Pirenejska kraina tysiąca jezior - trekking przez zachodnią część Masywu Neouvielle

Pierwszy wyjazd w Pireneje bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Nie będę powtarzał wszystkich wniosków wyniesionych z trekkingu wokół Monte Perdido, odsyłam do odpowiedniego posta, niemniej jednak w telegraficznym skrócie mówiąc - było klawo - czy też, jak to się popularnie ponoć ostatnio mówi, maśnie.

Serio. Kiedyś myślałem że temat Pirenejów zamknę jednym wyjazdem w teoretycznie najciekawsze miejsce całego łańcucha - czyli do Doliny Ordesy. Wynikało to oczywiście z mojej niewiedzy w tym temacie, która była nikła - wiedziałem, że najwyższy jest Aneto, wiedziałem o Ordesie, wreszcie gdzieś tam przemknęło mi, że część hiszpańska mocno różni się swym charakterem od francuskiej.

Ile jednak pozostawało mi do odkrycia!

W życiu na dłuższą metę nie opłaca się nie wiedzieć. Nadmiar wiedzy nam nie zaszkodzi, natomiast jej niedomiar prędzej czy później może jakoś na nasze losy wpłynąć - i tak było choćby z poznawaniem Pirenejów - jakże stratnym byłbym, gdybym rok temu nie pojawił się w na Monte Perdido i nie uświadomił sobie - po ciągnących się po horyzont wierzchołkach - ile tam atrakcji może czekać!

Dziś po dwóch wyjazdach mam wrażenie, że dopiero zacząłem uczyć się Pirenejów. Niemal każde włączenie internetowej mapy; niemal każda nowa fraza wpisana do wyszukiwarki staje się początkiem dla mniejszych lub większych planów, choć moje dotychczasowe badania koncentrowały się jedynie na centralnej części łańcucha - akurat znalezienie szczegółów dotyczących czegokolwiek nie jest proste bowiem Pireneje cechuje topograficzna jednolitość; poza ogólnym - i nie wszędzie zresztą respektowanym - podziałem na Pireneje Zachodnie, Centralne i Wschodnie, żaden podział całego łańcucha na pasma nie istnieje, jedynie czasem wydziela się określone masywy - co sprowadza nas do tematyki Masywu Neouvielle, który jest bohaterem dzisiejszej relacji.


Masyw Neouvielle jest jednym z tych fragmentów Pirenejów, o którego istnieniu długo nie miałem pojęcia. Jego nazwa nie przewija się tak często przez fora jak Ordesa czy też Aneto, ale z pewnością przy planowaniu wyjazdu we francuskie Pireneje, warto o nim pamiętać.

Powierzchniowo masyw jest nieduży; jego wymiary to 25 x 17 km. Wartym odnotowania jest natomiast fakt, że na jego terenie zlokalizowanych jest aż 13 3-tysięczników, to więcej niż w  wyższych masywach: Vignemale czy Posets.

Bardzo ciekawa jest etymologia nazwy Masywu Neouvielle. Przedrostek neo sugeruje, że ma on coś wspólnego z czymś nowym. To jednak błędne myślenie, nazwa Neouvielle związana jest z językiem oksytańskim, który spokrewniony jest z językiem katalońskim, czy portugalskim.

I to właśnie tutaj ukryta jest odpowiedź na zagadkę. Neouvielle oznacza dosłownie stary śnieg, ponieważ neu oznacza śnieg, a vielle - stary. To niemal identycznie jak w katalońskim, w którym śnieg to również neu a stary to vell.

Żeby Was nie zanudzić, po resztę informacji zapraszam w dalszej części relacji 😉


Podczas planowania wyjazdu najprostszą rzeczą było kupienie biletów - te szybko, tanio i przyjemnie zdobyłem na lot z Krakowa do Lourdes. Dalej zaczynały się schody - mieliśmy zaledwie dziewięć dni - musieliśmy więc zdecydować się na konkretny rejon Pirenejów. W planach był trekking na Vignemale - pogoda tradycyjnie jednak pokrzyżowała nam plany - burze miały przetaczać się nad naszymi głowami według prognoz niemal codziennie, temperatura na szczycie najwyższego szczytu francuskiej części miała ledwo przekraczać w środku dnia 0 stopni Celsjusza, zapowiadał się więc hardcore, którego po ubiegłorocznych doświadczeniach nie mieliśmy ochoty przeżywać. Równie beznadziejne warunki prognozowano dla drugiego rejonu, w którym mam od dawna zaplanowany trekking - mowa rzecz jasna o masywie Pic du Midi d'Ossay (dzięki Kasia 😉). Jechać tam i ryzykować, że nie ujrzę odbijającego się w wodach Lac d'Ayous charakterystycznego szczytu? No way!

Dlatego plany kończyły się wraz z dotarciem do zarezerwowanego hotelu w Lourdes. Dalej miała zostać podjęta "decyzja na miejscu" w oparciu o najnowsze pogodowe przesłanki.

DZIEŃ I

Z chłopakami - Kamilem i Krystianem - spotkałem się na dworcu PKP w Krakowie. Nie było z nami Mosia - po raz pierwszy w historii naszych wspólnych wakacyjnych wyjazdów - który niestety - albo i stety - miał w lato staż i musiał odpuścić.


