24 stycznia 2015

Z plecakiem i śpiworem w... krainę skałek, połonin i bezludnych zakątków, czyli Wielka Fatra cz. VII - Majerowa Skała

(SALAS SMREKOVICA - KRALOVA STUDNA - KRIŻNA - LIŠKA - MAJEROVA SKALA - STARE HORY)
Dwie godziny snu... Na tyle pozwolili nam nasi towarzysze, którzy skończyli swój słowacki melanż grubo po drugiej.. Po czwartej natomiast, w przeraźliwym zimnie, większym jeszcze niż dnia poprzedniego, zadzwonił budzik, który wprawił nas w "znakomity" humor.. Zanim udało nam się zagrzać odpowiednią ilość wody aby się ogrzać, minęło sporo czasu, a za nim wyleźć z chatki - całe godziny xD. Było bowiem koło szóstej, kiedy wpadliśmy, w tym wypadku, z rynny pod deszcz :D Padało, wiało, all inclusive po prostu :)
I w takiej oto pogodzie, powoli, ruszyliśmy pod górę...
Od początku czułem że mam kryzys.. Wychłodzenie, głód (bo żarcia nam zaczęło pod koniec brakować, na tyle że zbieraliśmy nawet szczaw rosnący dziko :D), aż w końcu zmęczenie, potworne zmęczenie spowodowane brakiem snu w ostatnim czasie, powodowało, że szło mi się, cóż tu dużo mówić, nieprzyjemnie... Pogoda na dodatek nie poprawiała nastroju i z każdym kolejnym krokiem pojawiało się uczucie rezygnacji...
Tak ;) Tam idziemy...
 Choć jakby w wyniku moich błagań i gróźb :D przestało padać, co uczyniło marsz bardziej znośnym. Było też o dziwo nawet na co popatrzeć ;)
Zejście do Królewskiej Studni, z widokiem na Królewską Skałę..
 Przy Królewskiej Studni nie odpoczywamy, od razu ładujemy się na Kriżną i w jej niegościnne progi...
Pojawiły się "jakieś" widoki.. Nad Bańską Bystrzycą widocznie świeciło słońce :)
Pański Dział...
Hmm.. Kriżna wyglądała w obecnych warunkach, jakby żywcem przeniesiona z filmów Hitchcocka :) 
I ponownie meldujemy się na Kriżnej. Tym razym na maxa pochmurnej :(
Jedyne "coś" co zobaczyliśmy przez moment z Kriżnej :) I ponieważ wiało, siąpiło i ogólnie było beznadziejnie, uciekaliśmy z niej raz dwa :)
Nie namyślając się długo, schodzimy. Nic nas tu nie trzyma.. Trawiastym zboczem zaczynamy schodzić w kierunku najpierw Liszki, następnie Majerowej Skały, aż w końcu Starych Gór. Razem to około 1200 metrów schodzenia...
Jest i Majerowa Skała...
Niewybitna Liszka (Liška - 1445 m.n.p.m), a w oddali dolina Hronu i masyw Polany...
Gdy zeszliśmy w pobliże Liszki, wyraźnie pod poziom chmur, widok był już dużo lepszy...
Widok z Liszki w kierunku Majerowej Skały, pasma Starogórskich Wierchów i Polany...
Góry Kremnickie tego dnia były jedynym pasmem, które mogliśmy podziwiać cały czas...
Rzut oka za siebie, na zamgloną Kriżną...
Rozglądając się wokół siebie dostrzegliśmy nawet Czarny Kamień...
Panorama pasma Zwolenia (1403 m.n.p.m) i objętych chmurami Chochulami...
Przechodzimy obok zrujnowanej stacji dawnej kolejki linowej z Tureckiej, przechodząc obok rozstajów, gdzie do szlaku niebieskiego Szlak niebieski dociera szlak żółty Szlak żółty z Tureckiej...
Z upływem czasu chmury się trochę podnosiły... Kilka minut później podziwialiśmy już nie tylko Czarny Kamień, ale i Rakitów ze Smrekowicą...
