Wakacje z trollami cz. III - Powrót

DZIEŃ IV, V, VI

Po wybornym zachodzie słońca jaki miałem przyjemność oglądać poprzedniego dnia, spałem z nadzieją, że może jednak nadchodzący poranek wbrew temu co zapowiadali, będzie jeśli nie słoneczny, to chociaż bezdeszczowy. Niestety, obudziło nas jednostajne uderzanie kropli o tropik, które zniechęcało nas do wyjścia ze śpiworów i przekonywało, że pogoda jednak nie zmieniła się na lepsze.
Jedynym światełkiem w tunelu była informacja, uzyskana dnia poprzedniego, z której wynikało, że niestabilna aura ma utrzymywać się do południa. Biorąc pod uwagę, że obudziliśmy się gdzieś koło ósmej, totalne nicnierobienie przez 4 godziny wydawało się koszmarem, połączonym na dodatek z jakimś szamańskim aktem zaklinania rzeczywistości, by namiot pozbawiony śledzi i odciągów, wytrzymał narastające porywy wiatru...
O skali wichury, która o poranku nawiedziła okolice Trolltungi, najlepiej niech świadczy fakt, że pomimo iż obaj siedzieliśmy z plecakami wewnątrz, to na wskutek porywów, namiot ulegał całkowitej destabilizacji i był w ciągłym ruchu. Gdy koło 10:30 przestało padać, pomyśleliśmy że aura powoli się stabilizuje i zabraliśmy się za rozbiórkę naszego schronienia, podczas której wiatr powyginał nam aluminiowy stelaż.
Uwierzcie mi, to nie był może najlepszy pomysł, ale wtedy chcieliśmy stamtąd jak najszybciej uciekać.
Szliśmy wolno, w dość dużych odstępach między sobą. Choć z początku nie padało, to co jakiś czas zrywały się podmuchy huraganowego wiatru, które swoją siłą odbierały dech i brutalnie nami rzucały. Za trzecim bądź czwartym razem, nie potrafiłem przeciwstawić się podmuchom, straciłem równowagę i runąłem kilka metrów w dół, spadając po delikatnie porośniętym zboczu. Na szczęście, tamtego razu skończyło się tylko na delikatnym urazie kostki, bólach w kolanie i poranionej dłoni, którą pomagałem sobie wytracić prędkość podczas upadku.
Po tej sytuacji marsz kontynuowaliśmy jak wcześniej, z tą różnicą, że nieco zakrwawioną rękę opatuliłem papierem toaletowym (chusteczki już się wtedy skończyły :P) Niestety, kiedy rozpoczęliśmy długi trawers, wiatr się wzmógł, chmury nieco opadły i zaczął lać ulewny deszcz. Po zaledwie dwóch minutach byliśmy całkowicie przemoczeni, w dodatku jeszcze w pewnym momencie podmuch wiatru zerwał mi z plecaka pokrowiec, porywając go w nieznane. Wtedy zapaliła się awaryjna kontrolka, która nakazywała mi zarządzić bezwzględny postój, mając na uwadze konieczność wykombinowania zastępczego pokrowca, mogącego uchronić przed przemoczeniem, namiot, śpiwór i pozostałą zawartość plecaka. Udało nam się znaleźć ogromną wantę, pod którą dało się wejść i zapakować plecak w poklejone worki na śmieci, bo było to jedyne rozwiązanie, jakie przyszło nam na myśl. Całej sytuacji przyglądała się młoda Chinka z Guangzhou, która przyłączyła się do nas podczas schodzenia. Była zupełnie nieodpowiednio ubrana, w trampkach, legginsach oraz lekkiej kurtce i naprawdę jestem pełen podziwu, że poradziła sobie w takiej podróży (dziewczyna samotnie przyjechała z Chin do Sztokholmu, skąd przedostała się do Norwegii, podróżując już autostopem).
Pod wantą spędziliśmy około 30 minut - w międzyczasie ulewa i gradobicie zdążyło się nieco uspokoić - i kiedy zaczęliśmy już marznąć, wypełzliśmy z kryjówki na otwartą przestrzeń. Chinka wyruszyła przed nami - musiało jej być bardzo zimno. Po paru minutach marszu doczłapaliśmy do zakrętu, za którym poczułem jak serce skacze mi do gardła.
