4 czerwca 2017

Majówka w Masywie Polany i Rudawach Weporskich, czyli historia o tym jak w długi weekend uniknąć tłumów cz. I

Przygotowania do majówki w zeszłym roku nie należały do łatwych. Zależało mi, aby pojechało jak najwięcej osób, ale w przeciwieństwie do wyjazdu w Góry Strażowskie, z różnych przyczyn skończyło się na tym, że pojechaliśmy w czwórkę. "Trudno, następnym razem" - myślałem wtedy, odbierając kolejne odmowne wiadomości na facebooku od przyjaciół. O ile jeden samochód udało się przynajmniej wypełnić, to gorzej wyglądała sytuacja meteorologiczna, bowiem pogoda ewidentnie z nami igrała. Zły byłem, że zapowiadane na wschodzie Słowacji deszcze, spowodowały że cały mój misterny plan... no tu sobie dodajta, co chceta 😉
W przeddzień wyjazdu to jest 28 kwietnia, podjąłem decyzję o wyjeździe w Rudawy Słowackie - jak mówię, była to całkowicie nieprzygotowywana wyprawa - plan układałem jadąc z Alą, Danielem i Mosiem w samochodzie - ale mimo tego drobnego szaleństwa, wyszło - chyba całkiem nieźle. Zresztą sami ocenicie.
Masyw Polany i Rudawy Weporskie. Podejrzewam, że większości z Was, nazwa ta powie niewiele. Zresztą polecam wykonanie pewnego eksperymentu, bardzo prostego - wpiszcie do wujka google hasło "Masyw Polany" i zobaczcie co Wam wyskoczy 😊 Mi osobiście zwłaszcza pierwsza z nazw, kojarzyłaby się bardziej z nietypowym określeniem dla 1 metra piwa, jakie można dostać czasem w piwiarniach, choć wyobraźcie sobie, że arkusz 133 wydany przez VKU Harmanec był jednym z pierwszych map tego wydawnictwa, który znalazł się w mojej kolekcji (a już na pewno był w pierwszej dziesiątce!) i co nieco o tych górach czytałem już z 10 lat temu. Tak się nawet składało, że kilkakrotnie miałem tam jechać z rodzicami na majówkę i nawet mieliśmy zaplanowane wszystkie piesze eskapady włącznie z noclegiem w miejscowości Hrochot, położonej w zachodniej części tego właśnie pasma. Ale nie wylądowaliśmy tam nigdy.
Z Rudawami Weporskimi sprawa miała się trochę inaczej, ponieważ była to jedna z ostatnich map z VKU, które kupiłem i generalnie wynikało to z tego, że było to (i w sumie jest nadal) pasmo o słabej infrastrukturze turystycznej, które wydawało się być również stosunkowo mało interesujące w porównaniu do całej gromady innych pasm górskich naszych sąsiadów zza Tatr. Ale gdy zacząłem jeździć z przyjaciółmi pod namiot, wszelkie pasma, które przez lata nie cieszyły się powodzeniem wśród turystów - zyskały naszą aprobatę.
O Masywie Polany dokładniej opowiem nieco dalej - natomiast o Rudawach Weporskich - w następnej relacji. Tymczasem w drogę!
Trasa przewidziana na końcówkę pierwszego i drugi dzień:
mapa z serwisu mapy.hiking.sk
DZIEN I 29.04.2016
Z Gliwic wyjechaliśmy wczesnym popołudniem, po zajęciach Ali i Mosia, kierując się w kierunku Korbielowa. Spod Pilska przeskoczyliśmy na Orawę, do Namiestowa i następnie jadąc przez Dolny Kubin, Rużomberk i Donowały dojechaliśmy przy nadciągającym zmroku do Bańskiej Bystrzycy, w której się nieco pogubiliśmy i nie posiadając winietki wylądowaliśmy przez przypadek na drodze szybkiego ruchu 😅 Musieliśmy więc jak najszybciej się stamtąd ewakuować i zwiedzając opłotki piątego co do wielkości miasta Słowacji, u celu naszej podróży, tj. we wsi Strelniky wylądowaliśmy o 22. Po ciemku nastąpił ceremoniał przygotowania do drogi i na początku szlaku stanęliśmy mniej więcej kwadrans po dziesiątej. W świetle czołówek zaczęliśmy podążać za zielonymi paskami, które miały nas doprowadzić na wierzchołek Mincy (1027 m.n.p.m.). O dziwo, tylko raz naszły nas wątpliwości czy dobrze idziemy, a droga minęła bez większych problemów. I choć plan zakładał dojście jeszcze dalej - na wierzchołek Lubietowskiej Bukowiny, to podjęliśmy decyzję o rozbiciu namiotów właśnie na Mincy. Generalnie odradzam chodzenie po Masywie Polany (i generalnie Rudawach) po zmroku - zwierzyna na tych terenach daje o sobie znać 😊
Rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy późną kolację, posiedzieliśmy mniej więcej do pierwszej w nocy i poszliśmy spać.
DZIEŃ II 30.04.2016
Poranek wstał bezchmurny i ciepły. Wiał delikatny wiaterek, który dodawał uroku całości obrazka, który zastałem po wyjściu z namiotu - biwaku pośrodku Słowacji, w dzikich ostępach karpackich. Ponieważ tradycyjnie wstałem jako pierwszy, to zrobiłem sobie krótki spacerek po okolicy, kontemplując krajobrazy.
 Wierzchołek Mincy (1027 m.n.p.m.) - naszego pierwszego zdobytego szczytu podczas ubiegłorocznej majówki.
 Widoki ze szczytu były ograniczone i jedynie gdzieś między świerkami błyszczała ośnieżona Wielka Fatra i jej najwyższa część, tj. grzbiet ciągnący się spod wierzchołka Kriżnej, aż po Suchy Wierch.
Przyjaciele obudzili się o w pół do ósmej, ponieważ złośliwie zacząłem uderzać o blaszany garnek 😈 Zanim się ogarnęliśmy minęło trochę czasu, choć tradycyjnie najdłużej trwało składanie mojego namiotu, który ech, choć wygodny i przestronny, to składa się niemiłosiernie długo...
Kwadrans po 9 byliśmy gotowi i ruszyliśmy w drogę, która zakładała marsz przez północne części Masywu Polany i dojście aż na położone już w Rudawach Weporskich, Zakl'uky. Był to spory kawałek dlatego ochoczo ruszyliśmy w górę i zagłębiliśmy się w przyjemnie chłodny las. 
Po zaledwie kilkunastu minutach dotarliśmy w pobliże polanki Nova Cesta, na skraju której położona jest urocza utulnia Partizan. Chatki porozrzucane po całej powierzchni Rudaw Słowackich tworzą fantastyczny klimat tych gór i są ogromnym ułatwieniem podczas eksploatacji całego pasma 😊
Wracając jednak do utulni Partizan (nie mylić z Grand Hotelem Partizan w Luczańskiej Fatrze), może ona pomieścić 12 osób, posiada piec, ławki, stoły, potrzebne narzędzia gospodarcze i wydzielone miejsce na ognisko. Jeden jej mankament jest taki, że w nocy można jej nie zauważyć - idąc od strony Strzelnik znajduje się po prawej stronie, poniżej ścieżki, którą podąża szlak.
Więcej info: Utulnia Partizan.
 Ekipie chatka bardzo przypadła do gustu i musiałem się namęczyć żeby wyciągnąć ich w dalszą drogę 😉 Gdy już mi się to udało, ruszyliśmy na południowy-zachód i po około kwadransa dotarliśmy w miejsce, w którym las zaczął się przerzedzać, a pod stopami pojawił się śnieg. Był to więc znak, że wychodzimy powoli na szczytową polanę Lubietowskiej Bukowiny (sł. Lubietovska Bukovina - 1194 m.n.p.m.).
Co ciekawe, na północno-wschodnich krańcach, bardzo rozległej hali szczytowej, znajduje się kolejny szałas, który jest otwarty dla potencjalnego turysty. Trzeba tylko zejść ze ścieżki i uważnie poszukać nieco skrytej pośród pojedynczych drzew, koliby 😉
Charakterystyczne drzewo na Lubietowskiej Bukowinie.
Szczyt jest niezłym punktem widokowym, ale jak to w przypadku połogich wierzchowin, trudno znaleźć miejsce z którego zobaczymy dookolną panoramę. Nieopodal wierzchołka, oznaczonego betonowym słupkiem, znajdziemy świetną miejscówkę, skąd widać znakomicie charakterystyczny, trapezowaty masyw Wepora (sł. Vepor - 1277 m.n.p.m.) i Garbu (sł. Hrb - 1255 m.n.p.m.) i widoczne w oddali ośnieżone (jeszcze wtedy) Niżne Tatry.
Na obu tych szczytach tego samego dnia będziemy 😊
Po przeciwnej stronie polany roztaczał się widok na zalesioną Bukowinę (sł. Bukovina - 1294 m.n.p.m.) stanowiącą najwyższy wierzchołek po północnej stronie kaldery tutejszego wulkanu.
Wulkanu. No właśnie - powinienem co nieco wspomnieć na ten temat - Masyw Polany to nic innego jak potężny, zerodowany stożek wulkaniczny, powstały w neogenie, czyli kilkanaście milionów lat temu, zbudowany z andezytów, tufów i tufitów. Jest do tego doskonale zachowany i patrząc na mapę, bez problemu można ocenić gdzie przebiegają granice powstałej kaldery wulkanicznej, która ma 6 km średnicy, a w jej centrum znajduje się niewielka, rolnicza osada Kyslinky.
