Wakacje z trollami cz. I - Droga do Oddy

Tegoroczny wyjazd do Norwegii, zdawał się być lepiej zaplanowany niż poprzedni, bowiem mieliśmy już liczne doświadczenia z wyjazdu nad Lysefjord, ale jak zdążyłem Wam napisać po powrocie do Polski, w jednym z postów na facebooku, czasem tak jest, że gdy natura zechce pokazać swój pazur, to nawet pozornie dobrze wyposażony turysta, może wpaść w opały. Tak więc, tytułem wstępu, zdradzam już teraz, że choć od strony logistycznej i technicznej wyjazd był lepiej przygotowany, to i tak skończyło się na wielu przygodach, z których na szczęście udało się wyjść w jednym, nieuszkodzonym, kawałku ;>
Nie zaczynam tym razem od osobnego posta dotyczącego przygotowań do wyjazdu, podstawowe informacje znajdziecie w prologu z naszego pierwszego wyjazdu do Norwegii -> Norwegia 2015 - prolog, natomiast szerszy post o aspektach czysto technicznych wycieczki na Trolltungę, skrobnę na samym końcu ;]
Tymczasem przenosimy się już do sierpnia br., gdy dwa dni po przyjeździe z Chorwacji, po odespaniu męczącej wielce, nocnej podróży z Orebicia do Gliwic, musiałem przepakowywać się z torby podróżnej do plecaka i jechać do Krakowa, gdzie spotkałem się z Bartkiem, tym samym z którym byłem w Norwegii rok wcześniej, i z którym nad fiordy wybierałem się ponownie.
DZIEŃ I
Dzień wyjazdu zaczął się baaaardzo wcześnie, bo kilka minut po czwartej. Z racji tego, że nasz wylot miał miejsce z gdańskiego Rębiechowa, musieliśmy się jeszcze przedostać z rana z Małopolski na Pomorze. Dlatego o piątej jechaliśmy na krakowski dworzec, tak by z pomocą naszego wspaniałego, "dziobaka", czy mówiąc po prostu pendolino, w ciągu 6 godzin pojawić się nad Zatoką Gdańską.
Ta część podróży przebiegła w miarę spokojnie, poza incydentem z jakimś naburmuszonym warszawiakiem, narzekającym na wszystko na co można narzekać. Facet głośno zastanawiał się, dlaczego we "Francyji, TeŻeWe jeździ 320 km/h, a w Polszy, pendolino ledwie 200 km/h miejscami na CMK osiąga". Zastanawiał się też czemu kawa be i czemu fotel be. Zaserwował nam jeszcze kilka swoich opinii, ale na szczęście obaj mieliśmy słuchawki i mogliśmy wyrwać się z malkontenctwa siedzącego za nami pasażera.
Po przyjeździe do Gdańska zostawiliśmy bagaże w przechowalni na dworcu i korzystając z chwili wolnego czasu, poszliśmy na gdańską starówkę. 
Osobiście miasto to bardzo lubię i uważam je nie tylko za polskie TOP3 pod względem atrakcji turystycznych, ale również za mnogość ciekawych inwestycji, które realizuje.
A Mariacką lubię chyba nawet bardziej niż Floriańską ;)
Ponieważ lot mamy przed 15, to po 13 jedziemy już SKMką z dworca głównego do Wrzeszcza, gdzie przesiadamy się do zapociągu w formie autobusu miejskiego, który kursował z racji tegorocznego zamknięcia linii Pomorskiej Kolei Metropolitarnej.