Zrazu wyłonił się przed nami bowiem potężny wodospad, który na wskutek potężnej ulewy pojawił się na ścieżce, zupełnie zagradzając przejście. Przyznaję, że z początku nogi się pode mną ugięły, bo w najwęższym miejscu wodospad miał kilka metrów szerokości, a musicie wiedzieć że perspektywa zostania porwanym przez wodę ma się inaczej niż w Polsce, bo w 99% potoki spływają ze stosunkowo łagodnych wierzchowin górskich, by nieco dalej zniknąć w kilkusetmetrowej przepaści, do której spadają z hukiem. Tak było i tym razem, zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej znajdował się uskok, w którym woda ginęła, ale cóż - trzeba było ewakuować się jak najprędzej. Szczęśliwie, po przeciwnej stronie wodospadu stał Azjata, który głośno pokrzykując nakazał naszej trójce (przy przeszkodzie dogoniliśmy naszą Chinkę) zejść niżej, korzystając z faktu, że potok osiągał tam stosunkowo niewielkie rozmiary.
Najwięcej problemu mieliśmy z przerzuceniem, przemokniętego totalnie, mojego plecaka. Pierwsza próba niemal nie skończyła się fatalnie z uwagi na przemarznięte palce i brak odpowiedniego czucia. Za drugim razem udało się plecak dorzucić do naszego pomagiera i to był już sukces. Samo przeskoczenie przez wodę nie było takim problemem, chodziło tylko o to by nie wpaść do rwącego potoku, zmierzającego do leżącego kilkaset metrów niżej, jeziora.
Po przygodzie z wodospadem obaj z Bartkiem poczuliśmy jak rośnie nasza pokora wobec norweskich gór. Podczas schodzenia, kiedy spotykaliśmy ludzi podążających w kierunku Trolltungi, uparcie powtarzaliśmy: There is no crossing. Waterfall obstructed the trail. (Przejścia nie ma. Wodospad zablokował szlak.)
Ucieczkę z Trolltungi i towarzyszące jej wydarzenia uważam za jedno z najbardziej pamiętnych doświadczeń ze swoich wędrówek. Do kompletu brakowało tylko burzy, choć po powrocie w świat internetu, okazało się że tamtego poranka, na sąsiednim płaskowyżu Hardangervidda, w skutek burzy zginęło 300 jeleni. Tak więc w całym tym nieszczęściu, mieliśmy trochę szczęścia, bo burza w Norwegii mimo, że jest rzadszym zjawiskiem niż np. w Polsce, to z pewnością może być dużo bardziej niebezpieczna, bo i teren ma zupełnie inny charakter. 
Tu było suche przejście przez potok. W ciągu jednego dnia wszystko się zmieniło.
Pod koniec pojawiło się u mnie zniechęcenie objawiające się brakiem przejęcia wobec warunków. Miałem naprawdę głęboko w czterech literach czy przechodzę przez rwący strumień czy nie, nie interesowało mnie czy kałużę obejść z prawej czy z lewej; byłem już tak przemoczony i tak ubłocony, że taki szczegół jak dodatkowa warstwa błotka na podeszwie, nie stanowiła dla mnie istotnego problemu.
Gdy udało nam się zejść na parking, nawet nie mieliśmy czasu aby się nacieszyć sukcesem, bo spotkaliśmy ekipę znajomych Bartka z Sanoka, którzy robili nieco większego tripa, zahaczając nie tylko o Trolltungę, ale także o Lysefjord i jego atrakcje. Odbyliśmy więc dość długą rozmowę, opisując im co tam się na górze dzieje, a gdy się na nowo rozdzieliliśmy, to zdecydowaliśmy o zrobieniu chińskiej zupki i herbaty. Bo po tym jak adrenalina zaczęła opadać, zrobiło się bardzo zimno!
Po herbaciano-zupkowej przerwie wraz z naszą chińską znajomą zeszliśmy finalnie na sam parking, na którym rozdzieliliśmy się niemal od razu, ponieważ ona szybko znalazła kierowcę, który miał zawieźć ją w kierunku Oslo, my natomiast chwilę staliśmy z wysuniętym kciukiem i tabliczką "Odda". Tym razem szczęście jednak dopisało i po kilku minutach trafiliśmy na parę Norwegów po 50-tce, którzy w ramach wolnego zrobili sobie wycieczkę nad Ringedalsvatnet. Byli naprawdę kochani, że się zatrzymali, bo mieli w swoim volkswagenie jasną tapicerkę, na którą władowaliśmy się my - cali zapaskudzeni jak hipopotamy.
