30 października 2016

Wakacje z trollami cz. I - Droga do Oddy

Tegoroczny wyjazd do Norwegii, zdawał się być lepiej zaplanowany niż poprzedni, bowiem mieliśmy już liczne doświadczenia z wyjazdu nad Lysefjord, ale jak zdążyłem Wam napisać po powrocie do Polski, w jednym z postów na facebooku, czasem tak jest, że gdy natura zechce pokazać swój pazur, to nawet pozornie dobrze wyposażony turysta, może wpaść w opały. Tak więc, tytułem wstępu, zdradzam już teraz, że choć od strony logistycznej i technicznej wyjazd był lepiej przygotowany, to i tak skończyło się na wielu przygodach, z których na szczęście udało się wyjść w jednym, nieuszkodzonym, kawałku ;>
Nie zaczynam tym razem od osobnego posta dotyczącego przygotowań do wyjazdu, podstawowe informacje znajdziecie w prologu z naszego pierwszego wyjazdu do Norwegii -> Norwegia 2015 - prolog, natomiast szerszy post o aspektach czysto technicznych wycieczki na Trolltungę, skrobnę na samym końcu ;]
Tymczasem przenosimy się już do sierpnia br., gdy dwa dni po przyjeździe z Chorwacji, po odespaniu męczącej wielce, nocnej podróży z Orebicia do Gliwic, musiałem przepakowywać się z torby podróżnej do plecaka i jechać do Krakowa, gdzie spotkałem się z Bartkiem, tym samym z którym byłem w Norwegii rok wcześniej, i z którym nad fiordy wybierałem się ponownie.
DZIEŃ I
Dzień wyjazdu zaczął się baaaardzo wcześnie, bo kilka minut po czwartej. Z racji tego, że nasz wylot miał miejsce z gdańskiego Rębiechowa, musieliśmy się jeszcze przedostać z rana z Małopolski na Pomorze. Dlatego o piątej jechaliśmy na krakowski dworzec, tak by z pomocą naszego wspaniałego, "dziobaka", czy mówiąc po prostu pendolino, w ciągu 6 godzin pojawić się nad Zatoką Gdańską.
Ta część podróży przebiegła w miarę spokojnie, poza incydentem z jakimś naburmuszonym warszawiakiem, narzekającym na wszystko na co można narzekać. Facet głośno zastanawiał się, dlaczego we "Francyji, TeŻeWe jeździ 320 km/h, a w Polszy, pendolino ledwie 200 km/h miejscami na CMK osiąga". Zastanawiał się też czemu kawa be i czemu fotel be. Zaserwował nam jeszcze kilka swoich opinii, ale na szczęście obaj mieliśmy słuchawki i mogliśmy wyrwać się z malkontenctwa siedzącego za nami pasażera.
Po przyjeździe do Gdańska zostawiliśmy bagaże w przechowalni na dworcu i korzystając z chwili wolnego czasu, poszliśmy na gdańską starówkę. 
Osobiście miasto to bardzo lubię i uważam je nie tylko za polskie TOP3 pod względem atrakcji turystycznych, ale również za mnogość ciekawych inwestycji, które realizuje.
A Mariacką lubię chyba nawet bardziej niż Floriańską ;)
Ponieważ lot mamy przed 15, to po 13 jedziemy już SKMką z dworca głównego do Wrzeszcza, gdzie przesiadamy się do zapociągu w formie autobusu miejskiego, który kursował z racji tegorocznego zamknięcia linii Pomorskiej Kolei Metropolitarnej.
W przeciwieństwie do zeszłego roku, tym razem wszyscy polecieli :P ale nie obyło się bez problemów :D Lecieliśmy oczywiście bez bagażu rejestrowanego, mieliśmy jeden bagaż podręczny powiększony (którym był +/- 50 litrowy mój plecak) i jeden bagaż podręczny Bartka, który musiał się zmieścić pod siedzenie ;p Siłą rzeczy, do mojego plecaka było podopinanych pełno różnych szpargałów, obaj mieliśmy także na sobie po kilka warstw ubrań, a w kieszeniach kurtek poupychaliśmy kanapki. Wyglądało to oczywiście śmiesznie, ale kto by się tam przejmował. Problem powstał przy odprawie pokładowej, bo babeczka przyczepiła się do plecaka (który zresztą przekraczał dozwolone wymiary i oczywiście o tym wiedziałem :D). Gdy poproszono mnie żebym włożył plecak do wizzairowskiego pojemnika w celu sprawdzenia czy wielkość bagażu przekracza normę, na oko było wiadomo, że nie wejdzie. Ale wiedziałem, że łatwo się nie poddam i wraz z nieocenioną pomocą Bartka, robiąc prawdziwe show dla odprawiającego się obok tłumu, próbowaliśmy na wszelkie sposoby wepchnąć plecak. Coś tam znów włożyliśmy do kieszeni, coś udało się jeszcze przełożyć, by na końcu poczuć się jak u Brzechwy, z tymże zamiast ciągnąć za rzepkę, my ów rzepkę dociskaliśmy.
Nie wiem jak my to zrobiliśmy i Bartek też nie wie do dziś, ale wepchnęliśmy ten plecak, czując się przy tym jak po walce na ringu. Niemniej jednak satysfakcja wynikająca z sukcesu była ogromna ;) Team-building jak się patrzy :D
Potem w samolocie ziomek, który z nami siedział, gratulował nam, bo jak sam stwierdził - nie wierzył w powodzenie naszej akcji :D
 Przez niemal całą podróż drzemaliśmy. Pobudka nastąpiła już w norweskiej przestrzeni powietrznej.
Lot przebiegł rutynowo i w Haugesund wylądowaliśmy o godzinie 16.45.
Powyższe trzy zdjęcia pochodzą z materiałów Bartka
Pierwszym naszym celem po przylocie do Haugesund było leżące przy wylocie drogi krajowej E134 w kierunku Oslo, centrum handlowe Amanda. Znajduje się tam Jula czyli market z rodzaju DIY, który gwarantuje możliwość zakupienia niezbędnego kartusza gazowego. Wprawdzie rok wcześniej spędziliśmy pięć dni będąc pozbawionym możliwości ugotowania czegoś ciepłego i przeżyliśmy, to jednak drugi raz nie miałem ochoty testować własnego organizmu :P Dlatego pierwsze co zrobiłem po kupnie biletów, to sprawdziłem dostępność sklepów, gdzie można zaopatrzyć się w gaz i upewniając się, iż w Juli takowy kartusz dostaniemy, udaliśmy się tam zaraz po przylocie.
I mieliśmy bardzo duże szczęście - po zaledwie kilku minutach stania na poboczu przy wyjeździe z lotniska, zatrzymała się sympatyczna babeczka, która słysząc jakie mamy plany zdecydowała się nadłożyć drogi, by podwieźć nas do samego centrum handlowego. Nauczycielkę z Haugesund, oczywiście z tego miejsca gorąco pozdrawiamy! :)
Zakup kartusza gazowego to koszt 50 NOK (ok. 25 zł) - sytuacja wygląda podobnie jak w Polsce. Oprócz gazu, kupujemy również zestaw zapalniczek i zadowoleni jak nie wiem co wychodzimy ze sklepu. Będzie wieczorem zupka chińska! :D
Bartek piał z zachwytu, że wszystko się udało tak szybko załatwić, bo w Haugesund wylądowaliśmy przed czasem, stopa z lotniska też szybko złapaliśmy i w sklepie też nam dużo czasu nie zeszło, ale dzień pochwalił przed zachodem słońca.
Naszym planem na końcówkę dnia, była jak najdalsza ucieczka z Haugesund. Ja po cichu liczyłem, że może uda nam się dojechać aż w pobliże Oddy, bo z Haugesund na wschód wybiega tylko jedna droga - wspomniana E134 do Oslo. W razie braku powodzenia, liczyłem że uda nam się dostać chociaż w pobliże wodospadu Langfossen. 