W przeciwieństwie do zeszłego roku, tym razem wszyscy polecieli :P ale nie obyło się bez problemów :D Lecieliśmy oczywiście bez bagażu rejestrowanego, mieliśmy jeden bagaż podręczny powiększony (którym był +/- 50 litrowy mój plecak) i jeden bagaż podręczny Bartka, który musiał się zmieścić pod siedzenie ;p Siłą rzeczy, do mojego plecaka było podopinanych pełno różnych szpargałów, obaj mieliśmy także na sobie po kilka warstw ubrań, a w kieszeniach kurtek poupychaliśmy kanapki. Wyglądało to oczywiście śmiesznie, ale kto by się tam przejmował. Problem powstał przy odprawie pokładowej, bo babeczka przyczepiła się do plecaka (który zresztą przekraczał dozwolone wymiary i oczywiście o tym wiedziałem :D). Gdy poproszono mnie żebym włożył plecak do wizzairowskiego pojemnika w celu sprawdzenia czy wielkość bagażu przekracza normę, na oko było wiadomo, że nie wejdzie. Ale wiedziałem, że łatwo się nie poddam i wraz z nieocenioną pomocą Bartka, robiąc prawdziwe show dla odprawiającego się obok tłumu, próbowaliśmy na wszelkie sposoby wepchnąć plecak. Coś tam znów włożyliśmy do kieszeni, coś udało się jeszcze przełożyć, by na końcu poczuć się jak u Brzechwy, z tymże zamiast ciągnąć za rzepkę, my ów rzepkę dociskaliśmy.
Nie wiem jak my to zrobiliśmy i Bartek też nie wie do dziś, ale wepchnęliśmy ten plecak, czując się przy tym jak po walce na ringu. Niemniej jednak satysfakcja wynikająca z sukcesu była ogromna ;) Team-building jak się patrzy :D
Potem w samolocie ziomek, który z nami siedział, gratulował nam, bo jak sam stwierdził - nie wierzył w powodzenie naszej akcji :D
 Przez niemal całą podróż drzemaliśmy. Pobudka nastąpiła już w norweskiej przestrzeni powietrznej.
Lot przebiegł rutynowo i w Haugesund wylądowaliśmy o godzinie 16.45.
Powyższe trzy zdjęcia pochodzą z materiałów Bartka
Pierwszym naszym celem po przylocie do Haugesund było leżące przy wylocie drogi krajowej E134 w kierunku Oslo, centrum handlowe Amanda. Znajduje się tam Jula czyli market z rodzaju DIY, który gwarantuje możliwość zakupienia niezbędnego kartusza gazowego. Wprawdzie rok wcześniej spędziliśmy pięć dni będąc pozbawionym możliwości ugotowania czegoś ciepłego i przeżyliśmy, to jednak drugi raz nie miałem ochoty testować własnego organizmu :P Dlatego pierwsze co zrobiłem po kupnie biletów, to sprawdziłem dostępność sklepów, gdzie można zaopatrzyć się w gaz i upewniając się, iż w Juli takowy kartusz dostaniemy, udaliśmy się tam zaraz po przylocie.
I mieliśmy bardzo duże szczęście - po zaledwie kilku minutach stania na poboczu przy wyjeździe z lotniska, zatrzymała się sympatyczna babeczka, która słysząc jakie mamy plany zdecydowała się nadłożyć drogi, by podwieźć nas do samego centrum handlowego. Nauczycielkę z Haugesund, oczywiście z tego miejsca gorąco pozdrawiamy! :)
Zakup kartusza gazowego to koszt 50 NOK (ok. 25 zł) - sytuacja wygląda podobnie jak w Polsce. Oprócz gazu, kupujemy również zestaw zapalniczek i zadowoleni jak nie wiem co wychodzimy ze sklepu. Będzie wieczorem zupka chińska! :D
Bartek piał z zachwytu, że wszystko się udało tak szybko załatwić, bo w Haugesund wylądowaliśmy przed czasem, stopa z lotniska też szybko złapaliśmy i w sklepie też nam dużo czasu nie zeszło, ale dzień pochwalił przed zachodem słońca.
Naszym planem na końcówkę dnia, była jak najdalsza ucieczka z Haugesund. Ja po cichu liczyłem, że może uda nam się dojechać aż w pobliże Oddy, bo z Haugesund na wschód wybiega tylko jedna droga - wspomniana E134 do Oslo. W razie braku powodzenia, liczyłem że uda nam się dostać chociaż w pobliże wodospadu Langfossen. 
