31 sierpnia 2015

Rogaland i Lysefjord, czyli kraina świetlistego fiordu - dzień I

DZIEŃ I (SOLA LOTNISKO - STAVANGER - TAU - JORPELAND - PREIKESTOLVEGEN)
Poprzednią część (-> Rogaland i Lysefjord, czyli kraina świetlistego fiordu - prolog) skończyłem na krótkim opisie tego, co działo się przed naszym wylotem ;) A więc, dla przypomnienia przebrnęliśmy kontrolę bezpieczeństwa i lekko zaniepokojeni przekroczonymi wymiarami bagażu podręcznego czekaliśmy na odprawę pokładową. Kiedy ruszył boarding, skierowałem się do niego jako pierwszy z kartą pokładową w ręku. Pracownica standardowo przejrzała dowód osobisty (wystarcza przy podróży do Norwegii), oddała kartę pokładową i... nawet nie spojrzała na plecak. Kiedy przechodziłem obok drugiej z pań, usłyszałem nagle stanowczy głos, który z początku wydał mi się potwierdzeniem moich obaw. Ale jak się okazało byłem w błędzie.
Otóż potoczyło się to wszystko co najmniej zaskakująco.. Drugi w kolejce był Damian, który z uśmiechem na ustach czekał na swoją kolej. Jednak przy okazywaniu dowodu, spotkała go wielce niemiła niespodzianka, jak się okazało, chłopakowi... nieco ponad tydzień wcześniej wygasł termin ważności dokumentu. Lecieliśmy dwunastego maja, a dowód był ważny do końca kwietnia. Sam nie miał przy sobie paszportu, a tylko prawo jazdy, które nie jest uznawane za dowód tożsamości.
Wszystko to działo się w bardzo szybkim tempie. Minutę wcześniej zastanawialiśmy się co będzie jeśli się okaże że bagaże nie przejdą, a tu nagle, wyszło coś, czego nikt z nas się nie spodziewał. Zresztą niesprawdzenie ważności dowodu? Każdy z nas był w szoku, a zwłaszcza sam Damian, który kupował bilety, przy kupnie których, podaje się m.in przecież numer dowodu osobistego! Faktem jest, że dowód, którego termin ważności upływa po 10 latach pozwala uśpić nieco czujność, ale że wyszło to na jaw dopiero na lotnisku?
Zresztą cała akcja była jak cios w potylicę. Zupełnie niespodziewanie stanęliśmy przed hamletowskim wyborem, lecieć czy nie lecieć. Bo jednym jest czyjeś niedopatrzenie, które pewnie i nie powinno się wydarzyć, a czym innym zwykła solidarność, bo wiadomo errare humanum est.
Ponieważ z całej ekipy znałem się tylko z Bartkiem, stwierdziłem, że uszanuję i dostosuję się do każdej ich decyzji. Może było to poniekąd chowanie głowy w piasek i nie czułem się z tego do końca szczęśliwy, ale z drugiej strony wiedziałem że, cała czwórka - Damian, Borys, Magda i Bartek była grupą przyjaciół i każda decyzja, jakakolwiek by ona nie była, zostanie podjęta w sposób taki, by nie zaszkodzić wewnętrznym relacjom. A ponieważ w czwórkę podjęli decyzję że jednak lecimy, więc w ostatniej chwili polecieliśmy.
Wszystko to działo się w kilka minut. Niepokój związany z bagażem, potem to nieszczęsne odkrycie, próba negocjacji z pracownicą lotniska, kilka chwil na podjęcie ostatecznej decyzji - to był koszmar. A potem jeszcze bieg do samolotu, wszystko na wariackich papierach.
Ponieważ do samolotu weszliśmy jako ostatni, pozostało nam tylko zająć ostatnie wolne miejsca. Lot przebiegł mi przynajmniej bardzo szybko, bo gdy ochłonąłem po wydarzeniach na lotnisku, poczułem głód. Jadłem więc kanapki jedna za drugą i zastanawiałem się co teraz będzie, jak brak Damiana przełoży się na naszą wyprawę. Dumałem tak sobie, aż nagle poczułem znajome uczucie szumu w uszach, którego w lataniu nie znoszę, a za oknami zobaczyłem norweski ląd. Potem tylko jeden nawrót i przyziemienie.
Na lotnisku Stavanger-Sola lądujemy 10 minut przed czasem, czyli o 17.20. Wydostajemy się z samolotu przez rękaw i na jednej z ławek w terminalu przylotów dokonujemy przepakowania oraz wydobycia z plecaka pustych butelek, które zabieramy ze sobą do toalety by napełnić je wodą z kranu. 4 butelki rozdzielamy między siebie, będąc pewnym że 1,5 l nam wystarczy i ruszamy w kierunku wyjścia. Wypadałoby powiedzieć God Kveld Norge! ;)
Przed terminalem popełniamy podstawowy błąd - zamiast na spokojnie przeanalizować otoczenie terminala, widząc przystanek autobusowy tuż przy wyjściu z niego, a przy nim czekający autobus, stwierdzamy że to ten oczekiwany :D Dałem się wtedy wyjątkowo, jak to się goda po naszymu - piyknie ciulnońć i nie mogę sobie tego darować. Wiadomo - Polaka najbardziej zaboli jak go ukarzą po kieszeni, a w tym wypadku kara była wyjątkowo dotkliwa - zamiast  spodziewanych 32 NOK było... 110 oczywiście od łebka ^^ (ok 60 zł). Notabene, jeśli będzie to ktoś czytał, kto uważa że 8 zł za pociąg na lotnisko w Balicach to wygórowana kwota, to zapraszam go do Stavanger ;) Co najlepsze w tym wszystkim, to jadąc w kierunku miasta, byliśmy święcie przekonani że to ten właściwy autobus, tylko że cena 32 NOK, o której słyszeliśmy, była niezbyt... aktualna ;P Lekko zaniepokojeni tym że zamiast spodziewanego łącznego wydatku w okolicach 250-300 zł zrobi się 1000 zł, mieliśmy przez moment wrażenie, że skoro tu bilet okazał się 3 razy droższy, to prom do Tau, który miał kosztować równowartość 25 zł, będzie kosztować nas na przykład równowartość 100 zł :D A wydostać się stopem w kierunku Lysefjorden ze Stavanger bez użycia promów jest bardzo ciężko ;)
No cóż, jedyny plus to taki że do portu dotarliśmy bardzo szybko, po 25 minutach ;) Zwykły autobus, ten tani :D jedzie godzinę, gdyż objeżdża całą aglomerację i staje po prostu na innym słupku przystankowym, co mieliśmy okazję sprawdzić podczas powrotu ;P
Wysiedliśmy na niezwykle sennym nabrzeżu, z którego weszliśmy do równie sennego terminalu promowego. Tam spotkaliśmy głównie drzemiących pasażerów oczekujących na swoje promy, ale uwagę naszą zwróciły przede wszystkim zamknięte kasy. W terminalu były również biletomaty, ale po krótkiej analizie, doszliśmy do wniosku, że kupno z nich biletu wymaga posiadania konta internetowego, które zakłada się na stronie Kolumbusa.
Gdy Magda była zajęta wyjaśnianiem kwestii cen i warunków zakupu biletów na norweskie promy, wśród miejscowych, ja zostawiłem ekwipunek na terminalu promowym, którego pilnowali Bartek z Borysem, i wyruszyłem na poszukiwanie miejsca, gdzie można kupić kartusz gazowy. Wychodząc z terminalu promowego, uświadomiłem sobie że nie bardzo wiem jak wyjaśnić to czego poszukuję i w wyobraźni widziałem już zmieszanie na twarzach mojego rozmówcy. Cóż było robić, wybrałem leżący najbliżej terminalu, norweski odpowiednik naszej żabki, wszedłem do środka i udałem się do kasy, pytając o "small gas container". Odpowiedź, nie była taka jakbym sobie życzył, mało tego do końca nie jestem pewien czy kasjerka zrozumiała moje prawdziwe zamiary :D, ale po krótkiej rozmowie, stanęło na tym że wskazała mi drogę do najbliższej stacji benzynowej, która była oddalona o jakiś kilometr. Fakt, ten nie wzbudził mojej wielkiej radości i po szerokim uśmiechu wysłanym w podziękowaniu kasjerce, wyszedłem z budynku w zupełnie inną stronę. Widmo zawiłego drałowania na obrzeża miasta mnie nie do końca przekonywało, postanowiłem więc udać się na Stare Miasto. Najpierw przeszedłem przez centrum handlowe, w którym nie było żadnego sklepu, którego branża pozwalała by mieć nadzieję na pozyskanie kartusza gazowego, były za to knajpy, które serwowały przyzwoicie wyglądające dania, za to w nieprzyzwoitej cenie. Zwykłe "fish&chisps" zwane tu "fisk og pommes frites" kosztowały tu miażdżące 199 NOK czyli ciut ponad 100 zł ;p
W centrum handlowym niczego nie znalazłem, wyszedłem więc z powrotem na nabrzeże i tu wreszcie znalazłem intersport, niestety zamknięty. Był czynny do 18, była 18:32 ;o Skonfundowany wszedłem na Stare Miasto (norw. Gamle Stavanger). Kluczyłem po uliczkach, skądinąd naprawdę malowniczych, czwartego co do wielkości miasta Norwegii i byłem w szoku. Pomijając fakt, że nie mogłem znaleźć żadnego czynnego sklepu, nie licząc pojedynczych kafejek, to przede wszystkim, mijałem POJEDYNCZYCH ludzi. Dzień wcześniej o  podobnej porze, włóczyłem się po krakowskiej starówce, robiąc zakupy przedwyjazdowe i naprawdę zastanawiałem się w kółko - Gdzie Ci ludzie?? Zdawałem sobie sprawę że był środek tygodnia, niezbyt pogodnego ale przyzwyczajony, że w Krakowie (a zresztą nie tylko tam) czy deszcz czy słońce, miasto żyje, nie mogłem się nadziwić.
Nie sądziłem że kupno kartusza zmieni się w włóczęgę po starym mieście w Stavanger, dlatego miałem ze sobą tylko komórkę, co się odbiło na zdjęciach ;/ Spacer zrobił na mnie jednak na tyle duże wrażenie, że postanowiłem się trochę podzielić swoimi emocjami i tym co miałem w komórkowej galerii.
Rozczarowany brakiem sklepu i brakiem możliwości kupna kartusza wróciłem kilkanaście minut przed odpływem promu. Tam dowiedziałem się od reszty, że bilet można kupić na pokładzie promu, a jego cena w przypadku dojazdu do Tau, wynosi na szczęście tyle ile się spodziewaliśmy, czyli 49 NOK (około 25 zł).