Ale okolica centrum handlowego Amanda to średnie miejsce na łapanie stopa, bo trudno powiedzieć gdzie najlepiej stać, by być najlepiej widocznym. Spędziliśmy 1,5 h przy wyjeździe ze stacji benzynowej, nie udało się, a ponieważ zaczął zbliżać się zachód (a nie w smak było nam spać na obrzeżach miasta), zdecydowaliśmy się poświęcić trochę NOKów i wydostać się z miasta autobusem. Tak, może to brzmi jak profanacja hitchhikingu, ale byliśmy nieco zmęczeni i zależało nam na jak najszybszym rozłożeniu namiotu i rzuceniu się w objęcia Morfeusza.
Z autobusem mieliśmy farta, bo trafiliśmy na wieczorny kurs do miejscowości Ølen, leżącej kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Haugesund, który zresztą nie kosztował nas wcale tak dużo - zapłaciliśmy po 45 NOK za bilet. 
Z okien autobusu mogliśmy obserwować krajobrazu Haugalandu. Ta część Norwegii jest łagodna i przypomina miejscami krajobraz polskich pojezierzy.
***
Oczywiście te góry na horyzoncie to już nieco inna inkszość ;)
O 20.30 autobus dowiózł nas do liczącej niewiele ponad tysiąc mieszkańców, miejscowości Ølen, będącej siedzibą gminy Vindafjord. Byliśmy jedynymi pasażerami wysiadającymi, nie licząc jednego Polaka, pracującego w tutejszej stoczni.
Tak na marginesie, Haugaland jest licznie zamieszkany przez Polonię.
Wyszukaliśmy odpowiednie miejsce na skraju wsi w pobliżu potoku i gdy zapadał już zmrok, rozłożyliśmy namiot. Nie gotowaliśmy nawet wody - tak byliśmy zmęczeni. Zjedliśmy tylko jakieś kabanosy, kanapki które pozostały i poszliśmy spać.
DZIEŃ II
Nazajutrz obudziła nas przenikliwa wilgoć, która pojawiła się w wewnątrz namiotu. Zegarek wskazywał dość wczesną porę, ale dzień miał być równie długi i pełen wrażeń, jak poprzedni, więc chcąc, nie chcąc, trzeba było wygrzebać się ze śpiworów.  Ponieważ zauważyłem, że brakuje wody, założyłem na siebie buty oraz kurtkę i zabierając po drodze butelki, ruszyłem do jakiegoś punktu poboru wody ;P
Aby znaleźć dogodne miejsce do zejścia po wodę, jak się okazało, musiałem przejść kilkadziesiąt metrów w górę rzeki. Gdy już jednak takowe wyszukałem, to z największą przyjemnością oddałem się orzeźwiającej kąpieli (która jednak ograniczała się do umycia twarzy i nóg z uwagi na przebiegającą obok ścieżkę rowerową i osiedle ;P
Norweski potoczek :)
Po zjedzeniu, spakowaniu się i posprzątaniu po sobie, wracamy z powrotem do miasteczka.
W Ølen niezłym miejscem do łapania stopa była niewielka zatoczka przy wyjeździe z centrum miasteczka, tuż przed miejscowym urzędem gminy. Zanim jednak wyciągnęliśmy kciuki, to na ławce przed nieistniejącym sklepem, zostawiłem Bartka z manelami by samemu pójść jeszcze do niedalekiego sklepu, po łyżki i jakieś plastikowe kubki ;)  
Na miejscu, wbrew moim obawom i wyobrażeniom, że w tej dosyć niewielkiej miejscowości, może być problem aby nabyć choćby plastikowe sztućce, doznałem pozytywnego zaskoczenia - regał z przyborami kuchennymi był dosyć szeroki, a producentów było co najmniej kilka. No, ale nie mogło być różowo i oczywiście najtańsze widelce i łyżki były tak zapakowane, że trudno było jednoznacznie stwierdzić czy to widelec, czy łyżka, a norweska nazwa (jakżeby inaczej ;P) nic mi nie mówiła. Zmuszony więc byłem upewnić się u obsługi sklepu czy łyżki to rzeczywiście łyżki :P
Czekając w kolejce do kasy, byłem jeszcze świadkiem sceny, w której jakiś Azjata, dyktował kasjerce dane do faktury :D Oczywiście Norweżka miała problemy z ich wpisaniem, a facet średnio umiał porozumieć się z nią po angielsku i muszę Wam powiedzieć, że dawno nie byłem obserwowałem tak zabawnej wymiany zdań :P 
Oprócz łyżek i kubków, wziąłem też jakieś drożdżówki z jabłkiem i cynamonem, korzystając z faktu, że nie wiadomo, kiedy nam coś takiego przyjdzie potem zjeść ;P
Po powrocie do Bartka, spakowałem rzeczy i zaczęliśmy łapanie stopa aby przemieścić się wgłąb norweskiego lądu.
Dziwnym trafem wyraźnie nam jednak nie szło i zacząłem się zastanawiać co jest tego przyczyną. Oczywiście jedną z przyczyn niepowodzenia był brak jakieś atrakcyjnej panny z plecakiem, której widok ruszyłby być może sumienie jednego bądź drugiego Norwega. Niemniej jednak, no cóż tym razem jakoś trzeba było się z tym pogodzić, a my musieliśmy innym sposobem zachęcić kierowców do zatrzymania się. W końcu pomyślałem, że może jesteśmy zbyt zachłanni, liczymy że ktoś nas podwiezie 100 km, a zamiast tego powinniśmy spróbować dostać się do Oddy mniejszymi kroczkami. Szybki rzut oka na mapę pozwolił stwierdzić, że najbliższą większą miejscowością na drodze w kierunku Oslo (i Oddy) jest nieduże Etne, leżące jakieś 15-20 km wgłąb lądu. Namówiłem Bartka by poświęcić trochę naszego kartonu (przywiezionego jeszcze z żabki w Gdańsku, hyhy) i próbować łapać okazję na Etne.
I rzeczywiście poskutkowało. Pierwszy samochód po zmianie tabliczek się zatrzymał i do środka zaprosił nas Norweg w średnim wieku, który wracał z Ølen do Etne z zakupami ;>
Po podwózce do Etne, zadowoleni z efektu zmiany naszej taktyki, zdecydowaliśmy się przyczepić karton do plecaka Bartka i ruszyć skrajem pobocza w poszukiwaniu dobrego miejsca na łapanie stopa. Wyszliśmy zupełnie poza teren zabudowany i w pewnym momencie dostrzegliśmy jak wymijający nas wcześniej samochód, włącza kierunkowskaz i zatrzymuje się na poboczu! Migusiem złapaliśmy dostawczaka wyposażonego w sporą pakę i po wrzuceniu tam plecaków, weszliśmy do środka, poznając przesympatycznego ziomka, który nie tylko postanowił dla nas nadłożyć drogi, jadąc poza swoje miejsce docelowe, ale także zachować się niczym prawdziwy pilot wycieczek, organizując nam fotostopy :)  
Za Etne, droga przybliżyła nas wpierw do jeziora Stordalsvatnet, a następnie w okolice Akrafiordu. Musicie wiedzieć, że jeszcze kilkanaście lat temu, szosa którą jechaliśmy nie istaniała i jedyne połączenie Haugesund z Oslo, wiodło starą drogą, gwarantującą karkołomną przejażdżkę. Od kilkunastu lat, droga E134 ma nieco inny przebieg i na odcinku obok Akrafiordu poprowadzono ją tunelami. Z punktu widzenia turystycznego, straciła więc na wartości.