Ale okolica centrum handlowego Amanda to średnie miejsce na łapanie stopa, bo trudno powiedzieć gdzie najlepiej stać, by być najlepiej widocznym. Spędziliśmy 1,5 h przy wyjeździe ze stacji benzynowej, nie udało się, a ponieważ zaczął zbliżać się zachód (a nie w smak było nam spać na obrzeżach miasta), zdecydowaliśmy się poświęcić trochę NOKów i wydostać się z miasta autobusem. Tak, może to brzmi jak profanacja hitchhikingu, ale byliśmy nieco zmęczeni i zależało nam na jak najszybszym rozłożeniu namiotu i rzuceniu się w objęcia Morfeusza.
Z autobusem mieliśmy farta, bo trafiliśmy na wieczorny kurs do miejscowości Ølen, leżącej kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Haugesund, który zresztą nie kosztował nas wcale tak dużo - zapłaciliśmy po 45 NOK za bilet. 
Z okien autobusu mogliśmy obserwować krajobrazu Haugalandu. Ta część Norwegii jest łagodna i przypomina miejscami krajobraz polskich pojezierzy.
***
Oczywiście te góry na horyzoncie to już nieco inna inkszość ;)
O 20.30 autobus dowiózł nas do liczącej niewiele ponad tysiąc mieszkańców, miejscowości Ølen, będącej siedzibą gminy Vindafjord. Byliśmy jedynymi pasażerami wysiadającymi, nie licząc jednego Polaka, pracującego w tutejszej stoczni.
Tak na marginesie, Haugaland jest licznie zamieszkany przez Polonię.
Wyszukaliśmy odpowiednie miejsce na skraju wsi w pobliżu potoku i gdy zapadał już zmrok, rozłożyliśmy namiot. Nie gotowaliśmy nawet wody - tak byliśmy zmęczeni. Zjedliśmy tylko jakieś kabanosy, kanapki które pozostały i poszliśmy spać.
DZIEŃ II
Nazajutrz obudziła nas przenikliwa wilgoć, która pojawiła się w wewnątrz namiotu. Zegarek wskazywał dość wczesną porę, ale dzień miał być równie długi i pełen wrażeń, jak poprzedni, więc chcąc, nie chcąc, trzeba było wygrzebać się ze śpiworów.  Ponieważ zauważyłem, że brakuje wody, założyłem na siebie buty oraz kurtkę i zabierając po drodze butelki, ruszyłem do jakiegoś punktu poboru wody ;P
Aby znaleźć dogodne miejsce do zejścia po wodę, jak się okazało, musiałem przejść kilkadziesiąt metrów w górę rzeki. Gdy już jednak takowe wyszukałem, to z największą przyjemnością oddałem się orzeźwiającej kąpieli (która jednak ograniczała się do umycia twarzy i nóg z uwagi na przebiegającą obok ścieżkę rowerową i osiedle ;P
Norweski potoczek :)
Po zjedzeniu, spakowaniu się i posprzątaniu po sobie, wracamy z powrotem do miasteczka.
