Wakacyjny trekking wokół Monte Perdido cz. V - Balcon de Pineta


TRASA: Refuge des Espuguettes - Plateau des Cardous - Horquette d'Alans - Cirque d'Estaube - Breche de Tuquerouye/Forqueta de Tuca Roya - Lago de Marbore - Balcon de Pineta - Valle de Pineta

CZAS: Refuge des Espuguettes -> Lago de Marbore ok. 6,5h <ok. 4,5h czystego marszu>; Lago de Marbore -> Valle de Pineta ok. 2,5-3h czystego marszu

WCZEŚNIEJSZE RELACJE -> link

Piąty dzień naszego pobytu w masywie Monte Perdido powitał nas umiarkowanym zachmurzeniem, które wraz z postępującymi przygotowaniami do dalszego marszu, zmieniło się w niemal bezchmurne niebo.

Dzień zapowiadał się całkiem atrakcyjnie, a ponieważ plan zakładał stosunkowo niedługą wędrówkę przez pobliskie: Horquette d'Alans i Breche de Tuquerouye, to cieszyliśmy się, że znów będziemy mogli nacieszyć się wysokogórskimi krajobrazami tej części Pirenejów, nie czując jednakowoż presji  wynikającej ze sporego dystansu do pokonania.



Ranek zaczął się w sumie od dywagacji poświęconych temu, czy szarpnąć się i zjeść posiłek w schronisku. Było to poniekąd związane z naszymi narastającymi obawami o to czy wystarczy jedzenia do końca wyjazdu. Ostatecznie starczyło, ale tylko dlatego, że zmieniliśmy trochę plany, choć o tym później.

Dyskutowaliśmy więc trochę, bo wierzcie mi, pozycje w menu w Refuge des Espuguettes brzmiały zachęcająco. Nie mieliśmy jednak okazji sprawdzić, czy w smaku jedzenie również było smaczne, bo ostatecznie wylądowaliśmy przy konserwach i zupkach w proszku - zadecydowała chłodna głowa i argumenty Mosia, który słusznie przekonywał, że jedną bagietką się nie najemy, a przeszło sześć euro wydamy.


Jedliśmy śniadanie na tarasie schroniska - nie wiało tam, więc mogliśmy w spokoju gotować wodę w kuchence - przypatrując się okolicy. Co ciekawe, podczas gotowania podeszły do nas dwa miejscowe osiołki aby spróbować od nas coś wyżebrać. Był to jedyny przypadek podczas naszego pobytu w Pirenejach, kiedy spotkaliśmy osły, zresztą podczas tegorocznego pobytu w innej części tego łańcucha górskiego, również tych zwierząt nie spotkaliśmy.

Po śniadaniu przyszedł czas na kawę i ostateczne dopakowanie plecaków. Tego dnia wyruszyliśmy bardzo późno - o 10 - ale nie był to problem w kontekście niedługiej trasy i pewnej pogody.


Płaskowyż nieopodal schroniska pożegnaliśmy z pewnym smutkiem, bo była to bardzo przyjemna miejscówka z rewelacyjnym widokiem na francuskie Pireneje. Zresztą popatrzcie sami 😁




Marsz przez Plateau des Cardous, był bardzo przyjemny. Ścieżka wiodła przez łagodnie nachylony teren, pokonując go nielicznymi zygzakami, co dodatkowo ułatwiało sprawę. Nie było tu tak zielono jak w dolinie Gavarnie, ale obficie porastające zbocza trawy przypominały o tym, że jesteśmy po tej "przyjaźniejszej" stronie Pirenejów.



Trawiaste cielsko pobliskiego masywu Pimene kusiło natomiast, żeby zboczyć z trasy i wejść na główny wierzchołek. Pisząc tą relację trochę żałowałem, że wtedy nie postanowiliśmy jednak się udać na szczyt, bo jego odchylenie od głównej grani i naprawdę przyzwoita wysokość są gwarantem doskonałej panoramy.


Podczas marszu mój wzrok zatrzymywał się też na pobliskim Pic Rouge de Pailla oraz widocznymi w głębi wierzchołkami Astazou - Grand Astazou i Petit Astazou.


Ponieważ Horquette d'Alans jest wąskim wcięciem w grani, to polecam Wam zatrzymać się jeszcze przed osiągnięciem samej przełęczy, skąd roztacza się bardziej obszerna panorama. Widać stąd naprawdę wiele, bo oprócz znajomych klimatów, czyli Wrót Rolanda, masywu El Taillon, zobaczymy stąd masyw Pic des Sarradets, czy też zieloną dolinę Tourettes i górujący nad nią Pic de la Pahule.


Gwiazdą programu jest jednak doskonale widoczny masyw Vignemale z lodowcem Assoue.


Ponownie ściany Pic Rouge de Pailla i widoczne w głębi wierzchołki masywu Astazou.


Petit Pimene i widoczny w głębi Pimene.


I raz jeszcze spojrzenie w dół na Plateau des Cardous, dolinę Gavarnie i masyw Vignemale.


Boczna grań, w której leżą wspomniany Pimene i Pic Rouge de Pailla, a także nasza Horquette d'Alans, nieopodal przełęczy prezentuje skalisty charakter, który widać poniżej. Nie przeszkadza to jednak w istnieniu nieoznakowanej ścieżki, która wiedzie powyżej tych imponujących ścian 😉


Sama przełęcz (2430 m.n.p.m.) jest oazą zieleni pośród urywających się po bokach ścian skalnych. Widok z niej jest trochę ograniczony, niemniej jednak przełęcz cieszy się sporą, jak na lokalne warunki, popularnością wśród turystów.


