Wakacyjny trekking wokół Monte Perdido cz. IV - Wrota Rolanda i Cyrk Gavarnie

Drogi Czytelniku!

Relacja, na którą trafiłeś jest kontynuacją prowadzonego od dłuższego czasu zapisu przygód z pirenejskiego masywu Monte Perdido. Choć starałem się napisać ją w sposób, który umożliwi zaznajomienie się z interesującym Cię fragmentem Pirenejów bez potrzeby poznawania wydarzeń opisanych we wcześniejszych postach, to jednak gorąco zachęcam Cię abyś o nich również poczytał.

Linki do wszystkich relacji związanych z tą wyprawą, znajdziesz tu - kliknij!

Pozdrawiam i życzę miłej lektury,
BM

***

TRASA: Refugio Goriz -> Collado del Descargador -> Brecha de Rolando/Breche de Roland -> Refuge des Sarradets -> Cirque de Gavarnie -> Refuge des Espuguettes

CZAS: 10 h <ok. 7 h czystego marszu>

Obudził mnie charakterystyczny ból pleców w okolicy lędźwi, który był pochodną braku wystarczającego przykrycia kępy trawy, która tworzyła średniej wielkości garb pod moją karimatą. Ilekroć kładłem się spać, układałem się w sposób pozwalający uniknąć niewygody wynikającej z nierównego terenu, ale przez sen uparcie zmieniałem pozycję, "wspinając się" na trawiasty wzgórek.

Dzień po udanym ataku na wierzchołek Monte Perdido zaczął się dla nas stosunkowo późno, mimo że chcieliśmy rozpocząć wędrówkę jak najszybciej. Po trzech dniach pobytu w pobliżu Goriz, perspektywa opuszczenia niewielkiego płaskowyżu znajdującego się ponad dnem Doliny Ordesy, wydawała się bardzo przyjemna - choć, żebyście mnie źle nie zrozumieli - miejsce to nam się naprawdę spodobało.

Zwyczajnie tylko potrzebowaliśmy zmiany otoczenia 😉


Po śniadaniu, złożyliśmy namiot i gotowi do drogi po raz ostatni wzrokiem objęliśmy okolicę. Dalsza trasa prowadziła na zachód, w kierunku przełęczy Collado del Descargador wzdłuż południowych ścian masywu Les Tres Serols.

Ostatnie spojrzenie na schronisko i Dolinę Ordesy.
Poza krótkim fragmentem droga na nieodległą przełęcz była stosunkowo prosta i bardzo przyjemna. Ścieżka początkowo podchodziła pośród trawiasto-kamienistych zboczy, by następnie zbliżyć się do charakterystycznego progu skalnego.

Idzie się naprawdę przyjemnie...
Próg skalny, który trzeba było pokonać był niczym trudnym, ot zwykła dobrze wyrzeźbiona ścianka, gdzie wzmożoną uwagę warto zachować zwłaszcza po opadach. Nie ma tam łańcuchów i klamer, ale byłyby one w zasadzie niepotrzebne 😉

Próg, który trzeba pokonać jest świetnie wyprofilowany
Po łatwej wspinaczce znaleźliśmy się na dnie niewielkiej, zielonej kotlinki, której perspektywę zamykał charakterystyczny Pico Blanco. Na mapie w tym miejscu zaznaczone jest źródło - Fuente de los Gavachos - jednak my zastaliśmy jedynie niewielką kałużę obok, dlatego ewentualnych naśladowców naszej trasy - przestrzegam żeby nie spodziewać się cudów. Generalnie w masywie Monte Perdido o wodę poza dnem dolin ciężko.

Zielono mi!
Spacer przez górną część Valle de Goriz, która nosi nazwę El Descargador, był czystą przyjemnością. Wiał lekki wiatr, słońce nie świeciło nam prosto w oczy, a wilgotność powietrza utrzymywała się na znośnym poziomie. W dodatku, skalisty krajobraz uzupełniały wysokogórskie trawy, co w tej części Pirenejów wcale nie jest oczywistością. W końcu - bo muszę o tym powiedzieć - podczas marszu na przełęcz spotkaliśmy zaledwie parę osób.  

Krajobrazy El Descargador
Nieco powyżej przełęczy znajdowało się rozdroże - oczywiście nieoznakowane - którego należy nie przegapić, bowiem dalsza wędrówka na wprost doprowadzi na dno kotlinki Llano Millares i dalej do przełęczy Collada de Millares, która leży poza właściwym kierunkiem, choć od biedy na dobre tory można wrócić idąc na przełaj.

