A ona kapryśna jak żadna inna! - czyli o powrocie w Luczańską Fatrę

Tego listopadowego dnia dolina Kisucy, w którą wehikułem Krystiana standardowo wjechaliśmy od strony Mostów koło Jabłonkowa, przywitała nas dosyć pochmurnym i mało zachęcającym porankiem. Z dużą obojętnością spoglądaliśmy na umykające po bokach tabliczki SLOVENSKO, OKRES CADCA, ZMENAREN, SLOVNAFT, przysłuchując się gorączkowej opowieści na temat wspomnień z jednego wyjazdów, gdy jadąc po zmroku granica czesko-słowacka "nieco" zaskoczyła ówczesnego kierowcę i pasażerów, co ku ich przejęciu odbiło się na naruszeniu dopuszczalnej prędkości. Wszystkie te wspomnienia wróciły bowiem, gdy Krystian ujrzał patrol policji bacznie pilnujący przed Świerczynowcem czy tym razem wszyscy kierujący zdołali przyswoić, że wraz ze zmianą granicy porządna dwupasmówka zamienia się w drogę o charakterze bardziej powiatowym niż międzynarodowym, a co za tym idzie zachowanie bezpieczeństwa wszystkich uczestników ruchu drogowego wymaga od kierowców dwukrotnego zmniejszenia prędkości.

W wysoko zawieszonym wehikule siedzieliśmy w składzie trzyosobowym (towarzyszył nam także Mateusz, którego na blogu nie mieliście okazji do tej pory poznać) a kierunkiem w który zmierzaliśmy była Mała Fatra a konkretnie jej luczańska część. Mieliśmy do dyspozycji krótki weekend, dni były krótkie, odpadała zatem daleka podróż, a ponieważ prognozy zapowiadały sporo słońca, to uznaliśmy, że ten fragment słowackich Karpat będzie odpowiedni, zwłaszcza, że mieliśmy z nim po naszym poprzednim pobycie w 2017 roku niewyrównane rachunki.

I właśnie dlatego niepogoda w dolinie Kisucy była nieco deprymująca. Na szczęście wraz z przyjazdem do Żyliny warunki zaczęły się jednak wyraźnie poprawiać i ku naszej uciesze, gdy dotarliśmy już do miejsca docelowego, średniej wielkości wsi Turie, zaświeciło listopadowe słońce. W cieniu było rześko, ale poza nim promienie tuliły nas miło swym blaskiem.

Centrum wsi Turie

Turie, w którym zaparkowaliśmy pod kościołem, było dosyć uporządkowane i czyste, choć jak większość wsi na Słowacji zdawało się być bardzo senne. Niby na wyciągnięcie ręki znajdowała się budowa pokaźnego węzła autostradowego, a zanim wyrastało czwarte miasto w kraju, ale zupełnie nie czuć było tu jakiejś takiej suburbanizacji, która włączałaby Turie do jakiejś metropolii. To co mogło faktycznie sygnalizować, że nie jesteśmy na zupełnej prowincji, to zaglądający od czasu do czasu autobus miejski, a nie tradycyjny SAD, ale to by było na tyle...

Stajemy obok kościoła

Przebraliśmy się i podążając zielonym szlakiem, ruszyliśmy ku opłotkom wsi. Droga, którą mieliśmy okazję iść, przeprowadziła nas obok jakiegoś dużego gospodarstwa rolnego, które okazało się być farmą ekologiczną, a następnie wyprowadziła na rozległe pastwiska. Jeśli chodzi o widoki to pewną ciekawostką było to, że pierwotnie swoją uwagę najmocniej przyciągała nie Mała Fatra, a masyw Skałek (778 m n.p.m.) będący częścią Sulowskich Wierchów...

Masyw Skałek (778 m n.p.m.)

Ten pierwszy, "wstępny" odcinek trasy uważam jednak za przyjemny, ba, łąki powyżej Turia na pewno byłyby wdzięcznym terenem na dedykowane spacery piesze czy rowerowe. Nam, z uwagi na długość dnia, trochę się spieszyło i w ciszy zbliżaliśmy się ku ciemniejącym zboczom...

