poniedziałek, 30 maja 2016

Mamałyga z bryndzą oraz jak nakarmić niedźwiedzia wbrew własnej woli, czyli Rumunia 2015 - cz. IX


CZ. IX (REFUGIU PORTITA VISTEI - CABANA VALEA SAMBETEI)

  • Dzień wędrówki przez Fogarasze: 7
  • start: Refugiu Portita Viștei (2310 m.n.p.m.)
  • trasa: Refugiu Portita Viștei -> Portita Viștei -> Vf. Viștea Mare -> Vf. Moldoveanu -> Vf. Viștea Mare -> Portita Viștei ->  Refugiu Portita Viștei -> Vf. Hărtopu Ursului -> Fereastra Ursului -> Saua Viștișoarei -> Vf. Gălășescu Mare -> Fereastra Răcorerelor -> Vf. Gălășescu Mic -> Fereastra Mica a Sămbetei -> Vf. Slanina -> Fereastra Mare a Sămbetei -> Caldarea La Fereastra Mare -> La Cruce -> Cabana Valea Sămbetei 
  • meta: Cabana Valea Sămbetei (1401 m.n.p.m.)
  • suma wzniesień: 850 m
  • czas: 6h
Obudziło mnie donośne pochrapywanie. Schowałem się głębiej w śpiworze, ale sen odszedł. Przetarłem oczy, powoli rozpiąłem śpiwór i wyczołgałem się w kierunku wyjścia, po drodze uważając by nie trącić, śpiącego obok Mosia i dwóch Bułgarów. Założywszy klapki Oskiego, wziąłem jeszcze polar, spodziewając się zastania siąpiącego deszczu i otworzyłem drzwi schronu.
Ułamek sekundy później poczułem uderzające we mnie promienie rumuńskiego słońca. Były tak silne, że musiałem przymrużyć oczy. Słońce! Dwa dni zmagaliśmy się z pochmurną pogodą i gdy je wtedy zobaczyłem, poczułem jak bardzo mi go brakowało. Wreszcie też mogłem przypatrzeć się na nowo jesiennym krajobrazom Fogaraszy...
Gdy odwróciłem się w kierunku wznoszącego się po zachodniej stronie przełęczy Portita Viștei, Moldoveanu, poczułem ukłucie żalu. Jak wspaniałe musiały być wtedy widoki z wierzchołka... Postanowiłem obudzić chłopaków i zapytać ich co sądzą o powtórnej wizycie na szczycie... 
Chłopaków nie mogłem początkowo dobudzić ;p Ale nic tak nie działa na góromaniaka jak "morze chmur" i tym razem również zadziałało ;)
 Podczas porannych rozmów podsuwam pomysł powtórnego zdobycia najwyższego szczytu Rumunii. Reakcja była pozytywna, tym bardziej, że tym razem miało się to obyć "na lekko" ;] 
Przebraliśmy się, wzięliśmy tylko kijki trekkingowe i opuściliśmy schron Portita Vistei. Krystian z powtórnego wejścia był tak bardzo zadowolony, że uparł się iż szczyt musi zdobyć w sandałach :D I wprawdzie Oski zmagał się już z jedną kontuzją, to chłop oczywiście postawił na swoim, obiecując że będzie szedł uważnie ;P
Wracamy się na przełęcz Portita Viștei, a stamtąd podchodzimy granią na Vf. Vistea Mare. Nie wspominałem o tym w poprzedniej relacji, ale to podejście zwłaszcza w niższych partiach jest bardzo strome i znajduje się na nim duża ilość rumoszu skalnego.
Idę jako pierwszy i gdy docieram na charakterystyczne wypłaszczenie, zatrzymuję się aby spojrzeć za siebie. No, to jest to :)))
Szlak na Viștea Mare - z prawej ściany Vf. Hartopu Ursului i widocznego za nim Vf. Gălbanele. Pośrodku południkowo ciągnący się grzbiet Muchia Zănoaga, z najwyższą kulminacją Vf. Zănoaga (2387 m.n.p.m). Na trzecim planie grzbiet Muchia Drăgușului.
