Majowa wędrówka przez Javorie i Ostróżki - najbardziej zapomniane góry Słowacji? cz. II


Spałem całkiem długo, bowiem aż do ósmej (bite 10 godzin!). Wbrew moim obawom nikt ani nic nie zakłóciło mi snu i o poranku w pełni wypoczęty zacząłem przygotowywać się do dalszej drogi. Ta zakładała do przejścia dystans podobny jak poprzedniego dnia, ale jednocześnie brak ważniejszych szczytów po drodze, co pozwalało mieć nadzieję na brak kłopotów orientacyjnych i konieczności przedzierania się przez chaszcze.

Po upływie godziny, która była mi potrzebna aby zjeść śniadanie i zwinąć cały majdan, ruszyłem na szlak, zaczynając od powrotu do rozstajów, o których pisałem w poprzedniej relacji (Polomy, razcestie).


Gdyby ktoś z czytelników nie natrafił na poprzednią relację, to przypomnę również, że z rozstajów można spróbować podejść, oczywiście bez szlaku, w masyw Jaworza (szczytu). Jest to jeden z dwóch najłatwiejszych orientacyjnie wariantów - drugi zaczyna się zaraz za przysiółkiem Blyskavica, który mijałem dzień wcześniej, i wiedzie najpierw bitą drogą (na polanę Pansky vrch) a potem rzadką leśną ścieżką. 

Ja z wędrówki na szczyt zrezygnowałem - głównie dlatego, że nie do końca byłem pewien jak przepisy regulują poruszanie się po obszarze przylegającym do poligonu (grzbietem biegnie granica poligonu Lešť), a że sam szczyt nie oferuje specjalnie nic ponad to, że należy do Korony Gór Słowacji, to sobie odpuściłem.


Zamiast podążać w stronę najwyższego szczytu pasma zerknąłem na tabliczkę szlakową i podreptałem czerwonym szlakiem w stronę pojedynczych zabudowań rozrzuconych na polanie. Jak się okazało, były to najprawdopodobniej domki letniskowe, które na początku maja pozamykane były na cztery spusty.

Zabudowa osiedla Połomy
Takich zagubionych, ale jednak nie wszędzie zapadłych, miejsc jest bez liku nie tylko w samym Jaworzu - to generalnie domena czerwonego szlaku, którym się poruszałem, zwanego Rudną Magistralą, stanowiącą drugą co do długości znakowaną trasę na Słowacji, oczywiście po Szlaku Bohaterów Słowackiego Powstania Narodowego. Rudna Magistrala liczy sobie 240 kilometrów i łączy Złote Morawce (sł. Zlaté Moravce) oraz Stolicę - najwyższy szczyt Gór Stolickich.

Jeśli rajcują Was takie klimaty w górach jak te na obrazkach poniżej, a ponad 600 km, które trzeba przedreptać Szlakiem Bohaterów SNP, stanowi zbyt duże wyzwanie bądź po prostu wymaga poświęcenia zbyt wielu dni, to zachęcam - zainteresujcie się Rudną Magistralą!

Dodam tylko, że fragment tego szlaku pokazywałem Wam również przy okazji wędrówki przez Masyw Polany i Rudawy Weporskie, a relację z całości znajdziecie na przykład tutaj - LINK.


Niestety na skraju łąki straciłem oznaczenia szlaku z oczu i dobre kilkanaście minut spędziłem na powtórnym szukaniu znaków. Okazało się, że wprawdzie skręciłem, tak jak nakazywały znaki, ale nie w odpowiednią ścieżkę.

Nim się zorientowałem, minęło sporo czasu, głównie dlatego, że poruszałem się po jakiejś innej ścieżce, która dopiero po przejściu kilkuset metrów okazała się być ślepą. Sytuacja jednak okazała się mieć swoje dobre strony, bo dotarłem do wody, której potrzebowałem aby uzupełnić puste po porannym gotowaniu butelki.

Drugą swoistą zaletą był fakt, że w momencie gdy schylałem się do wody, nieopodal przebiegł mi piękny, dorodny jeleń. Takie widoki zawsze są miłe!