Linia ze Stavanger do Tau obsługiwana jest nie przez Kolumbus, a przez Norled. To jeden z wyjątków w okolicach Lysefjordu, gdzie można zobaczyć promy innej linii niż te należące do firmy Kolumbus. Rejsy na tej trasie są bardzo częste i szybkie, podróż trwa bowiem około 30 minut. Norled rozkład promów (ang.)
A podczas rejsu mijamy malownicze okolice Stavanger.  
Tau z oddali...
Na nabrzeżu w Tau czeka skomunikowany z przypływem promu, autobus jadący do Preikestolhytte. Nie ulegamy jednak pokusie i maszerujemy w kierunku centrum wsi, mając nadzieję natrafić na stację benzynową. Gdy jednak do takowej trafiamy, kartusza nie znajdujemy. Zmartwieni naprawdę poważnie widmem braku możliwości ciepłego posiłku postanawiamy zajrzeć jeszcze w parę miejsc. Ja idę do supermarketu, bo nabieram ogromnej ochoty żeby się napić coca-coli. Przy okazji pytam z nadzieją czy znajdę gdzieś kartusz i muszę na wstępie powiedzieć, że obsługa "rzuciła się" aby mi pomóc. Wprawdzie 20-minutowa rozmowa stanęła na tym, że w pobliżu, w Jørpeland znajduje się być może czynny EuroCash, gdzie na pewno znajdę to czego szukam, ale mój pierwotny rozmówca, bardzo uprzejmy, młody Murzyn zaaferowany moim problemem, zwołał kilku swoich kolegów, którzy zaczęli konferować szukając najlepszego i najszybszego rozwiązania ;) Co ciekawe, żaden z pracowników sklepu, z którym miałem okazję rozmawiać nie wyglądał na rodowitego Norwega, byli to mieszkańcy Czarnego Lądu, Azjaci czy biedniejszych krajów Europy.
Ze sklepu wyszedłem z karteczką, na której widniała ręcznie narysowana mapa, przedstawiająca dojazd do tego nieszczęsnego EuroCashu i z colą 0,5l, która kosztowała mnie 24 NOK. O dziwo do wytrzymania, bo zdarzyło mi się w polskich górach płacić za taką butelkę niewiele mniej. Wróciłem do reszty, czekającej już na mnie na parkingu, a następnie ruszyliśmy z zamiarem złapania stopa. Wyrysowaliśmy na wytrzaśniętym skądeś kartonie napis Jørpeland i ustawiliśmy się na przystanku autobusowym. Stopa łapała na swój uśmiech Magda, my jako przedstawiciele płci brzydkiej byliśmy ustawieni z boku :D i nastawieni na to że jeśli się jakiś większy pojazd zatrzyma, to wtedy, przez fakt późnej pory, nikt nie będzie miał serca nas zostawić ;P Po 20 minutach byliśmy już zrezygnowani, bo szosą mknęło sporo aut i żadne nie się chciało zatrzymać. Ale w końcu, kiedy chcieliśmy już ruszyć się z tego przystanku, gdzie zaczynaliśmy pomału marznąć, zatrzymał się miedziany van produkcji GMC, czyli auto znane z amerykańskich filmów sensacyjnych, gdzie jest używane przez porywaczy, terrorystów i innych popaprańców ;p W środku siedział facet w średnim wieku o deczko śniadej karnacji, z paczką donutów obok siebie, który jak się okazało był Rumunem z Hiszpanii, pracującym na budowie, gdzieś w okolicy. Rozmowa z nim była, dość intrygująca, bo jego poglądy na temat Norwegii i życia tam, można było określić mianem "negatywnych".
Zagadani przejeżdżamy przez Jørpeland , zapominając o zajrzeniu do sklepu ;D i podróż szybko się kończy u wyloty drogi zwanej Preikestolvegen. Stąd trzeba niestety drałować około 5 kilometrów, asfaltem w górę. Na osłodę jest malowniczy widok na Idsefjorden, długi na około 12 km fiord.
Jest godzina 21.20 kiedy rozpoczynamy wędrówkę :D Wprawdzie dość późnawo, ale rześko ;)
Spacer drogą był monotonny. Mimo zachwytów nad dziką okolicą, wkrótce zaczęło dokuczać zmęczenie kończącym się dniem, ciężki plecak i padający deszcz, który zmuszał do noszenia kurtki, w której było za to zbyt ciepło. Gdy powoli się ściemniało, dotarliśmy w okolice kempingu, ze skraju którego widać było jeden z licznych w Norwegii, wodospadów :)
Dolina Gydalen, a w dali okolice masywu Grytekluten i jeziora Gloppavatnet.
A my ruszamy dalej norweską "Route 66"...
We mgle, po zmroku ;)
W pobliże schroniska docieramy około 22.30, ale wciąż maszerujemy bez użycia czołówki. Wyszukujemy w miarę płaskie miejsce, w pobliżu początku szlaku na Preikestolen i zabieramy się do rozbijania obozu. Złośliwie, akurat w tym momencie zaczyna lać ;P Robi się też na tyle zimno, że zmuszeni jesteśmy zapiąć kurtki i dygocząc, rozkładamy namioty. Nie mamy też śledzi, które nie przeszły kontroli bezpieczeństwa, tak więc po rozłożeniu obu namiotów, pozostała kwestia zabezpieczenia reszty betów i odciągów. Odciągami zajęli się Borys z Bartkiem, bo bezczelnie wlazłem z plecakami do środka. Zależało mi na tym, żeby plecaki nie przemokły, a co za tym idzie i nieliczne ubrania, a także by pokrowiec na aparat znalazł się jak najszybciej w suchym miejscu. 
O tym jak przebiegła m.in. nadchodząca noc, opowiem już w następnej części ;) Jest bowiem o czym pisać, zwłaszcza że noc była długa i... mokra ;p Żegnając się więc po norwesku: Vi sees! :)

