piątek, 11 marca 2016

Mamałyga z bryndzą oraz jak nakarmić niedźwiedzia wbrew własnej woli, czyli Rumunia 2015 - cz. V

CZ. V (VF. SERBOTA - LACUL CALTUN)
  • dzień wędrówki przez Fogarasze: 3
  • start: Vf. Serbota (2331 m.n.p.m.)
  • trasa: Vf. Serbota -> Custura Saratii -> Vf. Saratii -> Saua Cleopatrei -> Vf. Negoiu -> Strunga Dracului -> Strunga Doamnei -> Portita Caltinului -> Lacul Caltun
  • meta: Lacul Caltun (2136 m.n.p.m.)
  • suma wzniesień: 450 m
  • czas: 9 h
Po cudownej nocy spędzonej pod gołym niebem, kolejny dzień rozpoczynam z wielkim zadowoleniem o 6:30. Planuję dziś obejrzeć wschód słońca z pobliskiego wierzchołka Vf. Serbota, dlatego po wyjściu ze śpiwora zakładam polar, biorę ze sobą statyw i udaję się na szczyt, gdzie jestem kilka minut przed siódmą.
W oczekiwaniu na słońce ustawiam sobie statyw na wierzchołku Serboty, na początku przypatrując się pokonanej przez nas, zachodniej części Fogaraszy.
Jeśli się przypatrzycie, to zobaczycie nasz obóz ;)
Moje przypatrywanie się tej części Fogaraszy miało zresztą swój ukryty cel. Ze względu na bliskość wyższego o 200 metrów Negoiu, zanim ujrzymy wyglądające zza niego słońce, zobaczymy oświetlone górne partie masywu Ciortea.
Na pierwszym planie (w cieniu) dwuwierzchołkowy Vf. Mazgavu opadający do Saua Scarii, na której grań zakręca i dalej przechodzi przez Vf. Scarisoara i oświetlony już Vf. Scara. Ostatni plan (od lewej) budują Vf. Boia, Vf. Grohotisului, Vf. Ciortea Vest i Vf. Ciortea Est, potem znacznie niższy Turnu Lacului, następnie Vf. Budislavu i Vf. Suru (najbardziej z prawej).
Zbliżenie na majestatyczny masyw Ciortei. Widać teraz doskonale skalistą grań łączącą Vf. Boia z bardziej łagodnym Vf. Ciortea Est i widoczne w głębi - Vf. Grohotisului i Vf. Ciortea Vest.
W końcu i słońce się pokazało na wierzchołku Serboty - a wyszło tuż pod szczytem Negoiu.
Powoli wszystko nabiera koloru...
Aby łatwiej skojarzyć wypisywane przeze mnie w opisach szczyty, załączam jeszcze opis panoramy roztaczającej się na zachód ze szczytu Serboty.
Raz jeszcze zbliżenie na gniazdo Ciortei i leżący przed nim Vf. Mazgavu.
Po ładnym wschodzie wracam szybko do chłopaków, aby zjeść śniadanie i ogarnąć obóz. Wszystko to zajmuje nam 45 minut. Chowamy śpiwory do pokrowców, wsadzamy do plecaków, karimaty przypinamy do troków i po dwukrotnym obejściu miejsca obozowania i przepatrzeniu czy nie zostały żadne śmieci, wracam tym razem z plecakiem i z przyjaciółmi na szczyt, gdzie tym razem się już nie zatrzymujemy, a jedynie ruszamy dalej, zaczynając przygodę z granią Custura Saratii.
Grań Custura Saratii stanowi najtrudniejszy odcinek fogaraskiej grani i prawdopodobnie najdłuższą skalną drogę w całej Rumunii. Owszem, jest kilka eksponowanych odcinków w Fogaraszach poza nią - m.in. La Trei Pasi de Moarte (dosł. Trzy kroki od śmierci), czy Strunga Dracului (dosł. Czarci Przechód) ze znanym żlebem, który się tam urywa. Poza najwyższymi górami kraju, parę trudnych, eksponowanych szlaków znajdziemy w Piatra Craiului, a także w Bucegach, które do otaczających je dolin, opadają bardzo często niemal pionowymi ścianami. Można wymienić jeszcze Retezat, gdzie znajduje się grańka Portile Inchise (dosł. Zamknięte Bramy)... i kilka innych.