Stara szosa jednak pozostała na swoim miejscu i jeśli będziecie mieć trochę czasu, zachęcam abyście wybrali przejażdżkę właśnie odcinkiem dawnej drogi, poprowadzonej fantastycznie kilkaset metrów ponad sąsiednim Akrafiordem. Jeśli się zdecydujecie, to podpowiem Wam, że zaczyna się ona w miejscowości Kyrping.
Zresztą atrakcje krajobrazowe nie są jedynymi, które na starej drodze mogą nas spotkać. Czasem trafiają się takie ciekawe obrazki - jak ten poniżej ;)
Jadąc nieco pozostawioną samej sobie, szosą, nasz wspaniały przewodnik opowiada nam o okolicy. Cóż mogę Wam z tego przekazać? Po naszej lewej stronie rozciągał się Akrafiord (norw. Akrafjorden), który cechuje się znaczną głębokością (ponad 650 metrów). Różnica wysokości między otaczającymi go, górami, a taflą wody jest zatem mniejsza niż różnica między taflą, a dnem fiordu.
Oczywiście trzeba podchodzić do tego z chłodną głową, bo stosunkowo niskie są tylko góry, które leżą bezpośrednio nad fiordem. Te położone nieco bardziej w głąb lądu przekraczają momentami nawet 1000 m.n.p.m.
To co mnie osobiście ujmuje w Norwegii, to fakt że tam nie ma dysproporcji, brak jest architektonicznego faux pas. Wszystko się ze sobą harmonijnie łączy - domy są generalnie podobne do siebie, nie ma tam architektonicznej chały, jaką reprezentują sobą czasem dziwaczne domostwa w Polsce, które bardzo często przez swój absurdalny charakter, zupełnie nie pasują do otoczenia i wyposażone w jakieś kolumienki z fikuśnymi kapitelami, bądź jakieś wieżyczki, kłują w oczy. Nie spotkamy się z taką sytuacją jaka zachodzi na przykład w Karpaczu, gdzie pozwolono na wybudowanie hotelu, który jest istną bombą atomową dla tkanki miejskiej. Nie mówiąc już o Zakopanem, będącym dla mnie koronnym przykładem braku pomysłu na koncepcję urbanistyczną. I w tych moich gorzkich słowach bynajmniej nie chodzi o marudzenie i wyszydzanie na siłę, takie jakie reprezentował sobą ów Polak spotkany w pendolino, lecz o krytykę wobec absurdów, braku dobrego pomysłu, nie wykorzystywania szans i robienia wielu rzeczy na łapu-capu. Idźmy dalej. Przystanki autobusowe w Norwegii mają dach porośnięty trawą. Nie wszędzie oczywiście, ale w dużej większości. Ekrany akustyczne są drewniane, schludne, wkomponowane w krajobraz. W Nadwiślańskim Kraju to zupełnie nie funkcjonuje, do niedawna mieliśmy za to dziwaczną manię budowania ekranów ponad miarę, których estetyka jest w zdecydowanej większości mocno dyskusyjna. Dziwnym trafem w Norwegii nawet droga, która poprowadzona jest ledwie kilka metrów od wodospadu (czego przykłady zaraz zobaczycie), wkomponowuje się w krajobraz.
Droga pośrodku norweskiej pustki i przystanek w norweskim wydaniu ;)
Największa z przygotowanych na dziś atrakcji dopiero jednak przed nami. Droga z Haugesund do Oslo mija ją o włos, co sprawia, że otwierając okno i wysuwając rękę, można niemal dotknąć spadającej z hukiem wody ;>
Langfossen, to jeden z najwyższych wodospadów w Norwegii (612 metrów wysokości) i jeden z najbardziej spektakularnych, z uwagi na znaczny przepływ wody. Jak to w przypadku tak dużych wodospadów - polecam go zobaczyć nie tylko z bliska, tzn. z parkingu pod wodospadem lecz również z nieco dalszej perspektywy.
Nasz kochany Norweg, który z takim zaangażowaniem pokazywał nam okolice, wysadził nas w... no właśnie trudno stwierdzić gdzie. Pośrodku niczego - bo tak można było najlepiej określić miejsce w którym znajdowało się skrzyżowanie starej drogi, z obecnie istniejącą arterią łączącą Haugesund i Oslo. Jedynym charakterystycznym punktem w tym miejscu był przystanek autobusowy i jeden dom. Wokół tylko góry, góry i góry - i nawet nowoczesna droga - szeroka, świetnie wyprofilowana i aż zachęcająca do jazdy - była puściutka. Jeśli jeden samochód przejechał nią w ciągu minuty, to można to było uznać za wyjątkowy tłok. Jeśli pamiętacie Pulp Fiction i scenę ze zmieszanym Johnem Travoltą, z której zrobiono jednego z najsłynniejszych GIFów, to tak można opisać nasze samopoczucie podczas pobytu pośrodku norweskich ziem.
W sumie gdyby coś się wydarzyło i musiałbym zadzwonić po pogotowie, to nawet nie wiedziałbym jak określić miejsce w którym się znajdowaliśmy :D
Ponura, mocno mglista aura, sprawiała że każda minuta spędzona na przystanku przyprawiała nas o gęsią skórkę. Na domiar złego pojedyncze auta, które przejeżdżały, na nasz widok nawet nie zwalniały. W sumie to nawet momentami wydawało się, że zaczęliśmy popadać w letarg: co kwadrans zmieniałem się z Bartkiem, a same próby złapania stopa stawały się dobijającą rutyną.
Nasze morale szybko spadały, ale znikąd pojawił się starszy pan; siwiuteńki dziadziuś, który wyszedł ze śmieciami ze znajdującego się w pobliżu, odosobnionego domku. Zagadywał do nas wesolutko, tak pociesznie, że choć nie zrozumieliśmy z jego wypowiedzi ani jednego słowa, to uśmiech sam cisnął się na usta. Mowa ciała była jego mocną stroną, wszystko to o czym opowiadał, wzbogacał jeszcze o liczną gestykulację. Niemniej jednak sytuacja była mocno komiczna, analogiczna do tej, która spotkała Krystiana podczas powrotu z Rumunii, kiedy usiadł na niewłaściwym miejscu, co rozzłościło pewnego Rumuna, który krzycząc na niego po rumuńsku próbował go zmusić do zmiany miejsca. Wtedy to ja z Oskim dławiłem się ze śmiechu, chowając głowę w zasłonkę, obserwując subtelnie tą prawdziwą Wieżę Babel. Minął rok i oto w Norwegii ja wskoczyłem w miejsce Krystiana i poczułem na własnej skórze jakie to durne uczucie gdy dwie strony nie mogą się dogadać i pieprzą od rzeczy :D Parafrazując polskie przysłowie - Dziad swoje, młodzian swoje.
Gdy nasza rozmowa (hmm.. wg SJP rozmowa to porozumiewanie się, więc chyba w naszym przypadku coś tu nie pasuje ;P) dobiegła końca, zdecydowaliśmy o zmianie planów i zamiast stać w jednym miejscu i marznąć, stwierdziliśmy, że pójdziemy po prostu pieszo w kierunku Oddy. I tak przystanek położony był zaraz za zakrętem, więc nasz potencjalny "wybawca" nawet jeśli by nas zobaczył, to by nie zdążył się zatrzymać. Dlatego wzięliśmy manele z przystanku i ruszyliśmy drogą na północny-wschód.