19 sierpnia 2015

Rogaland i Lysefjord, czyli kraina świetlistego fiordu - prolog

PROLOG
Ten wyjazd był bardzo udany pod wieloma względami, zarówno krajobrazowymi jak i przygodowymi, a fakt że z każdym dniem nabierał on coraz bardziej survivalowego charakteru, upewniał mnie w przekonaniu, iż na długo pozostanie w pamięci. To jeden z takich wyjazdów, o którym człowiek wiedział, że za 40 lat jak będzie siedział w fotelu przed kominkiem, to będzie mówił: "Kiedyś to się miało fantazję, kondychę i było się nie do zdarcia".
Chociaż w Norwegii spędziliśmy zaledwie 6 dni, to przygotowania zaczęły się bardzo wcześnie, i dobrze zresztą, bo dzięki opamiętaniu moich współtowarzyszy, wszystko było jak w szwajcarskim zegarku. Ale nawet najlepiej ogarnięty plan, nie jest gwarantem sukcesu, bo życie na każdym kroku zaskakuje i nawet drobne zaniedbania mogą stać się przyczyną porażki.
Ale po kolei, zacznijmy bowiem od ekipy, która tym razem nie składała się z mojego gliwickiego, licealnego towarzystwa, a ze znajomości studenckich. Skład wyglądał następująco: Magda, Bartek, Borys, Damian i ja. Ja z Bartkiem znaliśmy się z roku, resztę ekipy, która składała się ze znajomych Bartka z Sanoka (choć prawie wszyscy studiowali na innych uczelniach w KRK), poznałem dopiero na lotnisku. Pierwotnie bowiem w wyjeździe miały wyłącznie uczestniczyć osoby z roku, ale po małych perturbacjach, skończyło się tak, a nie inaczej.
Inna sprawa, że jeszcze dawno dawno przed wyjazdem, pojawiały się zupełnie inne plany. Miał być to krótki wyjazd na wyluzowanie od uczelni i uczelnianych problemów, jakiś łażing po miastach typu Barcelona, Mediolan czy Londyn, gdzie mieliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym czyli w dzień zwiedzanie zabytków, a nocą zwiedzanie klubów. To wszystko oczywiście za niską cenę dojazdu. Wiadomo low costy i te sprawy. Ale napaliliśmy się z Bartkiem na Norwegię, marzyło nam się zdjęcie na Preikestolen, a ponieważ na ofertę kulturalną w Krakowie z pewnością nie można narzekać, to zmiana nastawienia, że zamiast chodzenia po Rambli czy innym deptaku w szortach, t-shircie i w ciemnych okularach i nawiązywania nowych znajomości z np. uroczymi Hiszpankami, będzie przedzieranie się przez bagniste tereny norweskiej dziczy, kąpanie się w wodzie która ma 5 stopni Celsjusza i obawa że dzień w dzień będzie lało, nie była taka trudna :D Wyczekiwaliśmy tylko na w miarę tanie bilety, a gdy takowe się pojawiły, zrobiliśmy pierwszy, krótki kosztorys, po którym uformował się ostateczny skład.
I jakoś tak się to potoczyło, że organizacją wyjazdu w 90% zajął się Damian, co trzeba mu przyznać, skonfigurował nam więc plan, obejmujący kilka czołowych "landmarks of Norway" czyli Preikestolen, Kjeragbolten i Trolltungę. Taki był plan, ale życie skorygowało go i wyraźnie ograniczyło.
Mapa ze strony www.regionstavanger.com
EKWIPUNEK
Po miesięcznym przygotowaniu, wybraliśmy najpotrzebniejsze (na potrzebne zabrakło miejsca) bambetle i zapakowaliśmy się w następującej konfiguracji:
2 bagaże podręczne powiększone (mój i Bartka) - wymiar 56x45x25 cm
3 bagaże podręczne zwykłe - wymiar 42x32x25 cm
A oto co zawierał mój bagaż podręczny, czyli plecak 50+5l:
- sprzęt fotograficzny (w środku), który zawierał najwięcej miejsca, a w jego skład wchodziła torba fotograficzna z aparatem + 2 obiektywy + filtry + ładowarka i statyw o wys. po złożeniu 60 cm (był ułożony nieco po skosie :P)
- namiot 3 osobowy (przytwierdzony trokami do jednego boku)
- namiot 2 osobowy (przytwierdzony trokami do drugiego boku)
- śpiwór zimowy
- karimata samopompująca (ewentualnie może być materac dmuchany - Borys taki miał)
- ręcznik szybko schnący
- dwie koszulki termiczne
- spodnie na zmianę
- 2 pary majtek i 2 pary skarpetek tak aby w przypadku braku możliwości wyprania jednego dnia nie było problemu ;D
- palnik gazowy (oczywiście bez kartusza)
- termos 0,7l
- herbata w saszetkach
- dwie czekolady, jakieś żelki
- sznur do prania
- taśma remontowa
Bartek w swoim bagażu miał żarcie dla naszej ekipy, czyli:
- 10 konserw
- 15 paczek kabanosów
- 30 batoników typu crunchy + jakieś 20/25 które my dodatkowo mieliśmy w swoich plecakach
- 10 paczek sezamków
- 6 plastikowych, 1,5-litrowych, butelek po wodzie, zgniecionych, tak aby można było na lotnisku "ukraść" wodę z kranu ;]
- reszta to podstawowe rzeczy które każdy u siebie miał, czyli śpiwór, mata, ubrania, apteczka z podstawowymi lekami, mała kosmetyczka z paczką chusteczek odświeżających, tubką jakiegoś żelu do mycia i szczoteczką do mycia zębów w środku, no i to co każdy miał w dniu wylotu na sobie oraz dodatkowo narzucone: kurtka i polar.
Podczas lotu miałem oba namioty, bo Bartek nie miał wystarczającej liczby troków, poza tym ze względu na wielkość swojego plecaka, musiał wykluczyć przypinanie do boków większych przedmiotów. 
PRAWDY I MITY NA TEMAT NORWEGII
1. Wyjazd do Norwegii będzie tani pod warunkiem, że jedynym wydatkiem jaki poniesiesz, będą bilety lotnicze, natomiast po kraju przemieszczać się będziesz autostopem, jadł to co przywieziesz z Polski, a wodę pił z potoków lub z kranu. Tak, w Norwegii można pić "kranówę" bo jest krystalicznie czysta i bardzo smaczna. Naprawdę ;)
2. Jeśli myślicie, że podróżowanie autostopem po Norwegii polega na tym, że wyciągasz łapę i po dwóch, max pięciu minutach auto się zatrzymuje, to jesteś w błędzie. Czasem można się nieźle namęczyć, warto również uwzględnić że im większa grupa -> tym trudniej złapać okazję, najlepiej się dzielić na grupki 2 osobowe.
3. W Norwegii można spać praktycznie wszędzie (prawo allemannsretten), pod warunkiem że będzie to 150 metrów od najbliższej chałupy - tak jest przynajmniej oficjalnie. My spaliśmy czasem i bliżej zabudowań, nikt się nie czepiał itd. itp.
4. Ludzie są mili i rozmawiają bardzo dobrze po angielsku.
5. Wybierając się do Norwegii, a przynajmniej w okolice Lysefjorden, pamiętajcie, że pokonanie nawet kilku kilometrów w linii prostej może trwać kilka godzin - teren jest górzysty, jest dużo dolin, wąwozów, jeziorek, potoków nie do przebycia, torfowisk etc. Co w praktyce oznacza że nawet jeśli wydaje się Wam że coś jest o "rzut kamieniem" to może to oznaczać bardzo długie dreptanie :D
6. Na obszarze wokół Preikestolen nie należy się nastawiać na rozpalanie ognisk. Dostęp do drewna jest utrudniony, a teren skalisty. Ponoć też w sezonie letnim na terenach leśnych rozpalanie ognisk jest zabronione, ale szczegółów nie znam
7. Nie zakładajcie że uda Wam się dotrzeć na Kjerag nawet jeśli jest czerwiec. Może się nawet nie udać w lipcu, tak długo utrzymuje się tam pokrywa śnieżna, a sama droga przebiegająca pod Kjeragiem jest nieprzejezdna
8. Pamiętaj, że noce w Norwegii późną wiosną i latem bywają bardzo krótkie. W naszym przypadku zmrok robił się o godzinie 23 a świt nastawał około godziny 3. Jeśli więc chcesz zrobić spektakularny wschód słońca pamiętaj o wczesnym wstawaniu, jeśli chcesz uchwycić świt nad Lysefjord - musisz zarwać noc :D  