Raz jeszcze pasmo Zwolenia...
Z halnego siodła kierujemy się w kierunku wznoszącej się tuż przed nami Majerowej Skały (1283 m.n.p.m), będącej ostatnim szczytem, jaki podczas tego wypadu, przyjdzie nam zdobyć...
Znienacka zrobiło się też całkiem ładnie... Ostatnią godzinę pobytu w Wielkiej Fatrze spędziliśmy ciesząc się słońcem..
Choć Niżne Tatry ani przez moment się nie ukazały i pozostały za woalem szarych chmur...
Z cyklu: "Wszystko co ostatnie" ;) - ostatni odpoczynek i ostatni zaliczony wierzchołek tego wyjazdu :(
Ramię Małej Kriżnej z Majerowej Skały...
Na skraju Majerowej Skały...
Po czterdziestominutowym odpoczynku ruszamy w dół.. Wg znaków zejście powinno nam zająć 1:30, w praktyce do jego zrobienia wystarczy godzinka...
Kilkadziesiąt metrów niżej znajdujemy jeden z ostatnich punktów widokowych podczas naszej wyrypy, który w dowodzenie przejął Mosiu :)
Schodzimy powoli, relaksacyjnie, z uwagi na spory zapas do odjazdu autobusu. Zejście w miarę wygodne, chociaż oczywiście, wolałbym podchodzić na Majerową Skałę...
W Starych Górach, niewielkiej wsi, położonej w głębokiej dolinie oddzielającej Wielką Fatrę od Starogórskich Wierchów, jesteśmy o 11...
Wskakujemy w wygodny autobus i jesteśmy po godzinie w Rużomberku.. Gdzie świeci słońce :) Ostatnie chwile spędzamy więc na dworze, na ławce, zjadając jakąś bułę, którą kupiliśmy w Starych Górach ;) Podsumowujemy nasz wyjazd, spędzony nad wyraz aktywnie i już myślimy nad kolejnym wspólnym wyjazdem, który nastąpił jednak dopiero miesiąc później...
A oto moje małe podsumowanie Wielkiej Fatry: CUD, MIÓD, MALINA :) Naprawdę, jeśli szukacie jakiegoś ciekawego kierunku górskiego, ale boicie się jechać na dziką Ukrainę, a pragniecie ujrzeć niekończące się połoniny, pasące się owieczki, usłyszeć szept gór, a nie tylko gadanie tryliona turystów mijanych na szlakach podczas Waszej wędrówki, Wielka Fatra jest właśnie dla Was! Położona stosunkowo niedaleko od granicy, jest prawdopodobnie jednym z ostatnich bastionów autentyku w Karpatach Zachodnich. I jeszcze jedno: nie trzeba jechać tak jak my na kilka dni z plecakiem (choć oczywiście to najlepszy sposób poznania tego pasma), tylko można wyskoczyć na jeden dzień, szczególnie polecam w takim wypadku zainteresować się miejscowością Liptowskie Rewucze -> link, która to znajduje się w najbardziej dogodnym do jednodniowych wypadów, miejscu. Stamtąd bez problemu zaatakujecie w jeden dzień Ostredok, Ploskę czy Kriżną :)
Jeśli chodzi o aspekty techniczne tej wędrówki to pokonaliśmy niecałe 60 kilometrów w te cztery dni i 3300 metrów przewyższenia. Gdyby podsumować łącznie z Choczem i Szypami, prawdopodobnie przekroczylibyśmy 5000 metrów. Czyli całkiem fajnie :) Wyrypa jak najbardziej udana, jedna z najlepszych..