 

Niestety wiele rzeczy spieprzyło się już na samym początku. Nie dość, że lot był opóźniony, to jeszcze na plecak Krystiana musieliśmy na maleńkim lotnisku w Lourdes czekać do samego końca wydawania bagaży.

W Krakowie było 30 stopni, w Lourdes... 15.
Ze względu na spóźniony lot, spóźniliśmy się rzecz jasna na ostatni autobus jadący z lotniska do Lourdes i pozostała nam taksówka. Ponieważ jednak daliśmy się wyprzedzić prawie wszystkim współpasażerom z uwagi na bagaż, to wszystkie taksówki, które zdolne były nas zawieźć, zostały już wynajęte. Zostaliśmy z grupą kilku Polaków, którzy znaleźli się tak samo jak w my w tej beznadziejnej sytuacji i zaczęliśmy kombinować.

A sytuacja była naprawdę do dupy. Godzina na zegarku? - 21. Ciemno, deszczowo, paskudnie i co najgorsze, nie wiadomo co robić.

Parking na lotnisku był niemalże pusty, po 15 minutach nibyzastanawiania się, czy też użalania się nad sobą, dostrzegliśmy dwójkę Francuzów wychodzących z terminala - zapewne pracowników. Niestety okazało się, że oboje jadą nie do Lourdes, a do większego Tarbes.

Zapytacie czemu nie dzwoniliśmy po taksówkę. Dzwoniliśmy, ale nikt nie odbierał. W końcu w eter poleciało stwierdzenie, że jest szansa żeby jakaś korporacja wysłała po nas dużego vana, na co rzecz jasna się zgodziliśmy. Oprócz naszej trójki "na ratunek" czekały dwie pary - w tym jedna, która udawała się w Drogę Jakubową do Santiago i jeden młodzian, który potrafił porozumiewać się po francusku.

To on zamawiał taksówkę i on też pośredniczył w rozmowie z taksówkarzem, który za przejazd do centrum miasta zażyczył sobie, bagatela, 80 euro. Była nas na szczęście ósemka, więc każdy zapłacił 10 euro, co nie było jakimś dramatem, ale trzeba przyznać że ogólnie kwota za przejazd kilkunastu kilometrów robiła wrażenie.

Nie mogliśmy dać się jednak zniechęcić już na samym początku. Choć los chyba próbował, bo oprócz niechcianego wydatku na taksówkę, przyszło nam się zmierzyć z poważnym problemem jakim był brak czynnych o tej porze restauracji 😆 Pierwotny plan zakładał, żeby po przylocie zasiąść przy stole przy jakiejś dobrej szamie, a skończyło się na szybkim wyskoku do sklepu, bo puszkę z tuńczykiem, bagietkę i cydr.

Nie można jednak nie być elastycznym... 😉

 Jak Francja to wino... albo cydr 😉

Pierwszej nocy spaliśmy w Hotelu La Regence. Obiektywnie muszę przyznać, że Lourdes w przeciwieństwie do samej Francji, jest całkiem tanie - za pokój trzyosobowy zapłaciliśmy ok. 200 złotych, co wydaje mi się przyzwoitą ceną, zwłaszcza jeśli weźmiemy położenie obiektu na mapie miasta. Standard był mocno średni jak na dwugwiazdkowy hotel - głównie przez nieco zaniedbaną łazienkę - ale podkreślam - na tranzytowy pobyt miejsce nadawało się idealnie. A obsługa była bardzo miła i pomocna 😉

DZIEŃ II

O poranku następnego dnia wyściubienie nosa za drzwi było katorgą. Pogodę można było określić mianem typowo atlantyckiej - było mniej niż 15 stopni, lał deszcz i nic nie zapowiadało tego by cokolwiek w temacie miało się zmienić.


Na domiar złego autobus, którym mieliśmy jechać, spóźniał się. Czekaliśmy dodatkowe pięć, potem dziesięć minut, aż w końcu stwierdziłem, że idę do dworcowej knajpy po croissanta i kawę. Oczywiście tuż po tym jak wyruszyłem z przystanku autobus nadjechał, zmuszając mnie do powrotu 😀

Tego deszczowego dnia autobusem nie podróżowało zbyt wielu pasażerów <no popatrz!> oprócz Krystiana i Kamila zdążyłem jednak odnaleźć na pokładzie innych Polaków 😁, z którymi stanowiliśmy pewnie 75 proc. wszystkich pasażerów. W przeciwieństwie do nas, oni udawali się jednak w okolice Cauterets.


Obowiązkowo muszę Wam wytłumaczyć jeszcze jedną rzecz - w miejscowości Pierrefitte-Nestalas pasażerowie jadący do Luz Saint-Sauveur i Bareges muszą się przesiąść do innego autobusu, ale oznaczonego identyczną linią. Podobnie jest w przypadku drogi powrotnej.

(To tak ku pamięci, żebyście nie byli specjalnie zaskoczeni na miejscu, że nagle trzeba się gdzieś przesiadać 😉 Gdzie znaleźć rozkład i takie różne pierdoły - o tym skrobnę osobnego posta.)

Do samego Luz Saint-Sauveur dojechaliśmy na 9:25. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu w podgórskiej miejscowości było nie tylko cieplej, ale i nie padało.