Na szlak wróciłem podążając nieco na oślep, zauważając, że powinien przebiegać wyraźnie ponad dnem doliny, trawersując wpierw zbocze góry Rimań (918 m n.p.m.), a następnie dopiero z wolna wytracać wysokość, wychodząc na otwartą przestrzeń zabudowaną gospodarstwami osady o identycznej nazwie co wspominany szczyt. 

Rzekome zejście okazało się było dosyć strome, ale widoki po raz kolejny były naprawdę przednie.



Podobnie jak w Blyskavicy, także i w położonym poniżej przysiółku Rimań toczyło się jednak życie, choć nikogo, poza kurami, nie spotkałem.


Poniżej zabudowań szlak ponownie opuścił drogę asfaltową (nieco dalej się z nią ponownie łączył) i wszedł na łąki pokrywające zbocza Soliska. Ten odcinek, tj. oczywiście od momentu zejścia z asfaltu, był bez wątpienia jednym z najpiękniejszych jakie pokonałem podczas tego wypadu, zresztą sami zobaczcie co tam się działo...


Miejsce to było do tego stopnia zachwycające, że pomimo już nie tak wczesnej pory i w sumie braku czasu (bo zatrzymywałem się często i na długo) i tak postanowiłem tam chwilę posiedzieć. Oprócz tysięcy kwiatów w zasięgu wzroku obecny był szczyt Poprzecznego (Priecne - 1023 m n.p.m.) stanowiący najbardziej na zachód wysunięty fragment masywu Jaworza.   

Chcę tu zostać!
Silnie ukwiecone pola towarzyszyły mi także podczas dalszego etapu schodzenia, gdy zbliżałem się do wsi Zajeżowa (sł. Zaježová). Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że tam, na tym całkowitym zadupiu działał sklep, na dodatek całkiem nieźle zaopatrzony. Były w nim między innymi lody, a że dzionek nastał naprawdę zaskakująco ciepły, to postanowiłem co nieco poszperać w lokalnej zamrażarce.


Korzystając również z obecnych obok sklepu kontenerów pozbyłem się zalegających mi śmieci. W ten sposób znalazło się w plecaku miejsce na rochliky i parę jeszcze innych drobiazgów, które wzbogacały mój jadłospis a przy okazji i umilały dalszą drogę - tu przyznam bez bicia, że była to kofola, czekolada studencka i smadny mnich 😜

Po przerwie ruszyłem w dół wsi i nieopodal skrzyżowania (przez Zajeżową przechodzi droga asfaltowa pozwalająca przejechać przez Jaworze z Kotliny Pleszowskiej do doliny Slatiny) zastałem przystanek autobusowy z miarę regularnymi kursami (szok!). Zatem uspokajam niezmotoryzowanych, że od biedy jako tako da się znaleźć pośrodku Jaworza korzystając ze zbiorkomu. Pod tym względem naprawdę nie ma tragedii, bowiem jakby nie patrzeć jest to kolejne miejsce dostępne transportem autobusowym w bezpośrednim otoczeniu tych gór.

Przy okazji warto wspomnieć, iż Zajeżowa, to lokalny węzeł szlaków. Oprócz "magistrali", czyli czerwonego szlaku, którym podążałem, zaczyna się tu (bądź kończy w zależności jak spojrzeć) żółty szlak z Królowej (sł. Kral'ova), czyli wysoko położonej dzielnicy Zwolenia, stanowiącej lokalne centrum turystyczne (to chyba trochę za mocno powiedziane, ale niech będzie 😜). Jeśli nie traktujecie Jaworza jako składowej wielodniowej tury, a chcielibyście "zaliczać" jego poszczególne szczyty i fragmenty, to marsz szlakiem żółtym wydaje się bardziej uzasadniony, wiedzie na sporym odcinku granią, do tego również momentami przez liczne polany - inaczej niż szlak czerwony, który kawałek za Zajeżową wchodzi w las, prowadząc w dodatku asfaltem.

W Zajeżowej...
Ale znacie mnie, nie proponowałbym Wam nużącego długiego wariantu, który nie dawałby nic w zamian. Na niespodzianki przyjdzie jednak czas nieco później...