W Ølen niezłym miejscem do łapania stopa była niewielka zatoczka przy wyjeździe z centrum miasteczka, tuż przed miejscowym urzędem gminy. Zanim jednak wyciągnęliśmy kciuki, to na ławce przed nieistniejącym sklepem, zostawiłem Bartka z manelami by samemu pójść jeszcze do niedalekiego sklepu, po łyżki i jakieś plastikowe kubki ;)  
Na miejscu, wbrew moim obawom i wyobrażeniom, że w tej dosyć niewielkiej miejscowości, może być problem aby nabyć choćby plastikowe sztućce, doznałem pozytywnego zaskoczenia - regał z przyborami kuchennymi był dosyć szeroki, a producentów było co najmniej kilka. No, ale nie mogło być różowo i oczywiście najtańsze widelce i łyżki były tak zapakowane, że trudno było jednoznacznie stwierdzić czy to widelec, czy łyżka, a norweska nazwa (jakżeby inaczej ;P) nic mi nie mówiła. Zmuszony więc byłem upewnić się u obsługi sklepu czy łyżki to rzeczywiście łyżki :P
Czekając w kolejce do kasy, byłem jeszcze świadkiem sceny, w której jakiś Azjata, dyktował kasjerce dane do faktury :D Oczywiście Norweżka miała problemy z ich wpisaniem, a facet średnio umiał porozumieć się z nią po angielsku i muszę Wam powiedzieć, że dawno nie byłem obserwowałem tak zabawnej wymiany zdań :P 
Oprócz łyżek i kubków, wziąłem też jakieś drożdżówki z jabłkiem i cynamonem, korzystając z faktu, że nie wiadomo, kiedy nam coś takiego przyjdzie potem zjeść ;P
Po powrocie do Bartka, spakowałem rzeczy i zaczęliśmy łapanie stopa aby przemieścić się wgłąb norweskiego lądu.
Dziwnym trafem wyraźnie nam jednak nie szło i zacząłem się zastanawiać co jest tego przyczyną. Oczywiście jedną z przyczyn niepowodzenia był brak jakieś atrakcyjnej panny z plecakiem, której widok ruszyłby być może sumienie jednego bądź drugiego Norwega. Niemniej jednak, no cóż tym razem jakoś trzeba było się z tym pogodzić, a my musieliśmy innym sposobem zachęcić kierowców do zatrzymania się. W końcu pomyślałem, że może jesteśmy zbyt zachłanni, liczymy że ktoś nas podwiezie 100 km, a zamiast tego powinniśmy spróbować dostać się do Oddy mniejszymi kroczkami. Szybki rzut oka na mapę pozwolił stwierdzić, że najbliższą większą miejscowością na drodze w kierunku Oslo (i Oddy) jest nieduże Etne, leżące jakieś 15-20 km wgłąb lądu. Namówiłem Bartka by poświęcić trochę naszego kartonu (przywiezionego jeszcze z żabki w Gdańsku, hyhy) i próbować łapać okazję na Etne.
I rzeczywiście poskutkowało. Pierwszy samochód po zmianie tabliczek się zatrzymał i do środka zaprosił nas Norweg w średnim wieku, który wracał z Ølen do Etne z zakupami ;>
Po podwózce do Etne, zadowoleni z efektu zmiany naszej taktyki, zdecydowaliśmy się przyczepić karton do plecaka Bartka i ruszyć skrajem pobocza w poszukiwaniu dobrego miejsca na łapanie stopa. Wyszliśmy zupełnie poza teren zabudowany i w pewnym momencie dostrzegliśmy jak wymijający nas wcześniej samochód, włącza kierunkowskaz i zatrzymuje się na poboczu! Migusiem złapaliśmy dostawczaka wyposażonego w sporą pakę i po wrzuceniu tam plecaków, weszliśmy do środka, poznając przesympatycznego ziomka, który nie tylko postanowił dla nas nadłożyć drogi, jadąc poza swoje miejsce docelowe, ale także zachować się niczym prawdziwy pilot wycieczek, organizując nam fotostopy :)  
Za Etne, droga przybliżyła nas wpierw do jeziora Stordalsvatnet, a następnie w okolice Akrafiordu. Musicie wiedzieć, że jeszcze kilkanaście lat temu, szosa którą jechaliśmy nie istaniała i jedyne połączenie Haugesund z Oslo, wiodło starą drogą, gwarantującą karkołomną przejażdżkę. Od kilkunastu lat, droga E134 ma nieco inny przebieg i na odcinku obok Akrafiordu poprowadzono ją tunelami. Z punktu widzenia turystycznego, straciła więc na wartości.