Wizytę rozpoczęliśmy od wejścia do pobliskiego Intersportu, ponieważ przystanek autobusowy zlokalizowany był dokładnie na przeciwko sportowego sklepu. Tak się akurat składało, że musieliśmy nabyć tam kartusz i mapę, bez której nie ruszyłbym się na szlak - a już zwłaszcza na pozaszlak - niezależnie od tego, że istnieje specjalna aplikacja geoportalu francuskiego, która umożliwia przeglądanie map za pomocą urządzenia mobilnego.


Popularne mapy IGN obejmujące swą siatką cały obszar francuskich Pirenejów, mogę z czystym sumieniem polecić. Są moim zdaniem lepsze niż te wydawane przez hiszpańskie Editorial Alpina. Cena? Typowa dla krajów zachodnich jeśli chodzi o tego rodzaju produkty - 17,5 euro.

Okolice przystanku autobusowego w Luz Saint-Sauveur. 

Po wizycie w Intersporcie ruszyliśmy na poszukiwanie marketu spożywczego. Po drodze natknęliśmy się na piekarnię, od razu więc wyposażyliśmy się w chleb na drogę, a przy okazji kupiliśmy drożdżówki z czekoladą na śniadanie.

W sklepie, który znajdował się przy wylocie na Lourdes, kupiliśmy trochę dodatków, jak lokalny ser, jakaś wędlina, trochę słodyczy, co skutecznie wypchało plecaki do granic możliwości. Nim wyruszyliśmy w drogę Krystianowi poszedł szew. Trochę nas to zestresowało, zwłaszcza Krystiana, ale postanowiliśmy schować problemy i cieszyć się czekającą drogą.

Hotel Londyn.

W Luz Saint-Sauveur na zakupach spędziliśmy w sumie przeszło godzinę. Pobyt pod sklepem chcieliśmy zakończyć jakimś motywującym hasłem, okrzykiem, niemniej jednak żaden sensowny nie przyszedł nam do głowy i po prostu ruszyliśmy po przygodę.

ŁAŃCUCH GÓRSKI: Pireneje (hiszp. Pirineos, fr. Pyrenees)

PASMO: Pireneje Wysokie (fr. Hautes Pyrenees)

REGION: Neouvielle

SUBREGION: Vallee de la Glere/Vallee du Barrada

Żeby wydostać się z miasteczka przydatna była mapa - nie znaleźliśmy w centrum żadnych znaków. Skierowaliśmy się najpierw w stronę Bareges, a następnie skręciliśmy w boczną uliczkę.

 Centrum Luz St.-Sauveur.

Wijąca uliczka doprowadziła nas do przysiółka Villenave położonego na południe od Luz Saint-Sauveur, kilkadziesiąt metrów powyżej miasteczka.


To właśnie tam, obok kapliczki miał się zaczynać nasz szlak. Nim jednak do formalnego początku naszej drogi dotarliśmy, podszedł do nas wesoły emeryt i... hmm - napisałbym, że zagadał do nas, ale zagadać to można o samopoczucie, a on... po prostu zaczął do nas coś mówić. Mówić i mówić, bo wysłuchaliśmy niezłego monologu.

Znajomość francuskiego w przypadku moim ogranicza się do salut/adieumercis'il vous plait oraz je t'aime, w przypadku Kamila było podobnie, więc obaj wpatrywaliśmy się z nadzieją w Krystiana, że może on coś tam zrozumie.

Krystian ze słowotoku seniora wyłapał kilka słów i stwierdził, że starzec polecił, żebyśmy skręcili w lewo. Wszystko byłoby pięknie, gdyby mapa nie mówiła zupełnie czego innego i suma summarum skończyło się na tym, że na oczach starszego jegomościa, zamiast w lewo, skręciliśmy w prawo.  Czułem więc, że mimowolnie robię się czerwony. 😅

Tak sobie potem pomyślałem, że mężczyzna poinformował nas o stanie/przebiegu dalekodystansowego GR10, który przechodził obok. Byliśmy objuczeni, co mogło potencjalnie wskazywać na kilkudniowy trekking właśnie tym szlakiem.


Za ostatnimi zabudowaniami szlak zniknął w lesie, od początku gwałtownie nabierając wysokości. Warto mieć w pogotowiu mapę - dwa czy trzy razy zastanawialiśmy się czy dobrze idziemy - pewnym ułatwieniem jest bita, szeroka droga <to nie ta na zdjęciu> która z jednej strony umożliwia dojazd do wyżej położonych zabudowań, a z drugiej sprawia, że nawet jeśli przegapimy właściwą ścieżkę, to prędzej czy później do celu dojdziemy.


Szło się ciężko i bardzo mozolnie. Wypchane żarciem plecaki przy wysokiej wilgotności powietrza, jaka wtedy panowała, dawały się we znaki mocniej niż zwykle i do kompletu brakowało tylko świrujących owadów, krążących nad naszymi głowami. Na szczęście tych nie było, co stanowiło dla mnie pewnego rodzaju pozytywne zaskoczenie - we wrześniu, po cieplejszej stronie hiszpańskiej stanowiły one prawdziwe utrapienie.

Powyżej górnej granicy lasu, znaleźliśmy się na rzadko porośniętym karłowatymi drzewkami terenie, pośród rozrzuconych na dużej powierzchni, niewielkich domostw. W gęstej mgle, która panowała, miejsce to miało szczególną, nieco szkocką, atmosferę.

Kamienne domy były mniej lub bardziej zadbane, jednak wszystkie wyglądały w tamtym czasie na niezamieszkane. Być może były odwiedzane przez właścicieli tylko sezonowo - dojazd tam ze względu na charakter drogi należał jednak do niełatwych, a w zimie zapewne bywał uniemożliwiony.