Szlak w kierunku Wrót Rolanda piął się natomiast delikatnie do góry, podążając wzdłuż zboczy Torre de Marmores, zwanego Punta Paixon (3012 m.n.p.m.). Do czasu osiągnięcia niewielkiego wypłaszczenia położonego ponad wspomnianą przełęczą Collada de Millares droga jest banalnie prosta, zabawa zaczyna się dopiero wyżej.

W dole kotlina Llano Millares
W miejscu gdzie szlak robi charakterystyczny łuk warto przystanąć by przyjrzeć się podmokłej kotlince. Zwłaszcza, że to jedno z ostatnich miejsc nadających się na postój przed Wrotami.


Dalsza droga to powtórka z rozrywki jeśli pamiętacie co pisałem przy okazji wejścia na wierzchołek Monte Perdido. Wpierw przeprawa przez skalne pustkowie - choć znacznie mniejszego kalibru niż to pod Zaginioną Górą - oraz trawers ścian El Casco (3011 m.n.p.m.).

Marsz urozmaicają widoki na kolorowe zbocza masywu El Taillon (3144 m.m.p.m.).

Na wprost przełęcz Breca False
Same Wrota Rolanda ukazują się nieco później niż położona bardziej na zachód przełęcz La Breca Falsa (2906 m.n.p.m.), co sprawia że pierwotnie można mylnie uznać za cel naszej wycieczki. Zresztą, gdyby zastanowić się nad tłumaczeniem tej nazwy, to mam podejrzenie graniczące z pewnością, że nazwa tej "Fałszywej Szczerby", jest związana z tym, że turyści uznawali ją błędnie właśnie za tą prawdziwą Szczerbę, czyli za Wrota Rolanda. 

Kiedy poradziliśmy sobie ze złomami skalnymi szlak zaczął nas kierować bezpośrednio do stóp naprawdę imponujących ścian, gdzie znajduje się jedyne problematyczne miejsce na trasie - Paso de los Sarrios - dosłownie znaczy to po hiszpańsku "Przejście kozic", co jak możecie się domyślać sugeruje na wstępie, że może nie być łatwo 😉

I tu już łańcuchy się przydają...
Czy zatem trzeba się obawiać tego odcinka? Absolutnie nie, chyba że ktoś zmaga się z lękiem wysokości - mamy tam bowiem do czynienia z ekspozycją. Warto natomiast podkreślić, że niemal cały problematyczny odcinek jest ubezpieczony łańcuchem i osoba obyta z takimi warunkami powinna sobie doskonale poradzić.

Ja osobiście tego fragmentu za dobrze nie wspominam, a to dlatego, że przy przechodzeniu pękła mi foliowa reklamówka przywiązana do plecaka, w której były... nasze śmieci, które zamierzaliśmy wyrzucić w Gavarnie. Pozostało mi patrzyć bezradnie jak reklamówka wypełniona polskimi opakowaniami zjeżdża w dół zbocza... 😱


Końcówka drogi na Wrota była już bezproblemowa, ale finiszowałem w minorowym nastroju. Byłem wściekły ze względu na źle zabezpieczoną reklamówkę, a humor pogorszył mi się jeszcze bardziej, gdy zobaczyłem jak od południowego-zachodu zaczyna do nas napływać... groza.


Mając widmo burzy na horyzoncie pozostało skrócić nasz pobyt na przełęczy i ruszyć w dół, w kierunku schroniska Refuge des Sarradets.


Parę słów ode mnie jeszcze odnośnie samej przełęczy - Wrota Rolanda, a właściwie hiszp. Brecha de Rolando bądź fr. Breche de Roland; arag. La Breca (2805 m.n.p.m.) - jest najbardziej znanym wcięciem na grani głównej Pirenejów, rozdzielającym szczyty Punta Bazillac (2976 m.n.p.m.) i El Casco (3011 m.n.p.m.). 

Z Wrotami Rolanda i charakterystycznym ich wyglądem związana jest następująca legenda:

Hrabia Roland po klęsce wojsk frankijskich, którym dowodził w Bitwie na przełęczy Roncevaux, przeciwko Baskom, zdołał przeżyć tylko dzięki swoim nadludzkim siłom. Jako jedyny ocalały, próbował wrócić do swojej ojczyzny, ale na wskutek poniesionych ran, miał poważne problemy z orientacją i jego marsz zajmował mu bardzo dużo czasu.