Wraz z osiągnięciem siodła ukazały nam się widoki na wschód, między innymi na dominujące w okolicznym krajobrazie: Pic d'Estaube (2807 m.n.p.m.) oraz Pic Blanc (2828 m.n.p.m.).


Nieco bardziej na prawo od wymienionych wyżej szczytów widać głęboką przełęcz Port Neuf de Pinede, w Hiszpanii znaną jako Puerto de la Lera bądź Puerto Nuevo, oraz wznoszące się na południowy-zachód od niej: Punta el Garien (2718 m,n.p.m.) i dwuwierzchołkowy Pic de Pinede (hiszp. Pico de Pineta - 2858 m.n.p.m.).


Na przełęczy zjedliśmy po batonie i przeszliśmy na drugą stronę grzbietu, mając przed sobą Dolinę d'Estaube (Vallee d'Estaube). D'Estaube jest niewielka, liczy bowiem nieco ponad 20 km kwadratowych powierzchni i ok. 7 kilometrów długości. W jej otoczeniu najwyższym szczytem jest zwornikowy Grand Astazou, ale jest to jedyny trzytysięcznik - pozostałe szczyty są znacznie niższe i z rzadka przekraczają 2800 m.n.p.m. Tym samym jest tu malowniczo i idyllicznie.


Gdybyście mieli okazję przebywać w okolicach Gavarnie, to wizytę w tutejszej dolinie d'Estaube mogę śmiało polecić. Powodów jest co najmniej kilka, a więc słuchajcie:

- Po pierwsze, to wiele ułatwia sam fakt, że do dolnej części doliny, gdzie leży jezioro Lac des Gloriettes, można dojechać samochodem - znajduje się tam parking.

- Po drugie, dolina jest bardzo atrakcyjnym miejscem zarówno na krótki wypad - tu polecają się zwłaszcza okolice wspomnianego jeziora czy szlak do Cirque d'Estaube, pod Cascade del Pla d'Ailhet bądź wypad na Pimene - wracać trzeba wprawdzie tą samą trasą, ale jezioro położone na 1700 m.n.p.m. jest najwyżej położonym punktem w okolicy, z którego da się wejść na szczyt w jeden dzień.

- Po trzecie istnieje możliwość zrobienia dwudniowego trekkingu wokół wspomnianego Pimene - to ciekawa propozycja zwłaszcza dla osób, które nie mają wiele czasu, ale chciałyby zasmakować tej części francuskich Pirenejów.

Dolina wśród turystów z poza Francji jest jednak stosunkowo mało znana, ponieważ "nie radzi sobie" z popularnością sąsiednich: Doliny Gavarnie i Doliny Troumouse, które słyną ze znajdujących się tam cyrków.



W Dolinie d'Estaube też znajduje się cyrk - Cirque d'Estaube - jednakże znacznie mniejszy i nie tak imponujący. Maszerując szlakiem z Horquette d'Alans w kierunku Port Neuf de Pinede, trawersując zbocza najpierw Pic Rouge de Pailla, a następnie Pic de Tuquerouye, mogliśmy jednak w spokoju przyglądać się jego szczegółom.


Bezproblemowa wędrówka, z jaką mieliśmy do czynienia od momentu wyjścia spod schroniska, miała skończyć się wraz z osiągnięciem rozstajów, gdzie od szlaku wiodącego przez górne partie cyrku w kierunku Port Neuf de Pinede odgałęział się szlak na Breche de Tuquerouye, zwanej po hiszpańsku Forqueta de Tuca Roya.


Rzeczywiście wędrówka na wysoko położoną przełęcz jest niełatwa, bo trzeba się zmierzyć z bardzo stromym i przede wszystkim, osypującym się zboczem. Wierzcie mi, tego typu podejścia potrafią napędzić stracha, zwłaszcza gdy widzi się, jak po twoich bokach spadają nawet małe lawiny kamienne.


W żlebie nie ma za bardzo gdzie odpocząć, dlatego warto nabrać sił jeszcze przed wejściem w niego na wysokości widocznej na zdjęciu poniżej turniczki opadającej w kierunku dna doliny d'Estaube. Od wędrówki w tym terenie gorsza jest tylko sytuacja, w której ktoś schodzi z góry...


Mi się udało tego uniknąć, ale gdy byłem już prawie na górze, do żlebu weszło kilku schodzących Hiszpanów, którzy zaczęli się poruszać jak słonie w składzie porcelany, co zmartwiło trochę znajdujących się poniżej mnie, Krystiana i Roberta.


Koniec mozolnej wędrówki sygnalizuje wciśnięty między skały schron, Refugio de Tuca Roya.


Schron jak na warunki pirenejskie cieszy się dużą popularnością, a sceneria w której się znajduje jest iście wysokogórska. Choć przełęcz leży "ledwie" na 2668 m.n.p.m. warunki są tam bardzo surowe, co wynika z bliskości sporego jak na dzisiejsze warunki Glaciar de Monte Perdido. Należy się więc liczyć z wiejącym tu chłodnym wiatrem.