Niektóre z chat były naprawdę bardzo urokliwe.


Szlakowa ścieżka przecinała kilkakrotnie szutrową drogę, która metry zdobywała długimi zakosami. Skróty skończyły się w górnej części przysiółka L'Estibe na wysokości 1467 m.n.p.m., gdzie zastaliśmy wyczekiwane rozstaje. Oprócz "naszego" szlaku, który został poprowadzony dalej po wspomnianej wyżej drodze, w górę pięła się ścieżka, prowadząca na Pic de Bergons, stanowiący najbardziej na zachód wysunięty szczyt masywu Neouvielle, położony bezpośrednio nad doliną Gave de Gavarnie.

Wraz z dotarciem w te malownicze okolice skończył się pierwszy etap naszego podejścia z Luz St Sauveur. I wydawać by się mogło, że to był ten trudniejszy, zwłaszcza że mapa zapowiadała przez kolejne minuty marsz po wspomnianej drodze, czyli de facto po płaskim.


Nie ukrywam, że to rozwiązanie specjalnie mi się nie uśmiechało. Mając w świadomości konieczność podejścia kolejnych 400 metrów, żałowałem trochę, że siły marnuję na spacer po płaskim, a nie na podchodzeniu na docelową wysokość 😁

Z wybrzydzania otrząsnąłem się dzięki parze Francuzów, którzy zbierali owoce z krzaków ostrężyn rosnących obficie przy drodze. Dźwięczne salut ściągnęło mnie ponownie na ziemię i pozwoliło podumać nad krajobrazami - było to ciekawe wrażenie - znajdowaliśmy się w totalnie obcym terenie, nie mogliśmy ocenić dobrze gdzie się znajdujemy, a jedynym dźwiękiem, który do nas dobiegał, był szum potoku, ze względu na porośniętą skarpę jednak niewidocznego.

Kilka minut później niespodziewanie jednak wydarzyły się dwie rzeczy: mgła stopniowo zaczęła się  rozrzedzać, a droga zmieniła swój profil, ukazując nam nową, szerszą perspektywę.

Wygląda na to, że doczekaliśmy się słońca!


Pejzaż momentalnie zmienił się o 180 stopni - tajemnicze nieco celtyckie klimaty zamieniły się na kwieciste hale, falujące na ciepłym wietrze... 

Chwila przerwy nad potokiem l'Yse

Szlak przechodził na drugą stronę potoku i prowadząc początkowo w stronę z której przyszliśmy, zaczął piąć się do góry. Wraz ze zdobywaniem kolejnych metrów widoki stawały się coraz szersze i wkrótce ujrzeliśmy w całości wznoszący się po przeciwległej stronie doliny, masyw Pic de Letious (2598 m.n.p.m.).



W miejscu zwanym Pla Grand szlak ponownie zawrócił, ukazując nam widoczną z daleka chatkę, w której mieliśmy spać, położoną u podnóża widocznego na poniższym zdjęciu masywu Mont Arrouy, wznoszącego się na 2778 m.n.p.m.


Szybko spodobała mi się ta część Pirenejów. Ze względu na otaczającą zieleń, wydawała się być rzeczywiście bardzo "przyjazna". Wtedy po raz pierwszy podczas tego pobytu pomyślałem o nieodległej, ale tak odmiennej, Ordesie, która w linii prostej znajdowała się może o 50 km i w myślach pokłoniłem się naturze, która dała właśnie kolejną próbkę swoich możliwości.


Wraz z dotarciem na miejsce, w którym stała chatka, perspektywa się poszerzyła, pozwalając podziwiać potężny masyw Soum de Marrout. Notabene, przypominający mi nieco Lodowy Szczyt, widziany od strony Doliny Pięciu Stawów Spiskich 😁

Uściślając jeszcze kwestie czasowe - marsz z miasteczka zajął nam z przerwami równe pięć godzin. Czyli wyłączając odpoczynki - czas przejścia to ok. 3,5 godziny.


Po kąpieli i obiedzie Kamil z Krystianem zalegli przed chatą, a ja czując lekki niedosyt w łażeniu, wziąłem aparat i ruszyłem... po prostu przed siebie. Przeskoczyłem przez potok i klucząc pośród traw zacząłem podchodzić po przeciwległym zboczu.


Miejsce, w którym znajdowała chatka, spowite było mgłą, ale widząc od czasu czasu prześwitujące niebo, czułem wewnętrznie, że jest szansa złapać widmo brockenu. Dlatego wraz z nabywaniem kolejnych metrów zatrzymywałem się co jakiś czas by ocenić swoje położenie...


Przeczucie mnie nie myliło i rzeczywiście w pewnym momencie w oddali pojawiła się znajoma postać otoczona delikatną aureolą. Jak szybko się ona pojawiła, tak i szybko zniknęła, a ja musiałem uzbroić się w cierpliwość. Na szczęście, kilka minut później sytuacja znów się powtórzyła i okazji nie pozwoliłem już uciec ;) Mam więc pierwszego pirenejskiego brockena 😉


Usatysfakcjonowany wróciłem z powrotem do chatki, machając aparatem do wypatrującego mnie Kamila. Liczyłem, że może tego dnia uda się złapać jeszcze ciekawe kadry, ale o zachodzie dolina pogrążyła się w gęstej mgle, a my schowaliśmy się w środku budynku.