Po dwóch dniach i dwóch nocach wielkiego trudu, wspinaczki i ukrywania się wśród skał, Roland dotarł jednak do doliny Ordesy. Stamtąd musiał już tylko wspiąć się na strome zbocza, które zamykały dolinę. Ale wróg był blisko, Roland słyszał już niemal głosy goniących go oddziałów i dostrzegł w oddali pierwszego ze śledzących go psów. Wraz ze zbliżającą się nocą, podjął jeszcze jeden wysiłek i zdołał dotrzeć do pozostałego mu zbocza góry.

Roland był już bliski granicy Francji, gdy dogoniło go stado psów. Za pomocą Durendala, udało mu się zabić wszystkie zwierzęta, choć walka wyczerpała go jeszcze mocniej. Gdy Roland spojrzał w dół zbocza zobaczył żołnierzy, którzy biegli w jego kierunku i wtedy zrozumiał, że nie będzie w stanie już się zmierzyć z nadchodzącym oddziałem. Postanowił rzucić miecz na drugą stronę góry, do Francji, aby oddać jej tym samym hołd, ale w tajemniczych okolicznościach miecz wpadł ponownie w jego ręce.

Frankijski rycerz próbował do trzech razy, ale z tym samym rezultatem. Wiedząc, że nadchodzi śmierć z rąk nieprzyjaciela, z nadludzkim wysiłkiem, Roland rzucił miecz po raz ostatni, a ten uderzył o pobliską górę, przełamując ją na pół i pozostawiając otwartą lukę. Tym samym hrabia umierając mógł więc po raz ostatni zobaczyć swój kraj.

Jego ciało miało zostać znalezione w miejscu znanym od tamtej pory jako Brecha de Roland <Wrota Rolanda>.

Surowe krajobrazy przełęczy
Rzeczywiście, Wrota są lepszym punktem widokowym na stronę francuską, aniżeli hiszpańską. Widać stąd między innymi szczyty należące do masywów Neouvielle, la Munia oraz Vignemale, a także pobliski Pic de Sarradets.

Widok na północny-zachód
Widok na północ

Jak możecie się spodziewać, po krótkim pobycie na przełęczy, zostaliśmy wygonieni na dół przez zbliżające się załamanie pogody. Na szczęście skończyło się jedynie na opadach deszczu, choć wyglądało to znacznie groźniej.

Masyw Pico Marbore
Zdjęcia samego Refuge des Sarradets nie wrzucam, bo i nie ma po co - rok temu schronisko było  przebudowie. Z tego co wiem, Francuzi mówiąc delikatnie - nie aprobują projektu rozbudowy schroniska, twierdząc że zniszczyła ona klimat wcześniejszego miejsca. Taka trochę dyskusja jak z Markowymi Szczawinami 😉


Gdy znalazłem się w pobliżu schroniska - szedłem bowiem jako pierwszy - przestało padać, a ponieważ duszno było jak diabli, to czym prędzej zdjąłem kurtkę przeciwdeszczową. Teren wokół budynku był rozkopany, nie było sensu spędzać tam więcej czasu, dlatego gdy tylko dołączyli do nie towarzysze, rozpoczęliśmy zejście w kierunku Cyrku Gavarnie.

A krótką przerwę zrobiliśmy sobie na progu doliny des Sarradets, w której leży schronisko o tej samej nazwie.

Blue_team 😉
Samo zejście z dolinki des Sarradets przez jej próg, zwany L'Echelle des Sarradets, było jednym z największych wyzwań podczas całego trekkingu. Na długości około 400 metrów w linii prostej do pokonania czeka bowiem 300 metrów w pionie - to bardzo dużo biorąc pod uwagę charakter tej części Pirenejów i fakt, że w dużej mierze zbudowana jest ona ze skał osadowych i krystalicznych - trzeba się więc liczyć, na co zresztą zwracałem uwagę wcześniej, z mało przyjemnym rumoszem skalnym.

Już przy braku dodatkowego obciążenia, bądź przy niewielkim plecaku, nasze kolana odczuły by takie zejście. A każdy z nas miał co najmniej 15 kg na swoich barach - droga była więc naprawdę mozolna i wyczerpująca.


Dna doliny Gavarnie jeszcze nie widać. Z prawej wdzięczy się za to Pimene (2802 m.n.p.m.).


