niedziela, 9 kwietnia 2017

Tatry w zimie cz. III - Kozi Wierch

Ostatni poranek mimo lekkiego niewyspania spowodowanego deczko polowymi warunkami panującymi w schronisku, rozpoczęliśmy jeszcze przed nadejściem wschodu słońca. W świetle czołówki złożyliśmy nasze karimaty i śpiwory, spakowaliśmy, a raczej wrzuciliśmy wszystko chaotycznie do plecaków i byle szybciej opuściliśmy budynek, przeskakując między śpiącymi wszędzie ludźmi. Gdy w kuchni turystycznej robiłem herbatę do termosów, to miałem okazję lać 2 litry wrzątku idealnie nad chrapiącymi metr niżej schroniskowymi gośćmi 😀
Żadnych zasad BHP więc tam nie było przestrzeganych, ale dałem radę i z ciepłą herbatą w obu termosach wyszedłem przed schronisko, by dołączyć do Mosia, który szykował śniadanie. Zjedliśmy tradycyjny zestaw, zupka + kabanosy + baton i gotowi do drogi wyruszyliśmy wraz ze wschodem słońca w kierunku Koziego Wierchu.

źródło: www.mapa-turystyczna.pl
Pierwsze promienie w masywie Wołoszynów...
...I w Buczynowej Dolince.
Schronisko o poranku.
Po wczorajszej odwilży szło się nieprzyjemnie; śnieg był mokry i przez to zapadaliśmy się na każdym kroku. Radował nas jednak fakt, że nadchodził kolejny słoneczny dzień, bo co jak co, ale trafić na takie warunki, utrzymujące się przez trzy dni z rzędu, to rzecz niecodzienna 😊 
Pomimo, że światło wkradało się coraz śmielej w dolinę i dzień zaczynał dawać o sobie znać,  to okolica zachwycała fascynującą ciszą. Subtelny szum wypływającej z Wielkiego Stawu, Roztoki, był jedynym głosem, wyraźnie drzemiących jeszcze gór.
Po przejściu na drugi brzeg Roztoki, zamiast dotrzeć do początku czarnego szlaku, to od razu skóciliśmy po przekątnej naszą drogę, podchodząc stromo do góry.
Szpiglas i Kostury - z lewej Wyżni, z prawej Niżni.
Ostatnio wspominałem, że w kolejnej relacji będzie mowa m.in. o piasku :D No więc już wyjaśniam, co miałem na myśli 😉
W dniu w którym szliśmy na Kozi, nad Tatry przywiało piasek z Sahary, czego skutkiem było wyraźnie zamglone niebo o kolorze przypominającym trochę ecru (tak to się chyba nazywa 😜). Ot i wyjaśnienie zagadki 😊
A nad nami Kozi - wydaje się bardzo blisko, ale podejście na grań - jak się okazało - trochę się dłuży...
Zaletą zimowego wejścia na Kozi jest fakt, że podchodzi się po de facto charakterystycznej grzędzie, co zmniejsza automatycznie narażenie na lawiny (unikamy wklęsłych form terenu), jak również pozwala podziwiać rozległe widoki.
Tu szczyty Miedzianego i Szpiglasa, które towarzyszyły nam cały dzień.  
Widoczek w kierunku Kołowej Czuby.
Śniegu coraz mniej 😉
Szybko zmieniające się za naszymi plecami widoki mogliśmy podziwiać w dowolnej chwili. Kto czarnym szlakiem szedł, wie doskonale, że miejsca jest sporo i możemy zrobić sobie przerwę, kiedy tylko nam się zamarzy.
Wyłaniający się zza Niżniego Kostura i Kotelnicy, Hruby Wierch i Grań Hrubego.
Do wierzchołka jeszcze trochę... Z lewej strony pięknie widoczny za to Szeroki Żleb, którym chętnie zjeżdżają do Piątki narciarze.
I jeszcze jedno spojrzenie na dno Piątki z wysokości mniej więcej 2100-2150 m.n.p.m.
