którym zatrzymuję się na łyk ciepłej herbatki ;p
 Wędrówka była mecząca bo i śnieg był kopny. Póki co jednak było go bardzo mało, nie należało więc narzekać, zresztą przygotowani byliśmy, że tego kopnego śniegu może być dużo. Pod Ptacznikiem (1090 m.n.p.m) jesteśmy dopiero o 12.25, czyli już niestety późno... 
 Przełęcz pod Ptacznikiem (Sedlo pod Vtacnikiem - 1090 m.n.p.m)...
 I widoczek na Szypruń...
  Stąd już trafiliśmy na stare śmieci :D I dalsza droga była nam już znajoma ;) Martwiło mnie tylko to że do Limby droga długa i męcząca, a pora późna.. Ale ładnie było wokół, pomimo dziwnej, mieszanej pogody, dlatego też wolno szło nam to wędrowanie...
Postanowiliśmy cyknąć jeszcze fotkę :D
Za Ptacznikiem zaczynają się schody i więcej śniegu. Podejście pod Szypruń już w lecie dało do wiwatu, a w zimie, staje się już bardzo męczące. Polecam pominąć podejście zielonym Szlak zielony szlakiem, tylko podążanie szlakiem rowerowym, łagodniejszym i znacznie na tym odcinku wygodniejszym...
  Z trudem dobrnęliśmy do końca podejścia na charakterystyczne wypłaszczenie. Tu jesteśmy  przy okazji świadkami ciekawych zjawisk pogodowych...
 Ponownie zaczyna padać też śnieg, którego zresztą nagle jakby pod nogami przybyło... Na domiar złego zaczęła spadać temperatura...
 Plecak wypakowany po brzegi i kopny śnieg to dwa powody, dla których szybko się męczyliśmy. Z jednej strony nie chciałem dopuścić by ktokolwiek z nas wyczerpał swe siły, z drugiej wiedziałem że długa wędrówka nocą, nie będzie bezpieczna, choć oczywiście wiedziałem już wcześniej, że bez niej się nie obejdzie...
Na Niżnej Szypruńskiej Przełęczy...
Szczyty Krywańskiej Małej Fatry...
 Za Szypruniem jesteśmy świadkami zachodzącego słońca... Jest 14.45, a do końca naszej dzisiejszej wędrówki jeszcze ponad 4 godziny czystego marszu ;)
 :)
Wydaje nam się, że jesteśmy w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze, bowiem dalej na trasie szlaku nie było miejsc otwartych ku zachodowi, poza polaną Moczydło, od której dzielił nas jeszcze spory dystans...
 Zachodzące słońce w połączeniu z ciekawymi chmurkami dawało widowiskowe efekty, które przez moment obserwowaliśmy...
 Wielka Smrekowica...
 Wkrótce zaczynamy męczący odcinek jakim jest długie podejście na Małą Smrekowicę... Niesamowity nastrój tworzą jednak ośnieżone drzewa i zapadający zmrok...
 Pod szczytem Małej Smrekowicy... 
 Zmęczeni już całkiem mocno wychodzimy na halę szczytową na Małej Smrekowicy, przy przechodzeniu której zapadamy się po łydki śniegu... To również pierwsze miejsce na naszej zimowej trasie, gdzie nie ma żadnych śladów i musimy drogę sobie torować sami...
Na hali zakładamy również już czołówki i od tej pory idziemy w ich świetle. Na szczęście do cywilizacji niedaleko i dwadzieścia minut później meldujemy się przy sanatorium wojskowym.
Sanatorium to dobry znak, bo już wcześniej postanowiliśmy, że w sąsiednim górskim hotelu zrobimy sobie dłuższą przerwę. Jesteśmy pewni, że stąd wędrówka zajmie nam góra kwadrans, a tu pojawia się jednak efekt zmęczenia, no i znów nieprzetarty odcinek, nawet tu, gdzie na chłopski rozum wszystko powinno być elegancko przedreptane. Zostaliśmy jednak zaskoczeni i przy silnym wietrze i dużym mrozie (-16 stopni Celsjusza tego dnia) dochodzimy po niecałych czterdziestu minutach do hotelu. Jest 17.15 gdy ledwo żywi całodzienną wędrówką wbijamy do środka, a to jeszcze nie koniec na dziś. Nie myślimy jednak na razie o tym, a tylko o jedzeniu, a raczej o dużej jego ilości. Każdy z nas wrzuca w siebie porcję frytek, które w hotelu po kryjomu zagryzamy czekoladą i co popijamy kofolą, a następnie herbatą. Byliśmy na tyle zmęczeni, że nie pomyśleliśmy o piwie, a na poważnie zaczęliśmy się nawet zastanawiać nad noclegiem tutaj, ale koniec końców odrzuciliśmy tą wersję i o szóstej wyszliśmy w ciemną grudniową noc, na ostatni etap wędrówki. Mosiu, który wcześniej szedł bez czołówki, sięgnął jeszcze po nią do plecaka, a my w tym czasie dopięliśmy stuptuty ;) Punktualnie o 18.15 wkroczyliśmy w lawinowy teren na zboczach Skalnej Alpy, który trawersuje zielony Szlak zielony szlak... Poprzedniego dnia była zdaje się na stronie hzs wyznaczona lawinowa dwójka, która obejmowała Wielką Fatrę, Niżne Tatry i Tatry. Dlatego przy trawersie (zimowy przebieg szlaku trawersuje Skalną Alpę o dziwo) zachowywaliśmy na wszelki wypadek podstawy bezpiecznej wędrówki i podążaliśmy w równych, ale wyraźnych odstępach. Przy pochmurnej nocy i 60 centymetrach świeżego śniegu przechodzenie szło ciężko i w siodle oddzielającym Skalną Alpę od Tanecznicy wylądowaliśmy dopiero o godzinie 19.00 :) Tu weszliśmy w zamkniętą, bezpieczniejszą przestrzeń i zaczynamy jeszcze mozolny, leśny trawers. Trochę wyobraźnia gra idąc przez taką zimową, wczesną co prawda, ale jednak noc ;) W końcu gdzieś o 20 jesteśmy na Północnej Rakitowskiej Przełęczy, gdzie wiatr osiąga dzienne apogeum i zmusza nas do natychmiastowej ucieczki.. Trawers zboczy Rakitowa z przecięciem żlebu pokonujemy już na takim zmęczeniu, że myślę nikt nawet nie odnotował tego dnia, że on tam był ;) A warto na niego zwrócić uwagę. 20.45 trafiamy do kochanej Limby, gdzie zastajemy środek, jakżeby inaczej, przedsylwestrowej biby! Jesteśmy zmęczeni, ale w ramach kuracji antyzakwasowej wypijamy po dwa piwa, którymi zdaje się notabene Stano, ówczesny chatar, musiał chyba wypakować samochód po dach aby je tam wwieźć, tyle ich tam było. Siadamy przed kominkiem, żeby się ogrzać, przy okazji słysząc wesołe rozmowy Słowaków robiących dwudniowy trip z Liptowskich Rewucz. Na zakończenie dnia jeszcze zabawna historia, gdy Krystek wyciągnął z plecaka orzechową soplicę, widząc wysokoprocentowe trunki na stole i z uśmiechem na ustach zaproponował słowackiej gromadzie poczęstunek, to usłyszał: "My czegoś takiego nie pijemy, wolimy swoje, lepsze" na co Krystuś się oburzył, mówiąc do nas: "Patrzcie, polskiej szlacheckiej wódki odmawiają" :D W ramach rekompensaty został poczęstowany borovićką -> tą samą od której uciekaliśmy podczas zeszłego pobytu w Fatrze ;D i... naleśnikami, no bo nie od dziś wiadomo przecież, że na zapitę najlepsze naleśniki!