Zresztą sami zobaczcie.
mapa z serwisu mapy.hiking.sk
W kalderze wulkanu jeszcze będziemy - na razie idziemy w drugą stronę 😉
Hala pod wierzchołkiem Wepora i kralowoholska część Niżnych Tatr.
Na Lubietowskiej Bukowinie trzeba uważać, bo na wierzchołku znajdują się rozstaje, a oznaczeń szlaku nie widać 😛 Ponieważ zgodnie z mapą mieliśmy iść w lewo, to skręciliśmy w lewo, ale szybko się okazało, że to jednak zbyt wcześnie obrany kierunek i musieliśmy przedzierać się przez dno potoku, tak by dostać się na drugą stronę zbocza, gdzie odnaleźliśmy szlak 😃
To już po drugiej stronie 😉 Na właściwej drodze.
W międzyczasie na jednym z drzew odnaleźliśmy tabliczki szlakowe... bagatela nie wymieniane od 1985 roku! Co więcej, mogę Wam zdradzić, że na terenie Masywu Polany o ile takowe stają się już powoli rzadkością, to w Rudawach Weporskich spotkaliśmy je kilkakrotnie 😊
Raz jeszcze Wepor z okolicznych łąk.
Chwilę później szlak zaczął się wspinać zboczem Hajnego Gronia (co dosłownie można przetłumaczyć jako Zalesiony Groń, ale oryg. Hajny Grun - 1207 m.n.p.m.) i dołączyliśmy do szlaku czerwonego, tzw. Rudnej Magistrali, która jest jednym z długodystansowych szlaków na Słowacji. Zaczyna się w miejscowości Zlate Moravce i po przejściu 258 km, kończy się na szczycie Stolicy (1476 m.n.p.m.) w Górach Stolickich.
Wraz z wejściem na Hajny Groń dodatkowo wkroczyliśmy w Rudawy Weporskie. Ogólnie podział na poszczególne pasma w tej części Karpat jest lekko mówiąc dziwny. Wg Kondrackiego Masyw Polany i Rudawy Weporskie należą do Rudaw Słowackich, natomiast Słowacy, wprawdzie mają i swoje Slovenske Rudohorie, czyli właśnie Rudawy Słowackie, ale kończy się ono na zachodzie na Rudawach Weporskich. Masyw Polany należy do pasma zwanego Slovenskym Stredohoriem (dosł. Średniogórze Słowackie), podobnie jak Góry Kremnickie (sł. Kremnicke Vrchy), Góry Szczawnickie (sł. Stiavnicke Vrchy) czy Jaworze (sł. Javorie). 
Tym to szlakiem, ruszyliśmy na północ, krocząc po wyraźnie rzadko uczęszczanej ścieżce.
Po dłuższym okresie marszu, ścieżka wyprowadziła nas na skraj rozległej polany z rozległym widokiem na sporą część Rudaw Weporskich i dominujący nad tak zwanymi Górami Baluckimi, charakterystyczny Klenowski Wepor (sł. Klenovsky Vepor - 1338 m.n.p.m).
W południowej części hali znajdowała się chatka, która jednak była zamknięta, co Mosiu z Danielem skwitowali ze smutkiem, bowiem marzyła im się przerwa śniadaniowa w klimatycznym wnętrzu myśliwskiej chatki. Przeszliśmy kolejne 100-200 metrów dalej i ostatecznie rozłożyliśmy się w ustronnej, widokowej części polany.
W okolicy, spotkaliśmy parę, która stanowiła przeważającą wielkość, jeśli chodzi o osoby spotkane tego dnia. Cóż, są wciąż takie miejsca, gdzie nie ma absolutnie nikogo...
  Po obfitym drugim śniadaniu, na które Mosiu przytachał nawet pomidory koktajlowe, rozpoczęliśmy wspinaczkę na Wepor, jeden z najciekawszych szczytów w całych Rudawach Słowackich, często nazywany również Lubietowskim Weporem, dla odróżnienia wobec Klenowskiego Wepora.
Tak ładnie, że aż trzeba pamiątkowe zdjęcia cyknąć 😊
A ja na taką fotkę się załapałem 😉 Ta rozległa polana którą widzicie, to właśnie Lubietowska Bukowina, gdzie zeszliśmy ze szlaku 😉
Generalnie na całym, ciągnącym się południkowo grzbiecie, od Hotelu Górskiego Polana aż po Przełęcz pod Garbem (sł. Sedlo pod Hrbom), punkty widokowe w masywie Wepora należą do najatrakcyjniejszych i warto je odhaczyć podczas pobytu w tej części słowackich Karpat.
Widok w kierunku Gór Kremnickich i ośnieżonej Wielkiej Fatry.
Ze szczytu Wepora na pobliski Garb jest już rzut beretem. Co ciekawe Garb (sł. Hrb - 1255 m.n.p.m.) stanowi geograficzny środek Słowacji. 