Z tyłu Koprowy Wierch, delikatnie wyłaniająca się piramida Szczyrbskiego Szczytu, Hruby Wierch i Grań Hrubego.
Natomiast zza Miedzianego wystają już całkiem nieźle widoczne: Mięguszowiecki Szczyt Wielki i Cubryna. Ponad przełęczą między Opalonym Wierchem, a Miedzianym widać z kolei Małą Wysoką, Wielicki Szczyt, Litworowy Szczyt czy Gerlach.
Podczas kolejnego odpoczynku zrobionego kilkadziesiąt metrów wyżej, już w pobliżu skrzyżowania czarnego szlaku z Orlą Percią, widok rozszerza się jeszcze bardziej i od tego momentu oko można cieszyć również charakterystyczną trójcą - Niżnimi Rysami, Rysami i Wysoką.
A tak wygląda nasza droga z Piątki aż na grań w pobliżu Koziego Wierchu - jak widać podejście wiedzie charakterystycznym ramieniem.
Śmiesznie sprawa wyglądała z granią - wyczekiwaliśmy jej od pewnego momentu, będąc pewnym że jesteśmy już blisko, zakładaliśmy się z Mosiem ile nam mniej więcej zostało, a ona zrobiła psikusa i pokazała się w najmniej spodziewanym momencie 😜
Ale grań to nie szczyt Koziego, aby cieszyć się z jego zdobycia, trzeba pokonać jeszcze mniej więcej 50 metrów różnicy wysokości i jakieś 150-200 metrów odległości.
A widoki onieśmielają...
Z obniżenia, w którym w lecie szlak czarny dociera do Orlej Perci, w łatwej wspinaczce, cały czas pomagając sobie czekanem, zdobyliśmy brakujące metry.
Grań między Kozim Wierchem i Kozim Murem.
Stąd od wierzchołka dzieli nas tylko krótki, eksponowany fragment ponad wejściem do Szerokiego Żlebu - zdecydowanie najtrudniejszy element dzisiejszej wędrówki, ale dla osoby pozbawionej lęku przestrzeni i odpowiednio wyposażonej - jak najbardziej do pokonania.
Wierzchołek Koziego Wierchu.
Szeroki Żleb z góry.
Z największą uwagą, wspomagając się czekanem, przeszedłem eksponowany fragment grani i po krótkim podejściu zameldowałem się na wierzchołku Koziego Wierchu (2291 m.n.p.m.), gdzie czekał już na mnie Moś. Wiał silny wiatr, który przeszkadzał w robieniu zdjęć, stąd mogę pochwalić się jedynie paroma fotkami ze szczytu - mam nadzieję że wybaczycie 😉
Świnica - na której stanęliśmy z Mosiem niecały rok później - i w tle Tatry Zachodnie.
To właśnie one na dużym zbliżeniu. Ponad Walentkową Granią dojrzycie fragment Kop Koprowych, a dalej szczyty Tomanowego Wierchu, Smreczyńskiego Wierchu, Kamienistej, Błyszcza i Bystrej, Starorobociańskiego Wierchu, Raczkowej Czuby, Wołowca, Rohaczy, Banówki, Pachoła, Spalonej i Salatyna.
Pora na dalszą część Tatr Wysokich.
Z lewej strony zdjęcia na ostatnim planie Lodowy Szczyt i Lodowa Kopa, dalej szczyty Małego Lodowego, Pośredniej Grani, Jaworowego Szczytu, Świstowego Szczytu, Sławkowskiego Szczytu, Staroleśnej, Małej Wysokiej, Zadniego Gerlacha i Gerlacha (po drodze między Małą Wysoką, a Zadnim Gerlachem widać jeszcze dwie niewielkie wybitności - to Wielicki Szczyt i Litworowy Szczyt), Niżnich Rysów, Rysów, Wysokiej, Żabiej Turni Mięguszowieckiej, Wołowej Turni, Mięguszów: Czarnego i Wielkiego oraz Cubryny. Bliższy plan to oczywiście Opalony Wierch i Miedziane, a w dole Przedni Staw Polski i Wielki Staw Polski, ponad którymi wznosi się oświetlone wypłaszczenie, zwane Niedźwiedziem, na którym oglądaliśmy poprzedniego dnia zachód słońca.