To tyle, Moi Drodzy, raz jeszcze zachęcam, naprawdę zachęcam, do wypadu w Wielką Fatrę, szczególnie późną wiosną lub późną jesienią (zwłaszcza w jesienne inwersje powietrza).. Nasza trójka pokochała ją, a dowodem tego niech będzie fakt, że niedawno wróciliśmy z zimowego jej przejścia, co postaram się oczywiście w miarę szybko opublikować ;)
***
A teraz na osłodę pewna przygoda której doświadczyliśmy podczas powrotu ;)
Cała przygoda ma swój początek w Rużomberku (nie jak błędnie wskazuje powyższe zdjęcie - w Czeskim Cieszynie). Było kilka minut po 12 kiedy nasz autobus, spóźniony o kwadrans, wysadził nas na dworcu autobusowym położonym obok dworca kolejowego na prawym brzegu Wagu... Tak jak już wcześniej wspominałem, nie mieliśmy tyle euro, ile chcieliśmy mieć :D... Dlatego też zdecydowaliśmy poszukać kantoru. CO W PRAKTYCE OKAZAŁO SIĘ CHOLERNIE TRUDNE. Rużomberok bowiem w sobotę, od godziny 12, nie ma czynnego kantoru! Przeparadowaliśmy przez całe miasto włącznie z Placem Hlinki czy głównym deptakiem miasta! Szwendaliśmy się przez dobrych kilkadziesiąt minut, aż w końcu zdecydowaliśmy że znajdziemy bank, trudno że nie po korzystnym kursie, ale zawsze jednak, dodatkowe pieniądze będą. Ale los płatał nam figle od kilku dni i tym razem było tak samo, banki były już pozamykane, kantoru nie było, więc desperacko wybrałem się do trzygwiazdkowego hotelu na głównym deptaku miasta. Pewny, że znajdę tam odpowiedź na pytanie, gdzie mogę wymienić forsę, wchodzę i pytam najpierw w języku polskim, mając nadzieję, że może ktoś załapie o co chodzi, następnie słysząc, że to nie przynosi efektów, po angielsku i czuję narastające oburzenie, widząc zdezorientowanie recepcjonistki. Pod koniec "CURRENCY EXCHANGE" już niemal przesylabowuję... Po kilku nieudanych próbach, gdy już mi opadły z bezsilności ramiona, podejmuję ostatnią próbę i pytam po słowacku xD No tu już pewnie i ja się nie czułem, ale wymamrotałem "zmenareń" na co usłyszałem: "Przepraszam, ale ja nie jestem stąd i nie wiem" Hmmm... No to na taką rozbrajającą odpowiedź już nie byłem totalnie przygotowany i maksymalnie zrezygnowany wyszedłem z hotelu.. Co zrobiliśmy? Pojechaliśmy do Żyliny, wściekle głodni, ale pewni, że tam już dokonamy tego i owego, choć oczywiście w tym miejscu należy potwierdzić, że niefortunne zdarzenie wywołuje kolejne. Dlaczego? Bo nasz pociąg oczywiście nabrał opóźnienia i wjechał na peron żylińskiego dworca, tuż przed odjazdem naszego drugiego pociągu do Czadcy. Nie mieliśmy czasu żeby kupić bilet w dworcowej kasie, tylko od razu wysiedliśmy z jednych drzwi i wsiedliśmy do drugich :P I tu nastąpił kolejny pech -_- W miarę zadowoleni wyjeżdżaliśmy już z Żyliny, wyjęliśmy z portfela po 1,50 (tyle kosztował nas bilet Czadca-Żylina) i gdy pojawiła się szanowna konduktorka, poprosiliśmy o trzy bilety właśnie do Czadcy. Nastąpił jednak zonk, bo ze względu na to że kupowaliśmy bilety u konduktora, mając na stacji kasę, bilet podrożał o jakieś 200% i suma summarum... brakło nam kilku euro. Trafiliśmy jednak na osobę, o najbardziej wkurzającym charakterze, typu: "I tak Cię uwalę". Na nic zdało się żmudne tłumaczenie że poprzedni pociąg się spóźnił i nie było szans, żeby kupić bilety w kasie, płacić trzeba było zamiast 4,50 za naszą trójkę, to 9 euro. 40 złotych za przejazd 30 kilometrów osobowym pociągiem?! Fakt, faktem wpierniczony byłem na siebie, że kupiliśmy w Cieszynie za mało euro, ale prawdopodobnie nawet mając ich więcej, wydalibyśmy je już wcześnie, mając świadomość że po powrocie do cywilizacji, znowu w kantorze, albo w banku, coś wymienimy (karty jeszcze wówczas żaden z nas nie miał). Nie mieliśmy euro, ale mieliśmy za to korony, złotówki, forinty, a nawet.. funta egipskiego ;) Na nic to się nie zdało, babka.. zatrzymała pociąg i nas, od tak, jak pijanych meneli.. wyrzuciła :D