Przesuwam obiektyw w kierunku południowo-wschodnim. Pode mną rozciąga się ogromna przestrzeń kotła Căldarea Văii Rele a Moldoveanului, stanowiąca zachodnie zamknięcie potężnej doliny Valea Rea. Po drugiej stronie tej przepastnej doliny, widać ostatni tak wysoki bastion Fogaraszy - Dara i Hărtopu Darei. Zaczyna się on od głębokiej przełęczy Portita Lacului (2325 m.n.p.m.) i ciągnie się dalej przez wierzchołki Vf. La Fundu Băndei, Vf. Dara, Vf. Hartopu Darei i Vf. Mușetescu (odpowiednio 2454, 2500, 2506 i 2495 m.n.p.m.)
Wierzchołek Moldoveanu.
Ostatnie metry podejścia znów dają w kość, ale przy takich widokach, to wszystko idzie przecierpieć ;p
Docierając na wierzchołek Vistea Mare tego dnia możemy zobaczyć niemal całe Fogarasze. Widok stąd jest bardzo podobny do tego z Moldoveanu, dlatego już teraz mogę powiedzieć - najwyższy szczyt Rumunii to zdecydowany zwycięzca fogaraskich panoram jeśli chodzi o ich rozległość.  
Dolina Valea Viștei i wznoszący się po jej wschodniej stronie grzbiet Muchia Zănoaga, opadający do Kotliny Fogaraskiej.
Oczekując na chłopaków postanawiam cyknąć parę fotek - zmieniam obiektyw i celuję w kierunku potężnych masywów Lespezi-Caltun i Negoiu, oraz widocznemu na ostatnim planie, między masywnymi cielskami Lespezi i Negoiu, masywowi Ciortea, ze szczytami Vf. Boia i Vf. Ciortea.
Na szczycie przez dłuższy czas nie zamieniamy ze sobą ani słowa. Chłoniemy ciągnące się po horyzont ze wszystkich stron szczyty Fogaraszy, nie mogąc się napatrzeć.
Niespiesznym krokiem, przystając co jakiś czas aby zachwycić się widokami, pokonujemy odległość dzielącą pierwszy i trzeci szczyt Fogaraszy.
Wąską szlakową ścieżką powracamy na Moldoveanu - zmieniła się pogoda, zmieniły się widoki, ale jedno pozostało bez zmian - byliśmy tu jedynymi turystami...
Krótki grzbiecik opadający spod Moldoveanu do doliny potoku Orzăneaua Mare.
Grań opadająca z Viștea Mare na południe, w której leży Moldoveanu, ciągnie się dalej przez Vf. Roșu (2440 m.n.p.m.), Vf. Galbena (2419 m.n.p.m.) do niewybitnego punktu zwornikowego leżącego przed Vf. Scărișoara (2489 m.n.p.m.). W punkcie tym w kierunku południowo-zachodnim odchodzi grań Muntele Piculata ze szczytami Vf. Piculata (2437 m.n.p.m. - główna kulminacja) i Vf. Piatra Taiata (2395 m.n.p.m.).
Zbliżenie na grzbiet Muntele Piculata z widocznym Vf. Piculata.
Zejście z Moldoveanu i sąsiadujący od południa Vf. Rosu. Za nim grań wspina się na Vf. Galbena.
Panorama z Moldoveanu ma tą przewagę nad jakimkolwiek innym szczytem przez nas w Fogaraszach odwiedzonym, że najwyższy szczyt jest odsunięty od głównej grani - jest więc rozleglejsza i co poniekąd za tym idzie - naliczymy stąd więcej szczytów. Niemniej jednak, co muszę podkreślić - widok z Negoiu dla mnie jest bardziej interesujący, bo jest po prostu bardziej zróżnicowany, wysokogórski. Tu w bliskim sąsiedztwie, nie ma skalnych ścian, szczyty choć często ostro zakończone, mimo wszystko są pokryte niemal w całości górskimi trawami. Oczywiście to stwierdzenie jest trochę błędne i krzywdzące, bo trzeba pamiętać, że z Moldoveanu patrzymy na wszystko od południa, czyli od tej strony, która w Fogaraszach przyjmuje łagodniejszą formę. 
I ten sam widok z podpisami.
Viștea Mare widoczny z Moldoveanu.