Niemniej jednak tylko Custura Saratii ciągnie się na długości przeszło kilometra w linii prostej, a podczas jej pokonywania wielokrotnie mamy do czynienia z całymi seriami łańcuchów i lin pomagających pokonywać często silnie eksponowane fragmenty tj. kominki, załomy i płyty skalne, rynny i zacięcia grzbietu. Ze względu na profil trasy (szlak nie wiedzie cały czas grzbietem, bardzo często schodzi nawet kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt metrów poniżej grani) Custura Saratii przypomina Orlą Perć, z trudności terenowych i krajobrazu, bardziej jednak Grań Rohaczy.
Co jednak może dać mocno w kość podczas pokonywania tej grani i na co zwrócić uwagę? Po pierwsze mocno dają się w kość osypujące kamienie. Ścieżka w wielu miejsca zasłana jest malutkimi ale bardzo dynamicznymi kamyczkami, co wymusza nieustanne skupienie przed ewentualnym, groźnym w skutkach poślizgnięciem. Po drugie - i to chyba największa przeszkoda dla turystów z dużymi plecakami - wiele miejsc na grani w stylu przełączek, kominków i tym podobnych jest bardzo wąskich. Powoduje to że nie raz może się zdarzyć tak że plecakiem będziemy zawadzać czy obcierać o skały - i pal licho ewentualne straty materialne związane ze zniszczeniem materiału - przede wszystkim wymusza to niepotrzebne szarpnięcia, a w takiej sytuacji niewiele trzeba do utraty równowagi, zwłaszcza że mając z duży plecak mamy zupełnie inaczej rozłożony środek ciężkości. Warto się zastanowić, czy nie korzystniej będzie podarować sobie ten odcinek i z Serboty zejść żółtym krzyżykiem do kotła Caldarea Miaileor i stamtąd na Saua Cleopatrei, gdzie kończy się skalista grań. Marnujemy wtedy wprawdzie 300 metrów wysokości, ale omijamy najtrudniejszy odcinek.
Od razu piszę, uprzedzając ewentualne pytania, to nie jest tak że Custura Saratii, to jakiś niezwykle wymagający odcinek, którego należy się bać. Jak zawsze w górach, trzeba do niego podchodzić z należytym szacunkiem, ale jestem przekonany że doświadczony turysta, odpowiednio wyekwipowany, pozbawiony lęku wysokości sobie z nim poradzi. Trudności oczywiście wzrastają wraz z coraz cięższym bagażem i pogarszającą się aurą, stąd te moje wyżej zawarte obserwacje, ale jeśli wybierzemy się tam z lekkim plecaczkiem, w środku którego będzie znajdowała się woda, coś do jedzenia, kurtka przeciwdeszczowa i podstawowe wyposażenie apteczki, to przejdziemy ją "na lajcie".
Gdy tylko opuszczamy wierzchołek, zauważamy zwężającą się grań do kilkudziesięciu centymetrów. Z początku jedynym większym problemem, może być jednak tylko wzrastająca ekspozycja.
No to czas się z tym zmierzyć ;P ;)
Pierwszym trudniejszym miejscem na trasie jest osypujący się żlebik z żeberkiem skalnym...
W tym miejscu rozpięto w górnej części łańcuch, w dolnej natomiast linę, która co trzeba powiedzieć jest generalnie mówiąc - mało przyjemna przy dłuższym kontakcie. Warto postarać się o choćby cienkie rękawiczki-bezpalcówki.
Od dołu to miejsce prezentuje się tak ;) Jest to jeden z tych punktów na grani Custura Saratii, gdzie problem mogą mieć osoby o przeciętnym wzroście i ciężkim plecaku. Przyznaję, że osobiście kilka minut mi zeszło, żeby pewnie stanąć na dole.
Po pokonaniu żebra skalnego, obniżamy się cały czas niewielkim żlebem z osypującym się mikrobadziewiem w kierunku ukośnie wystającej skały.
Tam znajdziemy kolejne ciasne miejsce, gdzie ze sporym trudem się przeciskamy i znów za pomocą łańcucha wędrujemy w niewielkiej ekspozycji na charakterystyczną "kazalnicę". 