W zamian za dotarcie na szczyt, mamy możliwość podziwiania bardzo szerokiej panoramy.
Bloki skalne pod szczytem Garbu.
Po okresie stromego schodzenia, ścieżka opuściła las i wyprowadziła nas na Przełęcz pod Garbem (sł. Sedlo pod Hrbom - 1085 m.n.p.m.) na której znajduje się Schronisko pod Garbem (sł. Chata pod Hrbom). Nie oferuje (a przynajmniej rok temu nie oferowało) nic specjalnego, bo nie udało nam się tam kupić nic ciepłego do jedzenia i trzeba było zadowolić się tylko piwem 😛
Kiedy podnieśliśmy się z ławek przed schroniskiem, było godzinę później i robiło się popołudnie. Ponieważ jednak czekało nas zejście w dół i marsz asfaltem, to szło się w miarę szybko 😉
W osadzie Tri Vody, na chwilę zatrzymaliśmy się przy charakterystycznym "Wielkim Piecu", najstarszym na terenie dawnych Węgier, w którym wytapiano surówkę żelaza - od 1795 roku.
Tri Vody wydawały się być niemal martwe i stanowić koniec świata, ale jak się okazało później, do tego końca tego samego dnia dopiero dotarliśmy.
Nie wyprzedzając jednak faktów, nadal podążając Rudną Magistralą ruszyliśmy w kierunku wschodnim, rozpoczynając trawers Gazdowa (sł. Gazdov - 1009 m.n.p.m.)
Szlak biegł nieco monotonnie szerokim płajem. Na szczęście, słońce wychodziło co pewien czas zza chmur i oświetlało okoliczne lasy.
Po pokonaniu 8-kilometrowego trawersu Gazdowa, ścieżka doprowadziła nas do Kamienistej Doliny, której dnem wiła się asfaltowa droga.
Jest to jedna z najbardziej niesamowitych słowackich dolin. Niemal na całej jej długości jest niezamieszkana i jedynie w źródliskowej części Kamienistego Potoku znajduje się niewielka wieś Sihla. Swoim dzikim charakterem, ta część Rudaw przyciąga w zasadzie tylko rowerzystów - wjeżdżają oni do doliny od strony Sihli i następnie zjeżdżają aż do Świętego Jana lub jeszcze dalej do Hronca.
Jest jednak coś jeszcze, co zachęciło mnie do wizyty w tych nieodkrytych ostępach Rudaw Słowackich - to Zbiornik Hroncek (sł. Vodna nadrz Hroncek) który zachwyca panującą nad nim atmosferą. Tam panuje taki bezgłos, że żyjące w wodzie ryby, zdają zachowywać się hałaśliwie.
Nad jeziorem siedzieliśmy w sumie aż do 20.15. Tak się bowiem zdarzyło, że z Mosiem szliśmy jako pierwsi i w miejscu gdzie szlak wychodził na asfaltową drogę nie zaczekaliśmy na Alę i Daniela i od razu poszliśmy w górę doliny. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby nie fakt że miejsce było źle oznakowane i nie mając mapy, trudno było stwierdzić gdzie iść. Dlatego, gdy z Mosiem po 30 minutach pobytu przy zaporze, zauważyliśmy że przyjaciół nie ma, to zdecydowaliśmy się wrócić - zadzwonić nie mogliśmy, bo zasięgu w tej dziczy - rzecz jasna - nie było. Były natomiast dwie rudery w pobliżu, do których wrzuciliśmy nasze plecaki i cofnęliśmy się po przyjaciół. Na szczęście reszta ekipy została odnaleziona 😜 i tłumacząc się naszym wspólnym zagadaniem, uspokajaliśmy Alę i Daniela 😁
Po powrocie po plecaki zrobiliśmy sobie przerwę, a potem założyliśmy czołówki, bo dolinę ogarnęły ciemności.
Na koniec dnia pozostawało nam jeszcze podejście na Zakluky. Na początku było ok - droga zrobiła zapowiadany zakos, ale nie mogliśmy nigdzie wypatrzeć - mimo szaleńczego świecenia po bokach - odejścia szlaku. Gdy dotarliśmy do kolejnego zakosu, jasnym dla mnie stało się, że już przeoczyliśmy owe odejście. Dopiero gdy się cofnęliśmy udało nam się znaki wypatrzyć - oznaczenia były w miejscu w którym bym nigdy nie przypuszczał że będą, a ścieżka de facto przeskakiwała rów przydrożny i "wskakiwała" w gęste krzaki. Dalej było równie ciekawie, bo przedzieraliśmy się przez gęsty las, co rusz obrywając po głowie gałęziami. Na szczęście, dwieście metrów wyżej, podejście złagodniało, a i las stał się bardziej ludzki. Nie spotkaliśmy też żadnego zwierza, choć kilkakrotnie mijaliśmy paśniki. Gdy doszliśmy pod szczyt Zakluk, było po 23.
Podczas rozkładania namiotów dopadło nas zmęczenie, zjedliśmy przy ognisku kolację i pogrążyliśmy się w głębokim śnie. Zmęczenie było na tyle spore, że następnego dnia Daniel nawet nie pamiętał, że przed snem zdążył wypić piwo.
***
Tak zaczęła się nasza przygoda z Masywem Polany i Rudawami Słowackimi. Co było dalej? CDN 😊