Droga ku górom

Nieopodal ostatniego budynku jaki mieliśmy minąć tego dnia, tj. czegoś na kształt leśniczówki położonej u wylotu doliny, stało sporo samochodów na słowackich blachach. Zaraz za nią zaczynał się błotnisty płaj, którym mieliśmy dalej podążać, a na nim stał człowiek wyglądający na leśnika, czy też, jak się okazało, myśliwy, spieszący z komunikatem: "halo, tu się odbywa polowanie". Choć pozwolono nam łaskawie przejść, to kazano zejść ze środka płaju i iść bokiem, tj. skrajem krzaków.

Wędrówce, oprócz nerwowemu oglądaniu się za siebie, towarzyszył widok na szczyt o zapamiętywalnej nazwie "Čipčie"


Wraz z osiągnięciem rozstajów "Pod Ostrym" (czy też "Pod Ostrou" bo i taka nazwa pojawia się na mapach) trochę odetchnęliśmy, gdyż to właśnie tu kończył się zasięg nieszczęsnego polowania. Co za tym idzie dalszy marsz miał już się odbywać przy zachowaniu większego spokoju, mogliśmy też wreszcie bardziej cieszyć samym marszem, gdyż akurat ten początkowy odcinek należał do dosyć stromych.


Pozostając na zielonym szlaku, zeszliśmy kilka metrów na dno wąwoziku, który tworzy swojej w górnej partii potok Połomiec (Polomec) dzielący strome zbocza Kozła (Kozol - 1119 m n.p.m.) i Ostrej (czy też Ostrego - 947 m n.p.m.) by wkrótce go przekroczyć i pożegnać. Teraz miała nas czekać jednostajna wspinaczka zboczem Kobylia (1066 m n.p.m.), ale jeszcze wcześniej pozwoliliśmy sobie na krótki postój, korzystając z obecności świeżej wody...

Szlak zbacza z leśnej drogi, przekracza potok i zaczyna się wspinać ramieniem widocznym po lewej stronie

Podejściem ramieniem Kobylego (Kobylie) przyniosło ze sobą prawdopodobnie pierwszy tego dnia szerszy widok na główny grzbiet Luczańskiej Fatry z Minczolem (1364 m n.p.m.) oraz szczyt Skalnatej (1126 m n.p.m.) wznoszący się od północy nad górnymi partiami Turzańskiej Doliny (Turska dolina), którą mieliśmy przyjemność przejść kolejnego dnia podczas powrotu.

Na wprost Skalnata (1126 m n.p.m.) - z prawej, w chmurach Minczol (1364 m n.p.m.)

Zresztą, z punktu widokowego w którym się znajdowaliśmy, widać było także i dolną część wspomnianej doliny wraz z jej krótkimi odnogami. To co przykuło moją uwagę to liczba skałek w zasięgu wzroku - jest ich w północno-zachodniej części Luczańskiej Fatry zaskakująco dużo.

Widoki na otoczenie Turzańskiej Doliny

Wierzchołek Kobylia (1066 m.n.p.m.) szlak pozostawił po stronie południowo-zachodniej zgrabnie go trawersując, doprowadzając do leśnego rozdroża na ustronnej przełęczy. Teraz przed nami był dosyć długi fragment podejścia na Skałkę, której osiągnięcie można byłoby nazwać wyraźnym kamieniem milowym w naszej wędrówce.

Panowie na podejściu

Tego odcinka nie należy się jednak bać, choć wydaje się dosyć długi, to faktycznie się nie dłuży - a już na pewno nie przy pogodnych warunkach - dzięki widokowej hali, którą osiąga się mniej więcej po pokonaniu pierwszych 150 metrów w pionie. Hala zarasta, ale wciąż z niej widać bardzo ładnie nieodległy masyw Kozła.

Charakterny szczyt Kozła (1119 m n.p.m.)