 
Większe kłopoty sprawia jednak bardzo wąski kominek. I to nie ze względu na ekspozycję, bo akurat w tym miejscu jest jej brak lecz z uwagi na bardzo specyficzną rzeźbę. Wspominałem wcześniej o żeberku skalnym, gdzie miałem pewne problemy żeby postawić niżej nogę - w tym miejscu spotkało to całą naszą ekipę. Na dodatek łańcuch i lina które są tam umieszczone, nie bardzo można zaliczyć do użytecznych (zwłaszcza lina), chyba że ktoś ma bardzo długie ręce. Choć prawdopodobnie sprawa ma się inaczej i w tym miejscu, gdy jesteśmy pozbawieni dużego plecaka.
Tak miejsce to wygląda z daleka.

Na chwile trudności terenowe się kończą i przechodzimy na południową stronę grani. W łatwym terenie pokonujemy następne metry, w jednym bodajże miejscu korzystając z łańcuchów.
Ponieważ jednak kończyła się woda, a przekonany byłem, że o zejściu z grani na dziko nie będzie w skalistym terenie mowy, to zrobiliśmy w tym miejscu wymuszoną przerwę. Mosiu i Krystek wzięli butelki i manierki i pognali w dół, na dno kotła, aby nabrać wody.
Ja w tym czasie wołam Oskiego i z nudów, ale i po części z nienasycenia porannym posiłkiem, otwieramy liofilizowane owoce, które zostały mi z mojej racji, które jemy wraz z meksykańską sałatką rybną. Ponieważ upał rósł niemożebnie szybko, kryjemy się pośród ogromnych bloków skalnych.
Po powrocie chłopaków z pełnymi butlami, odpoczywamy jeszcze przez chwilę i ruszamy w kierunku Vf. Saratii, zabawnie wyglądającego ze względu na ścięty wierzchołek.
Z najeżonej ostrymi blokami, grani świetnie widać grzbiet Muchia Tunsului. 
Rynna skalna pod granią...
W kilku miejscach trzeba uważnie śledzić znaki, gdyż się gubią. Dotyczy to przede wszystkim początkowej części całego tego odcinka.
Szlakiem poprowadzonym po gigantycznych głazach, cały czas ubezpieczonym, dochodzimy do niewielkiej przełączki, z przewieszonym przez nią łańcuchem. 
Łagodniejsza południowa strona grani ;)
Z fajną wspinaczką w eksponowanym, skalnym terenie, spotkamy się również przy przejściu z południowej na północną stronę grani, kilkanaście metrów dalej.
I ciąg dalszy.
Mamy tu do czynienia z wąskim, zacienionym przechodem (uwaga, skały mogą być śliskie!), którego pokonywanie ułatwia rozwieszony łańcuch. 
Tak to wygląda od drugiej strony - także i w tym miejscu duże plecaki bardzo przeszkadzają.
Ładnie natomiast prezentuje się stąd wierzchołek Serboty.
A wyjątkowy anturaż tego miejsca tworzą granitowe ściany grani, które na tym odcinku grani są wyjątkowo strome.
Ruszamy dalej, docierając do fragmentu grani przypominającego nieco Pościel Jasińskiego. Bardzo stromym, ale trawiastym zboczem, podchodzimy do góry...
Tu lepiej widać jak ten odcinek się prezentuje. 
I spojrzenie w dół dla porównania.
Kawałek dalej podejście trochę łagodnieje, ale wkraczamy znów w tereny usiane złomami skalnymi, pełnych niewielkich trudności terenowych. A to kominek, a to jakaś rynienka... Frajda jest ;)
Szlak doprowadza znów na grzbiet, gdzie poprowadzono go pośród ostrych skał wieńczących grań. Trzeba uważać jak się stawia stopy między rozpadlinami, bo o kontuzję nietrudno.
Za Oskim widać teraz zbocza Vf. Saratii, stanowiącego najwyższą kulminację naszej grani. 
A za zboczami Vf. Saratii cały czas widać grzbiet Muchia Tunsului.
Pokonujemy krótki, łatwy odcinek i docieramy do chyba najtrudniejszego miejsca na grani Custura Saratii, którą jest ukośnie leżąca, kilkumetrowa płyta, zwężająca się ku dołowi i częściowo urywająca się, opadając do kotła Caldarea Saratii. Na owej płycie rozpięto sztywny łańcuch na kształt zygzaka, a do kompletu miejsce to ubezpieczono jeszcze jednym łańcuchem umieszczonym w poprzek pionowej skały. Z początku miejsce to może przyprawić o lekki dreszczyk bo nie wiadomo jak je pokonywać... Rozpięty jednak na kształt zygzaka, łańcuch trzeba traktować jako drabinkę i wspomagając się łańcuchem z boku schodzimy, będąc maksymalnie do końca skoncentrowanym z uwagi na fakt zwężania się płyty skalnej.