Panorama Jaworza
Kilkanaście minut później dotarłem w pobliże skraju lasu, gdzie po raz kolejny zboczyłem z właściwej drogi i korzystając z ładnej pogody zaległem, jak się okazało na dłuższą chwilę, na okolicznych łąkach. Stwierdziłem, że nie ma sensu nosić pełnych butelek piwa, bułek oraz kilku konserw, dlatego zrobiłem sobie późne drugie śniadanie.

Opuszczam Zajeżową...
Kres błogiego wypoczynku nadszedł wraz z dużą ciemną chmurą, która zwiastowała nadchodzące opady. Wprawdzie lada moment miałem rozpocząć leśny fragment dzisiejszej trasy, co pozwalało mi myśleć, że jako tako uda się uchronić przed deszczem, to jednak na spakowanie się i zagłębienie się w las potrzebowałem co najmniej kilku minut, to zaś mogło okazać się zbyt dużo aby zdążyć uciec.

Mimo niepokojących oznak na niebie deszcz tak raptownie nie nadszedł - rozpadało się dopiero gdy znalazłem się po drugiej stronie gór, na skraju Kotliny Pleszowskiej.


Były to jednak przelotne opady. Nim zdążyłem wyciągnąć kurtkę z plecaka i ją wdziać, to w zasadzie przestało padać. Po tym znów wyszło słońce, które w połączeniu z chmurami tworzyło momentami interesujące warunki do zdjęć. I tu właśnie zaczynały się niespodzianki!


W takim anturażu pagórkowate, częściowo rolnicze tereny Kotliny Pleszowskiej (sł. Pliešovská kotlina) prezentowały się bowiem doskonale, gdyż zieleń dojrzałych traw i liści drzew fantastycznie kontrastowała nie tylko z błękitem nieba, ale również z lokalnymi polami, stanowiącymi swoisty miks kolorów piaskowego i brunatnego.

Ale zaskoczyły mnie nie tylko warunki - przede wszystkim nie spodziewałem się takiego krajobrazu po Kotlinie Pleszowskiej. Przez myśl mi nie przeszło, gdy wybierałem cel na majówkę, że w ogóle będę się na tych terenach czymś zachwycał, traktowałem ww. kotlinę wcześniej wyłącznie jako obszar, który po prostu trzeba pokonać przechodząc z jednego pasma górskiego do drugiego.

Kotlina Pleszowska wita takimi krajobrazami
Wczesnym popołudniem dotarłem do wsi Sasa (sł. Sása), do której od strony Zwolenia dotrzeć można zarówno samochodem, jak i autobusem czy pociągiem, co czyni z niej jeden z lepszych punktów wypadowych w okoliczne góry. Miejscowość jest niewielka, ale w miarę zadbana i posiada spory sklep spożywczy, gdzie warto uzupełnić zapasy.

Wieś Sasa
Po krótkiej przerwie w supermarkecie przekroczyłem lokalną szosę rozpoczynając kolejny etap marszu. Spodziewałem się niespodzianek, no i muszę Wam powiedzieć, że absolutnie się nie rozczarowałem - po pokonaniu zaledwie kilkuset metrów okazało się, że szlak wiedzie przez ogrodzony fragment pastwiska obok którego stał napis informujący mnie, iż to teren prywatny.

Przerzuciłem plecak na drugą stronę taśmy i czując na sobie wzrok pasących się obok koni, przemknąłem przez pastwisko z zamkniętymi oczyma, starając się wyrzucić z siebie towarzyszące mi poczucie winy. Żeby było śmieszniej, gdy tylko wydostałem się z powrotem z czyichś włości, przed oczyma mignął mi jak gdyby nigdy nic pasek powiadamiający, że o to znajduje się na właściwej drodze. Super, psia mać!

Zachodnie rubieże Jaworza 
Kawałek dalej przeszedłem pod wiaduktem linii kolejowej nr 153 łączącej Zwoleń z położonymi przy granicy z Węgrami Šahami, na której, po przeprowadzonej w 2018 roku modernizacji, powróciły niedawno pociągi. To jedna z niedocenianych acz malowniczych linii kolejowych naszych południowych sąsiadów - miłośnikom dróg żelaznych polecam przejazd ze Zwolenia do Šah, a następnie przesiadkę na pociąg kursujący, niemniej interesującą trasą wzdłuż doliny Ipoli do Szturowa.