Stara szosa jednak pozostała na swoim miejscu i jeśli będziecie mieć trochę czasu, zachęcam abyście wybrali przejażdżkę właśnie odcinkiem dawnej drogi, poprowadzonej fantastycznie kilkaset metrów ponad sąsiednim Akrafiordem. Jeśli się zdecydujecie, to podpowiem Wam, że zaczyna się ona w miejscowości Kyrping.
Zresztą atrakcje krajobrazowe nie są jedynymi, które na starej drodze mogą nas spotkać. Czasem trafiają się takie ciekawe obrazki - jak ten poniżej ;)
Jadąc nieco pozostawioną samej sobie, szosą, nasz wspaniały przewodnik opowiada nam o okolicy. Cóż mogę Wam z tego przekazać? Po naszej lewej stronie rozciągał się Akrafiord (norw. Akrafjorden), który cechuje się znaczną głębokością (ponad 650 metrów). Różnica wysokości między otaczającymi go, górami, a taflą wody jest zatem mniejsza niż różnica między taflą, a dnem fiordu.
Oczywiście trzeba podchodzić do tego z chłodną głową, bo stosunkowo niskie są tylko góry, które leżą bezpośrednio nad fiordem. Te położone nieco bardziej w głąb lądu przekraczają momentami nawet 1000 m.n.p.m.
To co mnie osobiście ujmuje w Norwegii, to fakt że tam nie ma dysproporcji, brak jest architektonicznego faux pas. Wszystko się ze sobą harmonijnie łączy - domy są generalnie podobne do siebie, nie ma tam architektonicznej chały, jaką reprezentują sobą czasem dziwaczne domostwa w Polsce, które bardzo często przez swój absurdalny charakter, zupełnie nie pasują do otoczenia i wyposażone w jakieś kolumienki z fikuśnymi kapitelami, bądź jakieś wieżyczki, kłują w oczy. Nie spotkamy się z taką sytuacją jaka zachodzi na przykład w Karpaczu, gdzie pozwolono na wybudowanie hotelu, który jest istną bombą atomową dla tkanki miejskiej. Nie mówiąc już o Zakopanem, będącym dla mnie koronnym przykładem braku pomysłu na koncepcję urbanistyczną. I w tych moich gorzkich słowach bynajmniej nie chodzi o marudzenie i wyszydzanie na siłę, takie jakie reprezentował sobą ów Polak spotkany w pendolino, lecz o krytykę wobec absurdów, braku dobrego pomysłu, nie wykorzystywania szans i robienia wielu rzeczy na łapu-capu. Idźmy dalej. Przystanki autobusowe w Norwegii mają dach porośnięty trawą. Nie wszędzie oczywiście, ale w dużej większości. Ekrany akustyczne są drewniane, schludne, wkomponowane w krajobraz. W Nadwiślańskim Kraju to zupełnie nie funkcjonuje, do niedawna mieliśmy za to dziwaczną manię budowania ekranów ponad miarę, których estetyka jest w zdecydowanej większości mocno dyskusyjna. Dziwnym trafem w Norwegii nawet droga, która poprowadzona jest ledwie kilka metrów od wodospadu (czego przykłady zaraz zobaczycie), wkomponowuje się w krajobraz.
Droga pośrodku norweskiej pustki i przystanek w norweskim wydaniu ;)
Największa z przygotowanych na dziś atrakcji dopiero jednak przed nami. Droga z Haugesund do Oslo mija ją o włos, co sprawia, że otwierając okno i wysuwając rękę, można niemal dotknąć spadającej z hukiem wody ;>
Langfossen, to jeden z najwyższych wodospadów w Norwegii (612 metrów wysokości) i jeden z najbardziej spektakularnych, z uwagi na znaczny przepływ wody. Jak to w przypadku tak dużych wodospadów - polecam go zobaczyć nie tylko z bliska, tzn. z parkingu pod wodospadem lecz również z nieco dalszej perspektywy.
Nasz kochany Norweg, który z takim zaangażowaniem pokazywał nam okolice, wysadził nas w... no właśnie trudno stwierdzić gdzie. Pośrodku niczego - bo tak można było najlepiej określić miejsce w którym znajdowało się skrzyżowanie starej drogi, z obecnie istniejącą arterią łączącą Haugesund i Oslo. Jedynym charakterystycznym punktem w tym miejscu był przystanek autobusowy i jeden dom. Wokół tylko góry, góry i góry - i nawet nowoczesna droga - szeroka, świetnie wyprofilowana i aż zachęcająca do jazdy - była puściutka. Jeśli jeden samochód przejechał nią w ciągu minuty, to można to było uznać za wyjątkowy tłok. Jeśli pamiętacie Pulp Fiction i scenę ze zmieszanym Johnem Travoltą, z której zrobiono jednego z najsłynniejszych GIFów, to tak można opisać nasze samopoczucie podczas pobytu pośrodku norweskich ziem.
W sumie gdyby coś się wydarzyło i musiałbym zadzwonić po pogotowie, to nawet nie wiedziałbym jak określić miejsce w którym się znajdowaliśmy :D
Ponura, mocno mglista aura, sprawiała że każda minuta spędzona na przystanku przyprawiała nas o gęsią skórkę. Na domiar złego pojedyncze auta, które przejeżdżały, na nasz widok nawet nie zwalniały. W sumie to nawet momentami wydawało się, że zaczęliśmy popadać w letarg: co kwadrans zmieniałem się z Bartkiem, a same próby złapania stopa stawały się dobijającą rutyną.
Nasze morale szybko spadały, ale znikąd pojawił się starszy pan; siwiuteńki dziadziuś, który wyszedł ze śmieciami ze znajdującego się w pobliżu, odosobnionego domku. Zagadywał do nas wesolutko, tak pociesznie, że choć nie zrozumieliśmy z jego wypowiedzi ani jednego słowa, to uśmiech sam cisnął się na usta. Mowa ciała była jego mocną stroną, wszystko to o czym opowiadał, wzbogacał jeszcze o liczną gestykulację. Niemniej jednak sytuacja była mocno komiczna, analogiczna do tej, która spotkała Krystiana podczas powrotu z Rumunii, kiedy usiadł na niewłaściwym miejscu, co rozzłościło pewnego Rumuna, który krzycząc na niego po rumuńsku próbował go zmusić do zmiany miejsca. Wtedy to ja z Oskim dławiłem się ze śmiechu, chowając głowę w zasłonkę, obserwując subtelnie tą prawdziwą Wieżę Babel. Minął rok i oto w Norwegii ja wskoczyłem w miejsce Krystiana i poczułem na własnej skórze jakie to durne uczucie gdy dwie strony nie mogą się dogadać i pieprzą od rzeczy :D Parafrazując polskie przysłowie - Dziad swoje, młodzian swoje.
Gdy nasza rozmowa (hmm.. wg SJP rozmowa to porozumiewanie się, więc chyba w naszym przypadku coś tu nie pasuje ;P) dobiegła końca, zdecydowaliśmy o zmianie planów i zamiast stać w jednym miejscu i marznąć, stwierdziliśmy, że pójdziemy po prostu pieszo w kierunku Oddy. I tak przystanek położony był zaraz za zakrętem, więc nasz potencjalny "wybawca" nawet jeśli by nas zobaczył, to by nie zdążył się zatrzymać. Dlatego wzięliśmy manele z przystanku i ruszyliśmy drogą na północny-wschód.
Wbrew pozorom, pomysł nie był głupi. Zamierzaliśmy dojść do następnego przystanku bądź jakiejś zatoczki, skrzyżowania, które będzie położone na miarę prostym odcinku drogi. Wprawdzie musieliśmy zachowywać sporo uwagi, gdyż nie raz wyprzedzały nas rozpędzone TIRy pędzące z prędkością ~80 km/h, ale szliśmy w bardzo dużych odstępach i w sytuacji gdy takowy tir nadjeżdżał po prostu schodziliśmy na trawę. Tak pokonaliśmy dobre kilka kilometrów, aż wreszcie przed nami zamajaczył tunel, który ostudził nieco nasze zapędy. No, bo wiadomo co innego iść poboczem drogi poprowadzonej na otwartej przestrzeni, a co innego iść poboczem drogi w tunelu :P
Podczas łapania stopa postąpiliśmy podobnie jak wcześniej - na przystanku autobusowym przed tunelem zmienialiśmy się co kilkanaście minut. Gdy na warcie stał po raz kolejny Bartek, ja skulony na ławce poczułem, że na chwilę odpływam i zamiast uderzającego rytmicznie o wiatę przystankową, deszczu, poczułem na moment dotknięcie cudownej nicości. Odseparował mnie od niej mój towarzysz, który niczym buldożer zburzył podwaliny mojego snu. Bartek sobie coś tam wrzeszczał, a ja musiałem trzy razy zamrugać, zanim uświadomiłem sobie, że złapał stopa i krzyczy do mnie bym ruszył wreszcie mój leniwy tyłek.
Facet, który się zatrzymał był młodszy niż starszy i nie kojarzył Oddy - jechał ze Stavanger na urlop, gdzieś daleko na północ Norwegii i nazwę naszego celu po prostu wklepał sobie do nawigacji. Gdy system potwierdził że Odda znajduje się na jego trasie, zaprosił nas do środka. I choć rozmowa nam się specjalnie nie kleiła, to i tak byliśmy świadkami uprzejmości Norwegów. Gdy tylko spytałem o możliwość zrobienia zdjęcia okolicy, nasz kierowca specjalnie zwalniał i otwierał okno.
I tak poniżej macie wodospad Latefossen - znacznie niższy niż Langfossen (tylko 150 m wysokości :D) ale bardzo widowiskowy - a to za sprawą ogromnej ilości wody, która tamtędy spływa. Jeśli interesuje Was trochę lepszy pogląd na ten wodospad to klikajcie -> link. (Musicie mieć tylko konto na facebooku)
Norweg wysadził nas zgodnie z naszym życzeniem na przystanku autobusowym w Oddzie. Niestety złożyło się nam nieszczęśliwie, bo akurat nad miastem rozpoczęła się gwałtowna burza, z silnymi opadami deszczu. Na dłuższą metę przebywanie w wiacie nie było najlepszym rozwiązaniem, bo po wyjściu z ogrzewanego samochodu, brak ruchu powodował wychłodzenie organizmu. Dlatego zdecydowaliśmy zejść do centrum miasteczka, schronić się w jakimś ustronnym miejscu i zjeść coś ciepłego. Nałożyliśmy kurtki, Bartek dodatkowo pelerynę i chroniąc się pod jakimś wiaduktem, wyciągnęliśmy kuchenkę i wypiliśmy po dwa gorące kubki ;> Obserwując jak burza powoli przechodzi, kalorie uzupełniliśmy też kabanosami ;]
Ponieważ Odda jest celem docelowym wielu hitchhikerów, czy jak kto woli, autostopowiczów, łatwo tam znaleźć przeważnie młodych turystów z ogromnymi plecakami na barkach. My trafiliśmy na grupkę Białorusinów, z którymi przez chwilę porozmawialiśmy o planach na kolejne dni, na zakończenie rzucając sobie: Do zobaczenia na Języku!
Po wydostaniu się z centrum miasteczka, które jak zdecydowana większość w Norwegii, jest niewielkie, trafiliśmy na kolejny przystanek autobusowy. Tam przez chwilę łapaliśmy stopa, ale ponieważ pojawił się autobus, to z uwagi na konieczność oszczędzania czasu, zdecydowaliśmy się podjechać do Tyssedal.