Trochę obawialiśmy się nadchodzącego zmroku - doświadczenie spod Monte Perdido uczyło, że nawet pomimo ciepłych dni, noce potrafią być bardzo chłodne. Dlatego nie lada zagwozdkę stanowił dobór śpiwora i ubrań - postanowiłem na śpiwór jesienny - i był to strzał w dziesiątkę. Jego temperatura optymalna wynosi 5 stopni Celsjusza i na noce w kamiennych chatkach jak najbardziej wystarcza. Krystian miał ze sobą śpiwór letni i marzł do tego stopnia, że poirytowany kładł się spać w kurtce. Z kolei na tego rodzaju wysokości - ok. 2000 m.n.p.m. - śpiwór zimowy w sierpniu byłby przegięciem 😉

DZIEŃ III

Pierwszy wschód słońca powitałem sam, ale przyjaciele wiele nie stracili - dolina miała wylot od zachodu i zwyczajnie szału nie było 😒 Choć warto było wstać tylko po to by poczuć zapach budzącego się dnia 😊

Cabane de Peyrahitte - fajna, łatwo dostępna, ale ma jedną wadę - śpi się na glebie - w związku z tym warto pamiętać, żeby jakoś się odizolować od podłoża. PS W żadnej z chat, w której byliśmy nie paliliśmy - albo się nie dało bo był komin zawalony - albo nie było skąd wziąć drewna.

Widok na masyw Pic d'Ardiden (2988 m.n.p.m.) - na zdjęciu skrajnie z lewej - wznoszący się na południowy-zachód od Luz Saint-Sauveur.


Tak ostatecznie wszyscy wstaliśmy dopiero przeszło godzinę później, gdy słońce fantastycznie oświetlało już Soum de Marraut. Wokół wciąż panowała ujmująca cisza, która przerwana została dopiero odgłosami syczenia dobiegającymi z menażki, w której gotowała się woda na poranną kawę.


Po śniadaniu spakowaliśmy się i z wolna ruszyliśmy w drogę. Szczerze mówiąc poranek był baaaardzo leniwy, a nasza opieszałość była karygodna. Gdyby sytuacja miała miejsce w polskich Tatrach, to o tej porze zostalibyśmy otoczeni już przez setki innych turystów, ale ponieważ znajdowaliśmy się w Pirenejach, to pomimo naszego wyruszenia grubo po dziewiątej (sic!) minęła nas jedynie trójka Francuzów, która no właśnie, minęła nas i przepadła - potem już ich nigdzie nie widzieliśmy.

Mogliśmy więc do woli przystawać, robić zdjęcia i cieszyć się tym urokliwym kawałkiem Masywu Neouvielle...


Z Cabane de Peyrahitte szlak prowadził bezpośrednio pod zbocze zwane Heche Barrade, które następnie trawersował, pozostawiając kotlinkę Aygues Tortes z pasącymi się końmi kilkadziesiąt metrów niżej.

W tym miejscu można było dostrzec jak łączą się ze sobą dwie, górne części doliny - jedna część podchodziła pod szczyty Pic de Maucapera (2598 m.n.p.m.), Pic de Cumiaderes (2623 m.n.p.m.) i Pic de Letious - druga zaś podchodziła pod przełęcz Col de Pierrefitte i otoczona była przez najwyższe w okolicy szczyty: Soum de Marraut i Mont Arrouy.


Na progu dolinki znajdowały się rozstaje pokazujące czasy przejść do wybranych miejsc - we Francji była to tradycja, w Hiszpanii rzadkość. To co można zauważyć, to bardzo "chłodne" podejście w kwestii samych oznaczeń - trudno się zgubić, ale jednocześnie oznaczenia przy ścieżkach pojawiają się rzadko.


Ogólnie to podobnie jak i w wielu rejonach Alp, tak i w Pirenejach, odniosłem wrażenie, że czasy na pewno nie są ustalane pod ludzi tachających ciężkie plecaki - nie trzeba mieć może doświadczenia z Runmageddonu, żeby wyrobić, ale bez żwawego tempa się nie obejdzie.


Przy rozstajach, gdzie od naszego szlaku odchodziła ścieżka do malowniczego Lac de Maucapera, zatrzymaliśmy się na krótką przerwę, by wymienić swoje spostrzeżenia. Generalnie całej trójce szlak się podobał, choć Kamil niosący tego dnia namiot, rzucał kwaśne spojrzenia w kierunku przełęczy, której wcięcie znajdowało się blisko 400 metrów wyżej.

Col de Perretife na horyzoncie...
Mając nad sobą piramidalny wierzchołek Soum de Marraut, z rozstajów przeszliśmy przez pozbawione wody, dno dolinki, po czym znajdując się już na zboczach Mont Arrouy zaczęliśmy stromo podchodzić.


Ścieżka pięła się zakosami i szybko zdobywała wysokość. Wraz z kolejnymi metrami pojawiła się szansa na kolejne nowe kadry - w pełni zaprezentował nam się między innym Pic de Letious - obnażając swój charakterystyczny, zakrzywiony wierzchołek.


Otoczenie przełęczy również się nieco zmieniło - głównie dzięki lepiej widocznemu Pic des Castets de Marraut (2643 m.n.p.m.), który wcześniej ginął na tle większego sąsiada, czyli Soum de Marraut.