Pociąg osobowy ze Zwolenia do Sah na linii nr 153
Dalsza droga wiodła środkiem Kotliny Pleszowskiej pokrytym przez łagodne wzgórza zwane Cerveniny. Zapewne zauważyliście, że obszar kotliny nie stanowił jednolitego płaskiego terenu, a liczne bezleśne wzgórza porozcinane przez doliny lokalnych rzek, w większości stanowiących dorzecze Neresnicy. Wśród lokalnych pagórów dominował Hradek (539 m n.p.m.) wznoszący się między Sasą a Pliesovcami oraz Durianova (509 m n.p.m.).

Wysokości szału nie robiły, ale spoglądałem przed siebie z dużą przyjemnością.

Kotlina Pleszowska w pełnym słońcu
Po drugiej stronie grzbietu ukazywały się już szczyty Gór Szczawnickich, w które miałem wkroczyć wraz z przekroczeniem drogi krajowej nr 66, którą najprawdopodobniej pomykaliście, jeśli kiedykolwiek wybieraliście się z Małopolski do Budapesztu. Sam przejeżdżałem tędy sześć razy, jednak nigdy nie zatrzymywałem się w widocznej na zdjęciu miejscowości - niewielkiej Babinie.

Panorama Babiny. W tle Góry Szczawnickie
Babina jest malutka i "udekorowana" gdzieniegdzie zniechęcającymi reklamami klubów ze striptizem, które na obrzeżach wsi się ulokowały, ale warto do jej centrum wjechać, gdyż te prezentuje się naprawdę zachęcająco.

Centrum Babiny
Oprócz ogólnego ładu Babina może pochwalić się również długą historią - prowadzone badania archeologiczne wykazały, że pierwsza osada w miejscu Babiny istniała już 700 lat przed Chrystusem. Z tych czasów jednak zbyt wiele się nie zachowało, dlatego znacznie ciekawszy wydaje się fakt, że przez długi czas miejscowość cieszyła się prawami miejskimi - nadanymi w XIII wieku przez ówczesnego króla Węgier - Beli IV - stając się między innymi domem dla niemieckich górników (pamiętajmy, że mówimy już o skrawku Gór Szczawnickich, które słynęły z wydobycia złota i srebra).

Z czasów prosperity do dziś zachował się kościół św. Mateusza (oryg. romański, kilkakrotnie przebudowywany), natomiast wzrok przyciąga przede wszystkim, zbudowany na planie litery U, charakterystyczny wolnostojący dom z 1820 roku, stanowiący doskonały przykład architektury ludowej.

Dom w Babinie z XIX wieku
Domu tego nie da się ominąć, jeśli tylko zechcecie przybyć do Babiny z myślą o pieszych wędrówkach - tak się bowiem składa, że węzeł szlaków znajduje się vis-a-vis jego frontu. Wśród nich jest oczywiście szlak czerwony, który z centrum wsi kieruje się na zachód, stopniowo oddalając się od łagodnie pofalowanych terenów Kotliny Pleszowskiej, zbliżając się do pierwszych pagórów zaliczanych do Gór Szczawnickich. 

Tak prezentuje się od zachodu pasmo Jaworza
A to już Góry Szczawnickie
Wędrówka przez nieznaną mi jeszcze, wschodnią część Gór Szczawnickich czekała mnie jednak dopiero kolejnego dnia. Dzień miał się ku końcowi, zatem trzeba było powoli zrzucać plecak i rozstawiać namiot - od razu dodam, że pierwotnie obczaiłem sobie na mapie jako tako obszar, który potencjalnie będzie się nadawał na nocleg, natomiast brakowało konkretów, przez co sporo czasu szwendałem się, nie mogąc się zdecydować, gdzie właściwie się rozbić. W końcu postanowiłem zejść ze skarpy przez którą przebiegała droga (i szlak) w pobliże rowu z wodą, przekroczyć go i rozłożyć się na łagodnie nachylonej łące. Było to o tyle dobre posunięcie, że mało kto mógł mnie tam dostrzec.