Wbrew pozorom, pomysł nie był głupi. Zamierzaliśmy dojść do następnego przystanku bądź jakiejś zatoczki, skrzyżowania, które będzie położone na miarę prostym odcinku drogi. Wprawdzie musieliśmy zachowywać sporo uwagi, gdyż nie raz wyprzedzały nas rozpędzone TIRy pędzące z prędkością ~80 km/h, ale szliśmy w bardzo dużych odstępach i w sytuacji gdy takowy tir nadjeżdżał po prostu schodziliśmy na trawę. Tak pokonaliśmy dobre kilka kilometrów, aż wreszcie przed nami zamajaczył tunel, który ostudził nieco nasze zapędy. No, bo wiadomo co innego iść poboczem drogi poprowadzonej na otwartej przestrzeni, a co innego iść poboczem drogi w tunelu :P
Podczas łapania stopa postąpiliśmy podobnie jak wcześniej - na przystanku autobusowym przed tunelem zmienialiśmy się co kilkanaście minut. Gdy na warcie stał po raz kolejny Bartek, ja skulony na ławce poczułem, że na chwilę odpływam i zamiast uderzającego rytmicznie o wiatę przystankową, deszczu, poczułem na moment dotknięcie cudownej nicości. Odseparował mnie od niej mój towarzysz, który niczym buldożer zburzył podwaliny mojego snu. Bartek sobie coś tam wrzeszczał, a ja musiałem trzy razy zamrugać, zanim uświadomiłem sobie, że złapał stopa i krzyczy do mnie bym ruszył wreszcie mój leniwy tyłek.
Facet, który się zatrzymał był młodszy niż starszy i nie kojarzył Oddy - jechał ze Stavanger na urlop, gdzieś daleko na północ Norwegii i nazwę naszego celu po prostu wklepał sobie do nawigacji. Gdy system potwierdził że Odda znajduje się na jego trasie, zaprosił nas do środka. I choć rozmowa nam się specjalnie nie kleiła, to i tak byliśmy świadkami uprzejmości Norwegów. Gdy tylko spytałem o możliwość zrobienia zdjęcia okolicy, nasz kierowca specjalnie zwalniał i otwierał okno.
I tak poniżej macie wodospad Latefossen - znacznie niższy niż Langfossen (tylko 150 m wysokości :D) ale bardzo widowiskowy - a to za sprawą ogromnej ilości wody, która tamtędy spływa. Jeśli interesuje Was trochę lepszy pogląd na ten wodospad to klikajcie -> link. (Musicie mieć tylko konto na facebooku)
Norweg wysadził nas zgodnie z naszym życzeniem na przystanku autobusowym w Oddzie. Niestety złożyło się nam nieszczęśliwie, bo akurat nad miastem rozpoczęła się gwałtowna burza, z silnymi opadami deszczu. Na dłuższą metę przebywanie w wiacie nie było najlepszym rozwiązaniem, bo po wyjściu z ogrzewanego samochodu, brak ruchu powodował wychłodzenie organizmu. Dlatego zdecydowaliśmy zejść do centrum miasteczka, schronić się w jakimś ustronnym miejscu i zjeść coś ciepłego. Nałożyliśmy kurtki, Bartek dodatkowo pelerynę i chroniąc się pod jakimś wiaduktem, wyciągnęliśmy kuchenkę i wypiliśmy po dwa gorące kubki ;> Obserwując jak burza powoli przechodzi, kalorie uzupełniliśmy też kabanosami ;]
Ponieważ Odda jest celem docelowym wielu hitchhikerów, czy jak kto woli, autostopowiczów, łatwo tam znaleźć przeważnie młodych turystów z ogromnymi plecakami na barkach. My trafiliśmy na grupkę Białorusinów, z którymi przez chwilę porozmawialiśmy o planach na kolejne dni, na zakończenie rzucając sobie: Do zobaczenia na Języku!
Po wydostaniu się z centrum miasteczka, które jak zdecydowana większość w Norwegii, jest niewielkie, trafiliśmy na kolejny przystanek autobusowy. Tam przez chwilę łapaliśmy stopa, ale ponieważ pojawił się autobus, to z uwagi na konieczność oszczędzania czasu, zdecydowaliśmy się podjechać do Tyssedal.
Kosztuje to nas wprawdzie znów - prawie 40 NOK od osoby, ale trudno, jesteśmy w stanie je poświęcić. Przejazd trwa zaledwie kilka minut - wszak to konieczność pokonania w zasadzie jednego tunelu. A z Tyssedal pod Trolltungę zostaje nam już tylko znaleźć jakiegoś wspaniałomyślnego obywatela bądź obywatelkę, która nas podrzuci do miejsca, w którym rozpoczyna się szlak.
Zabudowa Tyssedal.
Dystans 7 kilometrów dzielących Tyssedal z osadą Mogelii leżącą w dolinie Skjeggedal, pokonaliśmy w połowie pieszo, a w połowie stopem. Po przejściu najbardziej żmudnej części drogi i kilku serpentyn, zatrzymała się dwójka ziomków, Hiszpanów w wieku podobnym do naszego, którzy pracowali sezonowo w informacji turystycznej pod Trolltungą. Dzięki nim, w nagrzanym samochodzie podeschły nam trochę ubrania i gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy prawie susi.
Rozbijamy się koło 18, jakieś 50 metrów za parkingiem, blisko wygodnego zejścia do jeziora Vetlavatnet. Cały dzień mocno nas zmęczył, ale byliśmy zadowoleni - w końcu udało się osiągnąć zamierzony cel i dojechać pod Trolltungę. Nadzieją napawał nas też fakt, że pod wieczór, chmury się nieco przerzedziły - i rzeczywiście był to dobry prognostyk ;>
Ponieważ kolejny dzień zamierzaliśmy zacząć z samego ranka, budziki ustawiliśmy na 6 i gdy tylko się ściemniło, zjedliśmy kolację i poszliśmy w kimę.
Na koniec małe wyjaśnienie - dlaczego tytuł posta brzmi Droga do Oddy, skoro swoją podróż zakończyliśmy w Skjeggedal, w miejscu rozpoczęcia szlaku na Trolltungę? Dla ułatwienia. Odda jest dosyć popularna i wiele osób kojarzy ją jako punkt wyjściowy na Trolltungę. Pozostałe nazwy: Tyssedal, czy Skjeggedal, są używane znacznie rzadziej i są mniej rozpoznawalne.
To tyle na dziś Kochani, zapraszam już dziś na relację z trekkingu na Trolltungę ;)
Linki:
mapa pokonanej trasy
DO ZOBACZENIA

9 października 2016

Odkrywamy usta Adriatyku - Boka Kotorska i Lovcen

Po powrocie z trekkingu na Sveti Iliję, spędziliśmy kilka dni w tradycyjnym stylu. To znaczy plaża, woda, plaża, woda ;P Na dłuższą metę takie życie też staje się mdłe i prędzej czy później, nasze dusze przyzwyczajone do stałej aktywności, musiały zapragnąć czegoś nowego :D Wydobyłem więc z plecaka przewodnik po Czarnogórze, z samochodu mapę południowej Chorwacji, uwzględniającą fragment Boki i pochyliwszy się nad nią z resztą towarzystwa, odświeżyłem plan wyjazdu do Czarnogóry, nad którym dumałem jeszcze w Polsce.
Przez moment myśleliśmy nad Dubrownikiem, bo bliżej, ale Moś i ja byliśmy, a Alę i Daniela zapewniłem, że będzie im się bardziej podobało w Boce aniżeli w zatłoczonym Dubrowniku. Czekałem na ich decyzję, ale Daniel uniósł ręce w pojednawczym geście, mówiąc wszystko jedno, a Ala w zasadzie zrobiła to samo. Klamka zapadła i oto - Czarnogóro, nadchodzimy!