Ostatni odcinek szlaku przecina piarżysko.

Dojście na Col de Perrefitte trwało łącznie z przerwami 2h 10min, można więc śmiało powiedzieć, że długość czystego marszu z chatki to około 1,5h. Tyle w kwestii czasowej.

Pora na panoramy 😊

Od razu mówię, że widok na wschodnią stronę nie należał do tych wybitnie szerokich, zresztą trudno było się tego spodziewać - wszak przełęcz leży 300 metrów poniżej grzbietu - niemniej jednak jest na czym oko zawiesić. Podziwiać możemy szczyty znajdujące się w obu głównych częściach całego Masywu - te z grupy Pic de Neouvielle jak również te z grupy Pic Long-Campbieil. Oko przyciąga także dominujący nad przełęczą masyw Mont Arrouy.


Część południowa Neouvielle - grupa Pic Long, którego wierzchołek dominuje na ostatnim planie. Ponad główną granią masywu wyłania się Cylindre d'Estaragne.


Col de Perretiffe to dobre miejsce by przeanalizować skomplikowaną topografię najwyższego szczytu Masywu Neouvielle <więcej o nim nieco dalej>.


Widoczny na drugim planie grzbiet, łączy grupę Pic Long z grupą Pic Neouvielle. Ten szczyt z przełęczy jest mocno przysłonięty, a swoje cielsko znacznie mocniej eksponuje minimalnie niższy Turon de Neouvielle, którego wierzchołek jest jedynym 3-tysięcznikiem całego Masywu dostępnym znakowanym szlakiem.


Sam, nieco trapezowaty, Pic de Neouvielle jest słabo dostrzegalny ponad granią łączącą widoczne niżej dwa szczyty - Pic Prudent (2787 m.n.p.m.) - z lewej - i Pic de la Coume de L'Ours (2865 m.n.p.m.).

Jeśli się przyjrzeć dokładnie, na widocznej przełęczy Col de Rabiet widać natomiast umiejscowiony tam schron - Refuge Packe.


Pełna panorama na wschód z Col de Perretife.

Po skonsumowaniu batonika i krótkim odpoczynku ruszyliśmy w stronę jezior. Zbocze opadające na stronę wschodnią przełęczy było dużo bardziej strome niż zbocze którym podchodziliśmy spod Cabane Peyrahitte, w dodatku miejscami zawalone drobnym rumoszem. Chłopakom szło się tam zaskakująco dobrze i szybko odskoczyli, ja natomiast wlokłem się i nie mogłem wyzbyć się wrażenia, że lada moment wykopyrtnę. 


Ryzyko upadku było tym większe, że nie mogłem oprzeć się rzucaniu ukradkowych spojrzeń na rozszerzającą się perspektywę 😂


Nieco niżej znajdowało się trawiaste wypłaszczenie, pokryte głazami z widokiem na Pic de la Coume de l'Ours. Wydawać by się mogło, że nic tylko się wymościć w tej wesoło falującej trawce, ale ostrzegam - pirenejskie trawy strasznie kłują! 😁



Kilkaset metrów poniżej nas znajdował się Cirque de Lis - jeden z mniej popularnych pirenejskich cyrków - dostępny szlakiem z Pragneres.


Z zielonych zboczy Pic ścieżka przeskoczyła na pokryte rumoszem zbocza Mont Arrouy. 


Dolina, na dnie której się znaleźliśmy, okazała się być naprawdę wysoko zawieszona - analizując potem szczegółowo mapę, zauważyłem, że spadający z niej potok na dość krótkim dystansie pokonuje 400 metrów w pionie. Dopisałem więc Cirque de Lis do listy miejsc wartych zaliczenia w bliżej nieokreślonej przyszłości, bo wyobrażam sobie go jako bardzo malownicze, spokojne miejsce z bujną zieloną roślinnością 😍 


Dolina okazała się być wąska i kręta, ale naprawdę długa. Podchodziła aż pod Pic Long i posiadała kilka pięter - na dnie każdego z nich znajdowały się jeziora, z których najniżej położone było widoczne na zdjęciu niżej Lac de Rabiet. Najwyżej położonym było natomiast Lac Tourrat, które zresztą było największym jeziorem w obrębie doliny.

A skoro jesteśmy już przy jeziorach, to tych w Masywie Neouvielle jest po pierwsze mnóstwo, a po drugie - co typowe dla tej części Pirenejów - leżą one często naprawdę wysoko. Tafla nienazwanego stawiku pod Pic de Crabounouse leży na 2881 m.n.p.m., zaledwie 130 metrów poniżej wierzchołka! Z kolei inny staw, Gourg de Cap de Long, znajduje się na wysokości 2845 m.n.p.m. na wypłaszczeniu zaledwie 50 metrów poniżej grani.

Brzeg Lac de Rabiet. W oddali widoczna druga chatka na naszej drodze Cabane de Rabiet.

Staw położony jest na 2199 m.n.p.m., a więc niespełna 300 metrów poniżej przełęczy.

Południowy wierzchołek Mont Arrouy (2718 m.n.p.m.).
W pobliżu rygla skalnego, który oddzielał poszczególne partie doliny, szlak zataczał łuk, rozpoczynając wspinaczkę zboczami Pic de la Coume l'Ours w kierunku Col de Rabiet. Tym samym przed oczyma stanęła nam ponownie bryła Pic des Castets de Marraut i Soum de Marraut.