W rejonie Grani Hrubego również zaszły drobne zmiany, więc opisuję:
Ostatni plan to (od lewej) Koprowy Wierch, Szatan, Szczyrbski Szczyt, wystające nieśmiało Wielkie Solisko, Hruby Wierch, Grań Hrubego i czubek Krywania. Między Kosturami, a Hrubym Wierchem widać grań Pośredniego Wierszyku.
Pierwszy plan to Szpiglasowy, oba Kostury i Kotelnica, poniżej której leży Czarny Staw Polski.
I do kolekcji jeszcze Tatry Bielskie z Muraniem, Nowym Wierchem, Hawraniem, Płaczliwą Skałą i Szalonym Wierchem.
Po krótkiej sesji zdjęciowej nadeszła pora na krótki odpoczynek. Rozgrzewająca, słodka herbata ze świadomością zdobycia Koziego smakowała wybitnie, który na kolejne 11 miesięcy stał się najwyższym szczytem zdobytym zimą.
Zdobycie szczytu świętowaliśmy w zasadzie tylko my - dopiero po kilkunastu minutach na wierzchołek dotarł ziomek, którego poznaliśmy (hmm to poznaliśmy to za duże słowo) w Piątce. Dzięki temu mogliśmy liczyć na foteczkę ze szczytu 😉
Po pamiątkowej fotce z Koziego, ruszyliśmy w drogę powrotną.
Jakby nie było to liznęliśmy też zimowej Orlej Perci 😛
Grań się obniża, a my razem z nią.
Lodowy Szczyt.
Schodzimy rzecz jasna tą samą drogą, mijając coraz większe grupki turystów idących na Kozi. Wniosek ten sam co zwykle - warto wstawać wcześniej ;)
Swoją drogą, podczas zejścia zaliczyłem pierwszy w życiu niezamierzony zjazd - gdy byliśmy już stosunkowo nisko, poślizgnąłem się na mokrym śniegu i momentalnie zacząłem zjeżdżać w dół. Szybki ruch czekanem i po dwóch sekundach podniesionej adrenaliny, zatrzymałem się kilka, może kilkanaście metrów poniżej miejsca, w którym straciłem równowagę. Taka nauka stąd płynie, że nie wolno nigdy się rozluźniać, bo o nieszczęście paradoksalnie najłatwiej gdy jesteśmy już blisko końca...
Grań Kotelnicy i Gładki Wierch z Wielkiego Stawu.
Przeciwna strona.
Po drodze zdecydowaliśmy, że skoczymy przed zejściem do schroniska na jeszcze jedną szarlotkę 😉 A co tam - sukces trzeba czymś przypieczętować 😊😊 Na dodatek za pomoc w rozłożeniu schroniskowych ław, dostałem ową szarlotkę za free 😁
Szarlotką z Mosiem podzieliłem się na pół, do tego wypiliśmy jeszcze zamówioną kawę i łapiąc trochę słońca na tarasie schroniska, przesiedzieliśmy do godziny 12. Potem powoli zaczęliśmy schodzić, wybierając jednak wariant letni.
Na dno Doliny Roztoki dotarliśmy po trzech kwadransach z uwagi na konieczność pokonania męczącego zejścia. Tam zdjęliśmy raki (Moś założył raczki) i opuściliśmy krainę zajętą jeszcze przez zimę. Do Palenicy dotarliśmy około godziny 14, skąd busem musieliśmy powrócić do Zakopanego. Odnaleźliśmy zaparkowany samochód i po wizycie w maku na Ustupie wróciliśmy do Krakowa.
I tak skończył się ubiegłoroczny trekking po zimowych Tatrach - przez trzy dni zdobyliśmy w sumie 5 tatrzańskich dwutysięczników, można więc chyba śmiało powiedzieć że wykorzystaliśmy rewelacyjną pogodę w 100%. Byłem bardzo zadowolony z tamtych osiągnięć i jedynym problemem jaki pozostawało rozgryźć była... spalenizna na twarzy, bowiem jak zawsze zapomnieliśmy czegokolwiek co chroni przed działaniem UV. Wyglądaliśmy więc obaj po powrocie jak Apacze 😛