Czarnogórę uważam za jeden z tych krajów, które w życiu trzeba odwiedzić. Tak samo jak trzeba wybrać się do Włoch by zobaczyć Toskanię, do Hiszpanii po to by zobaczyć arabskie arcydzieła w Andaluzji, czy do Norwegii po to by stanąć nad brzegiem jednego z fiordów, tak do tego malutkiego, liczącego zaledwie nieco ponad 600 tysięcy mieszkańców (czyli mniej niż chociażby liczy sobie Wrocław) kraju trzeba przyjechać by zobaczyć niezwykłą Bokę Kotorską i Kanion Tary, stanowiący najgłębszy kanion w Europie i jeden z najgłębszych na świecie obok Kanionu Colca, czy Wielkiego Kanionu Kolorado. O Tarze i jej kanionie jestem jednak zmuszony opowiedzieć kiedy indziej, z największą przyjemnością zdam Wam natomiast relację z Boki Kotorskiej i jej okolic :)
Chęć spędzenia wakacji w Czarnogórze, zakiełkowała tak na oko z 10 lat temu, gdy w pewnej księgarni zobaczyłem niewielki przewodniczek po tym kraju. Otworzyłem go w sumie od niechcenia, dostrzegając na niewielkiej kolorowej wklejce kilka zdjęć, z których pierwsze przedstawiało akurat panoramę Boki Kotorskiej i pamiętam doskonale, że zapatrzyłem się w nie na bardzo długo. Kilka stron dalej było jeszcze parę fotek z trzech kanionów: Susicy, Pivy oraz Tary i... ja po prostu wiedziałem, że muszę tam pojechać.
Minęły potem jednak pierwsze wakacje, potem drugie, piąte i tak Czarnogórę oglądałem tylko na obrazkach. Pomysł wyjazdu na Bałkany stawał się nieco bardziej odległy, choć ja nie próżnowałem - bardzo często szperałem w zakamarkach sieci i szukając jeszcze arkuszy jugosławiańskich map, upewniałem się w przekonaniu, że w tym oddalonym o 1,5 tysiąca kilometrów od Polski, kraju, czekają na mnie prawdziwe petardy turystyczne.
Gdy w tym roku dowiedziałem się, że jedziemy do Orebicia, miałem po cichu nadzieję, że może się uda choć na jeden dzień zajrzeć za chorwacką granicę, a kiedy reszta pomysł zaakceptowała, to z radości miałem aż ochotę wszystkim postawić piwo albo całą zgrzewkę ;)
nasza trasa - źródło: viamichelin.pl
W dniu wyjazdu z kempingu wyruszamy dość późno - o godzinie 9, wcześniej zawiadamiając jeszcze Igora, żeby nie pomyślał, że uciekamy nie płacąc za nocleg :P Oczywiście problemu żadnego nie było, natomiast gdy nasz gospodarz usłyszał że jedziemy do Czarnogóry, diametralnie zmienił wyraz twarzy i odburknął tylko coś w stylu przecież tam nie ma nic ciekawego. Była to jedna z próbek aktualnych stosunków między narodami bałkańskimi, jaką otrzymaliśmy i dowód na to, że rany historii leczą się wszędzie wyjątkowo długo.
Początek drogi przebiega szybko, bo znamy go już dosyć dobrze - wracamy do nasady półwyspu, do Stonu, gdzie wjeżdżamy na Jadrankę, kierując się na Dubrownik. Te okolice są już w pewnym stopniu nowością, siedzimy więc z głowami przylepionymi do szyb. Radioodtwarzacz gra, z głośników lecą same hity, począwszy od Alphaville, a skończywszy na U2 i jedziemy w nieznane - coś cudownego.
Pierwszy stop robimy kawałek przed Dubrownikiem by sfotografować archipelag Wysp Elafickich.
Bardziej oddalona część archipelagu.
Pit stop na Jadrance.
Kilkanaście minut później przejeżdżamy most wantowy na Rijece Dubrownickiej i przejeżdżamy skrajem najsłynniejszego miasta w Chorwacji - pierwotnie chcieliśmy na chwilę zatrzymać się na fotostopa, ale nie było nigdzie miejsca i miasto fotografuję wprost z Jadranki.
Jedzie się przyjemnie, ale tylko do granicy w Debelim Brjegu, gdzie utykamy na 1,5 h. Wiecie, skutki otwarcia granic w UE miało też swoje złe strony, ale ile razy opuszczam Polskę, czy to jadąc na Słowację w góry, czy nieco dalej, na południe Europy, doceniam założenia układu z Schengen. Cieszmy się, że możemy sobie bez żadnych problemów jeździć niemal wzdłuż i wszerz Europy i wykorzystujmy to, bo nie wiadomo jak długo ta bajka będzie trwać. Postój na granicy w Debelim Brjegu przypomniał wspomnienia bolesnej codzienności, którą sam naprawdę dobrze pamiętam, gdy jeszcze jeździłem na wakacje z rodzicami. Do dziś Cieszyn i czeski Mikulov kojarzą mi się głównie z godzinami spędzonymi na granicach.
No, ale mniejsza z tym :) Do Czarnogóry wjeżdżamy w rytmach Lany del Rey, której uroczy głos wypełnia wnętrze samochodu.
Jesteśmy nad słynną Boką Kotorską!

mapa Boki Kotorskiej - źródło: montenegromap.pl
Licząca 87 km kwadratowych powierzchni, przy 27 kilometrach długości i maksymalnie 7 km szerokości, Boka Kotorska, to najpewniej najbardziej znana zatoka morska Adriatyku, której nazwa pochodzi od włoskiego słowa bocca, oznaczającego usta. Wejście do zatoki znajduje się między dwoma półwyspami: należącym do Chorwacji, półwyspem Prevlaka, a półwyspem Lustica, należącym w całości do Czarnogóry. Wcinająca się stopniowo wgłąb lądu, Boka, składa się następnie z Zalewu Hercegnowskiego (Hercegnovski Zaliv), który dalej łączy się przez Cieśninę Kumborską (Kumborski Tjesnac) z pozostałą częścią zatoki, którą tworzą trzy trójkąty. Dolny, jest największy i nosi nazwę Zalewu Tiwackiego (Tivatski Zaliv), a dostęp do pozostałych dwóch (Zalew Risanski i Kotorski) zapewnia najwęższa część całej Boki Kotorskiej, czyli cieśnina Verige (prolaz Verige). Największymi miastami w obrębie Boki są: Herceg-Novi, Kotor i Tivat.
Czasem spotkać można się z tezą jakoby Boka była fiordem Adriatyku. Jest to jednak nieprawda, a samo zagranie jest czysto marketingowe, gdyż w przeciwieństwie do fiordów, Boka nie ma pochodzenia polodowcowego i reprezentuje sobą fragment wybrzeża typu riasowego.
W niczym to jednak jej nie ujmuje, a ja jestem w stanie z ręką na sercu przyznać, że Boka to jeden z najbardziej malowniczych i widowiskowych fragmentów wybrzeża całego basenu Morza Śródziemnego.
George Byron tak opisał Bokę:
W momencie powstawania naszej planety, najpiękniejsze połączenie lądu i morza przypadło wybrzeżu Czarnogóry.
Po fotostopie w miejscowości Strp, przejeżdżamy przez interesujący Risan, który jesteśmy niestety zmuszeni pominąć i wreszcie o 13 docieramy do Perastu, pierwszego celu naszej dzisiejszej podróży.
O ile Risan można olać, to niezatrzymanie się w Peraście jest już grzechem ;> Miejscowość uważana jest bowiem za perełkę Boki, ale w odróżnieniu od bliskiego Kotoru, cechuje ją spokój i małomiasteczkowość. 
PERAST
Pochodzenie nazwy Perastu związane jest z iliryjskim plemieniem Pirastów. Kim natomiast byli sami Ilirowie? Otóż był to lud pochodzenia indoeuropejskiego, zamieszkujący tereny między wschodnim Adriatykiem, a doliną środkowego Dunaju. Ilirowie, którzy w szóstym wieku p.n.e. zostali skolonizowani przez Greków, założyli niezależną federację iliryjską (Ilirię), która rozciągała się wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Morza Adriatyckiego, aż na wysokość Epiru (jedna z krain dzisiejszej Grecji).