Piramidalny Pic des Castets wydawał się być potężny, ale w porównaniu z rozczłonkowanym Mont Arrouy wypadał słabo.




Czymże jednak były 2,7-tysięczniki w obliczu wyrastających w pobliżu 3-tysięczników? Zwłaszcza, gdy miało się świadomość, że za plecami czaił się sam Pic Long 3192 m.n.p.m., najwyższy szczyt Pirenejów znajdujący się w całości po francuskiej stronie, którego zdobycie do dziś cieszy się dużym uznaniem.

Aby jego pozycję lepiej zrozumieć, wystarczy zerknąć na datę pierwszego zdobycia wierzchołka - było to w 1890 roku - znacznie później niż w przypadku pozostałych najważniejszych pirenejskich szczytów - dla przykładu Vignemale zdobyto w 1792 roku, Monte Perdido w 1802 roku, a Aneto w 1842 roku.

W przeciwieństwie do znakomitej większości szczytów w tej części Pirenejów, szczyt jest bowiem trudną zdobyczą - droga na wierzchołek oznacza klasyczną wspinaczkę, w zależności od wariantu wycenianą na PD, PD+, AD, D-.

Pic de Long - trzeci najwyższy szczyt francuskich Pirenejów, gdyby liczyć szczyty o wybitności przekraczającej 100 metrów.
Cechą wyróżniającą Pic Long oprócz sporych, jak na Pireneje, trudności, są też dwa długie grzbiety wybiegające z wierzchołka - w tym imponująca grań Arete de Cap de Long ciągnąca się od przedwierzchołka najwyższego szczytu Masywu Neouvielle - Pic Maubic - aż do leżącej na wysokości jeziora Cap de Long, przełęczy Horquette de Bugarret.


Pic Long wraz z sąsiednimi Pic de Bugarret i Pic de Crabounouse oraz widoczna na pierwszym planie, nieco trawiasta grań Arete de Crabounouse.

W centralnej i południowej części Masywu Neouvielle - w której leży m.in. Pic Long - nie znajdziecie szlaków turystycznych - wyjątkiem są szlaki z Gedre do Cabany le Sausset położonej na południe od Pic Long oraz szlaki wokół Soum des Salettes.

Jest jednak sporo ścieżek, które są nieoznaczone, ale nic mi o tym nie wiadomo, by chodzenie po nich było zabronione. Te zaś umożliwiają dotarcie na większość szczytów - za wyjątkiem Pic Long nie wymagając przy tym alpinistycznych umiejętności. Dotyczy to drugiego co do wysokości w masywie - Pic Campbieil i kilku jeszcze 3-tysięczników. 



Dreptu, dreptu i po dwóch godzinach drogi z Col de Perretife, pojawiliśmy się na położonej na 2509 m.n.p.m. Col de Rabiet, która okazała się być znacznie łagodniejsza niż poprzedniczka, ale za to bardzo wietrzna.


Przełęcz rozdzielała masyw Mont Arroy wznoszący się na zachód od jej siodła, od masywu Pic de la Coume de l'Ours, którego wierzchołek zamykał horyzont po wschodniej stronie - tej samej po której wznosiła się także grań Pic Prudent.

Po lewej masyw Pic Prudent (2787 m.n.p.m.), po prawej masyw Pic de la Coume de l'Ours (2855 m.n.p.m.). 

Teraz chyba najlepiej widać jak bardzo rozbudowany jest masyw Mont Arrouy 😀 Główny wierzchołek (2778 m.n.p.m.) dostrzeżecie w centralnej części zdjęcia.

Trzecia chatka samoobsługowa - Refuge Packe - i Pic Long.

Na północ od przełęczy znajdowało się kolejne jezioro - Lac du Portet. Położone u stóp ścian skalnych Pic Prudent z widokiem na "dymiący" Pic du Midi de Bigorre, było kolejnym wdzięcznym obrazkiem z tego dnia.



Szlak przeszedł przez wał moreny czołowej doprowadzając nas na dno kotlinki leżącej bezpośrednio pod Mont Arrouy. Ponieważ znajdowało się tam źródło, to zdecydowaliśmy się na przerwę obiadową.

Nie trzeba jechać na Islandię, żeby zobaczyć festiwal kolorów.


Na jedzeniu i wylegiwaniu się zleciała nam dobra godzina. Nawet nie zauważyliśmy kiedy niebo zaczęły zasnuwać chmury i nierealna jeszcze sześćdziesiąt minut wcześniej burza nagle stała się całkiem możliwa. Trzeba było ruszyć tyłki i oddalać się od potencjalnego zagrożenia 😉 


Próg doliny i stanowiąca fragment masywu Pic Prudent, baszta Campanal de Larrens.


Wejście do doliny Bolou, na ostatnim planie Soum de Nere, położony na północny-wschód od Luz St.-Sauveur.
Raz jeszcze Soum de Nere (2393 m.n.p.m.). Na drugim planie szpiczasty Pic de Viscos (2141 m.n.pm.), na ostatnim wyróżniający się Pic de Cabaliros (2352 m.n.p.m.)

Za nami zaczęło się coraz bardziej kotłować i tylko czekałem aż pierwszy piorun uderzy w  szpiczasty wierzchołek Campanal de Lorrens.