środa, 5 kwietnia 2017

Własna fotoksiążka z Saal Digital Polska

Jednym z powodów dla którego prowadzę tego bloga jest chęć zatrzymania jak największej ilości wspomnień i przeżyć ze szlaku. Ponieważ niektóre z nich prędzej czy później zaczynają się zacierać, blog stanowi znakomity sposób aby w dowolnej chwili, móc przypomnieć sobie bieg poszczególnych wydarzeń z życia. I to przy pomocy zaledwie paru kliknięć.
Zdjęcia, stanowiące obok opisu fundamentalną część każdej relacji, stanowią prawdziwy nośnik informacji; często przyglądając się zaledwie jednej fotografii przypominam sobie całą masę szczegółów, towarzyszących mi przy okazji jej robienia. Czasem nachodzi mnie ochota by wolny wieczór spędzić w wygodnym fotelu przeglądając zdjęcia i dumając nad tym co było i jeszcze może się wydarzyć.
Naturalnie, najwięcej przeżyć nie zapewnia oglądanie zdjęć wyświetlanych na monitorze lecz tych zawartych czy to w książce, czy to w jakimś opasłym albumie. To trochę jak z książkami, które zdecydowanie wolę od e-booków - choćby dlatego że lubię ich specyficzny zapach. Nawet sama czynność przewracania kolejnej strony ma w sobie element, który bardzo sobie cenię. Można powiedzieć, że w przypadku czytania książki, a nie w i r t u a l n e j książki, mamy do czynienia z pewnego rodzaju interakcją, która bardzo mi pasuje. Dokładnie tak samo jest ze zdjęciami.
Odkąd pamiętam dziadkowie czy rodzice wracając z różnych wyjazdów namiętnie wywoływali swoje zdjęcia tworząc albumy które przynajmniej raz czy dwa razy w roku przeglądali z uśmiechem na ustach. Gdy kupiłem swój pierwszy aparat pięć lat temu, sam zacząłem wywoływać zdjęcia, przechowywać je w kredensie i gdy nachodziła ochota, to sobie je przeglądałem.
Rok później założyłem bloga, a ponieważ byłem już po maturze, to zacząłem też liczniej jeździć. Zdjęć z wyjazdów przybywało, z czasem aparat cyfrowy zamieniłem na lustrzankę cyfrową, która pozwoliła rzecz jasna na zdjęcia o lepszej jakości i przede wszystkim w większym formacie. Dlatego też okazjonalnie sięgałem również po kalendarze z własnymi zdjęciami, a ostatnio, po raz pierwszy zainteresowałem się fotoksiążką, będącą pewnego rodzaju ewolucją tak chętnie tworzonego albumu ze zdjęciami.
W ramach testu we współpracy z firmą Saal Digital Polska otrzymałem możliwość wykonania własnej fotoksiążki i chciałbym się teraz podzielić z Wami doświadczeniami z tej przygody.

PROCES PROJEKTOWANIA

Pierwszym krokiem w procesie stworzenia własnej fotoksiążki jest wizyta na stronie Saal Digital Polska, z której pobieramy program pod nazwą Saal Design. Po jego zainstalowaniu i otworzeniu, wyświetla nam się przejrzyste menu, z którego przechodzimy do zakładki "fotoksiążki".
Następnie otworzy nam się kolejne okienko, w którym wybieramy rozmiar naszej fotoksiążki - do wyboru mamy aż 6 możliwości, począwszy od najmniejszego rozmiaru 15 x 21 (inaczej mówiąc formatu A5) po znacznie większy rozmiar 42 x 28 (format zbliżony do A3).
Po wybraniu satysfakcjonującego nas formatu mamy możliwość określenia konkretnych szczegółów naszej fotoksiążki. A więc wybieramy rodzaj okładki (tu bardzo duży plus dla Saal Digital, bo oprócz dwóch standardowych opcji, czyli okładki naświetlanej na błyszczącym bądź matowym papierze fotograficznym, mamy do wyboru aż dziewięć nietypowych opraw, które powinny zadowolić bardziej wybrednych klientów), do której możemy dobrać również watowanie, określić rodzaj papieru fotograficznego stron naszego albumu i przede wszystkim liczbę stron. Minimalna ich ilość to 26, maksymalna 120.
W kolejnym etapie otwiera się nam już edytor, stanowiący główny element całego procesu. To w nim wybieramy szablon (bądź nie) i projektujemy każdą ze stron dodając ulubione zdjęcia. Edytor jest intuicyjnie zbudowany, trudno jest się więc pogubić, a znajome z innych programów ikonki pozwalają na szybką i wygodną pracę z aplikacją.
Do całości mam tylko dwie uwagi - pierwsza dotyczy oferowanych czcionek - zdecydowanie za dużo jest tych, które tekst wzbogacają w zawijasy i różnego rodzaju "cuda na kiju", za mało za to tych prostych, ale jednocześnie eleganckich; czy jak kto woli szykownych. Być może przydałoby się też trochę więcej efektów do samych czcionek, przykładowo możliwości rozstrzelenia bądź zagęszczenia tekstu. Obecnie, poza wyborem czcionki, jej wielkości, koloru, tła na jakim ma być przedstawiona i standardowych efektów czyli pogrubienia, podkreślenia i kursywy możemy sobie dostosowywać jedynie interlinię.
 Drugą uwagą o której muszę wspomnieć jest fakt, że do poprawnego, czytaj płynnego funkcjonowania, jest konieczność posiadania przyzwoitego procesora i w miarę dużej ilości pamięci operacyjnej komputera tj. głównie pamięci RAM. Mój laptop, posiadający czterordzeniowy procesor Intel Core I5 i 8 gb pamięci RAM pod koniec procesu projektowania, gdy większość stron była już wypełniona zdjęciami i tekstem, zaczynał trochę lagować (zacinać się), także podejrzewam, że w przypadku nieco słabszego procesora bądź mniejszej pamięci RAM, cały proces trwałby znacznie dłużej.
Problemem może być również sposób płatności - mamy do wyboru tylko płatność za pomocą karty kredytowej bądź paypalem. Aplikacja nie przewiduje bowiem przelewu internetowego, co jest trochę niewygodne i może uniemożliwiać dokonanie wpłaty, bo przecież nie każdy dysponuje kartą kredytową czy też posiada konto na paypalu.