Im bliżej szczytu Skałki byliśmy, tym łagodniejsze stawało się podejście, natomiast wraz z pożegnaniem lasu zaczął wiać silny wiatr, a szybko przesuwające się po niebie chmury tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że sytuacja na głównym grzbiecie musi być zaiste wesoła. Było jednak pięknie, a przecież to był dopiero początek spaceru powyżej górnej granicy lasu! 

Jest i wyczekiwany szczyt Skałki...

Zgodnie z przewidywaniami na szczycie wiało naprawdę mocno, choć na szczęście udało nam się w znaleźć fragment względnie wyciszonego miejsca nieco niżej tak by napić się gorącej herbaty i zjeść po batonie. Przerwa i dodatkowe kalorie były nam bardzo potrzebne, zwłaszcza że z każdym kolejnym postawionym krokiem i z każdą kolejną minutą temperatura spadała coraz mocniej.

Jeśli chodzi o sam widok ze Skałki to ten wydawał się być interesujący przede wszystkim na stronę południową i południowo-wschodnią. Celowo piszę jednak "wydawał się" bowiem niskie chmury nieco uniemożliwiały lepszą ocenę sytuacji. 

Stamtąd przyszliśmy - widok na zachód

I do kolekcji widok na wschód - w stronę Kriżawy i Wielkiej Łąki

Z uwagi na mało przyjazne warunki po 30 minutach zebraliśmy się do dalszej drogi - czekał nas teraz spacer łagodnie pofalowanym grzbietem na drugi z wierzchołków Skałki, następnie krótkie zejście i finalne podejście na Kriżawę, wieńczące proces podchodzenia na główny grzbiet Luczańskiej Fatry.

Ten etap okazał się być przyjemniejszy niż myśleliśmy - wiatr bowiem momentami przestawał dawać o sobie znać, zaś teren był stworzony do spacerów. Zresztą podejście zielonym szlakiem wybrałem nieprzypadkowo, ze wszystkich szlaków dojściowych na grań główną ten wydaje się najatrakcyjniejszy, a już na pewno jest on najatrakcyjniejszy ze wszystkich szlaków po zachodniej stronie Wielkiej Łąki, ponieważ właśnie za sprawą Skałki daje możliwość nacieszenia się otwartą granią także poza głównym grzbietem. Rzecz to właśnie bardzo ciekawa, że choć cały masyw Wielkiej Łąki jest naprawdę rozległy, a boczne ramiona dosyć długie - przede wszystkim właśnie ramiona zachodnie - to brak w nich wyraźnych wysokich - jak na lokalne warunki - kulminacji. Skałka jest tu jedną z najwyższych w Luczańskiej Fatrze - wyższe są bowiem jedynie Humence w południowo-wschodniej części Wielkiej Łąki, przy czym wybitność tej drugiej kulminacji jest minimalna i stawia pod wyraźnym znakiem zapytania logikę jej wyróżniania. 


Bliźniaczy fakt dotyczy zresztą Krywańskiej Fatry, która również pozbawiona jest grani bocznych z kulminacjami o niewielkiej wybitności - do takich trudno bowiem zaliczać Osnicę czy Kraviarske, czyli szczyty rozdzielone od głównej grani głębokimi siodłami. Jeśli takie sytuacje występują to tylko punktowo, inaczej niż na przykład w Tatrach Zachodnich (w których to właśnie w bocznych graniach znajdują się najwyższe szczyty - Bystra, Raczkowa Czuba czy Baraniec) bądź w Niżnych Tatrach (Skałka, Bor, Równa Hola, Ondrejska i Raztocka Hola).

No i właśnie Skałka (nie mylić ze Skałką w Niżnych Tatrach) daje namiastkę takiej podobnej sytuacji, gdzie opuszczając główny grzbiet nie zbiegamy od razu w doliny lecz wysokość wytracamy stopniowo, po drodze zaliczając jeszcze to i owo. Lub patrząc w drugą stronę - zamiast nagłych widokowych niespodzianek gdy znienacka wychodzi się na szczyt mamy tu możliwość delektowania się płynnie poszerzającym się horyzontem. I w przypadku wycieczek w pasma wyższe, gwarantujące możliwość podpatrywania niezliczonej ilości grani bliższych i dalszych zazwyczaj preferuję właśnie takie opcje, dzięki którym jest czas by dokładnie wszystko topograficznie przeanalizować. Dlatego szlakowi przez Skałkę należy się z mojej strony okejka 😉

Na grani Skałki...