Z lekkim plecakiem byłoby zupełnie inaczej ale w naszym przypadku było naprawdę niebezpiecznie i tu podkreślam jeszcze raz, warto się zastanowić, czy z dużym plecakiem chcemy się na grań Custura Saratii pakować, bo wiąże się to nie tylko z ryzykiem kontuzji, ale także z ogromnym zmęczeniem. Nie dawaliśmy do końca wiary po tym co czytaliśmy i słyszeliśmy, oczywiście oszukiwaliśmy samych siebie, ale w takich miejscach jak to, człowiek zdaje sobie sprawę z własnej głupoty. Z 60-litrowym plecakiem nie widzi tego co ma za sobą ani nawet tego co ma obok siebie, do tego wszystkiego dochodzi zmieniony środek ciężkości, przez co trzeba naprawdę bardzo uważać. Udało nam się pomagając sobie nawzajem tą płytę pokonać, ale każdej kolejnej osobie, która wybiera się w Fogarasze podobnym sposobem co my, odradzam przejście Custura Saratii i ominięcie tego odcinka żółtym szlakiem.
Nawiasem mówiąc, będąc w zaciszu domowym znalazłem również jeszcze jeden sposób pokonywania owej płyty :D -> wideo
Po przejściu płyty znów zwiększamy swoją wysokość. Trzeba przyznać, że ścieżka ma bardzo sinusoidalny profil - to podchodzi, to znowu schodzi. Im bliżej jednak widocznego na zdjęciu z lewej Vf. Saratii, tym więcej mamy oczywiście podejścia.
I znów po skałach do góry...
Jeszcze trochę prostego podciągania się i lądujemy na grani. 
U stóp mamy zasłany granitowymi skałami kocioł Caldarea Mioarelor.
Stąd bez żadnych trudności wędrujemy na szczyt Vf. Saratii.
Widok do tyłu, na pokonaną, większą część grani, szczyt Serboty i widoczny z prawej w głębi Vf. Suru.
Skalisty teren na chwilę ustępuje trawiastym połaciom pokrywającym zachodnie zbocza Vf. Saratii (2384 m.n.p.m.).
Z wierzchołka Vf. Saratii (2384 m.n.p.m.) do przełęczy Saua Cleopatrei, gdzie kończy się grań Custura Saratii już zaledwie niecałe 30 min.
Zmienia się odtąd także krajobraz. W prostym terenie szybko i bezboleśnie pokonujemy dzielące nas metry od Saua Cleopatrei (widocznej na zdjęciu poniżej, po lewej stronie).
Na przełęczy położonej na wysokości 2355 m.n.p.m., gdzie spotykamy szlak z Cabany Negoiu i grupkę turystów, docieramy o 13.50, a więc po 4 godzinach marszu z Serboty, odliczając zejście na dziko po wodę. Oczywiście robiliśmy też inne krótkie przerwy, niemniej jednak głowię się i głowię, w jakiej to kondycji musiał być Pan Klimek, autor przewodnika po Fogaraszach, skoro na pokonanie odcinka z Serboty na Negoiu wyliczył... 1h 45 min :o Jestem przekonany że każdy kto zdecyduje się jednak na przejście granią Custura Saratii będąc objuczonym bagażami, to będzie miał problem aby zejść poniżej 3 godzin.
Z przełęczy położonej między Vf. Saratii, a Negoiu Mic (2485 m.n.p.m.) widać już wierzchołek drugiego co do wysokości szczytu Rumunii. Wydaje się wciąż dość daleko, ale po przejściu Custura Saratii, wierzcie to już bułka z masłem.
Po krótkiej przerwie ruszamy z Saua Cleopatrei, mozolnie pnąc się teraz do góry po zboczach Negoiu Mic. Podejście nie jest bardzo strome, ale żar lejący się z nieba jest strasznie męczący.
Trawers Negoiu Mic i widoczny przed nami skalisty wierzchołek Negoiu.