Wieczór
Rozłożyłem namiot, ugotowałem i zjadłem kolację, umyłem, to znaczy, wróć, odświeżyłem się, i gdy zaczęło się ściemniać, wsunąłem się do namiotu. Pora była jeszcze wczesna, nawet nie zapadł zmierzch, włączyłem więc czołówkę, i zacząłem czytać.

Po upływie kilku minut usłyszałem niepokojący bzykot, który wyrwał mnie z lektury. Snop światła przesunąłem na tropik namiotu i po chwili po jego drugiej stronie pojawił się cień masywnego owada - najpierw pierwszy, potem drugi. Z każdą minutą nad namiotem robiło się coraz głośniej, a ja uświadomiłem sobie, że o to rozłożyłem się pod gniazdem szerszeni.

Szybkim ruchem sięgnąłem do zamka, by go zaciągnąć do końca, ale po chwili zmieniłem zdanie, uświadamiając sobie, że potrzebuję jeszcze udać się za potrzebą. Włożyłem zatem na siebie polar i zakapturzony nieśmiało wychynąłem na zewnątrz, w skupieniu starając się zrobić co swoje tak szybko jak tylko się da, a następnie czmychnąć do środka chowając się w śpiworze 😂

Chyba nie muszę dodawać, że bardzo nie lubię tych owadów 😉

Na szczęście w moim bagażu znalazły się słuchawki, także po powrocie do wnętrza i dokładnym zabezpieczeniu wejścia udało mi się resztę wieczoru spędzić na lekturze.

To na jednym z tych drzewek było gniazdo szerszeni. Ale samo miejsce pod namiot doskonałe!
DZIEŃ III

Poranek nastał lekko pochmurny, ale zza obłoków wyglądało słońce. Ponieważ zapasów miałem ze sobą bardzo, ale to bardzo niewiele, to wyjątkowo szybko udało mi się zwinąć - na szlaku byłem z powrotem przed ósmą, to jest ponad godzinę wcześniej niż poprzedniego dnia.

Z uwagi na przebieg szlaku, który kawałek od miejsca w którym spałem skręcał w lewo i niknął w lesie, chwilę przypatrywałem się jeszcze grzbietom Jaworza i powracając myślami do ukwieconych łąk i zapomnianych osiedlach ruszyłem w górę.


Szczyty Jaworza o poranku...
Podążając czerwonym szlakiem...
Szeroka droga leśna zaprowadziła mnie na rozległą polanę położoną na południowych zboczach góry Filakovo namiętnie porytą przez dziki. To było kolejne dobre miejsce na trasie zarówno na nocleg - płaskiej przestrzeni jest tu co niemiara - jak i na zwykłą krótką przerwę.


Po krótkiej pauzie na spożycie bakalii, maszerowałem przez dłuższy czas skrajem lasu przechodząc co jakiś czas obok gospodarstw osiedla Goły Wierch (sł. Holý vrch). W jednym miejscu wystraszył mnie nie na żarty owczarek niemiecki i to głównie dlatego, że płot zza którego mnie głośno obszczekiwał i obwarkiwał wydawał się łatwy dla niego do sforsowania.

Osiedle Holy vrch
Chwilę później dotarłem na przełęcz Veterná, za którym rozpoczął się krótki, ale bardzo mozolny trawers. Okazało się bowiem, że w okolicy była prowadzona wycinka i ścieżka, którą poprowadzono szlak, była całkowicie rozjeżdzona przez ciężkie pojazdy przez co każdy stawiany przeze mnie krok stanowił walkę o jak najmniejsze zanurzenie w błocie. Problem rozwiązał się dopiero przy wyjściu z lasu, czyli po pokonaniu w ślimaczym tempie mniej więcej 1,5 km.

W tle widać Sitno - najwyższy szczyt Gór Szczawnickich
Wraz z pojawieniem się widoków, humor ewidentnie mi się poprawił. Przede mną zarysował się bliski serduszku widok powulkanicznych kopek oraz zabudowania Bańskiej Szczawnicy. Nie wiem czy pamiętacie, ale w swoim czasie zachwycałem się tym miejscem nieco szerzej i z tego miejsca chciałbym szczerze polecić Wam zakładkę poświęconą Górom Szczawnickim. Na spokojny urlop jak znalazł!