Na ostatnich metrach przed osiągnięciem głównej grani zostałem wyraźnie w tyle, starając się uchwycić ostatnie widoki, nim otoczy nas gęsta mgła. Byłem trochę rozdrażniony - szczerze powiedziawszy masyw Wielkiej Łąki jak żaden inny na Słowacji kojarzy mi się z mgłami. Okej, było to dopiero drugie doświadczenie tak bliskie, ale ze swoich licznych przejażdżek kolejowych doliną Wagu - lub po prostu cudzych zdjęć - nad wyraz często zapamiętuję gęste chmury nad Martinem. Ciekaw jestem czy Luczańska Fatra np. z uwagi na swoje południkowe położenie i charakterystyczne ukształtowanie (szerokie, płaskie szczyty) faktycznie pogodowo się wyróżnia czy to tylko takie zrządzenia losu 😕

Tuż przed osiągnięciem głównej grani

Z takim widokiem przed sobą dobrze by się schodziło ;)

Na granicy słońca i chmur...

Wraz z mgłą nadszedł przenikliwy chłód, czego zwiastunem były oszronione drzewa, które mijaliśmy już od pewnego czasu. Na szczęście chmury nie okazały się być bardzo gęste, przez co w nadziei na znalezienie interesujących kadrów postanowiłem nie chować aparatu do futerału.

Surowe warunki pod Kriżawą...

Nieopodal nadajnika na Kriżawie (1458 m n.p.m.) dopadło mnie na krótko zwątpienie, bo widoczność, jakby podążając za temperaturą, wyraźnie spadła. Na krótką chwilę zrobiło się paskudnie - wysoka wilgotność, temperatura bliska zeru i mocny wiatr - no takie połączenie potrafi sprawdzać odporność nawet tych najbardziej wytrwałych. 

Warunki podczas spaceru z Kriżawy na Wielką Łąkę

Gdy jednak zaczęliśmy podchodzić pod kulminację Wielkiej Łąki (1476 m n.p.m.), stanowiącą najwyższy punkt całego masywu, chmury się znów rozrzedziły. Wiało jak jasna cholera, ale staliśmy przez chwilę jak wryci oczekując, że w takiej chwili, o zachodzie słońca, ukażą nam się Tatry...

Wierzchołek Wielkiej Łąki przed nami

Koniec końców Tatr na wschodzie nie było, podobnie jak i Wielkiej Fatry, dopatrzyliśmy się jednak po raz kolejny widma brockenu, które nadało trochę dodatkowego koloru. 

Widmo brockenu pod Wielką Łąką


Widokowo więcej się działo po zachodniej stronie szczytu, gdzie mgła w zasadzie ustąpiła, ukazując nam zarys Strażowskich i Sulowskich Wierchów. 

Po zachodniej stronie szczytu widowisko było całkiem niezłe...

Czas jednak szybko leciał a do Grand Hotelu Partizan mieliśmy jeszcze kawałek, dlatego nie czekaliśmy na Wielkiej Łące do zmierzchu lecz ruszyliśmy w stronę Widlicy. Po drodze nie brakowało atrakcji, podobnie zresztą jak w zimie, gdy Krystian znienacka właśnie na tym odcinku zanurkował po pas w śniegu. Tym razem trafiły nam się liczne kałuże, które dodatkowo wydłużyły drogę 😉

Klimaty Wielkiej Łąki...

Kiedy minęliśmy rozstaje na Widlicy (1466 m n.p.m.) i zaczęliśmy schodzić w stronę Weternego (1437 m n.p.m.) chmury znów się rozeszły a nam się ukazały zdecydowanie najlepsze widoki tego wieczora. Przypuszczam w ogóle, że potencjał widokowy tego fragmentu grzbietu jest wyjątkowo wysoki jak na cały masyw Wielkiej Łąki, ponieważ grań jest tu dosyć wąska - w przeciwieństwie do centralnej swojej części - a do tego nie ma tu praktycznie w ogóle kosówki.