DOSTAWA + OCENA OTRZYMANEGO PRODUKTU

Miłym zaskoczeniem było szybkie zrealizowanie zamówienia. Produkt zamówiłem w środę, w czwartek popołudniu dostałem smsem informację o przekazaniu zamówienia do wysyłki, a we wtorek kurier DHL dostarczył mi ją do domu. To niedługi okres, zwłaszcza że produkty Saal Digital  dostarczane są do klienta z Rottenbach w Niemczech.
  Przyjrzyjmy się wpierw okładce - mimo że zamówiłem wersję bez watowania, to jestem w pełni zadowolony z jej wykonania - jest elegancko wykonana, twarda oprawa chroni ją przed zniszczeniem i ponadto jest przyjemna w dotyku.
 Bardzo pozytywnym aspektem dotyczącym samego albumu jest jakość wydrukowanych zdjęć - kolory są bardzo wyraziste, nie tracą nic w stosunku do tego co widać na laptopie. Widoczne na poniższych fotkach cienie wynikają z tego, że są one naświetlone na papierze błyszczącym, a nie bardziej popularnym - matowym. Taka opcja jest moim zdaniem efektowniejsza, ale ma kilka poważnych mankamentów - przed oglądaniem albumu warto umyć dłonie, trzeba również pamiętać, że mocne światło będzie się od nich odbijać.
 Na plus można też zaliczyć płaskie łączenie stron, bo dzięki temu możemy zobaczyć całość fotografii - nie ma zagięć, przeglądanie jest więc bardzo czytelne.
 Taki album może stanowić fantastyczny pomysł na prezent, być pamiątką z podróży, czy równie dobrze portfolio naszej działalności.

 Trochę irytujący jest maleńki kod widoczny na tylnej okładce i fakt, że aby go uniknąć należy dopłacić 25 złotych. W mojej opinii produkt, za który teoretycznie powinienem zapłacić 250 złotych, mógłby być już takich "kwiatków" pozbawiony.
Pomimo kilku drobnych uwag związanych z funkcjonowaniem samej aplikacji, z produktu firmy Saal Digital Polska w zakresie fotoksiążek jestem naprawdę usatysfakcjonowany. Na duży plus należy zaliczyć najważniejsze aspekty - szerokie możliwości wykonania fotoksiążki, którą możemy projektować w kilkudziesięciu różnych szablonach, pozwalających swobodnie aranżować poszczególne strony wedle własnego uznania, jak również jakość i precyzję z jaką została ona wykonana - mogę powiedzieć, że na tle szeroko rozumianej konkurencji z których usług mogłem kiedyś korzystać, produkt ten wypada bardzo dobrze.
Z przyjemnością mogę więc zasiąść przy popołudniowym espresso lungo i powrócić do wspomnień z ostatnich lat 😊
Zachęcam - wybierzcie ulubione zdjęcia i stwórzcie własną fotoksiążkę 😉