Panorama Gór Szczawnickich
O 10 pojawiłem się na mało atrakcyjnych opłotkach Bańskiego Studeńca, z którego miało mnie czekać jeszcze ponad 6 kilometrów drogi - w tym spory fragment po asfalcie. Po cichu liczyłem, że będę miał możliwość skorzystania z autobusu, ale akurat takiego pod ręką niestety nie było. Po pokonaniu około 1/4 drogi udało mi się jednak złapać stopa (drugi przejeżdżający samochód) i dzięki temu przybyłem do miasta z dodatkową godziną w zapasie.

A gdzie najlepiej spędzić czas jeśli go mamy w nadmiarze będąc w Bańskiej Szczawnicy?

Proszę Państwa, odpowiedź może być tylko jedna - kawiarnia Divna Pani :)))

Krótkiego choćby spaceru po Bańskiej Szczawnicy nie mogło zabraknąć...
W kawiarni zjadłem panini, wypiłem dużą kawę i po podładowaniu telefonu cofnąłem się do dolnej części miasta, w której znajduje się dworzec kolejowy. Szedłem w przeświadczeniu, że w pustym pociągu wreszcie wyciągnę przed siebie nogi i będę odsypiał, ale ku zdziwieniu okazało się, że tego dnia na dworcu oprócz mnie stawili się harcerze, którzy wypełnili do tego stopnia motoraczka, że czekała mnie trzydziestominutowa podróż w zasadzie na samych stopniach, przy drzwiach.

Oczekując na pociąg we Wrutkach...
Nieco lepiej było gdy przesiadłem się w Hrońskiej Dąbrowie (sł. Hronská Dúbrava) na pociąg jadący w stronę Kremnicy, a już w pełni doskonale, gdy wsiadłem do pociągu z Kremnickich Bani do Wrutek, gdzie miałem dla siebie cały przedział. W kolejnym składzie do Żyliny czekała mnie krótka rozmowa z kierowniczką, ponieważ nie wsiadłem do pociągu, na który miałem bilet (ten właściwy był na tyle opóźniony, że nie miałbym szans w Żylinie zdążyć na osobówkę do Zwardonia), ale koniec końców udało się dogadać i po szybkiej zmianie wagonu w stolicy regionu jechałem już w górę Kisucy. Tam zacząłem zaczęło mnie coś rozbierać, a gdy pokonywałem dolinę Soły jadąc ze Zwardonia do Katowic to już czułem się fatalnie.

Dwa dni po tym jak dotarłem do Gliwic, wybrałem się do lekarza i okazało się, że dostałem ciężkiego zapalenia ucha, a że zaledwie 10 dni później miałem lecieć do Tajlandii, to sytuacja była naprawdę nerwowa. Na szczęście dzięki sprawnej pomocy i odpowiednich lekach udało się szybko wrócić do zdrowia, niemniej jednak wyjątkowa majówka stała się dzięki temu na koniec jeszcze bardziej pamiętna. Ktoś mógłby wprawdzie w tym miejscu pukać się w czoło i zapytać "czy warto było szaleć tak?", ale biorąc pod uwagę mnogość wrażeń jakich dostarczył mi przejazd na południe Słowacji i sama tułaczka po odludnych fragmentach Średniogórza, z pełnym przekonaniem chcę wykrzyczeć z tego miejsca, że absolutnie było warto! 😉

Przebyta trasa. Źródło: mapy.hiking.sk

KOMENTARZE

2 komentarze:

  1. Widoki na okolice Kotliny Pleszowskiej całkiem fajne. Taka przyjemna okolica.

    Czytając się zastanawiam jak kupowałeś bilety na pociągi. U konduktorów na miejscu, czy wcześniej przez neta?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kotlina Pleszowska była naprawdę fajna!

      Bilety kupuję z reguły przez apkę ZSSK. Sporadycznie u konduktora.

      Usuń

Back
to top