Widoki z grzbietu w drodze na Weterne

Z Weternego zeszliśmy gdy zapadała już noc. Nie wiało już jednak, dlatego perspektywa nocnej wędrówki nie była taka straszna, w lesie poza tym, że trzeba było uważać na śliskie liście przykrywające ścieżkę, szło nam się całkiem nieźle. W rezultacie na Górną Łąkę (sł. Horna luka - 1299 m n.p.m.) dotarliśmy nawet szybciej niż sądziliśmy.


W Grand Hotelu Partizan ponownie zastaliśmy mnóstwo gości i przez chwilę obawialiśmy się tego, że nie znajdzie się dla nas miejsce. Tak się jednak nie stało, choć musieliśmy się podzielić - Mateusz poszedł spać na górę a my z Krystianem dorwaliśmy nieco materaca w głównej izbie. Było ciasno, ale dosyć ciepło i wesoło.

(Dziś pamiętajcie, że GH Partizan już nie istnieje z powodu pożaru - mam jednak ogromną nadzieję, że Słowacy go znów odbudują.)

***

Noc minęła spokojnie, obyło się bowiem bez żadnych długich rozmów, inaczej niż podczas naszej pierwszej wizyty. Ranek nadszedł pochmurny i nic nie wskazywało na to, że w trakcie dnia coś się zmieni.


Zjedliśmy śniadanie i jako jedni z ostatnich wyruszyliśmy w drogę. Czekał nas powrót na Wielką Łąkę, na którą przyjeżdżaliśmy z zamiarem złapania wybornych widoków o wschodzie i zachodzie, z których przypadły nam jedynie okruchy, których na dodatek dosięgnięcie okazało się być okraszone nie lada wysiłkiem. 

Pod Górną Łąką o poranku

Gdy szliśmy grzbietem łączącym Górną Łąkę z masywem Wielkiej Łąki mgła niespodziewanie zaczęła się jednak rozrzedzać, a my mogliśmy chyba po raz pierwszy przyjrzeć się jak wygląda ten fragment głównej grani Luczańskiej Fatry.


Nieopodal siodła, którego bezimienność pozostaje delikatnie niezrozumiała w kontekście jego topograficznego znaczenia (w końcu stanowi bowiem południową granicę długiego na prawie sześć kilometrów najwyższego masywu Luczańskiej Fatry), wschodzące słońce zaczęło przebijać się przez coraz rzadsze chmury, nadając okolicy ślicznych pastelowych kolorów.

Piękny wschód w siodle między Górną Łąką a Weternem


Gdy powtórnie zaczęliśmy się wspinać zboczem Weternego słońce świeciło już mocno, natomiast najwyższa część Wielkiej Łąki cały czas pogrążona była we mgle. To nas trochę spowolniło, bo uznaliśmy, że skoro sytuacja tak wygląda, to nie ma się gdzie spieszyć.


Pośpiech nie był wskazany, zwłaszcza że z każdym dodatkowym metrem warunki robiły się coraz ciekawsze. To że ponownie wkroczyliśmy w krainę z temperaturą odczuwalną grubo poniżej zera, to był pan pikuś przy huraganowym wietrze, który na otwartym terenie zaczął nam absolutnie uniemożliwiać sprawne poruszanie. Dotarło do mnie, że nawet gdyby nie było mgły, to przy takim wietrze żadnego wschodu słońca na szczycie by dla nas nie było. A już przynajmniej nie takiego, który dałby się uwiecznić ("uwietrznić" 😉 ).