Po przetrawersowaniu Negoiu Mic docieramy pod szczyt Negoiu gdzie ponownie pokazują się naszym oczom skały, wymuszając od nas powtórne użycie wszystkich kończyn.
Pozostawiony z tyłu Negoiu Mic (2485 m.n.p.m.).
Ostatni etap wejścia na Negoiu od zachodu przebiega stromym żlebem. Pniemy się pośród skalnych załomów i występów, ostro do góry, również i tu pomagając sobie rękoma.
Wyczerpani fizycznie dochodzimy na wierzchołek Negoiu o 14:35, padając jak kawki na pierwszy w miarę płaski fragment wierzchołka. Podobnie jak kiedyś na Zadnim Szypie, czujemy radość przeplataną z ogromnym zmęczeniem fizycznym. Dookoła nas jest jednak przepięknie, a widoki są tak kapitalne, że regeneracja postępuje bardzo szybko, a nastroje po wyciągnięciu z plecaków gulaszu angielskiego wyraźnie ulegają poprawie :)
I panorama na wschód z podpisanymi szczytami.

Zbliżenie na centralną część pasma począwszy od Vf. Laitel (2391 m.n.p.m.) widocznego na samym dole, poprzez Vf. Laita (2397 m.n.p.m.), Turnul Paltinului (2372 m.n.p.m.), Vf. Pisica (2389 m.n.p.m.), Vf. Paltinu (2399 m.n.p.m), Vf. Iezeru Caprei (2417 m.n.p.m.) i gniazdo Vf. Vanatorea lui Buteanu (2507 m.n.p.m.) i Vf. Capra (2494 m.n.p.m.) majestatycznie wznoszące się z lewej strony poniższego zdjęcia. Grań główna stamtąd dalej ciągnie się przez Vf. Arpasu Mic (2461 m.n.p.m), Vf. Arpasu Mare (2468 m.n.p.m.), Vf. Mircii (2470 m.n.p.m. - słabo widoczny na zdjęciu, wystaje zza Arpasu Mic), Vf. Podragu (2462 m.n.p.m.) aż po masyw Vistea Mare i Moldoveanu, najwyższych w paśmie.
I widok na zachód - tu wielkiej zmiany nie ma dlatego poszczególnych kulminacji już nie podpisuję.
Gniazdo Ciortei.
Na szczycie postanawiamy walnąć sobie również fotkę ;P Nie chce mi się jednak wyciągać statywu, więc aparat ląduje między kamieniami ;D
Na koniec jeszcze taka moja opinia na temat samej panoramy, która rozciąga się z wierzchołka: widok z Negoiu nie jest tak rozległy jak z Moldoveanu, ale moim zdaniem jest od niego bardziej zróżnicowany, a co za tym idzie - jest bardziej interesujący. Mamy bowiem tu idealnie widoczny cały przekrój Fogaraszy - skalisty charakter gniazda Negoiu-Lespezi, stożkowate wierzchołki centralnej części pasma, jak również świetny wgląd w łagodne i długie boczne ramiona.
I jeszcze jak mawiał jeden z moich wykładowców drobny "fakcik" ;)
Nie wiem czy Wam o tym mówiłem - Fogarasze to największe pasmo Rumunii i podejrzewam (nie mogę napisać że na pewno bo potwierdzenia oficjalnego nie znalazłem) że całych Karpat. Według danych summitpost ich powierzchnia wynosi 3000 km kwadratowych. Tatry Niżne - największe pasmo Karpat Zachodnich ma powierzchnię dla porównania dwukrotnie mniejszą!
Zejście z kopuły szczytowej Negoiu w kierunku wschodnim jest łatwe natomiast trzeba uważać na osypujące się małe kamyczki. Niestety w tej części Fogaraszy się nie da tego uniknąć.
Dochodzimy do przełęczy między Negoiu, a Vf. Dintre Strungi, gdzie znajduje się wejście do słynnego żlebu Strunga Dracului. Jak się okazało jednak - szlak był zamknięty z uwagi na osypujące się kamienie i choć z początku zaczęliśmy strasznie żałować, to tak naprawdę bardzo dobrze się stało, bo w wąskim żlebie znów byłyby problemy z plecakami, tym bardziej że jak wiadomo schodzenie w takich miejscach jest gorsze od podchodzenia.