Perast swój rozwój zawdzięcza funkcjonującej tu przez kilkaset lat stoczni. Gdy Bokę przejmowali w 1420 roku, Wenecjanie, tworząc na tych terenach tzw. Albanię Wenecką, było to niewielkie miasteczko utrzymujące się z rybołóstwa i handlu statkami. W 1482 roku, gdy część Boki Kotorskiej zajęli Turcy, miasteczko stało się punktem granicznym, co przyczyniło się do dalszego rozwoju jego znaczenia.
Wenecjanie wybudowali wtedy system umocnień na zboczach otaczających Perast, gór, skąd doskonale widoczne było wejście do zatoki poprzez cieśninę Verige i wzmocnili rolę Perastu jako ośrodka przemysłu stoczniowego. W 1624 roku, miasto najechali jednak piraci z Ulcinja, plądrując je doszczętnie i biorąc do niewoli jego mieszkańców.
Po tym wydarzeniu Perast się podniósł i wzniesione przez Wenecjan budowle z końca XVII i XVIII wieku możemy podziwiać dziś spacerując jego uliczkami.

Najcenniejszym zabytkiem miasta i symbolem dawnego Perastu, stanowiącego tętniący życiem ośrodek handlowy i przemysłowy, jest wspaniała 55-metrowa kampanila, czyli nic innego jak dzwonnica we włoskim stylu, która tym się różni od zwyczajnej dzwonnicy, że nie przylega bezpośrednio do świątyni. Żeby to dokładniej zobrazować, przypomnijcie sobie Plac Cudów (Piazza dei Miracoli) w Pizie i Krzywą Wieżę - to najsłynniejsza kampanila na świecie.
Obok tutejszej kampanili znajduje się kościół św. Mikołaja, obecnie główna świątynia miasteczka. Jeśli się przyjrzycie poniższemu zdjęciu, to bez problemu powinniście zauważyć pewną dysproporcję między kościołem, a wieżą - sama świątynia sprawia dość skromne wrażenie i niczym szczególnym się nie wyróżnia - dlaczego?
W połowie XVII wieku, gdy Perast odbudowywał swoją pozycję po pirackim napadzie, zdecydowano się postawić nową, renesansową budowlę. Prace rozpoczęto od dzwonnicy i jak to często bywa, po pewnym czasie zorientowano się, że braknie złota i budowa skończyła się na samej kampanili.
Nabrzeże w Peraście, widok na Zalew Kotorski i w oddali masyw Lovcenu.
Pamiątkowe foto na nabrzeżu w Peraście z widoczną w tle wysepką Gospa od Škrpjela, stanowiącą jedną z symboli miasteczka.
Wyspa Gospa od Škrpjela jest wyjątkowa już choćby dlatego że jest jedyną sztuczną wyspą na całym Adriatyku. Ale to nie dlatego każdego dnia przypływają ze stałego lądu na nią liczne łódki z turystami ;)
Wyjaśnienie kryje się za nazwą wysepki. Gospa od Škrpjela. Dosłownie tłumacząc na język polski, oznacza to Matka Boża ze Skały. Otóż jak powiada legenda, 22 lipca 1452 roku, podczas połowu, grupka rybaków natrafiła w okolicach dzisiejszej wysepki, na leżący na wystającej z dna morza, skale, obraz Matki Boskiej. Rybacy ów obraz przetransportowali łódką do miasteczka w celu umieszczenia go w tamtejszym kościele św. Mikołaja, ale w tajemniczych okolicznościach obraz powrócił na skałę. Po tym wydarzeniu mieszkańcy jeszcze dwukrotnie powtarzali proceder, chcąc umieścić go w bezpiecznym miejscu na stałym lądzie, ale efekt końcowy za każdym razem był taki sam. To stało się pretekstem do zbudowania świątyni w miejscu znalezienia tajemniczego obrazu, ale aby do tego doszło Peraścianie musieli usypać niewielką wyspę.
Dzisiejsza świątynia na wysepce powstała w 1630 roku i zastąpiła starszy, niewielki kościółek z XV wieku. Jej wnętrze jest bogato zdobione i widać, że stanowi ona popularny cel pielgrzymkowy - do dziś mieszkańcy w dniu 22 lipca, przepływają na wyspę, łódkami wypełnionymi po brzeg kamieniami, by wrzucić je do morza.
Z Perastem i istniejącą tu dawniej akademią morską, związana jest jeszcze jedna ciekawostka - wyobraźcie sobie że car Piotr Wielki wysyłał tu swoich bojarów by mogli się dokształcać, a jednym z nich był nawet brat przyszłej carycy Katarzyny. No, a jeżeli carska Rosja wysyłała tu swoich ludzi, to znaczy że tutejsza akademia musiała być naprawdę prestiżowa :P
Selfik w Peraście na pamiątkę ;p
Z Perastu jedziemy wzdłuż Zalewu Kotorskiego przez Dobrotę do najbardziej znanego ośrodka miejskiego w rejonie Boki - 25-tysięcznego Kotoru.
KOTOR
Historia miasta jest bardzo burzliwa, a początki osadnictwa na tym obszarze są do dziś nie do końca wyjaśnione - czytaj: różne źródła różnie podają. Najczęściej przyjmuje się, że miasto zostało założone przez Greków (choć najprawdopodobniej przed nimi pojawili się tam Ilirowie) ponad 2 tysiące lat temu pod nazwą Dekatera, pochodzącą od greckiego słowa Katareo, oznaczającego gorący, rozgrzany. Podczas panowania Rzymian, którzy tereny Boki Kotorskiej, należącej wtedy do Ilirii, podbili w wyniku dwóch wojen iliryjskich w 229, a następnie w 219 roku p.n.e., miasto nosiło nazwo Acruvium i leżało na terenie rzymskiej prowincji, zwanej Illyricum. Jak wiadomo, dominacja Rzymu trwała do spektakularnej klęski w 476 roku n.e. i na początku średniowiecza Kotor trafił na przeszło siedem stuleci w ręce Bizancjum, przyjmując nową nazwę Dekaderon. W 1185 roku, Stefan Nemanicz na skutek gorących perturbacji  na Bałkanach, zbuntował się przeciwko zwierzchnictwu Bizancjum i podbił we współpracy z węgierskim królem Belą III, między innymi Kotor, włączając je na kolejne 200 lat do Królestwa Serbii. Po upadku państwa Nemaniczów, nastąpiły dwa epizody z udziałem Kotoru - normalnie bym o nich nie pisał, ale to taka anegdotka ;] Jaka? Już wyjaśniam - od 1371 roku, panowanie nad tymi terenami sprawował Ludwik I Wielki, czyli nikt inny jak nasz Ludwik Węgierski - i mało tego, Kotor przyłączył do Węgier dokładnie wtedy, gdy panował zarówno na tronie węgierskim jak i polskim. Coś tam więc wspólnego, odrobinkę, odrobineczkę, mamy ;P
Drugi z epizodów (związek z Węgrami trwał tylko 13 lat), nastąpił pod koniec XIV wieku, kiedy to Kotor stał się stolicą Republiki Kotorskiej, która jednak w wyniku zagrożenia ze strony Turków, trafiła w 1420 roku w ręce Wenecjan. Te czasy na kartach historii zapisały się na wskroś dobrze - miasto (zwane wtedy Cattaro) nigdy nie zostało zdobyte przez Osmanów, a w architekturze do dziś zachowało się sporo pamiątek z czasów weneckich. Można rzec, złoty okres, gdyby nie liczne trzęsienia ziemi, które je wtedy nawiedzały.
Po upadku Republiki Weneckiej w 1797 roku, miasto przejęli Habsburgowie, rozpoczynając kolejny rozdział burzliwej historii. Na przestrzeni zaledwie kilku lat, stacjonowały tu wojska francuskie, potem rosyjskie, znów francuskie. Po Kongresie Paryskim w 1815 roku Kotor przypadł Cesarstwu Austriackiemu, a następnie Austrio-Węgrom, które aż do początku I wojny światowej, miały tu swoją bazę marynarki wojennej.