Stamtąd przyszliśmy. Jak widać Górna Łąka pod którą znajduje się GH Partizan nadal w chmurach

W konsekwencji na szczycie spędziliśmy - w zależności od osoby - od 10 sekund do może minuty. Wiatr był na tyle silny, że miałem problem z zachowaniem równowagi, nie mówiąc o nieruchomym utrzymaniu telefonu czy aparatu. Trzeba natomiast uczciwie powiedzieć, że gdzie jak nie na Weternem miało by wiać (Veterne znaczy dosłownie wietrzne) 😈

Nagrodą za pojawienie się na szczycie był kolejny brocken 😜




Droga w stronę Widlicy zapowiadała sie na szczęście wyraźnie mniej problematyczna. Wynika to zresztą z tego o czym pisałem podczas zejścia z Wielkiej Łąki relacjonując poprzedni dzień - o ile większość masywu cechuje dosyć szeroki i przede wszystkim porośnięty kosówką grzbiet, który może nieco osłaniać od wiatru, to Weterne jest jej pozbawione. Co też istotne, ten odsłonięty wierzchołek bardzo wyniośle wznosi się od wschodu ponad Switaczową Doliną (sł. Svitačova dolina), stanowiąc załamanie najwyższego masywu Luczańskiej Fatry.

Krajobraz Weternego o poranku

I tak rzeczywiście było, w drodze na najwyższy punkt masywu warunki wyraźnie się uspokoiły. Momentami pojawiało się błękitne niebo nad nami, które rozpalało nasze nadzieje na widokową ucztę...

Droga z Widlicy na Wielką Łąkę

Wielka Łąka do końca zechciała jednak pozostać Wielką Łąką i tym razem nie pozwoliła nam docenić tutejszych walorów widokowych. Jedynie przez moment między chmurami pojawiły się zarysy szczytów innych pasm górskich 😩

Między Wielką Łąką a Kriżawą

Zapytacie być może skąd się bierze moje ubolewanie, więc wyjaśnię, że choć panorama z Wielkiej Łąki ma sporo mankamentów - między innymi przemysłowy Martin "dekorujący" dużą część okolicznego krajobrazu czy paskudna wieża na Kriżawie - to niektóre szczyty -  czy szerzej pasma - tworzą tu interesującą układankę. Takie interesujące ułożenie dotyczy między innymi Wielkiego Chocza, którego piramida wznosząca się centralnie przed wałem Tatr wydaje się tworzyć świetne fotograficzne kompozycje. Z Wielkiej Łąki doskonale prezentuje się też luczański Klak.


Na Wielkiej Łące nam się nie poszczęściło, niemniej gdy minęliśmy Kriżawę i wyszliśmy na Zazriwą - ostatni po północnej stronie wierzchołek masywu przekraczający 1400 m n.p.m. - trafiliśmy nagle jakby do innego świata - bez chmur, z jesienną a nie zimową, jak dotychczas, aurą.

Nie ukrywajmy, był to jeden z najprzyjemniejszych momentów wyjazdu, zresztą, sama Zazriwa jest właściwym miejscem do cieszenia się z widokowych warunków. O ile w przypadku Wielkiej Łąki panoramę Krywańskiej Fatry psuje właśnie wspomniany maszt na Kriżawie, o tyle tu mamy do czynienia z malowniczą halą, która tworzy miły pierwszy plan, z którym zdecydowanie lepiej współgrają Krywanie i Chleb w oddali. W zasięgu wzroku pojawia się też Babia Góra i Pilsko.

Krywańska Fatra z Zazriwej w całej okazałości

Mały Krywań (1671 m n.p.m.)

Z Zazriwej udało się też upolować Chocza na tle Tatr Zachodnich.

Kopa, Wielki Chocz i Tatry Zachodnie

Kriżawa z Zazriwej

Trochę jesiennych, absolutnie pięknych widoków dodało nam apetytu do czekającej nas jeszcze tego dnia wspinaczki na Minczol, którego szczyt (1364 m n.p.m.), wraz z sąsiednim Małym Minczolem (1330 m n.p.m.) i Upłazem (1302 m n.p.m.) tworzy ostatni tak imponujący bastion Luczańskiej Fatry na północy.