9. Większość sklepów, nawet w dużych miastach w dni robocze jest czynna w godzinach 9 do 17 lub 10 do 18.
10. Jeśli chcesz skosztować norweskiego alkoholu, licz się z bardzo dużym wydatkiem. Piwo można kupić w supermarkecie (zazwyczaj ma albo około 3,5%, albo mocniejsze 4-4,5% i bardzo często jest w butelkach 0,33l), ale mocniejszy alkohol a za taki uznawane jest już np. wino, można kupować tylko w sieci sklepów monopolisty na rynku alkoholowym, zwanym vinmonopolet, będącym spółką, której właścicielem jest norweski rząd i mającą wyłączną koncesję na sprzedaż wysokoprocentowego alkoholu w tym kraju.
MAPY, PRZEWODNIKI
Z przewodnikami i mapami jest pewien problem. Szczególnie dotkliwy jest on w przypadku przewodników. Otóż, nie znam żadnego, który obejmowałby tylko część tego kraju, wszystkie publikacje dotyczą albo całego kraju, albo nawet i całej Skandynawii. Ja rozumiem że akurat w przypadku Norwegii sporo osób jeździ tam na kilka tygodni, czasem nawet na miesiąc, ale rezultat jest taki, że mamy do czynienia z cegłą, która ma czasem i po 500 stron, ale o ile w przypadku wypoczynku typu "kamperem po kraju" nie ma problemu, to w przypadku kilkudniowej, pieszej wędrówki z plecakiem, problem się robi i to całkiem spory. Raz że to niepotrzebnie zwiększa wagę bagażu, a dwa, że taki przewodnik bywa lakoniczny, zdawkowy. Nie potrafię zrozumieć dlaczego niektóre wydawnictwa pozwalają sobie na wydawanie jednotomowych przewodników po takich państwach jak Hiszpania, Francja czy Włochy, gdzie atrakcji jest multum, a poza tym większość ludzi, jadąc tam i tak zwykle zmierza w jeden konkretny rejon (góra dwa). Ale mniejsza z tym, wracając do Norwegii i do oferty przewodników, powiem wprost - jadąc tylko w jeden rejon (tak jak my nad Lysefjord) można to sobie darować i polegać tylko na informacjach znalezionych w internecie. Jeśli już zależy nam, na wybraniu konkretnej pozycji, to mogę polecić przyzwoity przewodnik "Norwegia 3 w 1" z serii Explore&Guide, wydanej przez wydawnictwo Express Map. 
Zdjęcie ze strony arttravel.pl
To również dosyć gruba, ale barwna i rzeczowa publikacja z wieloma zdjęciami, informacjami praktycznymi i opisanymi m.in. trasami do Kjeragu czy Preikestolen. Jest też mapka z tyłu książki w formie atlasu, a oprócz tego dołączona jest jeszcze mapa laminowana w skali 1:1 000 000. Niestety mimo tego, że przewodnik został wydany w 2014 roku, część cen podanych jest już nieaktualna, brakowało mi też choć niewielkiego, słowniczka. Cena tej publikacji to 99,90 zł. Znacznie tańszą opcją jest przewodnik pascala, którego ostatnie wydanie pochodzi z 2015 roku. Jest on także lżejszy, co wynika w mojej ocenie z zastosowania nieco bardziej podatnego na uszkodzenia, papieru i faktu że ma dużo mniej stron. Dla liczących każdy gram - może być lepszym wyborem. 
Szerzej mogę się wypowiedzieć o mapach, ale na początek taka rada - wybierzcie się z zakupami do sklepu ściśle turystycznego. Jak wspomniałem w opisie przewodnika wydanego przez express map jest już dołączona mapa, ale z tą skalą może się przydać tylko podczas podróży dalekobieżnych, między większymi miastami. Każdy kto będzie chciał wybrać się na norweską prowincję, będzie zmuszony skorzystać z dokładniejszej mapy i w tym celu spokojnie mogę polecić mapy wydawane przez znane austriackie wydawnictwo - Freytag&Berndt. W swej bogatej ofercie ma mapy Norwegii w skali 1:250 000 lecz oczywiście jeden arkusz nie obejmuje całego kraju! W tej skali na rynku znajdują się 4 arkusze, z których najbardziej dla wybierających się nad Lysefjord przyda się arkusz 1 zatytułowany: "Norway South, Norwegen Sud". Zasięg mapy obejmuje południowe wybrzeże z Oslo, Larvik i Kristiansand, poprzez takie tereny jak Setesdal, cały Rogaland, płaskowyż Hardangervidda, aż po okolice Bergen. Dokładny zasięg mapy można zobaczyć tu: Mapa Norwegia Południowa
Zdjęcie ze strony amazon.de
Produkt ten charakteryzuje się wysoką czytelnością, dobrą plastycznością jeśli chodzi o odwzorowanie terenu, zawiera naniesione trasy promowe, pola kempingowe, ważniejsze szlaki, ciekawe miejsca i w zasadzie poza tym, fakt że nie można kupić tej mapy w wersji laminowanej jest jedynym minusem. Spodziewam się, że pozostałe arkusze wykonane przez te wydawnictwo w tej skali też są podobne jakościowo, więc w razie gdyby ktoś z czytelników wybierał się albo w okolicę Sognefjorden albo na Lofoty, to też będzie zadowolony :) Co ważne wszystkie arkusze są często aktualizowane, a ostatnie wydania weszły na rynek właśnie w tym roku :)
Jeśli chodzi o mapy dokładniejsze, które będą nas nawigować na miejscu, tu jest problem. Otóż istnieje pewne wydawnictwo, norweskie, które wydaje dobre (miałem okazję przeglądać jeden z produktów), mapy w skalach: 1:100 000, 1:50 000 i 1:25 000. Czyli w takich do jakich jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce, które mają turystyczne mapy compassu, sygnatury czy express mapu. Tym wydawnictwem jest nordeca. Na ich mapach znajdują się nawet czasy przejścia poszczególnych szlaków. Niestety, w żadnym polskim sklepie, nie ma arkusza obejmującego Lysefjord, choć takowe są, jeden arkusz w skali 1:50 000 zatytułowany "Lysefjorden" (nr arkusza 2681) i drugi, zatytułowany "Preikestolen" w skali 1:25 000 (nr arkusza 2631). Oba ostatnie wydania są z 2015 roku. Można je dostać w zasadzie tylko poprzez norweskie e-shopy, np. kartbuttiken.no -> Mapa Lysefjord.
Zdjęcie ze strony kartbutikken.no
W polskich sklepach turystycznych, czyli na przykład w sklepie podróżnika, albo w białostockiej księgarni "Mapy" można nabyć mapy tego wydawnictwa tylko w przypadku parku narodowego Jotunheimen albo Hardangervidda. To tak przy okazji ;) Koszt tych map nie jest niski, bo kosztują one z reguły około 90 zł. Kupno na wspomnianej wyżej stronie to wydatek 18 euro + dostawa. Ale to jest poziom norweskich cen ;P
Aha - ważna rzecz, bo wyżej o tym nie wspomniałem. Walutą obowiązującą w Norwegii jest Korona Norweska (NOK), a jej stosunek do złotego (mniej więcej) wynosi 2:1 tzn. 1NOK~0,46 zł
PRZYDATNE STRONY INTERNETOWE
Tu nie ma na co narzekać - internet jest pełen świetnych stronek (zwłaszcza na temat Lysefjord), na których można znaleźć dosłownie wszystko, co nam podczas wyjazdu do Norwegii będzie potrzebne. W dodatku wszystkie są bardzo czytelne, intuicyjne i przyjemne dla oka. Korzystanie z nich to sama przyjemność i trzeba pochwalić za to Norwegów. Z mojego punktu widzenia, dostępność informacji jest lepsza niż w przypadku Słowenii i Alp Julijskich. Ale po kolei:
1. Źródłem wiedzy na temat szlaków w całej Norwegii jest DEN NORSKE TURISTFORENING, w skrócie DNT (dosł. Norweska Organizacja Turystyczna), inaczej mówiąc odpowiednik PTTK. Na jej stronie można znaleźć opisy wszystkich szlaków, informacje na temat hytte, czyli chatek samoobsługowych, szczegóły dotyczące członkostwa, przydatne wskazówki, o których warto pamiętać przed wyjazdem i wiele wiele innych. Link -> Den Norske Turistforeningen (ang.)