DZIEŃ II
Wstać było łatwo, zebrać znacznie gorzej. Limba pękała w szwach i nawet tak prozaiczna czynność jak wzięcie butów spod kominka wymagała czasu, ba była to chyba nawet najtrudniejsza rzecz jaką przyszło nam zrobić. Znalezienie własnej pary pośród 30 albo 40 par niemal identycznych, wymagało długiego poszukiwania, potem zaś zagotowywanie wody i latanie do źródła - dla czterech osób na chińską zupkę, do tego woda na cztery herbaty, aż wreszcie woda do czterech termosów. Na to wszystko pewnie poszło 1/3 gazu w kartuszu, ale co najgorsze też i dużo czasu. Na domiar złego dowiedzieliśmy się że nie ma miejsca w Chacie pod Boryszowiem i że sen nas czeka w... Szałasie pod Suchym Wierchem... 
A ze wszystkim uporaliśmy się dopiero o... 09.05. Wstyd pisać...
 Poranek przed Limbą.. Co się stało z Niżnymi???
 Standardowo, wracamy żółtym Szlak żółty szlakiem na grań...
 I nie może zabraknąć lawinowego żlebu, który przekracza szlak żółty Szlak żółty.. To tu poprzedniego dnia mieliśmy lekkiego cykora, gdy w ciemną noc tędy przechodziliśmy...
Dzień jest pochmurny ale na przełęczy nie tak wietrzny jak poprzedni. Jak się okaże, to tylko złudzenie...
Rozpoczynamy podejście na Rakitów od łatwiejszej, północnej strony. Ślady zostały przez noc trochę zawiane, ale dało się przejść bez większych problemów...
Na podejściu...
Podchodzenie przebiega sprawniej niż myślałem ale gdy wchodzimy na pierwsze wypłaszczenie przed szczytem, zaczyna, a jakże, wiać silny wiatr północno-zachodni, który nas spycha w kierunku nawisów śnieżnych.. Wg danych meteo miało wiać z prędkością około 60-70 km/h a temperatura odczuwalna w dzień miała się wahać od -15 do -18 stopni Celsjusza z tendencją spadkową...
Zamarznięci przyjaciele...
Pod szczytem Rakitowa wieje na tyle silnie że niemal cały świeży śnieg został wywiany.. Czujemy teraz jak bardzo przydałyby się raki...
Jedynym ciekawszym widokiem jest Wielka Chochula, której szczyt znajduje się ponad chmurami...
Jest 10.45 gdy docieramy na szczyt Rakitowa, czy też Rakytova, jeśli ktoś woli oryginalną, niespolszczoną wersję... Jest wietrznie, kiepsko pod względem widokowym i dosyć zimno, ale i tak fantastycznie :)  
Aż skorzystaliśmy ze statywu :D
  Na Rakitowie...
Coś tam i z Wielkiej Fatry się pokazało.. Mincol, Cierny Kamień, a w oddali i Suchy Wierch...
  Boryszów (1510 m.n.p.m)...
Aby nie zmarznąć łykamy tylko ciepłej herbatki i spadamy... Niżej widzimy jeszcze dymiące pagóry...
Dużo śniegu ;)
Ale schodząc napotykamy jeszcze jedną trudność... Tracimy kontakt ze szlakiem i wkrótce z niego zbaczamy,  w rezultacie lawirując tak żeby przy okazji nie wejść w jeden z bocznych żlebów. W ten sposób marnujemy sporo cennego czasu...
Jest równo południe gdy zniechęceni przedzieraniem się po bezdrożach wracamy z powrotem na właściwy szlak. Teraz czeka nas zimowa wersja zielonego Szlak zielony szlaku czyli wejście na Minczol (1399 m.n.p.m)...
Niestety, pogoda się skiepściła totalnie i następny odcinek był bezbarwny, więc zdjęć nie robiłem. Na atrakcje nie mogliśmy narzekać dopiero gdy dotarliśmy na Siodło Ploskiej, które to siodło jest właściwie bramą do serca Wielkiej Fatry. Tam zastajemy znów bardzo ciężkie warunki, które towarzyszą nam przez cały czas podchodzenia na Ploskę. Każdy kto, miał okazję doświadczyć choć raz "tego" wiatru od razu nabierze respektu do tej płaskiej i niegroźnej z pozoru górki. W totalnej mgle, w dławiącym wietrze i przejmująco zimnej temperaturze zdobywamy  o 15.40 i co najlepsze myślimy, że trudniej już być nie może. Jak w wielkim byliśmy błędzie, okaże się w następnej części relacji...
 Z Ploski, gdzie wysoki mróz oszraniał brwi i doprowadzał do niebezpiecznego przymarzania powiek (temperatura odczuwalna wg danych miała na Plosce wynosić tego dnia około -23 stopnie Celsjusza) spieprzamy gdzie pieprz rośnie, zanim na tej obłej bałusze dopadnie nas ciemność...
Pozwalając jeszcze sobie na dowodowy filmik ;)
video
Choć tego dnia przechodzimy krótki, ledwie 12 kilometrowy odcinek, gdy na miejsce dochodzimy o godzinie siedemnastej, ponownie jesteśmy bardzo zmęczeni.. Szałas, a właściwie Chata pod Suchym Wierchem to jednak dość prymitywne miejsce i tylko dzięki temu, że natrafiamy w nim na sympatycznego Czecha, Jerzyka z Ostrawy, udaje nam się w nim wspólnymi siłami zadbać o jako takie ciepło. Mamy też szczęście, bo jak się okazuje poprzedniej nocy chatę odwiedziło szanowne towarzystwo cztery nity, z którym mieliśmy w lecie ciekawe spotkanie. Robimy sobie posiłek, wypijamy na grzywkę po dwie herbaty żeby się ogrzać i wsuwamy się do śpiworów. Idziemy spać, bo jutro trudna droga przed nami...
DO ZOBACZENIA