Sam schron jest bardzo przyzwoicie zagospodarowany - są tu prycze i ławy, jest także wiele produktów spożywczych zostawionych przez byłych gości aby w razie "W" podratować innych. Fantastyczna, bardzo budująca zawsze w górach sprawa, że ludzie w ten sposób myślą o innych zostawiając mniej przydatne sobie rzeczy 😁


Schron zachęcał do pozostania - burzy proszę się też nie bać, bo obiekt posiada piorunochron! - ale my woleliśmy nocleg nad doskonale widocznym jeziorem Lago de Marbore znanym też jako Lago de Pineta. W okolicy jest dużo naj: jest największy lodowiec tej części Pirenejów i jest też największe jezioro. Oczywiście nie całych hiszpańskich Pirenejów, ale właśnie masywu Monte Perdido 😉



Lodowiec, choć wciąż całkiem duży, z każdym rokiem znacząco się kurczy. Dziś to jeden z najlepszych przykładów błyskawicznego zanikania mas lodu w Pirenejach.

źródło: twitter.com
Hiszpańskie podpisy pod zdjęciami, to znak że wraz z dotarciem w pobliże jeziora znaleźliśmy się z powrotem na terytorium Hiszpanii...


Samo jezioro prezentowało się tak wspaniale, że niemalże czułem jak jego toń nalega na to, aby się w niej zanurzyć. W rzeczywistości woda jest tam naprawdę bardzo zimna 😉 


Nad Lago de Marbore dominują trzy, obserwowane już wcześniej, wierzchołki masywu Astazou, na które doprowadza ścieżka. Na szczyt warto się wybrać, bo oferuje ciekawą panoramę Monte Perdido, Cilindro de Marbore i Pico Marbore.


My na Astazou się nie wybieraliśmy, choć w jakimś tam momencie planowania naszej wędrówki, rozważaliśmy tę opcję. Być może, przekonani co do pewnej pogody, wybralibyśmy się tam w sprzyjających warunkach na zachód słońca - takich jednak nie było.

Zamiast dalszego trekkingu skupiliśmy się więc na tradycyjnych zajęciach obozowych. Sprawdzenie czy rozłożony namiot jest dobrze zabezpieczony na ewentualne opady i wichury, potem kąpiel, wreszcie przygotowywanie posiłku - nie byle jakiego, gdyż na ten wieczór miałem odłożone ostatnie lio - wielkie wyczekiwanie i ceremonialne pierwsze wbicie łyżkowidelca. Tak, czułem się wtedy całkiem przyzwoicie i nie potrzebowałem kolejnych wyzwań tego dnia.

Krystian z Mosiem też byli w pozytywnych nastrojach, co w dużej mierze wynikało z faktu, że nie byli za bardzo zmęczeni. Do wieczora żartowaliśmy, spędzając czas na pobliskim Balcon de Pineta, czyli właśnie takim skalnym tarasie, balkonie można powiedzieć, podziwiając okolicę.


Zachodu słońca jednak nie było, bo wieczorem zachmurzyło się, a wraz z nastaniem zmroku nadeszła, klasycznie, pirenejska burza. Na szczęście postraszyło, postraszyło i sobie poszło, zostawiając nas jedynie z deszczem.


Kolejny poranek przywitał nas pochmurną aurą. Trudno było ocenić co się na niebie rozegra w przeciągu najbliższych godzin, ale po śniadaniu ruszyliśmy ambitnie w dalszą drogę, chcąc dotrzeć na skraj wąwozu Anisclo.


Dno naszej dolinki przypominało kamienną pustynię, po której poruszanie i orientacja, były utrudnione. Gdzieniegdzie spotykaliśmy stertę kamyczków oznaczającą przebieg ścieżki, ale tego typu "oznaczenia" były ciężko dostrzegalne z daleka i nieliczne. Błądziliśmy trochę, ale z tym się trzeba liczyć w Pirenejach, jeśli poruszamy się poza GR-ami, czyli takimi "głównymi szlakami" i PR-ami, czyli typowymi pieszymi szlakami, których jednak nie jest wcale tak dużo.


Przeskoczywszy na drugą stronę potoku, mozolnie pokonywaliśmy kolejne fragmenty zboczy, gdzie jeszcze niedawno spoczywał lodowiec, teraz znajdujący się nad nami. Kierowaliśmy się w stronę widocznej ściany Pico Anisclo.


Wątła ścieżka doprowadziła nas do progu skalnego,


Po drugiej stronie spadającej w stronę Pinety Rio Cinca, która należy do dorzecza Ebro, tj. największego hiszpańskiego cieku wodnego uchodzącego do Morza Śródziemnego, widać było Balcon de Pineta, a nad nim szczyty Pico de Pineta, Punta Garien i Pico Blanco, o których pisałem podczas wędrówki przez cyrk d'Estaube. Szczyty te urywają się od tej strony bardzo stromymi zboczami, tworząc cyrk Pineta (hiszp. Circo de Pineta).


Kilka kroków dalej stanęliśmy przed nietuzinkową bramą skalną, przypominającą mi ptasie skrzydło 😅 Pierwsza taka forma napotkana w Pirenejach!



To co ujrzałem za oknem skalnym mocno mnie jednak zmartwiło. Nasza droga zdawała się bowiem wchodzić w teren, w którym potencjalne niebezpieczeństwa czyhały na każdym kroku.