Widok na wschód różni się trochę perspektywą od tego z Viștea Mare. Ciekawie prezentuje się poszarpana grań w okolicach Portita Viștei, lepiej widoczny jest także wysoki Vf. Gălășescu Mare (2470 m.n.p.m.)
Spoglądam również na dno kotła Căldarea Văii Rele a Moldoveanului.
Na szczycie spędzamy dłuższą chwilę. Rozmawiamy, podziwiamy, robimy sobie nawzajem pamiątkowe foty. 

Wspólna fota ze zdobycia "słonecznego" Moldoveanu.
Gdy cyferblat zegarka wyświetlił godzinę 9:40, decydujemy się niespiesznym krokiem wrócić z powrotem na Vistea Mare.
Ostatni rzut oka na przebytą kilka dni wcześniej, drogę.
Na Viștea Mare już nie wchodzimy - kilkanaście metrów przed jego wierzchołkiem natrafiamy na ścieżkę, trawersującą wierzchołek i dzięki niej skracamy sobie zejście na Portita Viștei...
Nieopodal schronu spotykamy wylegującego się na kocu ratownika Salvamontu, jego żonę i psa. Zagaduję o prognozę pogody i chwilę później już żywo rozmawiamy. Powiedziałem mu o naszych planach, on jednak ostrzegł nas, że nazajutrz ma przyjść znaczne pogorszenie pogody, które ma utrzymywać się przez kilka dni. Zachęcał nas, abyśmy zmienili plany i zeszli z grani jeszcze dziś.
Oczywiście podziękowaliśmy za wszystkie informacje i wróciliśmy po plecaki do środka niewielkiego budynku. Po pobieżnym sprawdzeniu, czy nie zostawiliśmy po sobie syfu, żegnamy się jeszcze z Bułgarami, jedzącymi śniadanie i wyruszamy w drogę.
Machamy na pożegnanie ratownikowi Salvamontu i jego żonie, obdarzając po raz ostatni schron Portita Viștei i kilka minut po 11 pniemy się już zboczami Vf. Hartopu Ursului.
Podczas podchodzenia warto zwrócić uwagę na pewien aspekt topograficzny - Fogarasze cechuje asymetria zboczy. Wędrując granią, szczególnie w tym rejonie przypatrzcie się temu dokładnie :) Północne stoki - z reguły są bardzo strome i skaliste, południowe - wręcz przeciwnie. Dominują tam łagodne, trawiaste klimaty.
Tu akurat Vf. Ucișoara na pierwszym planie i nieco schowany, widoczny ponad przełęczą Saua Ucișoarei, Vf. Ucea Mare (2434 m.n.p.m.).
  Wspomniana dwójca w towarzystwie Moldoveanu :)
Ścieżka doprowadza nas niemal na sam wierzchołek Vf. Hartopu Ursului, wznoszącego się 2461 metrów ponad poziom morza. Tam szlak robi gwałtowny łuk, ukazując nam przy okazji widoki na surowy krajobraz kotła Căldarea Văii Rele a Gălășescului. Ów kocioł, ograniczony przez szczyty Vf. Hărtopu Ursului, Vf. Gălbanele (widziany z lewej) i Vf. Gălășescu (bardziej z prawej), stanowi obok sąsiedniego kotła, podchodzącego pod masyw Moldoveanu, górną część doliny Valea Rea.
Spod wierzchołka Vf. Hărtopu Ursului fotografuję jeszcze widok centralnie na wschód. Za Vf. Gălăsescu (który zresztą wysyła na północ widoczne na zdjęciu, ciekawe topograficznie, ramię Muchia Drăgușului ze szpiczastymi wierzchołkami Vf. Răcorelelor, Vf. Piatra Roșie i Vf. La Părăul Larg) z prawej strony grań ciągnie się w kierunku widocznego Vf. Slanina i odległego  Vf. Urlea.
Zbliżenie na Vf. Gălbanele, Vf. Gălăsescu Mare z grzbietem Muchia Drăgușului i jeziorko Iezerul Valea Rea.
Ze szczytu Vf. Hărtopu Ursului schodzimy tradycyjnie, po południowej stronie grani docierając do nieco eksponowanej przełęczy Fereastra Ursului (2358 m.n.p.m.). Trzeba tu uważać, bo jest sporo zdradliwego rumoszu skalnego. Ale widok na dolinę Valea Viștei wraz z wznoszącym się po jej zachodniej stronie grzbietem Muchia Viștei jest imponujący.