3 komentarze:

  1. Na początek się spytam: Gdzie rakiety? :-P

    Zazdraszczam imprezy, bo pomysł na trasę świetny mieliście :-) Tylko ja bym zabrał namiot, by nie być zależnym od schronisk po drodze, bo na takiej zimowej trasie można się na tym przejechać i to bardzo. Czego skutki mogą być kiepskie....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nad rakietami się zastanawialiśmy i to bardzo poważnie, nawet znaleźliśmy w Rużomberku odpowiedni punkt gdzie je można było wypożyczyć. Było jednak oczywiste ale - cena. A co do namiotu :D Tylko dwójka z nas miała śpiwór do -20 stopni, który by umożliwiał w miarę sensowny i bezpieczny nocleg, stąd też namiotu nie wzięliśmy :/ Ale na następną zimę już namiot będzie, bo to zresztą o wiele bardziej atrakcyjne, takie zimowe spanie w namiocie...

      Usuń
    2. Fakt, cena wypożyczenia jest spora, gdy weźmie się dłuższą imprezę - warto rozważyć zakup swoich jeśli interesuje Was turystyka zimowa. Jeśli szuka się przez dłuższy czas, można znaleźć w całkiem rozsądnych cenach (czasem używane, ale i tak warto). Ja za swoje TSL 225 dałem 200zł, więc można :)

      Usuń