Wychodząc z bramy czekało nas pokonanie bardzo eksponowanego trawersu po wąskiej półce skalnej. O ile osoby pozbawione lęku przestrzeni powinny sobie z tym poradzić, to problem zaczynał się pojawiać, gdy na naszej drodze znajdowały się drobne kamyczki, które dodatkowo zwiększały ryzyko potencjalnego poślizgnięcia.


Wierzcie mi, żadne zdjęcie tego nie odda, ale droga wiodła w bardzo niepewnym, kamienistym terenie a lufa była taka, że od samego wpatrywania się w dno doliny można było dostać gęsiej skórki. Nie wiem czy pamiętacie relację z wejścia na szczyt Monte Perdido - mówiłem wtedy, że różnica wysokości między wierzchołkiem a dnem Doliny Pinety wynosi ponad 2000 metrów na długości trzech kilometrów w linii prostej. Tamtego dnia stojąc w owym miejscu mieliśmy dno doliny 1300 metrów pod nami, choć w linii prostej było oddalone od nas o mniej więcej 1,5-2 kilometry!

Od dalszej wędrówki powstrzymał nas komin, znajdujący się może 100 metrów dalej. Zrezygnowaliśmy, bo komin był ewidentnie przygotowany pod użycie w nim liny, co zresztą potwierdzały spity umocowane w skale.

Nie wiem dlaczego, ale ten fragment masywu Monte Perdido napawał mnie pewnego rodzaju grozą, jakimś niepokojem. I rezygnując z drogi w kierunku Morron de los Moquis - widocznej turni - miałem wręcz wrażenie, że tym sposobem uniknęliśmy nieszczęścia.


I rzeczywiście, gdy tylko potulnie rozpoczęliśmy odwrót zaczęła się ulewa, a my na gwałt musieliśmy opuścić eksponowany teren. Na szczęście w pobliżu była wspomniana brama; okno skalne, gdzie zdołaliśmy się ukryć. W ostateczności było tam na tyle miejsca, że jakoś może nawet udałoby się spędzić bezpiecznie noc.

W schronieniu ukrywaliśmy się z dwa-trzy kwadransy, bo tyle wystarczyło by opad ustał. Niebo potem się rozchmurzyło i przez chwilę mogliśmy cieszyć się słońcem.


Kozice na tle masywu Posets.


Korzystając z ładnej pogody wróciliśmy niemalże do punktu wyjścia. Odnaleźliśmy szlak - tak tym razem znakowaną ścieżkę, która wiedzie do Lago de Marbore spod hotelu na dnie Pinety - i rozpoczęliśmy zejście.


Równocześnie wraz z przymusową zmianą planów stało się to poniekąd czego się obawiałem - poniesione ryzyko nie opłaci się i nasza pierwotna koncepcja obejścia całego masywu legnie w gruzach. Przez zmarnowaną pierwszą część dnia nie było już szans aby dotrzeć w okolice Kanionu Anisclo, gdzie zamierzaliśmy spędzić ostatnią noc, przed ostatecznym zejściem do Torli. Noc nad wspomnianym kanionem była z kolei konieczna, bowiem musieliśmy się wyrobić na samolot, a zapasowy dzień wykorzystaliśmy już podczas pobytu w Goriz.


Ze smutkiem żegnaliśmy więc okolice jeziora. Muszę to napisać, żeby ktoś nie pomyślał inaczej - bardzo polecam wizytę w tym miejscu, choćby z uwagi na fakt, że nigdzie podczas całego pobytu nie poczułem tak prawdziwie wysokogórskiego klimatu, jak tu.


Korzystając ze słońca będąc u progu górnej części doliny, zatrzymałem się na chwilę porobić zdjęcia. Spójrzcie zatem na ciągnący się po południowej stronie doliny grzbiet o łatwo zapamiętywalnej nazwie Sierra de las Sucas. Żeby było śmieszniej, niedaleko jest także Sierra de las Cutas 😜


No ale nie doszukujmy się dwuznaczności, gdyż nie ma to żadnego związku z polskimi odpowiednikami 😈

Parę słów jeszcze na temat tego co widać po drugiej stronie doliny - z Balcon de Pineta możemy dostrzec dalszy przebieg grani głównej Pirenejów, w której leżą Pico de la Munia/Pic de la Munia (3134 m.n.p.m.) i Pico Troumouse/Pic de Troumouse (3085 m.n.p.m.) widoczne na zdjęciu - la Munia to stożek mniej więcej w centralnej części zdjęcia, Troumouse widoczny jest nieco dalej, po lewej od niego.

Do wartych wymienienia szczytów należy też Pico Rubinera (3004 m.n.p.m.), czyli trapezowaty, łagodny masywik widoczny z prawej strony zdjęcia. Jest to jeden z najprostszych trzytysięczników do zdobycia w Pirenejach.



I masyw la Munia na zbliżeniu. Po drugiej stronie znajduje się chyba drugi po Cirque de Gavarnie najbardziej znany francuski cyrk - Cirque de Troumouse. Również wart odwiedzenia, a przy tym łatwo dostępny dla osób z samochodem!


Samo zejście na dno doliny z pewnością jest pewnym wyzwaniem, bo zwłaszcza na początku jest bardzo stromo.


Z czasem nogi się przyzwyczaiły do ciągłego schodzenia i duży fragment tego etapu udało się pokonać bez przerw, nie odczuwając specjalnego dyskomfortu. Dopiero na koniec, poczułem nawet nie tyle ból w kolanach, co raczej w stopach, które na mocno kamienistym podłożu trochę cierpiały.