A to krajobraz po przeciwnej stronie przełęczy ;) Znów świetnie widać tu fogaraską asymetrię zboczy. Dno kotła Căldărea Văii Rele a Gălășescului jest rozległe i płaskie, ale co warte podkreślenia - jest objęte rezerwatem.
Opuszczamy przełączkę Fereastra Ursului ;>
Znikające znad Kotliny Fogaraskiej, mgły.
Z przełęczy ruszamy w kierunku Vf. Gălbanele, wędrując po raz pierwszy tego dnia, we mgle. Nie ma jednak wielkiej straty, bo szlak na tym odcinku przechodzi znacznie poniżej ostrza grani, na którą wracamy dopiero podchodząc na Vf. Gălășescu Mare (2470 m.n.p.m).
Podczas zejścia z niego zaczyna się przejaśniać.
Uradowani stwierdzamy, że chmury się podnoszą i chwilę później znów możemy się cieszyć widokami. Dostrzegamy w całości kolejny szczyt na naszej drodze - Vf. Gălășescu Mic.
Zbliżenie na jego północne ściany.
Obracam się również za siebie, w celu cyknięcia jego starszego brata, czyli Gălășescu Mare.
Pod szczytem Vf. Gălășescu Mic, gdzie jesteśmy na 13, robimy sobie przerwę. Humory nie dopisują, bo jedyne co pozostało to batony, które po siedmiu dniach ich ciągłego jedzenia obrzydły do tego stopnia, że od tego czasu przestałem je jeść ;P Zwłaszcza te o smaku orzechowym ;P
No ale cóż, wtedy tylko Oski był szczęśliwy bo miał resztkę sera i baton o smaku pomarańczowym ^^
Po tym odżywczym posiłku ruszamy wyjątkowo łagodnym zboczem Gălășescu Mic, na poszukiwanie jego głównego wierzchołka.
Im bardziej wędrowaliśmy na wschód, tym bardziej krajobraz tej części Fogaraszy przypominał mi Tatry Zachodnie. Zwłaszcza wznoszący się dumnie za nami Vf. Gălășescu Mare przypominał mi wtedy majestatyczną piramidę Starorobociańskiego Wierchu.
Kilka minut później znaleźliśmy się na wierzchołku Vf. Gălăsescu Mic (2433 m.n.p.m.). Muszę przyznać, że szczyt ten oferuje przepiękną panoramę, co w dużej części spowodowane jest charakterem grani, która w kierunku wschodnim wyraźnie traci na wysokości. Dzięki temu wyniesieniu ponad sąsiednie szczyty, można stąd podziwiać zwłaszcza wspaniale prezentujące się gniazdo Vf. Dara i Vf. Hărtopu Darei oraz Vf. Urlea.

Mgły szalejące u stóp fogaraskiej grani... W oddali widoczny dominujący stożek Vf. Urlea.
Chwilę odpoczywamy także i tu. Gdy chmury przesuwają się zasłaniając na moment Vf. Urlea, ukazuje nam się widoczny na pierwszym planie Vf. Slanina i nieco bardziej oddalony od nas, piękny Coltul Bălăceni, o którym jeszcze Wam trochę później poopowiadam. Fajnie odsłonił się również masyw Vf. Dara i Vf. Hărtopu Darei - jest to najwyżej wznoszący się, a zarazem jedyny przekraczający 2500 m.n.p.m., masyw, leżący na wschód od Moldoveanu.
Zejście z Vf. Gălășescu Mic jest dość strome i długie, bo schodzimy na położoną na 2188 m.n.p.m. przełęcz Fereastra Mare a Sămbetei, gdzie zresztą znajduje się schron.
Po 15 minutach zejścia meldujemy się na Fereastra Mica a Sămbetei. Znów przypatrujemy się zboczom grani - fenomenalnie widać z tego miejsca różnicę między zboczami południowymi, a północnymi. Te północne opadają do doliny Valea Sămbetei niemal pionowymi zboczami!