Czasy powojenne, Jugosławia i te sprawy są jako tako myślę wszystkim znane, więc nie będę ich przytaczał, niemniej jednak patrząc na historię Kotoru - trzeba przyznać, że działo się tam naprawdę wiele...
W Kotorze jak to w typowym mieście na Bałkanach - przywitał nas ryk klaksonów, głośne krzyki kierowców i widok poobijanych samochodów, często zaparkowanych w najdziwniejszych pozach - przyjeżdżając do Czarnogóry, uświadomiłem sobie, że jednak sąsiednia Chorwacja to już jednak inny świat, inny klimat. Tam społeczeństwo nieco się zmieniło i wprawdzie wciąż Chorwaci to typowi południowcy, jednak brakuje już im tego orientalnego charakteru, tej nutki szaleństwa, która powoduje że przemierzając Bałkany otwieramy oczy ze zdumienia, bacznie przyglądając się codziennemu zachowaniu miejscowych.
Parking znajdujemy nieopodal murów miejskich - oczywiście płatny, ale to chyba najlepsze miejsce do pozostawienia samochodu. Gdy tylko zbliżamy się do centrum, wybałuszamy oczy, widząc Titanica dzisiejszych czasów, sprawiającego wrażenie jakby najechał na miasto.
Ów titanikiem, okazała się Queen Victoria, należąca do słynnej firmy Cunard Line, będącej efektem połączenia dwóch znanych brytyjskich operatorów - Cunard i White Star Line. Ta ostatnia, była właścicielem najsłynniejszego transantlantyka w historii...
MS Queen Victoria może pomieścić 2014 pasażerów i 900 członków załogi. Na 12 pokładach pasażerskich przygotowano 1007 kabin, oczywiście o różnych stopniach wyposażenia ;)
Tak z ciekawostek wynotowałem sobie jeszcze, że maksymalna prędkość wynosi niecałe 24 węzły czyli 44 km/h, a koszt wakacyjnej, tygodniowej wycieczki po Morzu Śródziemnym oscyluje w okolicach tysiąca funtów na osobę w przypadku kabiny z balkonem.
Mniejsza jednak z tym, schodzimy z nieba, a raczej z pokładu, na ziemię, aby trochę poszaleć po mieście ;P Zaczynamy od bardzo oryginalnej ławeczki ustawionej przed główną bramą miasta :P
Stare Miasto w Kotorze jest gwarne i pełne turystów z najdalszych zakamarków naszego globu, niemniej jednak wciąż nie jest to jednak Dubrownik i poza kilkoma głównymi placami, da się pospacerować w jako takiej ciszy.
Błądzenie po wąskich uliczkach Kotoru jest bardzo przyjemne i na zdeptanie większej części starówki, zajrzenie na mury miejskie oraz do katedry, potrzebne są mniej więcej dwie godziny. My naturalnie nie mogliśmy tyle spacerować, z uwagi na kolejne atrakcje i konieczność zdążenia na zachód słońca ;] więc aby poczuć atmosferę miasta, zdecydowaliśmy się zjeść tam posiłek. Tu taka informacja, o której piszę jeszcze na końcu całego posta - Kotor jest (a przynajmniej był :P) nieporównywalnie tańszy niż Orebić, zwłaszcza jeśli przyjmiemy, że jest znaczącym ośrodkiem turystycznym w przeciwieństwie do niewielkiej mieścinki leżącej na krańcu Peljesaca.
Jeden z malowniczych placyków w mieście.
Zaułki Kotoru i lokalny handel.
Trudno nie wspomnieć oczywiście o najbardziej wyróżniającej się w krajobrazie miasta, budowli...
Wybudowana w 1166 roku kotorska katedra pw. św. Tryfona, patrona miasta, w 2016 roku obchodzi 850-lecie swojego istnienia. To trzynawowa bazylika o równie zawiłej historii co historia samego Kotoru, która wielokrotnie była przebudowywana i kilkakrotnie niszczona na skutek trzęsień ziemi. Mieliśmy wejść do środka, ale mieliśmy już ograniczoną ilość euro i stwierdziliśmy że innym razem.
DROGA R1 KOTOR-CETINJE
Jednak największą atrakcją Kotoru jest dla nas nie stare miasto, ale zaczynająca się na jego obrzeżach, droga, łącząca miasto z dawną stolicą kraju, Cetinje. Jest to jedna z najbardziej malowniczych i zarazem najtrudniejszych dróg w całej Europie, przy której nawet rumuńska Szosa Transfogaraska, to prawdziwa autostrada - obie wprawdzie przyprawiają o zawrót głowy od samego wpatrywania się w mapę, ale to właśnie szosa leżąca w Czarnogórze na zdecydowanej większości trasy jest na tyle wąska, że oprócz jazdy na krawędzi przepaści, często wzbogaconej o prowizoryczne zabezpieczenia, mamy do czynienia z szerokością drogi pozwalającą na swobodny przejazd tylko jednego samochodu. W związku z tym, pamiętajcie o emocjonujących mijankach jakie mogą się zdarzyć i licznych manewrach jakie każdy kierowca musi tam wykonać ;P Niemniej jednak, całość stanowi fenomenalną atrakcję i spieszcie się, ponieważ Czarnogórcy przebudowują miejscami drogę - ma być szersza, bezpieczniejsza, ale i co za tym idzie - nie tak malownicza jak teraz.
Wskazówka techniczna -> aby dotrzeć w miejsce, w którym rozpoczyna się droga. należy obok stacji Vuk Petrol, skręcić w drogę R22 (łączącą Kotor z obrzeżami Tivatu), a następnie kilka kilometrów za miastem, we wsi Trojica znajduje się krzyżówka, przy której rozpoczyna się już opisywana szosa.
Tu: Lotnisko Tivat i Zalew Tiwacki.
Górna część Boki i jej otoczenie, w dole Kotor i Dobrota.
Atrakcje na opisywanej szosie ;] PS Po powrocie z Czarnogóry przyda się Waszemu wehikułowi prysznic - gwarantuję Wam, że od tamtejszych wapieni, szyby i karoseria pokryje się drobnym pyłem :D 
Jedna z mijanek na trasie...
 Jak w wariografie... :P
A za oknem...
Najlepszym miejscem na podziwianie Boki Kotorskiej jest tak zwany Bar Panorama, przy czym, nie jest to żaden bar, a przyczepa z lokalną rakiją i winami :P Jednakowoż, to co możemy stamtąd zobaczyć, to jest naprawdę sztos.
Widok aż po Chorwację ;]
Ta strona mi się otworzyła jako pierwsza, gdy oglądałem przewodnik po raz pierwszy 8 lat temu ;]
Powyżej baru panorama, droga oddala nieco się od przepaści i Kotoru już nie widać...
Finisz samochodowej wspinaczki znajduje się na przełęcz Krstac (926 m.n.p.m.) położonej w paśmie Lovcenu. W okolicy znajdują się dwie restauracje - jedna, zwana Nevjasta Jadranu, znajduje się nieco poniżej siodła, ale posiada tarasowy widok na Bokę Kotorską, druga natomiast, została otwarta nieco wyżej, na skraju wsi zwanej Njeguši. Na przełęczy zaczyna się również droga prowadząca na Jezerski Vrh zahaczająca o kolejne, fenomenalne miejsce widokowe - ponoć najlepsze do podziwiania Boki - my o tym nie wiedzieliśmy i pojechaliśmy na około przez Cetinje ;/ Ale nie jest to też powód do narzekań, gdyż widokowo kolejna część drogi (z przełęczy do Cetinje) nie jest wiele gorsza, mało tego, momentami jęczeliśmy z zachwytu w samochodzie, doprowadzając do szału Mosia, który prowadził :D
Do Cetinje dojeżdżamy o 18 i lecimy na krótkie zwiedzanie miasta, które aż do 1918 roku było stolicą Czarnogóry. 