Zastępcza trasa prowadzi przez Strungę Doamnei, tak więc musimy przetrawersować Vf. Dintra Strungei, liczący 2476 m.n.p.m. Jego nazwę można tłumaczyć jako Szczyt między Przełączkami, jeśli przyjmiemy że strunga to inaczej przechód; przełączka; gardło. Po drodze mamy ciekawe widoki na Serbotę, Mazgavu, masyw Ciortei, Scarę, Budislavu i Suru.
Podczas obejścia Vf. Dintre Strungi, otwierają się szerokie widoki na ramię Muntele Podeanu, ciągnące się na południe od Vf. Lespezi. Wspominałem o nim już kilkakrotnie mówiąc, że stanowi jedno z najdłuższych ramion bocznych Fogaraszy, teraz będąc w jego pobliżu mogliśmy dokładnie prześledzić jego topografię. 
Gdy trawers wierzchołka Vf. Dintre Strungi, przechodzi na południową stronę szczytu, wyłania się nam również Vf. Caltun, zwany inaczej Cornul Caltunului (2510 m.n.p.m.), stanowiący zachodni, niższy szczyt masywu Lespezi-Caltun. Z lewej strony, pierwsze wcięcie w grani to nasza przełęcz Strunga Doamnei.
Wąska na tym odcinku ścieżka poprowadzona zboczami opadającymi do kotła Caldarea Barbecilor natrafia w pewnym momencie na niewielkie gołoborze, gdzie trzeba znów wspomóc się rękami. Kawałek dalej mijamy rozstaje szlaków, na których odchodzi szlak niebieskiego paska w kierunku Saua Lespezilor (2265 m.n.p.m.) i dalej Vf. Podeanu, Vf. Florea i tak aż do wioski Arefu.
Stąd do Strungi Doamnei tylko kawałek. Kilka minut i możemy przyjrzeć się zaskakującej swym charakterem, przełęczy. Od strony kotła Barbecilor, nic nie zapowiada pionowego kominka jaki zobaczymy, gdy na jego krawędzi staniemy. Pierwsze wrażenie może przyprawić o gęsią skórkę, jednak łatwiej zejść tędy z dużym plecakiem, ponieważ w przeciwieństwie do Strungi Dracului - nie jest tu tak ciasno.
Wylot kominka i psia morda z prawej ;)
Schodząc ukazują nam się wspaniałe, wschodnie ściany Vf. Dintre Strungi i Vf. Negoiu niczym nie odstające od tych najpiękniejszych tatrzańskich.
Vf. Dintre Strungi po lewej i Vf. Negoiu z prawej.
Gdy zejdziemy nieco niżej ukaże się nam również słynna północna ściana masywu Lespezi-Caltun. Myślę, że bardziej majestatycznej próżno szukać w całym paśmie, a jedynym fogaraskim szczytem którego kształty przebijają ten masyw swoją strzelistością i przede wszystkim smukłością jest Coltul Balaceni, który zobaczycie trochę później.
Wracając do tego co przed nami - z prawej Cornul Caltunului czy mówiąc inaczej Vf. Caltun, z lewej natomiast Vf. Lespezi, czyli wyższy wierzchołek, będący czwartym najwyższym szczytem w Rumunii.
W kotle pod wschodnimi ścianami Negoiu znajdujemy źródło, gdzie możemy zaspokoić pragnienie. Nie trzeba jednak napełniać tu wszystkich możliwych butelek - wodę znajdziecie również w okolicach bliskiego jeziora Caltun, w przełęczy za Vf. Laita, czy koło jeziora Capra.
Po wypiciu odpowiedniej ilości wody, spokojnym marszem idziemy na przełęcz Portita Caltinului (2265 m.n.p.m).
Z Portita Caltinului schodzimy na dno kotła polodowcowego, leżącego u stóp niespełna 400-metrowych ścian Vf. Lespezi (2522 m.n.p.m.). Krajobraz tego miejsca jest bardzo surowy, ale uwaga - bardzo lubiany przez kozice ;) Stadko fogaraskich kozic widzieliśmy tylko raz podczas całej naszej wyprawy, właśnie tam :)
 Zmierzając powoli w kierunku jeziora Caltun, odbywamy wspólną rozmowę, której efektem jest podjęcie decyzji o zmianie planów ze względu na kontuzję kostki, której doznał na grani Custura Saratii, Oski. Pierwotnie zamierzaliśmy biwakować na oddalonym jeszcze o 2 godziny drogi jeziorem Capra, ale obawa nad pogłębieniem urazu przyjaciela była silna i zdecydowaliśmy się dzisiejszy dzień zakończyć wcześniej, a jutro wyjść na szlak jeszcze przed świtem, z czołówkami.