Przy okazji taka informacja - na mapach w tym miejscu zaznaczony jest szlak schodzący żlebem do Valea Sămbetei. Nie wybierajcie go przypadkiem, ponieważ nie dość, że jest źle oznaczony, to wiedzie w bardzo kruchym terenie i jest w złym stanie technicznym. Akurat w tym rejonie Fogaraszy znajduje się trochę skał osadowych i szlaki, które nie są na bieżąco utrzymywane, ulegają destrukcji.
Otoczenie doliny Valea Sambetei. Od lewej: Vf. Rezistoarele (2333 m.n.p.m.), Vf. La Cheia Băndei (2383 m.m.p.m.), Coltul Bălăceni (2286 m.n.p.m.), Vf. Slanina (2268 m.n.p.m.)
Bez zatrzymywania się na przełęczy, podchodzimy na ostatni jak się okazuje na naszej fogaraskiej drodze, szczyt Vf. Slanina.
Z jego szczytu znów możemy podziwiać bardzo interesujące widoki. Tak naprawdę, cały ten rejon Fogaraszy tj. Vf. Gălășescu i Vf. Slanina obfituje w widoki wyjątkowo interesujące, a spowodowane jest to tym, że główna grań Fogarów na wysokości Vf. Urlea robi łuk na południe o 90 stopni i na długości dwóch kilometrów ciągnie się południkowo. W zwornikowym dla całego masywu Hărtopu-Dara (tak, to ten gdzie znajduje się Vf. Dara oraz Vf. Hărtopu Darei) Vf. La Fundu Băndei, grań znów zakręca na wschód i opada na przełęcz Curmatura Zarnei, będącej jedyną przełęczą na całej długości pasma od Vf. Suru leżącego na zachodnich krańcach Fogaraszy, leżącą poniżej 2000 m.n.p.m.
Te "esy floresy" które grań tworzy na wysokości wymienionych wyżej szczytów i do tego jeszcze przepięknie położony u ich podnóży kocioł Caldarea Băndei z wypływającym tam potokiem Izvorul Băndei kuszą, aby zatrzymać się i przypatrzeć się dłużej kapitalnym widokom.
Grań ciągnąca się w kierunku Vf. Urlea.
Vf. lui Mogoș (2398 m.n.p.m.) i Vf. Urlea (2473 m.n.p.m.). 
I na koniec masyw Hărtopu-Dara w całej swej potędze.
To prawda, że na wschód od Moldoveanu Fogarasze znów stają się bezludne. Warto, naprawdę warto tu się pofatygować, zwłaszcza, że wysokościami i charakterem wysokogórskim, tereny leżące między Moldoveanu, a Vf. Dara i Vf. Hărtopu Darei niewiele ustępują najbardziej popularnym partiom Fogaraszy.
Zejście z Vf. Slanina na przełęcz Fereastra Mare a Sămbetei.
Dojście na siodło przełęczy zajmuje nam kilka minut.
Pożegnanie z granią...
Idąc za przestrogą ratownika Salvamontu, opuszczamy dziś fogaraską grań. Wiemy, że gdyby nie chęć powtórnego zdobycia Moldoveanu mielibyśmy szansę dotrzeć dziś w okolice jeziora Urlea, leżącego w kotle pomiędzy Vf. Urlea, a Vf. La Fundu Băndei i następnego dnia, schodząc przez Vf. Moșu, dotrzeć do miejscowości Breaza. Wybraliśmy jednak Moldoveanu i nie żałując tego wyboru ani trochę, zaczęliśmy schodzić do doliny Valea Sămbetei.
Szlak czerwonych trójkątów, poprowadzony jest momentami w bardzo stromym terenie, ale jego stan pozwala na w miarę wygodne schodzenie.
W kotle polodowcowym leżącym u stóp Vf. Slanina i Coltul Bălăceni, robimy przerwę aby dać odpocząć stawom kolanowym. Przy okazji słyszymy znajome świsty, które powodują, że gdzieś wśród skalnych złomów odnajdujemy świstaka.
Kocioł Caldarea La Fereastra Mare.
Z dna kotła możemy wreszcie w pełni zrozumieć dlaczego Rumuni Coltul Bălăceni uważają za swój Matterhorn. Rzeczywiście, północna ściana tego szczytu sprawia imponujące wrażenie.