Jak się okazało, byliśmy za późno, bo to co w Cetynii (taka jest polska nazwa miasta) jest interesujące, było już pozamykane. I żałuję, bo zwłaszcza słynny Monaster Cetyński mnie wielce interesował.
Zakamarki starej części Cetinje...
W zasadzie wszystko co ciekawe w Cetynii, zgromadzone jest w promieniu kilkuset metrów od głównego placu miasta - Dvorskiego Trgu. Znajdziemy tam między innymi wspominany monaster jak i Bilardówkę, czyli rezydencję rodu Niegoszów - ostatniej dynastii władającej Czarnogórą.
Rezydencja króla Mikołaja I - również z dynastii Niegoszów.
Otoczenie głównego placu miasta - Dvorskiego Trgu...
Dvorski Trg jest atrakcyjnym miejscem do wypicia kawki czy zjedzenia czegoś dobrego - przed wyjazdem w dalszą drogę, decydujemy się jeszcze wypić coś - ja zamawiam prawdziwe, bałkańskie frappe :3
ZACHÓD SŁOŃCA NA JEZERSKIM VRHU 
(GÓRY LOVCEN)
Tak jak już kilkakrotnie wspominałem, Cetynię od Kotoru oddziela wysokie pasmo Lovcenu, którego najwyższy szczyt, wznosi się na wysokość niespełna 1750 m.n.p.m. Góry te charakteryzują się bardzo specyficznymi warunkami atmosferycznymi i przez to są nieco bardziej bliższe nam, niż na przykład Biokovo, o którym Wam mówiłem przy okazji wędrówki na Sveti Iliję. Nie ma tam wyłącznie makii śródziemnomorskiej, natomiast są drzewa liściaste, poprzeplatane z drzewami iglastymi, które tworzą krajobraz nieco nietypowy dla tych szerokości geograficznych. Gdy do tego dodamy bogatą siatkę szlaków pieszych, można uznać Lovcen za atrakcyjny cel kilkudniowego wypoczynku.
mapa pogląda PN Lovcen - źródło: adriatravel.me
Aby dostać się na Jezerski Vrh, musimy wrócić się kawałek drogą, którą przyjechaliśmy z Kotoru i odbić na wieś Ivanova Korita. Droga asfaltowa wiedzie pod sam szczyt, gdzie znajduje się parking (bezpłatny).
Jeśli natomiast chodzi o widoki jakie dostajemy w zamian - są one nieziemskie. Naprawdę jeśli chodzi o ich rozległość, o obszar jaki możemy zobaczyć, to nie sposób się dziwić królom czarnogórskim, że to Góry Lovcen uważa się za jedną z kolebek czarnogórskiej państwowości - po prostu władcy mieli cały swój kraj w zasięgu wzroku. Nawet przy naszej, kiepskiej widoczności, widok ze szczytu robił takie wrażenie, że spokojnie mógłby rywalizować z Triglavem w Alpach Julijskich. Oprócz najdalszych zakątków Czarnogóry, czyli pasm Durmitoru i Komovi, widać fragmenty Chorwacji, Bośni i Hercegowiny, Albanii, a nawet Macedonii. Całość tego widoku potrafi działać narkotyzująco.
Tu - Prokletije widoczne z Jezerskiego Vrhu i widoczna nieco bliżej Podgorica - obecna stolica państwa.
Mauzoleum Niegoszów na szczycie.
Mieliśmy przeogromnego farta, bo na szczycie pojawiliśmy się niemal w momencie, gdy słońce chowało się już za pobliski masyw Štirovnika, najwyższego w całym paśmie Lovcenu (1748 m.n.p.m.).
Mosiu wygląda Albanii...
Góry, góry, po horyzont góry...
Mieliśmy sporo szczęścia, bo parę minut po naszym przyjeździe, znajdujące się tu mauzoleum Niegoszów, zostało zamknięte i ochroniarz zmuszony był nas stamtąd wygonić. Udało się go jednak namówić, by strzelił nam taką fotkę ;)
Ochroniarz pokrzykiwał żebyśmy się pospieszyli, a ja szybko nastawiwszy wszystko trzeba wcisnąłem Mosiowi do ręki aparat z prośbą by ten szybko zrobił jeszcze jedną pamiątkową fotkę. I mimo presji czasu wszystko wyszło jak należy! :) Dzięks Mosiu ;]
Ostatnie promienie słońca...
I zmierzch nad Jeziorem Szkoderskim - największym jeziorem Bałkanów. To kolejna z perełek Czarnogóry ;) Gdy do tego dodamy jeszcze leżące nieco dalej pasma górskie - Durmitor, Komovi, Biogradska Gora czy graniczne Prokletije i rozciągające się na ich obrzeżach wspaniałe kaniony - przede wszystkim Tary, ale też Susicy, Pivy i Moraczy, serce rwie się by pojechać tam znów ;>>
W oddali Rumija (1593 m.n.p.m.). Za nią rozciąga się już pogranicze czarnogórsko-albańskie.
Z Jezerskiego Vrhu wracamy już do Orebicia - ale nie bezpośrednio. Na obrzeżach Cetynii stajemy widząc domową rakiję. Moś chciał kupić dla rodziców i dla brata, ale ponieważ my nie mogliśmy pić, to degustacja przypadła Ali :D :D
Zresztą jak się kilka dni później okazało że z dwóch flaszek, do Polski przyjechała tylko jedna, bo druga zniknęła jeszcze przed naszym wyjazdem z Chorwacji ;]
Kierując się już w kierunku domu, jedziemy po drodze przez Budwę (która dziś rozrosła się do stopnia Saint-Tropez) i w okolicy dziesiątej wieczorem utykamy na ponad dwie godziny na granicy czarnogórsko-chorwackiej. To był koszmar tak wielki, że skończyły nam się pomysły na wiązanki - naprawdę zaciskaliśmy z wściekłości usta.
Do Orebicia przyjechaliśmy przed trzecią w nocy ledwo żywi i kolejnego dnia spaliśmy do popołudnia. I choć cała wycieczka kosztowała nas sporo sił, to była bardzo udana. A Czarnogórę bardzo polecam - jest śliczna.
WARTO ZAPAMIĘTAĆ
- Czarnogóra nie jest w Unii Europejskiej, pomimo że środkiem płatniczym jest euro. Warto o tym pamiętać i nie korzystać na przykład z internetu poza strefami wi-fi. Mnie ten błąd dużo $ kosztował :D
- Ponieważ wyjeżdżamy poza UE, pamiętajcie o zabraniu paszportów. Trzeba mieć również zieloną kartę.
- Czarnogóra (a przynajmniej Boka Kotorska) jest tańsza niż Chorwacja. W Peraście pełne danie - kalmary z grilla z frytkami kosztowały 8-9 euro, czyli około 40 złotych, natomiast w Orebiciu to samo danie kosztowało 80-100 kun, czyli 45-55 zł. Podobnie wygląda sprawa z benzyną - jej cena w Czarnogórze jest niższa niż w Chorwacji i podobna do tej w Polsce.
W miejscowości Kamenari, leżącej nad Cieśniną Verige, funkcjonuje prom, który pozwala skrócić wyraźnie drogę z Herceg-Novi do Tivatu i dalej w kierunku Budwy. Jeśli zależy więc nam na szybkim przejechaniu przez Bokę i ominięciu Perastu i Kotoru, warto o tym pomyśleć -> cennik
- Wjazd na teren PN Lovcen jest płatny i stosowną opłatę w wysokości 2 euro pobiera strażnik przy wjeździe na teren parku.
PRZYDATNE STRONY
http://www.discover-montenegro.com
http://www.visit-montenegro.com