Podejście na szczyt od południa, tj. od przełęczy Praszywe, która rozdziela masyw Minczola od masywu Wielkiej Łąki, okazało się być dosyć krótkie, ale treściwe. Podobnie jak wcześniej na Weternem, tak i tu dosyć mocno wiało, choć było dużo dużo cieplej.


Minczol, chociaż pod kątem popularności pozostaje w cieniu Wielkiej Łąki a zapewne także i Klaka, uchodzi za doskonały punkt widokowy (spotkałem się z określeniami że oferuje panoramę lepszą niż Wielka Łąka), ale nas na szczycie przywitała znajoma rzecz - chmury - które zabrały nam nawet sąsiadów wznoszących się po drugiej stronie Wagu. Na plus zdecydowanie mogliśmy zapisać możliwość spojrzenia z bliska na sąsiedni Mały Minczol - osobiście nie zdawałem sobie sprawy z tego, że znajduje się tam aż tak duża - choć zarastająca - hala. Zaciekawiła mnie ona bardzo i na pewno będę chciał kiedyś tam wrócić.

Na pierwszym planie Upłaz i Mały Minczol. W chmurach Krywańska Fatra

W chmurach także Kriżawa

Widokami Krywańskiej Fatry z Minczola nie udało nam się zatem nacieszyć i pomimo że bezchmurny fragment horyzontu znajdował się przynajmniej ponad Żyliną, to ze względu na smog unoszący się nad tym miastem widokami Jaworników i Beskidu Morawsko-Śląskiego też trudno było się zachwycać. Jednak znakomity pogląd na całą kotlinę, w której znajduje się czwarte co do wielkości miasto Słowacji, pozwolił zrozumieć dlaczego to właśnie w tej okolicy w kwietniu 1945 roku toczyły się zaciekłe walki między armią radziecką a niemiecką w trakcie tzw. wyzwolenia Żyliny.

Panorama Żyliny

Z Minczola schodziliśmy szlakiem koloru żółtego, który bardzo szybko wytracał wysokość przez co zapewniał nam sporą dawkę wrażeń. Ku naszemu niemałemu zdziwieniu ścieżka była jednak dosyć sucha, dzięki czemu obyło się bez dodatkowych trudności 😉

Widoki w trakcie zejścia

Dużym plusem żółtego szlaku były widoki na otoczenie Turskiej Doliny do której schodziliśmy, natomiast ogromnym minusem - w przeciwieństwie do szlaku zielonego z poprzedniego dnia - ciągnąca się niemiłosiernie wędrówka asfaltową drogą po dnie doliny. W przypadku gdy w nogach pokonaliście pewien dystans - na szczęście tym razem nieprzesadny - i nosicie buty z twardą podeszwą, to taki spacerek śni się wam po nocach, zupełnie jak Dolina Chochołowska pod koniec dnia.

Natomiast wiele zależy od nastawienia, my byliśmy już głodni i wyczekiwaliśmy haluszków na obiad, co na pewno pozostało nie bez wpływu na to jak zapamiętaliśmy ten fragment. Jakby tak spojrzeć nań możliwie obiektywnie, to 5 kilometrów jakie trzeba tu pokonać by dotrzeć do wsi nie wydaje się tak skomplikowanym wyzwaniem.

Przeklęty asfalt w Turzańskiej Dolinie

Po dotarciu na parking i przebraniu się pojechaliśmy do Żyliny na szamę, przy której zgodnie stwierdziliśmy, że wyjazd, choć niedługi, to dał nam w kość bardziej niż sądziliśmy. Dokładnie tak jak wyjazd sprzed dwóch lat, gdy przyjechaliśmy z zamiarem długiego graniowego spaceru a w wyniku gwałtownych opadów śniegu, które przyszły pierwszej nocy, utknęliśmy w Partizanie. Kto z Was o tamtych przygodach nie czytał - zachęcam gorąco.

Luczańska Fatra, a zwłaszcza jej najwyższa część, zapisze się w naszych wspomnieniach jeszcze na długo jako kapryśna i nieodczarowana - jak żadna inna Fatra. 😌

KOMENTARZE

0 comments:

Prześlij komentarz

Back
to top