2. Z pewnością ważnym jest, aby wiedzieć, że Królestwo Norwegii jest administracyjnie podzielone na 19 okręgów (norw. fylke), które składają się łącznie z 430 gmin (norw. kommune). Okręgiem jest przykładowo Rogaland. Ale funkcjonuje jeszcze jeden podział z którym się na miejscu spotkacie. To tzw. podział nieoficjalny, który zakłada funkcjonowanie 5 regionów (norw. landsdeler), dzielących się na dystrykty (norw. distrikt). Jednym z takim dystryktów jest Ryfylke, obejmujący gminy: Finnøy, Forsand, Hjelmeland, Kvitsøy, Rennesøy, Sauda, Strand i Suldal. Dlaczego o tym mówię? Bowiem wiele informacji można znaleźć na stronie internetowej właśnie dystryktu RYFYLKE -> Ryfylke (ang.). Tam znajdziecie informacje na temat szlaków, które są bardzo dokładnie opisane, z mapami, z wyliczonymi czasami przejścia, z kilometrażem, z poziomem trudności, a także podstawowymi danymi dotyczącymi dojazdu w dane miejsce. Oprócz szlaków pieszych są też propozycje wycieczek promem, czy cała masa innych atrakcji typu wspinaczka, kajaki, raftingi i inne. Dla szukających ewentualnych noclegów - można tam również przejrzeć ofertę hoteli, guesthouseów, pensjonatów, hosteli itd., są również linki prowadzące do stron przewoźników autobusowych kursujących np. do Preikestolhytte czy firm promowych, które obsługują nie tylko Lysefjord, ale cały dystrykt Ryfylke. Bardzo fajna stronka, typowo skandynawska :D niezwykle czytelna, rzetelna i przydatna. Nie znajduję w niej minusów.