Wnętrze było nagrzane i podróż w kierunku Oddy była bardzo przyjemna, co sprawiło, że zacząłem odpływać w nicość. Przed zaśnięciem zdążyłem zauważyć jednak, że mimo beznadziejnej pogody i dotkliwego zimna, prowadzący samochód Norweg wcina jak gdyby nigdy nic loda! :D
Z krótkiej drzemki wyrwały mnie pytania ze strony Norwegów, na temat naszych dalszych planów. Zgodnie z naszą wolą odparłem, że jeśli istnieje taka możliwość, to najchętniej wysiedlibyśmy na obrzeżach miasta, ponieważ mamy namiot i rozbijemy się tam gdzie warunki pozwolą. Niestety, moi rozmówcy chyba nie za bardzo dopuszczali do siebie myśl, że można spać gdziekolwiek i oświadczyli nam, że zawiozą nas na miejscowy kemping. Na to ja gorączkowo zaprotestowałem, wymyślając na poczekaniu bajeczkę, że potrzebujemy jeszcze kupić coś w sklepie i chcemy pójść zobaczyć jeszcze Oddę, ale Norwegowie okazali się być bardziej uprzejmi niż się spodziewałem i zaproponowali, że wpierw podwiozą nas do sklepu, gdzie zaczekają, aż zrobimy zakupy, by potem odwieźć nas na kemping i po załatwieniu formalności zwieźć nas z powrotem do centrum miasta. Na tą propozycję ramiona mi opadły i nie bardzo wiedząc jak się zachować, pozostało już pójść do tego sklepu, gdzie wszystko było cholernie drogie i gdzie zupełnie niepotrzebnie wydaliśmy kilkadziesiąt NOKów na jakieś nadmuchane spulchniaczami buły, tylko po to żeby w sumie zamachać nimi przed oczyma Norwegów. Potem rzeczywiście, odwieziono nas na kemping, znajdujący się na skraju miasteczka.
Nie zamierzałem tam nocować, choćby mi tropik od namiotu przemakał, a z nieba kulki gradu spadały. Ale głos kobiety przypominał mi nieco matczyny, nie znoszący sprzeciwu i w sumie to wchodząc do biura kempingu miałem ochotę siedzącej tam dziewczynie powiedzieć, że chcę tu tylko zostawić na moment plecak, żeby pozbyć się wreszcie nieco zbyt miłych Norwegów. No, ale z drugiej strony nie chciałem robić kabaretu, spytawszy więc się o cenę, udałem zatroskanego i po tekście w stylu: jak przemyślę, to wrócę wróciłem do czekającego na mnie małżeństwa. W międzyczasie Pan wyciągnął drugiego loda i rzeczywiście zwieziono nas do miasta. Tam się pożegnaliśmy, choć czekałem z niecierpliwością, aż kobieta zaproponuje nam, że z mężem oprowadzą nas po Oddzie. Gdy tylko zniknęli za zakrętem, to rzuciliśmy się z powrotem na kemping, bo tylko przez godzinę mogliśmy za free trzymać bagaże. Oczywiście, czekała mnie jeszcze konieczność powiedzenia młodej Norweżce z biura, że sorry ale jednak nie zostajemy i po prawie dwóch godzinach spędzonych w Oddzie skierowaliśmy się w kierunku szosy na Oslo i Haugesund.
Widok z mostu na rzece przepływającej z jeziora Sandevatnet do Hardangerfjordu.
Jezioro Sandevatnet - widok z północnego brzegu. Z lewej widoczny wodospad Tjodnadalsfossen.
Na podwózkę czekaliśmy długo - ponad godzinę. Niemniej jednak cholernie warto było momentami zawarczeć do siebie i puścić parę ostrych słów na wiatr, bo udało się złapać kierowcę TIRa, który jechał aż do Haugesund - i choć tego nie planowaliśmy, to na raz przejechaliśmy ponad 150 km :)
Trochę się obawiałem czy podczas tak długiego odcinka nie będziemy nieco przymulać, zwłaszcza że byliśmy mocno zmęczeni, ale nasz kierowca był bardzo rozmowny i w sumie to dwie godziny jazdy minęły jak z bicza strzelił.