O 17.30 finiszujemy na brzegu Jeziora Caltul (rum. Lacul Caltun) położonego na wysokości 2135 m.n.p.m u stóp niezwykle majestatycznego masywu Lespezi-Caltun. Liczące 0,8 ha powierzchni i niespełna 12 metrów głębokości jezioro, to moim zdaniem najpiękniej położony staw górski Fogaraszy :)
Słońce zachodzi w kotle szybko, gdyż znika za wysokimi granitowymi ścianami, potem bardzo szybko robi się zimno. Dlatego w ostatnich promieniach słońca, korzystając z wody, biorę ręcznik i podstawowe kosmetyki. Z nastawieniem pozytywnym podyktowanym norweską kąpielą, kto czytał ten wie :D i przekonaniem podobnym do tego podpatrywanego na filmikach Michała Patera z jego autostopowej podróży na Kołymę, na trzy zanurzam głowę w rześkiej wodzie. Szybko nakładam szampon, potem spłukuję, wycieram. Na koniec zdejmuję jeszcze galoty, aby szybko umyć giry. Po męczącym dniu zamoczenie ich w wodzie to prawdziwa ulga :)
Z pomocą poznanych Rumunów z którymi rozmawiamy nad jeziorem, strzelamy sobie pamiątkowe foto - dzień trzeci trzeba uznać za zaliczony.
Gdy słońce oświetla już tylko okoliczne wierzchołki, rozkładamy namioty i szykujemy kolację. Akurat baza nad jeziorem Caltun jest świetna - miejsca na namioty jest bardzo dużo, a w dodatku utworzono tu półmetrowe murki, osłaniające przed i tak słabym wiatrem. Dzięki temu spanie tu jest naprawdę przyjemne.
Kolacja jest tego dnia niezapomniana :D Udało mi się przyrządzić najgorsze danie w życiu, tak wspaniałe, że mimo wilczego głodu musiałem wykopać za obozem dziurę i je tam wypieprzyć. Oski po jego skosztowaniu pożyczył mi tylko wszystkiego dobrego i udał się do namiotu, ja natomiast, po trzech łyżkach, sięgnąłem po kolejną zupkę chińską.
I to nie to że jestem fatalnym kucharzem, bo studia poza domem jednak czegoś nauczyły, ale wiecie co? Nie ma co być zachłannym i nie ma co mieszać dwóch odmiennych zupełnie sosów ze sobą tylko dlatego żeby sumarycznie tego sosu było więcej ;D
Ponieważ nastąpił mały error toteż udałem się z Oskim podebrać jedzenia chłopakom z sąsiedniego namiotu. A ci postawili na sprawdzony, prosty sposób, czyli kuskus z boczkiem i czymś tam jeszcze. Kasze są najlepsze na takich wyjazdach ponieważ są megapożywne i bardzo zapychają.
Po obiedzie kontakt z Polską, krótki przegląd zdjęć i lulu do śpiworów aby się wyspać.
Zwłaszcza że z każdym kolejnym dniem robiło się coraz ciekawiej.. I to nie tyle że widoki ciekawsze, ale po prostu przydarzało się coraz więcej kuriozalnych historii...
DO ZOBACZENIA :)

4 komentarze:

  1. Łańcuchy jak w Tatrach. Myślałam, że takie wynalazki to tylko u nas są ;) Wielkie zazdro ode mnie za cały ten Wasz rumuński wypad :P Zdjęcia, wschody i zachody słońca... super!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki ;D To prawda, łańcuchów w Fogaraszach i w Rumunii trochę jest, ale w wielu miejscach są tylko po to żeby wyglądało że jest strasznie :D Natomiast akurat Custura Saratii jest hardkorowa, przyznaje bez bicia, czasami się ciśnienie podnosiło ;)

      Usuń
  2. Chciałoby się mieć te trzydzieści lat mniej. Fantastyczna i szczegółowa relacja. Jak ktoś będzie chciał iść Waszym śladem to lepszego przewodnika nie znajdzie.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję Wkraju za te słowa :)
      Pozdrawiam również ;)

      Usuń