Oto i on - dla mnie osobiście to najpiękniejszy szczyt Fogaraszy ;P
Gdy docieramy w pobliże progu doliny wyłaniają się szczyty leżącej w grani Muchia Drăgușului.

 Coltul Bălăceni, Fereastra Mare a Sămbetei i Vf. Slanina.
Przechodzimy ścieżką przez krzaki jałowca i docieramy do rozstajów La Cruce (dosł. Krzyż), gdzie rozpoczyna się szlak czerwonych kółek na Vf. La Cheia Băndei.
Wznoszący się ponad nami Vf. Rezistoarele.
Pokonywanie progu doliny jest wyjątkowo żmudne. Ścieżka w kilku miejscach jest w kiepskim stanie i trzymając się krzaków jałowca, powoli obsuwamy się w dół. Czujemy też już zmęczenie i musimy podwoić uwagę poświęcaną temu, co przed nami.
Z nieco obolałymi po pokonaniu progu doliny, nogami docieramy na dno doliny. Szlak czerwonych trójkątów przekracza potok i łączy się z nieznakowaną ścieżką, wiodącą na Curmaturę Răcurelelor (2300 m.n.p.m.). Zakręcamy na północ i przez niewielkie hale podążamy w kierunku niedalekiego już schroniska.
Ponad progiem oddzielającym poszczególnych części doliny Valea Sămbetei śmiało wznosi się Coltul Bălăceni.
10 minut później docieramy do finiszu naszej wędrówki - schroniska Cabana Valea Sambetei, leżącego na wysokości 1401 m.n.p.m. Schronisko wg przewodnika Pana Klimka posiada 60 miejsc noclegowych.
Schronisko... miało swój dość niecodzienny klimat. W przejściu stały taczki z jakimś nawozem, podłoga była nieco ubrudzona ze śladami po kaloszach :D Niesiony dźwiękiem dobiegającej do mnie rozmowy, znalazłem pokój dzienny właścicieli, gdzie oprócz telewizora i starych krzeseł, znajdowała się kuchnia z olbrzymim garem. Niezdarnie zacząłem tłumaczyć, czego chcę, pytając o miejsce dla 4 osób i wyczekująco spoglądając na muskularnego, spalonego słońcem gospodarza.
Jak się okazało, miejsce się znalazło, co mnie niezmiernie ucieszyło. Spytałem jeszcze o kolację, na co usłyszałem: "10 minut". Wróciłem więc do chłopaków i do grupki Polaków ;) Bo pod schroniskiem spotkaliśmy grupę krajanów, szykujących się na dokładnie tą samą trasę co nasza. Tyle że w przeciwnym kierunku ;) Pogadaliśmy przez chwilę, a potem, gdy minęło kilka minut, zabraliśmy plecaki i udaliśmy się do gospodarza, aby nas zaprowadził do pokoju.
Izbę mieliśmy na samej górze i co by nie powiedzieć, droga była naprawdę ciekawa (czytaj: klaustrofobiczna :D). Pokój był 4-osobowy, niewielki, ale z łóżkami na którymi dało całkiem nieźle się wyspać. Po przebraniu się, zeszliśmy do jadalni na kolację. I tym razem na kolację była zupa, niemniej jednak nie udało nam się określić jaka to zupa :D Na pewno była z dużym dodatkiem anyżu, który no umówmy się jest dość... aromatyczną i specyficzną przyprawą.
Ale żeby nie było - jak najbardziej dobrze wspominam to schronisko. Mimo zapachu łajna i mimo smaku anyżu, długo zalegającego na końcu języka, takie klimatyczne miejscówki wyjątkowo propsuję.
Tyle ode mnie na dzisiaj, w następnej części opuścimy góry i udamy się na wschód w okolice Braszowa.
DO ZOBACZENIA!


2 komentarze:

  1. Po tylu zjedzonych batonikach, to ta zupa na koniec była i tak niezłą odskocznią kulinarną, mimo że może nie przypadła Wam smakowo do gustu :) Nie sądziłam, że aż tyle relacji będzie z tej Rumunii. A to wciąż jeszcze nie koniec! Ekstra :D Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie była taka fatalna! :D Naprawdę wolałem ją po stokroć bardziej niż kolejny batonik :D
      Pozdro! :)

      Usuń