Nad Mont Arrouy i wysuniętym na północ Pic dera Goye d'Estagn (2563 m.n.p.m.) świeciło jednak wciąż słońce, co dawało nadzieję, że burza z deszczem do nas tak szybko nie nadejdzie. I rzeczywiście nie nadeszła, żadnego grzmotu nawet nie usłyszeliśmy.


Gdyby pogoda nie pozwalała na kontynuowanie wędrówki, to zawsze istniała możliwość zejścia nieznakowaną ścieżką w dół doliny Bolou. Na wysokości 1600 m.n.p.m. leży Cabana de Sardiche, w której również można przenocować.



Po północnej stronie doliny wyrastał natomiast długi skalisty grzbiet z głównym wierzchołkiem Pic d'Ayre. Szczyt jest dostępny szlakiem z Bareges i mimo odosobnienia jest popularny - z pobliskiej przełęczy Col d'Ayre startuja paralotniarze.


Podczas wędrówki ponad doliną Bolou, słońce cały czas walczyło z chmurami nierzadko tworząc fantastyczne widowisko.



Wiecie już, że z jednej strony mieliśmy głęboką dolinę Bolou, że przed nami wznosiła się posępna grań Pic d'Ayre, zapytacie więc, co pojawiło się po naszej prawicy 😉 Były to ponownie jeziora i nic w tym nadzwyczajnego by nie było, gdyby nie jednak pewnego rodzaju nowość 😉

Ludzie 😁

Ze względu na bliskość schroniska, nad pobliskimi stawami odpoczywało sporo turystów, w sumie naliczyłem ich więcej niż podczas całodziennej wędrówki. Dostrzegliśmy też kilka namiotów, co rozwiało nasze wątpliwości na ewentualną "nielegalność" tego działania.


Geologicznie miejsce było bardzo ciekawe - nim znaleźliśmy się ponad Lac de Coume Escure, z którego wody spływały w stronę leżącego może 30-40 metrów niżej Lac de Glere, przeskoczyliśmy przez potok spadający do sąsiedniej doliny Bolou.

O właśnie do tej doliny spadał potok.
Widok z progu na dolinę Bolou.


Sam Refuge de Glere zlokalizowany kilkadziesiąt metrów powyżej jeziora o tej samej nazwie, okazał się być jednym z najpaskudniejszych budynków tego typu jakie widziałem.

Schronisko było nam jednak potrzebne. Po pierwsze odezwały się w nas różnego rodzaju potrzeby fizjologiczne, po drugie aktywnie spędzony dzień wymagał uzupełniania na bieżąco kalorii. Coś tam zjedliśmy, a przy okazji wypiliśmy piwo. Małe, bo duże było zbyt drogie 😈


Tuż po wyjściu ze schroniska, zauważyliśmy starszego pana zmierzającego wolnym krokiem do zaparkowanego na poboczu samochodu. Kamilowi, który niósł tego dnia namiot, widmo pokonywania widocznych serpentyn nie bardzo przypadało do gustu, zaproponował więc Krystianowi, żeby zapytał owego jegomościa czy mógłby zwieźć nas na dół 😁

Krystian nie był specjalnie zachwycony pomysłem, ale wyrzucił z siebie parę słów. Pan się zgodził, Kamil się ucieszył, a ja z podziwem kiwałem głową, że ów jegomość, bądź co bądź wiekowy, swoją dacię tak pewnie prowadził po niezwyklej wyboistej drodze, zawalonej w wielu miejscami sporej wielkości kamieniami. Większość osób, która decydowała się skrócić sobie drogę, parkowała kilkaset metrów niżej, gdzie jakość drogi była znacznie lepsza.



Dzięki niespodziewanej podróży u wylotu doliny znaleźliśmy się jeszcze przed zachodem słońca, przez co byliśmy pewni, że jeszcze za dnia wykąpiemy się i zjemy. Niestety mieliśmy pewien problem ze znalezieniem miejsca biwakowego - zaznaczone na mapie Cabanes de Camou nie są ogólnodostępne, o czym informują specjalne tabliczki, z kolei istniejące obok pole namiotowe Camp Rollot, jest płatne.


Poświęciliśmy więc sporo czasu na szukanie, docierając w pobliże wyciągu Telesiege de la Piquette. W pobliżu mostku przerzuconego ponad potokiem Glere, w dół schodził szlak - niezaznaczony na mapie - który prowadził delikatnym wąwozem - tam w krzakach na skarpie rozłożyliśmy namiot i biwakowaliśmy.

Noclegiem nad potokiem la Glere pożegnaliśmy się z Masywem Neouvielle. Kolejne dni spędziliśmy bowiem w połoźonym na północ masywie Pic du Midi de Bigorre.

O trekkingu przez tę część Pirenejów usłyszycie jednak innym razem.

Do usłyszenia!

KOMENTARZE

5 komentarze:

  1. Powiem tak, widoki jakie prezentujesz są rewelacyjne! Jeszcze kilka takich wpisów, to dodam Pireneje do swojej listy do zobaczenia ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No Morguś, jeszcze kilka takich relacji i będę musiała zmienić tegoroczne górskie plany, a bilety lotnicze już kupione. Zdjęcia fantastyczne, przyjemny opis. Jestem ciekawa kolejnej odsłony, mam nadzieję, że nie trzeba będzie długo czekać. Uściski dla całej ekipy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bilety już kupione???? A co to się szykuje? Czyżby Gruzja ;)? A może Islandia, Norwegia? :D

      Usuń

Back
to top