A jak zauważyłem świecący emblemat z napisem: "You will never walk alone" to już w ogóle język się rozwiązał i tak spędziliśmy czas najpierw na rozmowie o lidze angielskiej i zachodzącej w niej zmianach, na wspólnym opluwaniu nielubianego Manchesteru City, czy głośnej dyskusji który z klubów Premier League w tym sezonie odniesie największy sukces. (Hyhyhy i na razie wychodzi na moje :PP)
Poza tym tradycyjnie pogadaliśmy o życiu, polityce i innych pierdołach, także pod koniec to już mi gardło wysychało ;P A gdy dojechaliśmy pod Haugesund to na koniec Bartek strzelił mi pamiątkowe foto :D
  Pożegnaliśmy się z Norwegiem i przebiegając przez rondo ukryliśmy się w krzakach. Tam rozłożyliśmy namiot i po szczegółowym przepatrzeniu odzieży nagotowaliśmy ciepłej wody, by z herbatą w ręku zanurzyć się w wilgotnych śpiworach.
Noc jakoś przetrwaliśmy, choć na początku zimno było jak szlag i aż prosiłoby się o wyciągniecie czegoś na rozgrzanie. Na szczęście wilgoć dostała się jedynie do dolnej części śpiwora i poświęciwszy względnie suchą kurtkę, wsadziłem ją tam, odgradzając się niejako od mało przyjemnego zimna. Bartek miał nieco ciężej, bo pozbawiony był większej ilości ubrań termicznych, które przy takich wyjazdach ujawniają swoje zalety.
Następny dzień spędziliśmy na suszeniu wszystkich naszych rzeczy. Wszystkie skarpetki, koszulki, najmniej poszkodowane w wyniku ulewy polary, ale także kurtki, schły na dużym odsłoniętym kamieniu, nieopodal naszego namiotu. Tego dnia świeciło piękne słońce i było bardzo ciepło, wszystko więc dochodziło do siebie jak na zawołanie. No, prawie wszystko. Największy problem był z butami, które niestety wilgotne były jeszcze po przylocie, w Gdańsku. 
Gdy nadszedł dzień wylotu postanowiliśmy się nie przejmować i jak gdyby nigdy nic podążać poboczem w kierunku Haugesund. Przeszliśmy tak może z kilometr, dwa, docierając do przystanku autobusowego, położonego na długim łuku i po 10 minutach spędzonych na machaniu, złapaliśmy międzynarodowe małżeństwo (chyba ;P) Podwieźli nas do miasta, w okolice ratusza (na zdj. poniżej), gdzie się rozstaliśmy, chcąc zahaczyć przed wyjazdem do Polski o ocean ;)
Haugesund liczy sobie ok. 35 tysięcy mieszkańców i jest centrum administracyjnym Haugalandu oraz głównym ośrodkiem kulturalnym północnego Rogalandu. Miasto leży nad cieśniną Karmsund oddzielającą wyspę Karmøy od stałego lądu, w miejscu gdzie cieśnina łączy się z otwartym morzem.
Samo miasto, które w przeciwieństwie do Stavanger czy Bergen, nie stanowi tak dużej atrakcji turystycznej, tamtego dnia wydało się wymarłe i jedyni ludzie jakich spotkaliśmy to byli: kierowca miejskiego autobusu, którego pytaliśmy o drogę i dwóch Polaków, których k***a została przez nas usłyszana zanim jeszcze ich zobaczyliśmy :P
Ale przynajmniej zamieniliśmy parę słów po polsku i to na akurat zaliczam na +
Jeśli miałbym coś poradzić w przypadku wizyty w Haugesund, to z pewnością będzie do spacer nabrzeżem, przy którym cumują niezłe "maszyny" i wdrapanie się na most łączący centrum miasta z wysepką Risøy, bo roztacza się z niego atrakcyjny widok na stare miasto (choć stare miasto, w wydaniu Haugesund oznacza kamienice wybudowane w pierwszej połowie XX wieku).
Panorama Haugesund z mostem nad odnogą cieśniny Karmsund - cieśniną Smedasundet. W oddali, jeśli się przypatrzycie widać otwarte morze.
Po tej wizycie udaliśmy się na plac przy teatrze, gdzie zrobiliśmy sobie jeszcze coś do jedzenia, obserwując jak na plac co jakiś czas przychodzą grupki ludzi grających w Pokemon Go. W duchu się zaśmiałem, bo przypomniałem sobie jak kilka dni wcześniej, na krańcu chorwackiego półwyspu Peljesac, w Loviste, widziałem dokładnie takie same sceny. Jak szaleństwo jednej gry ogarnęło cały glob!