3 komentarze:

  1. To są idealne pasma na majówkę bez tłumów :) Dwukrotnie byłem z ekipą w Rudawach Weporskich - raz w połączeniu z Muranską Planiną, a raz tylko w Weporskich w okolicach Klenovskiego Vepora. Za pierwszym razem spotkaliśmy kilka osób, rok temu... zero :) W Weporskich można znaleźć fajne miejsca noclegowe - szałasy, ale też... przyczepę autobusową :)

    A w tym czasie tłumy walą w różne Fatry i narzekają, że im ciasno :D

    PS>mieliscie jeszcze śnieg, ja w tym roku byłem w Wołowskich (na zachód od Koszyc) i tam zdążył już na szczęście zejść :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak - idealnie się nadają na majówkę.
      PS - Czytałem gdzieś o tej Waszej wyrypie i wychodzi na to że musieliśmy się rok temu mijać gdzieś :D Tak nawiasem mówiąc, w tym ogórku nie zgubiliście czasem kieliszka? ;P

      Usuń
    2. Dopiero teraz zauważyłem, że to opis majówki sprzed roku - to faktycznie gdzieś się musieliśmy mijać, ale bez kontaktu, bo innych turystów nie widzieliśmy ;) Mój tekst jest tutaj: http://hanyswpodrozach.blogspot.com/2016/05/sowacka-majowka-powrot-w-veporske-vrchy.html

      Kieliszka chyba nie zgubiliśmy, tak zdaje się jakieś już były. Ja mam kieliszek w plecaku, ale taki metalowy, nie tłukący się ;)

      Usuń