3. Odpowiednikiem Ryfylke w przypadku Trolltungi jest Hardanger. Dlatego wszelkie informacje dotyczące Trolltungi, Doliny Oddy czy Hardangerfjordu znajdziecie właśnie tam -> Hardanger (ang.).

4. Kolejną stronką z której miałem okazję przed wyjazdem korzystać jest UT.no -> UT (norw.). Co to takiego, już wyjaśniam... Otóż jest to coś jak nasza mapa-turystyczna.pl, bowiem znajdziecie tam mapę topograficzną, ze wszystkimi szlakami i podobnie jak na stronce dystryktu Ryfylke, świetnie opisane trasy, z wykresikami, z kilometrażami, prawdziwa francja-elegancja. Szkoda tylko że nie ma wersji angielskiej, ale akurat w tym przypadku nie stanowi to takiego problemu, bo wykres i mapę zinterpretujemy nawet nie znając norweskiego :)

5. Jest także Visit Lysefjorden -> Visit Lysefjorden (ang.), która nie jest tak obfita jeśli chodzi o opisy szlaków, ale i tak wiele rzeczy wcześnie wymienianych, na niej znajdziemy. Sama przyjemność korzystać ;)


6. Bardzo przyjemna jest jeszcze strona regionu Stavanger -> Region Stavanger (ang.)... Jak widzicie dużo tego ;)
7. Na koniec internetowy przewodnik po całej Norwegii, jak sam siebie określa czyli visitnorway.com -> visitnorway.com (pol.). Uwaga! Jest polska wersja językowa :)
Wiele zakładek łączy się z portalem tripadvisor, są porady dotyczące podróżowania, gdzie jechać, co robić, gdzie spać, mapy, pogoda, historia, wskazówki dotyczące bezpieczeństwa.. no jest wszystko czego dusza zapragnie.

8. Ostatnią wartą zapamiętania rzeczą jest fakt, że komunikacją w regionie zajmuje się przedsiębiorstwo Kolumbus. Odpowiada ono za komunikację miejską w aglomeracji Stavanger-Sandnes (w tym na międzynarodowe lotnisko Stavanger-Sola), lokalne autobusy w Rogalandzie, czy promy kursujące po zatoce i okolicznych fjordach -> Kolumbus (eng.).

Wiele z tych stron wypuściło na rynek fajne appki, które można ściągać z google play, czy appstore. Niestety, brakuje wersji na windows phony, dlatego też posiadacze telefonów z systemem microsoftu, nie zaszaleją w tym temacie. Na androida, czy na iphone'a/ipada, są specjalne appki visitnorway.com czy kolumbusa, ale uwaga, w wielu miejscach nie ma zasięgu, a ich działanie wymaga łącza internetowego ;) Także nawet LTE Wam wtedy nie pomoże, bo nam w najważniejszych momentach brakowało zasięgu...
Zdjęcie ze strony blog.katowice-airport.com
DOJAZD
Do Norwegii z Polski można się dostać tanio, szybko i przyjemnie. Najwygodniejszym środkiem transportu jest oczywiście samolot, a że w Norwegii Polonia jest stosunkowo liczna, a sam kraj cieszy się dużym zainteresowaniem wśród polskich turystów, z każdego niemal polskiego lotniska możemy się tam dostać. Latają oba największe low costy, obecnie istniejące na polskim niebie - Ryanair i Wizz Air, z tymże Ryanair z norweskich miast lata tylko na lotnisko Rygge w Moss, obsługujące Oslo. Takie loty oferuje całorocznie z lotnisk w Krakowie, Modlinie, Wrocławiu, Rzeszowie, Poznaniu i Gdańsku, a sezonowo jeszcze z Łodzi i Szczecina. Wizz Air który akurat w przypadku podróży między Polską, a Norwegią wygrywa ofertą, lata nie tylko do Sandefjord, będącym trzecim lotniskiem obsługującym stolicę kraju, ale do niemal każdego większego miasta norweskiego: Alesund, Bergen, Haugesund, Kristiansand, Molde, Stavanger i Trondheim. Taka ilość norweskich destynacji jest dostępna co prawda tylko z Gdańska, ale lotniska w Katowicach i w Szczecinie oraz warszawskie Lotnisko Chopina, również pozwalają dotrzeć do Stavanger i do Bergen. Jeśli chodzi o ceny - najtaniej jest się dostać oczywiście na lotniska leżące pod Oslo: Rygge i Sognefjord, zwane również Torp. Ale to tylko złudne wrażenie o niskiej cenie, bowiem aby wydostać się stamtąd trzeba korzystać z komunikacji publicznej, która jest horrendalnie droga, bo raz jest norweska, a dwa - oba lotniska są oddalone od centrum stolicy o kilkadziesiąt kilometrów (Rygge o 60, Torp o 110 km). Można oczywiście próbować się wydostać stopem, ale to ma sens tylko w przypadku gdy jedziemy zwiedzać południowo-wschodnią Norwegię. Ktoś kto leci tylko nad Lysefjord powinien szukać tanich biletów na lotnisko Stavanger-Sola, znajdujące się kilkanaście kilometrów na południowy-zachód od centrum Stavanger. Jeśli ktoś leci na przykład na cały tydzień lub dłużej oczywiście, może próbować startować z lotniska położonego w niewielkim Haugesund, ale to opcja dla tych co mogą lecieć z Gdańska (bilety w promocji można ustrzelić za 78 zł) lub z Bergen (nieco trudniej trafić na bilety za 78 zł). Bergen jest bardzo dobrym punktem wypadowym nad Hardangerfjord i bardziej na północ w kierunku Sognefjord i PN Jotunheimen. 
Od razu powiem, my kupiliśmy bilety do Stavanger za 108 złotych, ale zdecydowaliśmy wcześniej o wykupieniu członkostwa w Wizz Discount Club. Dlatego na samym starcie łączna cena wyniosła nas 137 złotych. Oczywiście w 2 strony.
Analizowaliśmy różne miejsca startowe - nie tylko Stavanger, ale również Haugesund, a nawet Bergen. Skończyło się na tym pierwszym do którym udajemy się na pokładzie Wizz Aira, z górnośląskiego lotniska w Pyrzowicach.
**
Jest poranek 12 maja 2015 roku, po porannej toalecie i mocnej kawie, zabieram ciężkawy już, choć jeszcze nie wypakowany do granic możliwości, plecak i opuszczam na tydzień swoje (dawne już) mieszkanko w krakowskich Łagiewnikach. Wsiadam tradycyjnie w starego wiedeńca na "dziesiątce" i pędzę na uczelnię. Zostawiam na czas zajęć bagaż u woźnego przy uczelnianej hali sportowej, następnie odbębniam wf, a po nim, spokojnym marszem idę w kierunku dworca autobusowego, aby przedostać się do Gliwic. Kontaktuję się z Bartkiem, który tego dnia poranne zajęcia olewa, upewniam się co do pory spotkania, po czym już po przyjeździe na Górny Śląsk, mając dwie godziny czasu, wykorzystuję jeszcze każdy wolny centymetr kwadratowy plecaka i z przerażeniem stwierdzam, że szerokość plecaka przekracza o 5, a wysokość o 3 centymetry, dozwolone wartości. Biorę więc sznur do prania i owijam, owijam plecak, który zaczyna wyglądać co najmniej śmiesznie... Ściągam i ściągam po bokach, ale suwmiarka nie kłamie - 58 na wysokość i 48 na szerokość to wciąż za dużo... Siedząc oparty o szafę, nogami dociskam jeszcze to co wystaje i z poważnym zmartwieniem ląduje około 13.30 w samochodzie. Dzięki uprzejmości mamy, dostaję podwózkę pod wrota terminalu A na katowickich Pyrzowicach, gdzie jestem parę minut po 14. Do odlotu 1h 15 min, w pamięci opieprz od Bartka za piętnastominutowe opóźnienie. Na szczęście nie mamy bagażu rejestrowanego, od razu idziemy do kontroli bezpieczeństwa. Tu pewien zastój, bo przewozimy wiele podejrzanych rzeczy ;p Stojący przede mną Damian, amator-wynalazca, w obawie przed brakiem możliwości dostania na miejscu kartusza gazowego, ma ze sobą coś co może nam to zastąpić, co wygląda jak dość wysoka, kilkunastocentymetrowa puszka, która w środku jest wypełniona jakimś drutem i jakimś materiałem :D To już wzbudza zainteresowanie, a potem przychodzi kolej na mnie. Palnik gazowy, choć bez gazu, wydaje się być dosyć ostry, ale w końcu przechodzi, statyw mimo metalowego wykonania również, sznur do prania i taśma wystające z kieszeni kurtki wydają się być dziwne, no ale w końcu nikt tego nie zabrania. Po mnie Magda i Bartek przechodzą bezproblemowo, a na Borysa, trafia "przypadkowe przeszukanie plecaka" :D Po kontroli bezpieczeństwa w strefie wolnocłowej jeszcze chwilę zastanawiamy się, co by tu przepakować. Pada na moją karimatę, która ląduje dzięki niewielkim wymiarom w plecaku Bartka. Koniec, końców stajemy jako pierwsi w kolejce do gejtu. Nieco tylko uspokojony, zastanawiam się co mogę wywalić z tego plecaka jeśli się okaże że bagaż jest za duży i dochodzę szybko do wniosku, że nie ma takiej rzeczy. Dalszy bieg wydarzeń jednak zaskakuje nas wszystkich...
CDN