Po posiłku zabraliśmy manele i wydostaliśmy się z centrum kierując się na południe. Przy okazji zdążyliśmy się jeszcze nieco zagubić, gdyż szliśmy wzdłuż ścieżki rowerowej, która wpierw podążała równolegle do trasy E134, by potem nagle zrobić dziwny łuk wprowadzając nas na osiedle domków jednorodzinnych. Czas nam uciekał, zainteresowaliśmy się już pójściem na łatwiznę i zaczęliśmy sprawdzać rozkład jazdy autobusów miejskich, ale suma summarum, okazało się, że jesteśmy blisko naszej krajówki i udało się na nią wydostać per pedes per apostolorum. Nie ryzykując powtórnych atrakcji, zaczęliśmy znów chamsko poboczem drałować, licząc na to, że ktoś się zatrzyma. I w sumie przed jednym z rond, zauważyłem jak daleko przed nami ktoś do nas zaczął machać. Podbiegliśmy z Bartkiem do, jak się okazało, pary emerytów, która stała w niewielkiej zatoczce, bo ponoć wzruszył ich widok nas, maszerujących poboczem drogi.
Wrzuciliśmy rzeczy do bagażnika i tu wywiązało się drobne nieporozumienie, bo starszy Pan otworzył nam bagażnik, potem Bartek wrzucił plecak i ja w końcu swój. Nie zwróciłem jednak uwagi, że ów jegomość wsiadł do samochodu i po zapakowaniu bagaży (a byłem pogrążony cały czas w rozmowie z Panią, która nas zagadywała) zostawiłem otwartą klapę bagażnika >_<  Samochód ruszył, ale nikt na początku nie zdawał sobie sprawy, że klapa jest otwarta, a gdy w końcu nastąpiło większe przyspieszenie i poczułem szum z tyłu, to z wrażenia zapomniałem języka w gębie i wybełkotałem tylko coś co bardziej niż angielski przypominało esperanto. Oczywiście starsi państwo nic nie zrozumieli, Bartek też zaczął coś wrzeszczeć i dopiero po drugiej próbie udało się nam przedstawić, co się w zasadzie dzieje. Na szczęście droga była względnie pusta i mogliśmy się zatrzymać ponownie, a koniec końców to sprawa skończyła się bardzo pokojowo, bo staruszkowie potraktowali to z ogromnym dystansem :)
Na lotnisku, tradycyjnie już, wydaliśmy ostatnie nasze pieniądze, tym razem jedząc jakiegoś hot-doga przed podróżą i surfując po internecie. Norwegię opuściliśmy nie tylko bez żadnych problemów przy odprawie pokładowej, ale także i bez żadnego opóźnienia.
W Gdańsku wylądowaliśmy kilka minut przed czasem. Pogoda była iście śródziemnomorska - panował upał, ale powietrze było suche, dało się więc oddychać. Do Wrzeszcza wróciliśmy autobusem nr 110, by się przekonać na miejscu, że nie ma biletów na żaden pociąg do Krakowa. Kończył się turnus, 9-godzinną podróż spędziliśmy więc na podłodze, przy wyjściu z toalety. Ten przejazd wypruł nas bardziej niż wcześniejsze kilka dni w Norwegii, zresztą - kto podróżował w ten sposób kochanymi TLK-ami, ten wie o co chodzi ;)
Tak oto skończyła się druga eskapada norweska. Dotrzymałem słowa danego sobie - rok po wyjeździe nad Lysefjord, Skandynawię odwiedziłem ponownie.
Mogę Wam zdradzić, że na nadchodzący rok, kierunek odsuwa się nieco bardziej na północny-zachód. Islandia. Kraina lodu i ognia. To są nasze najbliższe plany :)
Czy i to marzenie uda się ziścić? Przyszłość przyniesie odpowiedź...

KOMENTARZE

2 komentarze:

  1. Kurcze, po takim pięknym spektaklu, siadła pogoda na całego! Ale co przeżyliście to Wasze. Super wypad, no i dotrzymanie sobie danego słowa też daje sporo satysfakcji. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, miało się zepsuć i się zepsuło ;/ W sumie to kolejny bagaż doświadczeń, co trzeba zapisać na plus :)
      Zobaczymy czy za rok z Islandią też sobie dotrzymam słowa :)

      Usuń

Back
to top