Sprawne zejście okazało się być dobrym rozwiązaniem, bo podczas schodzenia pogoda zaczęła się trochę psuć 😠


Jeszcze nim znaleźliśmy się na dnie doliny nad górami zagrzmiało. Od pierwszego grzmotu do rozpoczęcia się ulewy minęły może dwie-trzy minuty, a los kazał nam się sprawdzić w szybkim przebieraniu i zakładaniu pokrowców na plecaki.

Wprawdzie byliśmy na tyle nisko, że adrenalina nam specjalnie nie podskoczyła, a i zbliżająca się górna granica lasu pozwoliła uniknąć przemoknięcia, to zaczynaliśmy mieć pomału dość zmieniającej się non-stop pogody. W przeciągu ostatnich 24 godzin przeszliśmy przez dwie burze, trzykrotnie przez opady deszczu, w międzyczasie rozbierając się nawet do samego t-shirta, gdy wychodziło słońce.


Do parkingu nieopodal kamiennego hotelu Parador, usadowionego na końcu drogi asfaltowej , przebiegającej na dnie doliny, dotarliśmy gdy deszcz się już skończył, pozostawiając po sobie ślad w postaci zwiększonej wilgotności powietrza. 


Plan awaryjny przewidywał jak najszybsze rozbicie się w ustronnym miejscu i umycie się, choć jego realizacja nie była taka prosta, z uwagi na falę powrotów z wycieczek. Pineta należy do bardzo popularnych fragmentów hiszpańskich Pirenejów, więc nie wygląda to tak, że raz na kwadrans przejdą sobie dwie-trzy osoby 😛

Dno doliny jest natomiast strefą, w której rozbijanie namiotu jest ogólnodostępne. To tzw. "Zona Acampada". Rzeczywiście, teren jest naprawdę przyjazny - mnóstwo trawiastych, płaskich połaci, blisko szeroka rzeka i przyjemna cisza przerywana co jakiś czas odgłosem przejeżdżających samochodów.

Wybraliśmy sobie miejsce, po dłuższej dyskusji, na krawędzi lasu i rozłożywszy manele udaliśmy się nad rzekę. Udało nam się znaleźć wygodne zejście do rzeki... pod mostem 😝 i tam się kąpaliśmy.


Ostatni poranek w górach nadszedł wyjątkowo ciepły i zaskakująco pogodny, biorąc pod uwagę wydarzenia dnia poprzedniego. Znów pojawiło się we mnie ukłucie żalu, że o to nie znajdujemy się gdzieś ponad Kanionem Anisclo, ale cóż było zrobić.

Można było wyjść na środek polany i zachwycić się krajobrazem doliny 😉

Pineta, a właściwie Valle de Pineta, jest jedną z bardziej popularnych dolin po hiszpańskiej stronie Pirenejów - oczywiście z Ordesą przegrywa, ale to nie wstyd 😄 - a owo uznanie wśród turystów bierze się z faktu, że oferuje szeroki wachlarz wędrówek oraz atrakcyjne widoki. Wylot doliny znajduje się w okolicach Bielsy na wysokości 1000 m.n.p.m., górna jej część, w której spaliśmy, usadowiona jest ok. 270 metrów wyżej. Pineta jest długa na ok. 13-14 kilometrów, choć gdyby uwzględnić wyżej zawieszone jej części to długość by się znacznie wydłużyła, a powierzchnia znacząco powiększyła.

Mowa tu przede wszystkim o dolinie zawieszonej La Larri, której próg znajduje się zaraz za hotelem Parador. Dolina jest spora powierzchniowo, kręta i ciągnie się aż po masyw La Munia i Rubinera, o którym wspominałem podczas zejścia z Balcon de Pineta.

Bawiąc się linijką w jednym z programów postanowiłem wyliczyć całkowitą powierzchnię doliny, uwzględniając zawieszone doliny boczne - razem wyszło mi ok. 75 km kwadratowych, dla porównania powierzchnia Doliny Cichej Liptowskiej, to około 53 km kwadratowych.


Balcon de Pineta i wody Rio Cinca spadającej z progu doliny. Z tyłu wyłania się fragment Cilindro de Marbore.


Jako że pierwotne plany zakładały tego dnia wędrówkę do Torli i powrót porannym autobusem następnego dnia, to rezygnując z ich realizacji zyskaliśmy dodatkowy dzień do zagospodarowania. Prognozy mimo pogodnego poranka zapowiadały pogorszenie pogody na co najmniej kilka dni, nie pozostało więc nic innego jak spakować się i opuścić tereny podgórskie.

Z uwagi na fakt, że tego czasu do wykorzystania było jednak sporo, proces zbierania mijał niespiesznie, zresztą o poranku ciężko było się wydostać spod hotelu, bo ludzie raczej przyjeżdżali aniżeli wyjeżdżali. Uprzedzę też Wasze pytanie - niestety transport publiczny w tej części Pirenejów nie istnieje, czego kompletnie nie rozumiem. Generalnie cechy zbiorkomu w Aragonii są niestety zbliżone do tych znanych z krajów bałkańskich. Czyli przystanki widmo bez wywieszonych rozkładów, dwa-trzy kursy na dzień do ważniejszych ośrodków miejskich i brak jakiegokolwiek nastawienia pod turystów.

W takich miejscach jak Pineta pozostaje stop, ale niestety stopa w Hiszpanii wcale nie jest tak łatwo złapać...