Przy okazji mam dla Was praktyczne wyjaśnienie zagadki pt. "O co chodzi z Zaginioną Górą?". Tak jak wspominałem przy okazji opisu szczytu w poprzedniej relacji, Monte Perdido choć jest najwyższą górą w okolicy pozostaje ze strony francuskiej niewidocznym. Zasłania go przez cały czas ten o to skalny mur - od lewej Pico Occidental de Astazu (fr. Petit Astazou - 3012 m.n.p.m.), Pico Marbore (fr. Pic du Marbore - 3251 m.n.p.m.) i trzy wierzchołki Picos de la Cascada (Pics de la Cascade - 3161, 3111, 3098 m.n.p.m.).


Charakterystycznym elementem całego Cyrku Gavarnie, jest Wielki Wodospad (fr. La Grande Cascade de Gavarnie), najwyższy wodospad Francji, który liczy sobie 422 metry. Nie jest to jednak wodospad jednokaskadowy, maksymalny spadek to 281 metrów.


Ale my tu gadu gadu o wodospadzie, a tymczasem w międzyczasie mijają nam kolejne metry zejścia na dno cyrku. Gdzieniegdzie można sobie pozwolić na schodzenie w normalnej pozycji, ale często trzeba się odwrócić przodem do skał i mozolnie opuszczać w dół.

Wyobraźcie sobie, że właśnie takimi odcinkami poprowadzono HRP - wysokogórski szlak pirenejski 😁 


Marbore i Pics de Cascades raz jeszcze.


A tu dno cyrku i widoczny w tle Pimene.

Widok jak z okien lądującego samolotu - naprawdę!
Pod koniec zejścia czuliśmy oprócz zmęczenia także znużenie. Tylko od schroniska des Sarradets przyszło nam bowiem pokonać 1100 metrów w dół, a świadomość, że po paru chwilach spędzonych na 1500 m.n.p.m. przyjdzie nam znowu podchodzić na przeszło 2000 m.n.p.m. wcale nie pomagała. Dlatego widząc na horyzoncie restaurację zlokalizowaną na dnie kotła polodowcowego, obwieściłem przyjaciołom z radością, że czas najwyższy na dłuższą przerwę obiadową.

Z Krystianem uznaliśmy, że niezależnie od cen, zaszalejemy i na pewno kupimy jakąś smaczną bagietkę i zaczęliśmy się nawet zastanawiać z czym. Czy z camembertem, czy może z jakimś pate... 😋

Wierzcie mi, ten widok robi wrażenie!
W oddali widać już L'Hotellerie du Cirque
Na miejscu czekało na nas rozczarowanie i rozżalenie, ponieważ okazało się, że... nie ma nic do jedzenia. Odbywał się jakiś maraton, przyjechało mnóstwo widzów i wszyscy wszystko wyjedli 😡😡 Myślałem, że szlag mnie jasny trafi, no bo jak to psia mać możliwe, turysta głodny schodzi z grani, mija jedno schronisko - zamknięte z powodu rozbudowy - potem restaurację - gdzie nie ma nic do jedzenia, bo ktoś wyjadł wszelkie zapasy 😤 Jeszcze żeby to jakaś późna pora była, a to ledwie 16.30...

Pozostało nam tylko zjeść... lody. Więc wcinaliśmy magnumy orzechowe. No dobre, jak to magnumy, ale wartości odżywczej to nie ma przecież w ogóle, a taka ilość cukrów po wysiłku jest zwyczajnie niezdrowa.


Niesmak poprawiały tylko widoki roztaczające się z tarasu. Co ciekawe, wystarczyło tylko odejść dwa metry w bok by ujrzeć zupełnie inny pirenejski świat. Ten zielony, kojarzący się bardziej z klimatem umiarkowanym niż śródziemnomorskim.

Są Pireneje i są Pireneje 😉
Tych "zielonych" klimatów jeszcze trochę będzie, a ponieważ nadchodził czas pożegnania imponującym Cyrkiem Gavarnie, to na koniec jeszcze jedno, "bonusowe" spojrzenie. Ten fragment Pirenejów naprawdę robi wrażenie i warto o niego zahaczyć będąc w okolicy.


Spod przybytku nazywającego się restauracją, a w zasadzie hotelem <L'Hotellerie du Cirque> ruszyliśmy ostro do góry, mając nad sobą masyw Astazu. Będę go pokazywał Wam jeszcze z innej perspektywy, także przyjdzie czas aby o nim dokładniej opowiedzieć, na razie parę fotek z drogi do Refuge des Espuguettes.

Tak jak wspomniałem wcześniej - choć czekało nas podejście na przeszło 2000 m.n.p.m., to zdecydowana większość trasy przebiegała bardzo przyjemnym trawersem. Jedynie początek polegał na szybkim zdobyciu wysokości - wejściu ponad dno doliny - i rzecz jasna końcówka.