Kosztuje to nas wprawdzie znów - prawie 40 NOK od osoby, ale trudno, jesteśmy w stanie je poświęcić. Przejazd trwa zaledwie kilka minut - wszak to konieczność pokonania w zasadzie jednego tunelu. A z Tyssedal pod Trolltungę zostaje nam już tylko znaleźć jakiegoś wspaniałomyślnego obywatela bądź obywatelkę, która nas podrzuci do miejsca, w którym rozpoczyna się szlak.
Zabudowa Tyssedal.
Dystans 7 kilometrów dzielących Tyssedal z osadą Mogelii leżącą w dolinie Skjeggedal, pokonaliśmy w połowie pieszo, a w połowie stopem. Po przejściu najbardziej żmudnej części drogi i kilku serpentyn, zatrzymała się dwójka ziomków, Hiszpanów w wieku podobnym do naszego, którzy pracowali sezonowo w informacji turystycznej pod Trolltungą. Dzięki nim, w nagrzanym samochodzie podeschły nam trochę ubrania i gdy dotarliśmy na miejsce, byliśmy prawie susi.
Rozbijamy się koło 18, jakieś 50 metrów za parkingiem, blisko wygodnego zejścia do jeziora Vetlavatnet. Cały dzień mocno nas zmęczył, ale byliśmy zadowoleni - w końcu udało się osiągnąć zamierzony cel i dojechać pod Trolltungę. Nadzieją napawał nas też fakt, że pod wieczór, chmury się nieco przerzedziły - i rzeczywiście był to dobry prognostyk ;>
Ponieważ kolejny dzień zamierzaliśmy zacząć z samego ranka, budziki ustawiliśmy na 6 i gdy tylko się ściemniło, zjedliśmy kolację i poszliśmy w kimę.
Na koniec małe wyjaśnienie - dlaczego tytuł posta brzmi Droga do Oddy, skoro swoją podróż zakończyliśmy w Skjeggedal, w miejscu rozpoczęcia szlaku na Trolltungę? Dla ułatwienia. Odda jest dosyć popularna i wiele osób kojarzy ją jako punkt wyjściowy na Trolltungę. Pozostałe nazwy: Tyssedal, czy Skjeggedal, są używane znacznie rzadziej i są mniej rozpoznawalne.
To tyle na dziś Kochani, zapraszam już dziś na relację z trekkingu na Trolltungę ;)
Linki:
mapa pokonanej trasy
DO ZOBACZENIA

KOMENTARZE

6 komentarze:

  1. Hmmm... to da radę przewieźć namiot w nierejestrowanym bagażu? Czekam na te zdjęcia skalnego jęzora :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przewoziłem namiot już 4 razy w bagażu podręcznym i problemów nigdy nie było :) Nie wolno tylko przewozić śledzi, ale bez nich da się jakoś poradzić ;)

      Usuń
  2. Pierwsze dwa dni i tyle wrażeń. Czekam na kolejna relację :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Norwegia gwarantem wielu przygód :) A kolejnego dnia było ich jeszcze więcej :D

      Usuń
  3. W 2014 lecieliśmy z Gdańska do Kristiansad w ilości 2+1. Do tego 1 bagaż podręczny płatny i 2 darmowe + spacerówka parasolka w pokrowcu. Wszystko było co do milimetra do miarki. Jak wracaliśmy, to bagaże same wołały "za dużo". Do tego stopnia, że pokrowiec od wózka też wypchaliśmy ciuchami (w dozie rozsądku) A małżonek pod zestawem ubraniowym miał na sobie ni mniej, ni więcej, tylko piżamę :P Kieszenie kurtki kipiały mu elektroniką typu aparat, tablet, telefon i kabelki. Największa torba nigdy by nie weszła do miarki. Kupiliśmy córci śliczny wózek zabawkowy ale zabrakło już kasy na zakup większej walizki i dopłatę do biletu. Jakim cudem nikogo nie sprawdzali nie wiem, ale mnóstwo ludzi miało wtedy nadbagaż podręczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to powrót z przygodami :D Ale taki urok podróżowania low-costami :)
      Z tą piżamą to niezły pomysł ;)

      Usuń

Back
to top