12 sierpnia 2015

Weekend majowy w Górach Strażowskich, czyli głusza za miedzą cz. III - Wapecz

(SALON POD VAPCOM - NAD HORNOU PORUBOU - SEDLO PALUCH - VAPEC - SEDLO PALUCH - SVRATKOVA LUKA - HOMOLKA)
Noc spędzamy w dobrze wyposażonym Salonie pod Wapeczem (Salon pod Vapcom), gdzie znajduje się nawet kominek z płytą na grilla :D Nie chciało nam się namiotu rozbijać, stwierdziliśmy więc że prześpimy się na samych karimatkach i tak zrobiliśmy. Poranek był ciężki, bo plecy nieco bolały, a po wymagającej trasie i długim wieczorze, wstawało się niefajnie. Rano kawka, nawet dwie, potem kabanosy, konserwy i te sprawy. Jeszcze kąpiel odświeżająca w wodzie ze źródła o temperaturze nieprzekraczającej 10 stopni i stajemy na nogi.
Trasa na dziś została z pewnych względów wyraźnie skrócona..
Zielonym kółkiem zaznaczono faktyczne miejsce startu. 

Na początek obchodzimy jeziorko położone u stóp Wapecza.
Z nad jeziorka ruszamy pod górę przez wspaniały, bukowy las. Podejście jest strome i męczące, ale po pewnym czasie, kawałek za rozstajami zatytułowanymi "Nad Hornou Porubou", gdzie żółty Szlak żółty szlak się kończy, a my sami przestępujemy na szlak czerwony červená turistická značka z Hornej Poruby, znajduje się źródełko i ławki, gdzie można odsapnąć jeśli zajdzie taka potrzeba.
Wyżej wychodzimy już na otwartą przestrzeń, która wita nas pięknymi widokami...
Tu jeszcze jedna fotka tym razem na masyw góry Baske (955 m.n.p.m), najwyższy w południowo-zachodniej części Gór Strażowskich.
I Wapecz - trochę jak Rozsutec ;)
Po przejściu przez skalny teren, zawalony złomami i jeszcze krótkim podejściu na wąską grańkę, docieramy na Sedlo Paluch (900 m.n.p.m). To właśnie tu odbijamy by zdobyć wierzchołek Wapecza.
Krótki odcinek jest eksponowany. Grań, tak jak już mówiłem jest wąska i w dodatku lekko przepaścista. Na szczęście cały ten odcinek nie jest długi i po krótkim marszu i wspinaczce po skałkach i trawkach docieramy na wierzchołek.
Widok z Wapecza, nawet przy takiej pogodzie jaka była, jest.. absolutnie fenomenalny. Wprawdzie nie dojrzymy Tatr ani innych poszarpanych wierzchołków, ale mnogość górek dokoła i widok jak z samolotu (przypadłość skalistych, wyniosłych szczytów) z pewnością wprawi w nas w zachwyt.
Strażov, Hruba Zliezajna (dość oryginalna nazwa) i Svietla Hora. W dali majaczy Magura.
Dalsza część widoków. Na skraju, po lewej między innymi Rohata Skala z wczoraj i widoczne za nią Malenica i Manin. Między Rohatą Skałą a grzbietem Strażova, w wyraźnym obniżeniu podczas inwersji można szukać Beskidu Żywieckiego i Śląskiego - Wielką Raczę, Pilsko czy Babią Górę możemy stąd dojrzeć. Delikatnie widać też, choć na tym zdjęciu trudno je wyróżnić, szczyty Wielkiego Krywania, czy Wielkiej Łąki (Velkiej Luki) w Małej Fatrze.
I panorama okolic Koseckiego Podgrodzia, w oddali słabo widoczna Dolina Wagu, za którą jest już Beskid Śląsko-Morawski.
Jeszcze parę fotek na zachmurzoną okolicę i po dopiciu kawy, opuszczamy wierzchołek.
Cała siódemka na niewielkim wierzchołku Wapecza ;) Oski już z niego spadał :D
Poniżej wierzchołka znajduje się wypłaszczenie na które schodzimy. Ścieżka z Sedla Paluch wchodzi bowiem na wierzchołek inną trasą niż z niego schodzi, co w przypadku eksponowanych momentów i skalistego terenu jest bardzo dobrym rozwiązaniem.
Chwila zadumy przed dalszą drogą ;)
Z Wapecza wracamy na Sedlo Paluch, a następnie wychodzimy ponownie na otwartą przestrzeń ponad lasem, skąd po raz ostatni przed zejściem możemy nacieszyć się rozległymi widokami.
Byliśmy w tym momencie świadkami zabawnej sytuacji :D Zamykaliśmy z Mosiem grupę, schodząc notabene bardzo stromym, południowo-wschodnim zboczem Wapecza, gdy usłyszeliśmy najpierw głuchy dźwięk, a następnie soczyste k***a, gdy Świętemu odpiął się od troków śpiwór i poleciał w dół, radośnie podskakując na wybojach, na koniec znikając w leśnej gęstwinie :D Wyobraźcie sobie, że śpiwór celnie omijał wszystkie drzewa :D i oczywiście oddalał się od ścieżki ;PPP która zakręcała w inną stronę. Oczywiście Świętego z problemem nie zostawiliśmy, dzięki temu, że szukaliśmy w siódemkę, zguba została po jakichś 20 minutach, odnaleziona. Ale bezradność towarzysząca śledzeniu uciekającego śpiwora -> bezcenna :DD
Po tej przygodzie szło się już całkiem spokojnie i bez przerw dotarliśmy na Taborisko pod Wapeczem, które jest świetnym miejscem na biwak (sam Wapecz jest objęty rezerwatem ścisłym, więc teoretycznie spać tam nie można, choć ślady noclegu tamże widzieliśmy ;]). 
Po zjedzeniu ostatniej konserwy która została podzielona na siedem RÓWNYCH :D części, wypiciu wody, ruszamy dalej, mijając po drodze rozstaje, na których zmieniamy szlak na niebieski Szlak niebieski.
 Wapecz z oddali.
I zbliżenie na jego, nieco pieniński, wierzchołek.
Niebieskim szlakiem podchodzimy na nienazwany grzbiecik, który co charakterystyczne, choć niewysoki to posiada bardzo strome zbocza. Ześlizgując się na wilgotnym podłożu, powoli wdrapujemy się na niego.
A tam - znów eksponowana grańka i widoki. Całkiem fajne :)
Hmm... W zimie lawinki to by mogły nawet tu zejść???
Kawałek dalej widok jest szerszy i jeszcze bardziej malowniczy. Perfekto!
I jeszcze dla porównania, ścieżka wiodąca ową granią.
Po przejściu jakiegoś 1-1,5 kilometra nienazwanym grzbietem schodzimy na łąki u stóp Homolki.
Oto właśnie i ona - Homolka (907 m.n.p.m) - inna od tej którą zdobywaliśmy pierwszego dnia.
I malowniczy widoczek rozciągajacy się z tego miejsca - robimy jeszcze jedną przerwę ;)
Widok na drugą stronę, na niedalekie już stąd pasmo Rokosza, o którym pisałem w pierwszej części w topo pasma.
Podczas postoju:)
Postój, powstał w wyniku mojego bezczelnego kłamstwa ;D Wszyscy bowiem poza Mosiem i Oskim którzy byli odpowiedzialni za współudział w spisku, zostali poinformowani, że o to czeka ich jeszcze przejście przez TĄ górkę ;] Ech, reakcja była cudowna, ale nie mogę jej przytoczyć :D 
Już wcześniej zaczęło padać, a ponieważ część z naszej grupki, konkretnie Krystian, spieszyła się na pociąg do Wrocławia, to zdecydowaliśmy olać dalsze wędrowanie (choć w założeniu mieliśmy dojść do Trenczańskich Cieplic) i wrócić busem z Sedla Homolka, które przed nami..
Pasmo Magury które wyłoniło się, gdy odeszliśmy jeszcze nieco bardziej na południe.
Zbliżenie na Magurę (1141 m.n.p.m).
Obok hotelu, który owego dnia był zamknięty z uwagi na kontrolę sanepidu, czy czegoś takiego, kończymy naszą trasę. Na chwilę podnosi nam się jeszcze ciśnienie, gdy uświadamiamy sobie, że nic tu nie zjemy, ale zauważamy kartkę z oświadczeniem, że usługi żywieniowe w niedalekiej budce obok stoku narciarskiego, co na szczęście okazało się prawdą. Zamawiamy tam dosłownie wszystkiego po trochu - tosty, kawę z bitą śmietaną, czekoladę, czipsy, frytki z ketchupem i wszystko pochłaniamy w oka mgnieniu. Bierzemy jeszcze dokładkę frytek i tostów, aby się najeść do syta i udajemy się na przystanek. 
Powrót był zabawny. Najpierw zaskoczył nas autobus SADu Trenczyn, który przyjechał chwilę przed czasem i zastał mnie, akurat w momencie kiedy sobie skracałem spodnie, tzn. odpinałem nogawki. Wszedłem do autobusu z jedną przypiętą, a drugą sromotnie zwisającą nogawką (akurat się zamek zaciął :D), czerwony jak burak, czując na sobie spojrzenia kierowcy i pasażerów, po czym gdy już kupiłem bilet dla siebie i dla kolegów, to kierowca stanowczo zaprotestował gdy zobaczył buty Krystiana, Świętego i Suchego :D Ponieważ też wspomniał że musi już odjeżdżać, to chłopaki zaczęły w tempie ekspresu wyzbywać się błota z butów, to znaczy podskakiwać, wiercić się, wycierać o krawężnik, co powodowało dodatkowe zainteresowanie pasażerów autobusu xD
Na szczęście udało nam się dojechać do Wołoskiej Białej (Valaska Bela) gdzie przeskakujemy po krótkiej przerwie do autobusu jadącego do Prievidzy. W Prievidzy kolejna przesiadka na autobus pospieszny jadącego przez Rajeckie Cieplice do Żyliny. Co ciekawe kurs obsługiwał chiński autobus, ale nie to wzbudziło podczas jazdy naszą uwagę najbardziej. Siedziałem z Mosiem w drugim rzędzie i doskonale słyszeliśmy jak kierowca słucha sobie w radiu transmisji meczu hokejowego (chyba Słowacja - Kanada, ale czy na pewno Kanada to na 100% nie pamiętam) i przechodząc do sedna - dopóki nie wjechaliśmy w tereny górskie - wszystko było OK. Ale jak już droga zaczęła się wić pośród gór, radio zaczęło charczeć i przekaz się gubił. Natomiast co nas rozbawiło, to to z jaką determinacją ów kierowca próbował o tę relację walczyć :D Pukał w to radio i stukał, miział je, poprawiał obudowę, (wszystko podczas jazdy :D), mruczał do niego, rzucił parę ostrych słów, nawet wyjęczał coś błagalnym tonem, ale biedak, końcówki meczu jednak nie usłyszał :/ Dojechaliśmy do Rajeckich Cieplic i przed powrotem do Polski, jeszcze na opłotkach Żyliny, w Solinkach, zajeżdżamy do tamtejszego tesco. Krótki skok po zapasy tradycyjnych słowackich napojów zarówno bezalkoholowych jak i tych z procentami na etykiecie i można wracać do domu.
Tak to wyglądał ten krótki tegoroczny weekend majowy, który uważam za bardzo udany. I dziękuję całej ekipie tj. Ali, Mosiowi, Krystkowi, Świętemu, Suchemu i Oskiemu za mobilizację i szybką decyzję o wyjeździe, który mimo średniej pogody jaką mieliśmy, dzięki nim będę długo wspominał ;))