W dole Gavarnie
Po uzyskaniu odpowiedniej wysokości - mniej więcej 1700 m.n.p.m. - wędrówka stała się na powrót przyjemnością. Większość trasy przyszło nam też pokonywać już w cieniu, bowiem słońce nie dość, że przesuwało się coraz niżej, to spore odcinki szlaku poprowadzono lasem.

Taka ci niespodzianka na szlaku...
Na otwartą przestrzeń wyszliśmy dopiero w okolicach płaskowyżu Pailha (fr. Plateau Pailha), z którego roztaczał się znakomity widok na przeciwległy grzbiet.

Teleportacja w Alpy 😆
Miejscowy klimat przywodził na myśl obrazki znane z Alp - dobiegający dźwięk dzwoneczków pasących się krów i owiec, sporo kwiatów i bujna zieleń. Na dnie tej urokliwej dolinki znalazło się też miejsce na - uwaga - samoobsługową chatkę. Niestety leżała w pewnym oddaleniu od szlaku, dlatego nie wchodziliśmy do środka i nie sprawdzaliśmy jej stanu. Z daleka wyglądała ok 😄


Z dna dolinki, czy też płaskowyżu, czekało nas już tylko finalne podejście w pobliże schroniska. Ale jakże to było ciężkie zadanie w tamtym momencie! Zmęczeni całodniowym marszem, a przede wszystkim niewyobrażalnie głodni - ostatni raz coś poza lodami jedliśmy przecież na Wrotach Rolanda - myśleliśmy, że podejście się nigdy nie skończy.


Beznadziejnie niskie morale ratowały tylko widoki. Na te naprawdę nie można było narzekać, choć trochę szkoda, że mieliśmy to wszystko nie przed sobą, a za plecami.


Pico Occidentale de Astazou i Pico Marbore.


I znów spojrzenie za siebie. W tle widać między innymi Wrota Rolanda i masyw El Taillon.

"Ech, kiedy to się kończy..."
Francuska część Pirenejów.


Do Refuge des Espuguettes dotarliśmy o 19.35, a więc po przeszło 10 godzinach od momentu wyruszenia spod Goriz. Wspólnie stwierdziliśmy, że był to nadzwyczaj męczący dzień - pokonaliśmy jednak blisko 1200 metrów w górę i 1300 metrów w dół, w nadzwyczaj stromym i kamienistym terenie.


Rozkładając namiot nieopodal kamiennego budynku, obserwowaliśmy ostatnie tchnienia tego bogatego w atrakcje, dnia. Trzeba przyznać, że zachód był naprawdę widowiskowy - tu przed wami majestatyczne ściany skalne El Taillon.


Jest i majestatyczny masyw Vignemale...

Główny wierzchołek Vignemale to ten widoczny pośrodku trójwierzchołkowego masywu, sprawiającego "kopnięte" wrażenie.
Tu już bardziej posępnie...

Surowe bywa bardzo piękne!
W namiocie krzątaliśmy się do późnych godzin nocnych. Tyle czasu zajęło nam bowiem umycie się i najedzenie się do syta.

Ale miało to swoje dobre strony, bo gdy szczęśliwy, z pełnym brzuchem wyczołgałem się z namiotu, ujrzałem rozgwieżdżone niebo. Znów było pięknie!


Pobliskie schronisko doskonale prezentowało się na tle pirenejskich szczytów.


Na koniec jeszcze fotka drogi mlecznej ponad Pico Marbore i czas wracać do namiotu by oddać się na parę godzin błogiemu wypoczynkowi...


Noc na płaskowyżu przy Refuge des Espuguettes będziemy wspominać jako jedną z najlepszych podczas naszego pobytu. Powód jest prosty - była to jedyna noc, której nie zakłóciły nam deszcze i burze.

Słowem zapowiedzi  - w kolejnej, ostatniej już części z Pirenejów, wrócimy na stronę hiszpańską.

Do zobaczenia!

CDN.

KOMENTARZE

4 komentarze:

  1. Refuge de Espuguettes - jest na mojej liście ;-) Ale raczej lajtowo, nie tak jak Wy :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo klimatyczne miejsce, to prawda :) I podejście z Gavarnie jeszcze da się zdzierżyć, nas zmęczyło, bo to była końcówka długiego dnia :P

      Usuń
  2. Piękny, surowy krajobraz. Wodospad wprost urzeka.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, Pireneje potrafią czarować surowością krajobrazu. Pozdrawiam:)

      Usuń

Back
to top