Przekonałem się o tym podczas wakacji w Pirenejach, wreszcie utwierdziłem w tym przekonaniu podczas zimowego pobytu w Sierra Nevada. Owszem przyznaję, nie jestem typowym autostopowiczem, ze stopa korzystam zazwyczaj podróżując w grupie kilkuosobowej, do tego obładowany plecakiem i innymi tobołami, co na pewno w jakimś tam stopniu wpływa zniechęcająco na kierującego, nie mówiąc o tym że wiele osób nie ma w swoim aucie wystarczająco miejsca, bo albo ma mały samochód albo jedzie z kimś, co wyklucza zabranie dodatkowych 3-4 osób.

Ale pomimo tych argumentów, no źle, źle mi się łapało stopa w tej części Europy.

I tamtym razem, w Dolinie Pinety, też było kiepsko. Staliśmy z dobre 45 minut, może więcej, i naprawdę byliśmy wewnętrznie trochę rozdrażnieni. Suma summarum udało się na kogoś trafić, ale właśnie, nasi wybawcy okazali się być Szwajcarami wracającymi z trekkingu po tej części Pirenejów. Trochę z nimi pogadaliśmy a oni podwieźli nas do Bielsy, którą wybraliśmy sobie jako dodatkowy punkt na mapie naszej podróży, skoro już mieliśmy dodatkowy dzień do wykorzystania.

Dlaczego Bielsa? To ładne, spokojne miasteczko, podobne do Torli, od której jest co ciekawe nieco droższe. Myślę, że może to wynikać z przebiegającej obok miejscowości drogi krajowej, łączącej Aragonię z francuską Oksytanią - szosa ta przebija się na stronę francuską tunelem pod przełęczą Puerto de Bielsa i wyprowadza w okolice popularnego ośrodka turystycznego Saint-Lary-Soulan. Francuzów tędy jeździ dość sporo, dojeżdżając właśnie do Pinety bądź do masywu Posets-Maladeta-Aneto, często zatrzymując się właśnie na posiłek w Bielsie. A że naród ten jest przy okazji bardziej majętny niż hiszpański, to i ceny są tu wyższe niż w innych częściach hiszpańskich Pirenejów.

Tak przynajmniej sądzę, choć z chęcią wysłuchałbym innej opinii w tym temacie. W każdym razie Bielsa jest droższa niż Torla i typowe menu del dia potrafi tu kosztować od 14 do nawet 20 euro, prezentując wyższy poziom niż średnia dla Hiszpanii. Z własnych doświadczeń wiem, że jeśli menu del dia kosztuje więcej niż 15 euro, to znaczy, że jest tam po prostu drogo. Zwłaszcza jeśli mówimy o prowincji.

Marzyliśmy jednak, żeby wreszcie porządnie zjeść i zainstalowaliśmy się w jakieś knajpce z rewelacyjnym tarasem. Zapłaciliśmy bodajże 17,5 euro za dzienne menu, ale nie dość, że objedliśmy się po pas, to to co dostaliśmy było naprawdę świetne. I oczywiście, że po siedmiu dniach, celowo to napiszę, wpieprzania, mniejszego lub większego syfu, mieliśmy trochę spaczone pogląd na to co jemy, ale naprawdę sałatka z kozim serem, którą dostałem była wyborna. A tego rodzaju przystawki jadam przy okazji każdego pobytu w Hiszpanii 😄 


Po obiedzie opuściliśmy zabytkowe miasteczko i udaliśmy się do skrzyżowania z ruchliwą drogą, o której Wam wcześniej wspominałem. Liczyliśmy na szybkie łowy, ale i tym razem się przeliczyliśmy choć zaczynała się pora turystycznych powrotów.

Nasza łapanka trwała na tyle długo, że w końcu zniechęceni zdecydowaliśmy ruszyć w kierunku Ainsy, choć dotarcie do niej pieszo było niemożliwe z uwagi na odległość 40 kilometrów.

Z mojego punktu widzenia była to nonsensowna decyzja, bo droga zaraz za Bielsą prowadzi wąskim wąwozem, gdzie nawet chętna by się zatrzymać osoba tego nie zrobi, bo nie ma za bardzo jak. Ale przyjaciół irytowało przedłużające się stanie i w końcu ruszyliśmy. 

Przeszliśmy może z trzy kilometry i natrafiliśmy na zatoczkę po drugiej stronie drogi, gdzie się zatrzymaliśmy. Postanowiliśmy powtórzyć polowanie i zmieniając się co kilka chwil, próbowaliśmy łapać przejeżdżające samochody.

Za którymś razem manewr się udał, bo złapaliśmy gigantycznego pickupa - forda rangera, którym jechał facet w średnim wieku, Hiszpan, który rzecz jasna władał tylko hiszpańskim i francuskim, wydawał się być bardzo miły, no ale cóż gdy nasza rozmowa była ograniczona do wymiany kilku zdań, między nim a Krystianem, który jakoś sobie z francuskim daje radę. Ja niestety byłem w stanie mu tylko po hiszpańsku gorąco podziękować, gdy dotarliśmy do Ainsy.

W Ainsie po zrobieniu krótkich zakupów udaliśmy się na poszukiwanie miejsca na ostatni już nocleg. Oczywiście najbardziej rozsądną decyzją były poszukiwania takiego nad rzeką. Rozbiliśmy się gdzieś w zaroślach i natychmiast otworzyliśmy kupione w sklepie piwo, bo popołudnie było duszne jak jasna cholera. Siedzieliśmy więc nad wodą i piliśmy "Michałka" czyli piwo marki San Miguel, jedząc bagietkę i zastanawiając się co będzie dalej.

Noc, która nadeszła, była najgorszą ze wszystkich nocy jaką miałem przyjemność spędzić do tej pory w swoim namiocie. Nieznośna duchota i tak twarde podłoże, że pomimo karimaty i zimowego śpiwora pod sobą czułem się jakbym położył się na szpilkach.


O świcie z ulgą spakowaliśmy się i czmychnęliśmy w kierunku przystanku autobusowego. Po drodze spotkaliśmy martwego... dzika, dla którego miniona noc okazała się być widocznie też ciężką, nawet zbyt ciężką.


Epilog

O ósmej wsiedliśmy do autobusu i przejechaliśmy do Hueski, czyli jednego z największych ośrodków miejskich leżących u podnóża Pirenejów. 50-tysięczna Huesca nie należy wprawdzie do wielce popularnych ośrodków turystycznych w Aragonii, ale jest dobrym miejscem na spędzenie nocy.

W Huesce zrobiliśmy sobie krótki spacer i tradycyjnie - nie czyniąc z tego posta relacji stricte poświęconej miastu - tylko parę dokumentacyjnych zdjęć.

Klatka schodowa w kasynie w Huesce.

Katedra pw. Przemienienia Pańskiego
Kolejnego dnia z samego rana udaliśmy się na dworzec kolejowy. Czekał nas bowiem przejazd do Madrytu na pokładzie pociągu. O transporcie między Pirenejami pisałem w części praktycznej i tam Was odsyłam po szczegółowe informacje.

W każdym razie AVE to najszybszy i najwygodniejszy sposób by dostać się do Madrytu, z tymże, o czym zapomniałem, wiążę się z koniecznością przejścia przez kontrolę bezpieczeństwa, którą wprowadzono na hiszpańskiej kolei po zamachach w Madrycie w 2004 roku.

Kontrole te zwykle nie bywają tak szczegółowe jak te na lotniskach, a sami strażnicy patrzą na różne rzeczy trochę łaskawszym okiem. Niestety, nasza wizyta miała miejsce krótko po ubiegłorocznych zamachach w Barcelonie i hiszpańskie służby, także te na dworcach w mniejszych miejscowościach, były wyczulone na każdą drobnostkę. A że w plecaku miałem schowany nóż myśliwski z piłką, to jeden z policjantów czy też raczej przedstawicieli guardia civil zainteresował się nim i po wyjęciu go z pochwy, stwierdził że nie wejdę z nim na pokład pociągu.

Oczywiście nasza dyskusja tradycyjnie była utrudniona z uwagi na barierę językowe i choć w innych okolicznościach zaproponowałbym, żeby na czas podróży nóż wziął kierownik pociągu, a ja bym go na spokojnie odebrał w Madrycie, to rzecz jasna tego powiedzieć nie potrafiłem, a naglący nas czas nie pozwolił by porozumiewać się za pomocą translatora.

W ten o to sposób zostałem pozbawiony niezłego, i całkiem cennego, noża, choć żeby była jasność - nie mam pretensji do Hiszpanów, rozumiem poniekąd ich podejście i cóż pozostaje mi Was ostrzec, że mając jakieś ostre przedmioty - nie mówię tu o jakimś śmiesznym scyzoryku - możecie zainteresować ochronę. Oczywiście tylko na pokładzie pociągów objętych kontrolą - są to pociągi kategorii AVE, AVANT, ALVIA. W media distancia i pociągach aglomeracyjnych cercanias kontroli rzecz jasna nie ma.


2,5 godziny później znaleźliśmy się już na dworcu Atocha w Madrycie.


Gwarny Madryt nie każdemu musi się podobać, bo po pierwsze - jego atrakcje turystyczne - nie łudźmy się - w odniesieniu do najważniejszych ośrodków turystycznych kraju to zupełnie inny kaliber. Wyjątkiem jest chyba tylko Prado, choć zdaję sobie znów sprawę, że znajdą się osoby, które go zwyczajnie nie docenią.

Będę oryginalny i powiem, że ja bardzo Madryt lubię i wolę go - mówię poważnie - od Barcelony. Nie tylko dlatego, że kibicuję Realowi 😉 ale przede wszystkim - odsuwając wojenki klubowe na bok - podobnie jak i w turystyce górskiej, tak i w turystyce miejskiej nie znoszę, gdy widzę przed sobą obraz wykreowany przez komerchę, często nieskazitelny i pozbawiony autentyczności. A właśnie Madryt, jest dla mnie niezwykle autentyczny. Jest takim miastem typowo hiszpańskim, niezwykle żywym organizmem, kipiącym aż od żywiołowego charakteru lokalnych społeczności.

Barcelona też kipi, tyle że doszukać się, zwłaszcza w sezonie letnim, jej katalońskiej duszy jest o wiele ciężej, bo chowa się ona wtedy pod grubą warstwą tworzoną przez setki innych narodowości, które przelewają się po placach i ulicach tego miasta prawie o każdej porze roku.

Ja kosmopolityczne miasta lubię, a uważam, że Barcelona jest obok Paryża, Londynu, być może Amsterdamu, jednym z najważniejszych ośrodków europejskiego kosmopolityzmu. Tylko że kurczę, po ostatniej wizycie w Barcelonie bałem się, że jak wrócę do domu i otworzę szafę, to ze środka wyskoczy mi Azjata ze swoim wielgachnym aparatem.

Naprawdę, przepraszam jeśli kogoś tym stwierdzeniem obrażam - mógłbym tam wpisać kogokolwiek w zasadzie, nie tylko nacje z Azji.

Natomiast wierzcie mi, mam wrażenie, że ten madrycki klimat takiego nieustannego chaosu i pewnego nieporządku, to chyba obecnie największa atrakcja tego miasta, która ściąga tam wielu turystów - poszukujących takiego przekonywującego obrazu przeszło pięciomilionowej stołecznej metropolii.



Ponownie, żeby nie rozdrabniać relacji - w Madrycie spędziliśmy całkiem przyjemny dzień, niestety wylot mieliśmy o godzinie szóstej - co wiązało się z wyjazdem o 4 na lotnisko. Ponieważ do późna szwendaliśmy się po mieście, to noc była dla nas dość krótka i pamiętam, że w samolocie usnąłem zanim dokołowaliśmy do drogi startowej 😂

Było to więc doskonałe podsumowanie całego tego wyjazdu - obfitującego w nowe doświadczenia i myślę naprawdę nieźle wykorzystanego. Pogoda, zwłaszcza w hiszpańskiej części Pirenejów, mogła być łaskawsza i fakt, że z opadami spotykaliśmy się niemal codziennie był niefortunnym zrządzeniem losu.

Nie wpłynęło to jednak na mój całościowy odbiór. Uważam, że Pireneje są naprawdę fantastyczne i z pewnością niedocenione. Nie tylko przez Polaków, poza Hiszpanami i Francuzami spotkać tam inne nacje to nie lada gratka.

I nie ukrywam, że się cieszę. Cieszę się, że są ciągle na mapie Europy takie tereny górskie, które mają bardzo wiele do zaoferowania, a przy tym nie zostały jeszcze odkryte przez innych. I że można zasmakować ich naturalnego klimatu. Słowem, bajka!

Informacje praktyczne:

  • W Huesce spaliśmy w hotelu Joaquin Costa. Bardzo przyjemny, niewielki hotel. Dwie gwiazdki, ale standard na niezłym poziomie, cena 15 euro/osobę za pokój trzyosobowy.
  • W Madrycie polecam hostel The Hat Madrid. To jeden z najlepszych hosteli w jakich spałem. Oryginalnie zaprojektowane wnętrza, wygodne łóżka, świetne położenie tuż przy Plaza Mayor, i rewelacyjny taras widokowy oferujący panoramę Starego Madrytu. Nie daję tylko dlatego mu 10/10, że jedna noc, to zbyt mało by rzetelnie ocenić wszystko.
  • Pozostałe informacje znajdziecie w dedykowanym artykule -> link

Na zakończenie, jeśli są tu osoby, do których ta informacja jeszcze nie dotarła - chciałbym Was zaprosić do Zakopanego w najbliższy weekend, gdzie będą odbywać się XIV. Spotkania z Filmem Górskim. Oprócz całej gromady gwiazd światowego himalaizmu i innych wspaniałych postaci ze świata górskiego, będę miał tam przyjemność pojawić się wraz z grupą moich koleżanek i kolegów z innych blogów górskich i podróżniczych.

Nieprzypadkowo wspominam o tym teraz, w kontekście tej relacji. W niedzielę, 2 września o godz. 12:00 poprowadzę w ramach wspomnianego festiwalu prelekcję pt: "Pireneje: Dwa światy Zaginionej Góry". Zapraszam Was bardzo serdecznie, postaram się przekazać Wam trochę tej pirenejskiej fascynacji 😉

Więcej informacji -> link


KONIEC

KOMENTARZE

2 komentarze:

  1. Śliczne są te góry. Podoba mi się widok z wysokości schronów.
    Komina bez sprzętu też bym nie ryzykowała. Poza tym nie mam aż tak dużego doświadczenia. Piękne i dzikie tereny zabrały do siebie na zawsze niejednego śmiałka, a ja pragnę zawsze z góry wracać z nową opowieścią. Dobrze zrobiliście, wycof to nie wstyd.
    Oj przydałby się taki oddzielny post, przybliżający wygląd i życie tamtejszych miast. Szczególnie zabytkowych. To też jest interesującą częścią podróży, nawet takiej nastawionej na góry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ten komentarz.
      Komin byłby może nawet i do pokonania, ale na pewno nie z naszymi plecakami i przy panujących wtedy warunkach. Przeciskanie się gdzieś na siłę, ryzykując utratę przywiązanego do plecaka namiotu albo innej części ekwipunku, byłoby zbyt ryzykowne, ponadto częste opady deszczu zwiększały ryzyko poślizgnięcia się w skalistym terenie.
      Co do tego posta, który zaproponowałaś, obawiam się, że póki co mam zbyt mało doświadczeń spod Pirenejów, by podejść do tego tematu odpowiednio. Ale będę o nim pamiętał na przyszłość, bo w Pireneje zamierzam jeszcze nie raz wrócić - zarówno na stronę hiszpańską w okolice Benasque - jak i francuską - zwłaszcza w okolice Cauterets.
      Pozdrawiam!

      Usuń

Back
to top