Owe miejsce znajdowało się na północ od Żyliny, ale poza jakimikolwiek osiedlami. Stacja otoczona była przez Kisucę i pola. Rozkład, ławka i finito. Co mogliśmy w takiej sytuacji zrobić? Ano niewiele.. Po wyrzuceniu z siebie tysiąca niecenzuralnych określeń pod adresem kolei słowackich stwierdziliśmy, że wracamy do Żyliny. Ale że pociągu nie było, najbliższy był za godzinę, szukaliśmy przystanku SAD, co też nie było takie proste, bo wkoło nie było drogi :) Poszliśmy więc, wydeptaną ścieżką ze stacji, mając nadzieję, że GDZIEŚ nas ona doprowadzi i rzeczywiście po paru minutach marszu, spotkaliśmy jakąś starszą panią, która na pytanie: "zastavka SAD" odpowiedziała bardziej rzeczowo, niż pani w recepcji hotelu.. Doczłapaliśmy na przystanek i za pieniądze które nam zostały, wróciliśmy do Żyliny :) Tym jednak już pewni, że kantor znajdziemy. Ale tu kolejna lipa. Było już po drugiej i zarówno banki jak i kantory były pozamykane^^ Rzecz nie do pomyślenia, żeby w czwartym największym mieście kraju o 14:30 nie było gdzie zmienić pieniędzy! W końcu, na skraju starego miasta w jakimś centrum handlowym, znaleźliśmy czynny bank i po miażdżącym dla nas kursie zmieniliśmy złotówki. Oczywiście nie było już osobowego pociągu i musieliśmy wracać do Cieszyna ekspresem, za mało przyjemne 17 euro. Od osoby i dopiero o siedemnastej.
I tak niewiele trzeba, aby doszło do takiej absurdalnej sytuacji. A wystarczyłoby że w Rużomberku BYŁBY czynny kantor lub po prostu nadzwyczajnie w świecie, pociąg się nie spóźnił o 30 minut...Wtedy dojechalibyśmy do Czadcy, za bilety kupione w kasie, a tam już do Mostów k. Jabłonkowa, za korony czeskie, bowiem w pociągu łączącym Czadcę z Mostami można płacić w obu walutach... Ale mimo całej tej historii, wracaliśmy do domu zadowoleni, bo jakby nie było nasz pobyt na Słowacji został przymusowy przedłużony :)
To tyle z Wielkiej Fatry i tyle na razie słowackich relacji... W następnej będzie ciąg dalszy naszych eskapad pomaturalnych i... niespodzianka ;)
PS SPECJALNE PODZIĘKOWANIA DLA MOSIA I KRYSTKA ZA PAMIĘTNY :> WYJAZD
DO ZOBACZENIA :)

3 komentarze:

  1. Kolejna ciekawa relacja. Z Waszych relacji pasmo to jawi się jako niezwykle piękne, ale i wymagające. Ostatnia przygoda nasuwa wniosek, by mieć przy sobie kartę płatniczą. Czasem kurs jest nawet lepszy niż w kantorze. A i o bankomat łatwiej niż kantor.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję fajnego przejścia przez Wielka Fatrę :-)
    A przygoda na koniec, życie. Zawsze się przydarza, gdy liczymy, że już będzie łatwo i przyjemnie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje! Dopiero nadrabiam u Ciebie wpisowe zaległości w czytaniu, czasu ostatnio było na wszystko mało... Zgadzam się w 100 % odnośnie tego, co napisałeś w podsumowaniu o WF, cudowne góry. No i aż pękam z ciekawości, jak się Wam udało to zimowe przejście. Ja też nie tak dawno byłam tam znowu :) Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń